Chcesz schudnąć przed Sylwestrem?
Kup Teraz a 30 dniową dietę otrzymasz za darmo!
Tylko 137 zł TRIZER + indywidualna dieta
Forum Strona Główna -> NEW AGE GOTYKU -> MARIUSZ WILK
Napisz nowy temat  Odpowiedz do tematu Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat 
MARIUSZ WILK
PostWysłany: 22 Sty 2009 8:31
Administrator
ADMIN

 
Dołączył: 28 Maj 2005
Posty: 6577
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 13 razy
Ostrzeżeń: 0/2
Skąd: Gdańsk





Pierwszy raz spotkałem Mariusza na schodach Komitetu Założycielskiego NSZZ Solidarność w Gdańsku-Wrzeszcz. Był rok 1980, jeszcze upalnie.

Wychodziłem z Lechem Bądkowskim i Jackiem Kuroniem z prymitywnej kawiarenki, zainstalowanej na ostatnim piętrze byłego hotelu i właśnie wtedy wbiegł zadyszany, szczuplutki, strzępiastowłosy, przystojny chłopaczek o bystrym wzroku rewolucjonisty a la Polonaise, On, Mariusz Wilk.


- To Wilk. Przedstawił Wilka Lech Bądkowski. Pomyślałem, że to ksywa. Nie, to był Wilk, najprawdziwszy Wilk i z nazwiska, i z wilczych pazurów pisania.

Dane nam było wypić nieco rumu "Spitz" w GTPS-ie na Piwnej i nieco herbat u Joanny Wojciechowicz na ulicy Ogarnej, razem z św.p. Józkiem Kuśmierkiem i ówczesną doktorką socjologii Panią Jadwigą Staniszkis a także z nienasyconym jadłem Piotrkiem Bikontem i wspaniałym, św. p. mecenasem Siłą-Nowickim oraz z wieloma, wieloma innymi.

Nie dane nam było z Mariuszem zapałać do się wielką przyjaźnią ni sympatią; podzieliło nas to i owo, głównie rozbieżności w ocenie postaw niektórych działaczy NSZZ "S" po strajku sierpniowym w 1988 roku, ale mój szacunek dla Niego i Jego twórczości był, jest i pozostanie niezmienny.

PLEZ





[link widoczny dla zalogowanych]

MARIUSZ WILK

Mariusz Wilk (ur. 19 stycznia 1955 r. we Wrocławiu) – polski dziennikarz, pisarz, eseista i podróżnik.

Ukończył filologię polską na Uniwersytecie Wrocławskim. Od 1978 był działaczem opozycji demokratycznej. Współtwórca "podziemnych" pism opozycyjnych: "Biuletyn Dolnośląski", "Podaj dalej", "Tematy". Podczas wydarzeń Sierpnia 1980 był współredaktorem biuletynu strajkowego NSZZ "Solidarność", wydawanego w Stoczni Gdańskiej. Od 1980 r. mieszkał w Gdańsku, gdzie był redaktorem naczelnym "Solidarności. Pisma Zarządu Regionu" (tu m.in. jego wywiad z Günterem Grassem). Po wprowadzeniu stanu wojennego ukrywał się, pozostając redaktorem pisma, aż do aresztowania w grudniu 1982 r. Po zwolnieniu z aresztu, od 1983 r. pracował w Spółdzielni Pracy Usług Wysokościowych "Gdańsk". W 1984 r. wspólnie z Maciejem Łopińskim i Marcinem Moskitem (pseudonim, właściwe nazwisko: Zbigniew Gach) opublikował w Paryżu głośną książkę o czasach podziemnej "Solidarności" pt. "Konspira"

[link widoczny dla zalogowanych] [link widoczny dla zalogowanych]

(równocześnie ukazało się "podziemne" wydanie książki w Polsce), z wypowiedziami Bogdana Borusewicza, Zbigniewa Bujaka, Władysława Frasyniuka, Aleksandra Halla, Tadeusza Jedynaka, Bogdana Lisa, Eugeniusza Szumiejki. Książka otrzymała Nagrodę "Solidarności" Pracowników Wydawnictw w 1984 r. Aresztowany ponownie w 1986 r., m.in. pod zarzutem rzekomej współpracy z przedstawicielem obcego wywiadu (na co dowodem miało być wydanie na Zachodzie "Konspiry"). Zwolniony po kilku miesiącach na mocy amnestii. Po strajkach na Wybrzeżu w 1988 r. nie uczestniczył w czynnej działalności politycznej. W latach 90. przebywał za granicą. Osiedlił się w Rosji, na Wyspach Sołowieckich, później przebywał nad jeziorem Oniego, ostatnio znów na Dalekiej Północy. W tym okresie był rosyjskim korespondentem paryskiej "Kultury", do ostatniego numeru pisma (2000 r.; Otrzymał m.in. Nagrodę Literacką "Kultury" im. Zygmunta Hertza w 1997 r.). Współpracuje obecnie z "Rzeczpospolitą" (dodatek "Plus-Minus"), jego teksty ukazywały się także w "Zeszytach Literackich", "Gazecie Gdańskiej" i "Przeglądzie Politycznym". Nominowany do wyróżnienia: Paszporty "Polityki" 2006.

Twórczość [edytuj]

* Konspira. Rzecz o podziemnej "Solidarności" (Editions "Spotkania" 1984, 1985; Przedświt 1984 [II obieg], do 1990 r. co najmniej 16 wydań w II obiegu wydawniczym, m.in.: Bis, Warszawa 1985, 1986; Kształt, Gdańsk 1985; In Plus, Warszawa 1985; Maraton, Warszawa 1985, 1986; Międzyzakładowa Struktura Solidarności "V", Warszawa 1985; Nawias, Warszawa 1985; Baza, Warszawa 1986; Wydanie oficjalne: Modem Sp. z o.o. Oficyna Wydawnicza, Polski Dom Wydawnicza Sp. z o.o. 1989, ISBN 83-7043-033-3; tłumaczenia na język rosyjski, czeski, węgierski, angielski i chiński; fragmenty drukowane w 1985 r. w tygodniku "Polityka", bez wiedzy i zgody autorów; wyd. w j. rosyjskim: Nelegaly, tłum. Natalia Gorbaniewska i L. Szatunow, Overseas Publications Interchange, Londyn 1987, ISBN 0903868792; wyd. czeskie: Konspira: o podzemni Solidarite tłum. Jan Tesař i Jiři Nemec, Editions Spotkania, Paryż 1987; wyd. amerykańskie: Konspira: solidarity underground, tłum. Jane Cave, posłowie Lawrence Weschler, University of California Press, Berkeley 1990, ISBN 0520061314)
* Black'n Red (Wydawnictwo Gdańskie 1991, ISBN 83-900121-1-1)
* Wilczy Notes. Zapiski sołowieckie 1996-1998 (Słowo Obraz/Terytoria 1998, ISBN 83-87-31686-5; tłum. francuskie: Le journal d'un loup, tłum. Laurence Dyevre, Les Éditions Noir sur Blanc, 1999, ISBN 28-8250-080-7; wyd. angielskie: The journals of a white sea wolf, tłum. Danusia Stok, fotografie Tomasz Kizny, Harvill, Londyn 2003; teksty drukowane w paryskiej "Kulturze": Kultura 1995, nr 5, 11, 1996, nr 4, 6, 7/8, 9, 10, 12, 1997, nr 4, 5, 6, 7/8, 10, 12, 1998, nr 4, 6; Nominacja do Nagrody Literackiej NIKE, maj 1999 r.)
* Wołoka (Wydawnictwo Literackie 2005; ISBN 83-08-03774-7; Nominacja do Śląskiego Wawrzynu Literackiego, kwiecień 2006 r.; Nominacja do Nagrody Literackiej NIKE, maj 2006 r.)
* Dom nad Oniego (jako część I Dziennika północnego; Les Éditions Noir sur Blanc 2006; ISBN 83-7392-147-8

[link widoczny dla zalogowanych]

Wołoka

[link widoczny dla zalogowanych]


O książce

Skrajni od lewej: Wasilicz z Kiriłłowną. O Wasiliczu już pisałem, więc tylko dodam, że ma twarz jak spod topora, krzaczaste brwi i życzliwe oczy. Nadieżda Kiriłłowna, moja przybrana mama, na zdjęciach zawsze wychodzi pulchna i rzeczywiście można się w nią zapaść - i z radości, i od łez. Kiriłłowna jest tłusta jak słonina z Chochlandii (tak się tutaj mówi o Ukrainie, skąd Kiriłłowna pochodzi) i zawsze serce ci namaści. Zwłaszcza w biedzie.
Obok nich siedzi Doncow z Michajłowną. Na zdjęciu wyglądają jak białe grzyby, czyli prawdziwki. Oboje po siedemdziesiątce, czerstwi, chociaż pobrużdżeni, on często na rybałkę chodzi — latem na dorsza daleko w morze, zimą na okonia spod lodu. Ona pyszne rybniki piecze i głosem wciąż jeszcze dźwięcznym śpiewa o Północy, o czajkach.
Spotkali się na Żyżginie, niewielkiej wyspie Morza Białego, on się tam urodził w rodzinie kułaka zesłanego z Ukrainy, ona w latach pięćdziesiątych za „długim rublem” tam pojechała. Stary Doncow nie znosi monachów (mówi o nich: darmozjady!), nie wierzy politykom (często się kłócą z Wasiliczem) i mnie objechał, gdyśmy się poznali. Rozeźlił go mój toast: „za życie”.
- Jak można pić za taką suczą mękę? - krzyczał.
Dalej Swieta, córa wybitnego profesora chińszczyzny z Leningradu, który przepadł bez wieści w łagrach pod koniec lat trzydziestych. Swietłana na Wyspy przyjechała wiele lat temu w nadziei, że może tu na jakiś ślad papy trafi, i choć niczego nie znalazła, została, bo takiej krasy w życiu nie widziała, ani na Uralu, gdzie żyła z mamą na zesłaniu, ani w Adżarii, dokąd ją wywiózł pierwszy mąż - wojskowy, który zawsze po pijaku puszczał w ruch kułaki, ani pod Kaługą, tam żyła z drugim mężem, inżynierem, nie przepuszczającym żadnej kiecce. Słowem, życie jej nie pieściło.
Na Wyspach Swieta dożywa lat sama. Latem pomaga w monastyrskiej kuchni, zimą wyszywa monachom, lubi też śpiewać w cerkiewnym chórze, ogląda brazylijskie seriale w TV (z czego się potem spowiada) i boi się biesa. Pożyczyła mi książkę Lichaczowa, w której słowo „bies”, ilekroć się pojawiało, było zamazane na czarno.
Zza Swiety wygląda Walentyna Wasiliewna. Babinka ledwie chodzi, ale za moroszką potrafi na Muksałmę poczłapać, tam na błotach zbiera jagody i z dwoma pełnymi wiadrami z powrotem: razem ponad czterdzieści wiorst... A wszystko po to, aby się cieszyć, że jej synkowie (obaj piją „na czarno”) na kaca moroszki pojedzą. Na barkach matki cztery krowy i dwa byki, całe gospodarstwo, a synalkowie jeno myślą, jak kartoszkę wynieść i sprzedać tak, by mać nie zauważyła. W zeszłym roku nawet siew sprzedali i Wasiliewna musiała u sąsiadów prosić.
Wasiliewna sama na rybałkę chodzi, by synkom świeżą rybką dogodzić i przy okazji nakarmić dziewięć kotów. W Boga nie wierzy, wierzy, że umrze, i że żadnego tam życia po życiu nie będzie. Żyje dla synów, acz to gawniuki, marzy o wnukach, a na choroby nie ma czasu... U Wasiliewny co jesień kupujemy byczy język.
Na wejście ikra z miętusa i braga z czagi.
Potem przyszła Nadieżda Aleksandrowna i siadła obok Walentyny Wasiliewny. Nadieżda Aleksandrowna ostała się starą panną z pretensjami. Córka dyrygentki petersburskiej filharmonii, zesłanej w 1934 roku na Biełomorkanał i tam dyrygującej orkiestrą łagrową, której pierwsze skrzypce grały kiedyś w Wiedniu. W muzeum Miedgory widziałem afisze jej koncertów.
Nadieżda Aleksandrowna urodziła się na Wyspach, mamcia uczyła tu śpiewu w szkole - do samej śmierci (dwa lata temu), tu się wychowała pod srogim okiem mamci i tu pracuje w bibliotece, stąd nasza bliskość. Aleksandrowna raz na dwa lata jeździ w Piter, aby - jak mawia - nadrobić zaległości: koncerty, wystawy... Potem wraca i opowiada, opowiada, opowiada. Słowem, żyje tym, co widziała nad Mewą, do następnego wyjazdu.
Pinagorski przyszedł z żoną, myszką w jego łapach. Pinagor jest jednym z „zaszytych” deputowanych naszej Dumy Sołowieckiej, inaczej mówiąc: siedzi na torpedzie. I jak każdy „zaszyty” alkoholik jest zły jak czort, zwłaszcza gdy przy nim piją... Niedawno Pinagor zbierał podpisy pod petycją o likwidację samorządu terytorialnego na Wyspach, bo lepiej być sytym i nie myśleć, niż główkować o pustym brzuchu. Pinagor na polityce zęby zjadł.
Na chwilę zajrzał też Fokin. Na chwilę, bo spieszył się, jak zwykle. Fokin jest trudogolikiem, to znaczy człekiem uzależnionym od pracy. Raz go poprosiłem, by starą szopę rozebrał, i obiecałem zapłatę za godziny, to sobie zegarek na szyi przywiązał na gumce i jął deski łamać. Po kwadransie żyły mu na szyi spęczniały, twarz zsiniała, oczy z orbit lazły i gdyby nie Weronika, to kto wie, może by się i zadusił.
Foka jest chytry. Kiedyś przybiegł do mnie z nowiną, że się będzie chrzcił. Zrobiłem kwadratowe oczy.
- Po co, Foka?
- Bo za darmo.
Z zaproszonych tylko Brat nie przyszedł. Brat teraz krzyże rżnie za dolary dla nowych Ruskich, bo trzeba wam wiedzieć, że wśród nowych Ruskich nowa moda panuje, moda na krzyże pokłonne w ogrodzie. Kto większy postawi, ten bardziej się liczy. Brat się ceni, za dziesięciometrowy krzyż bierze piętnaście tysięcy baksów, w przeliczeniu: tysiąc dolarów za metr bieżący krzyża. Nie dziw, że na bankiety nie ma czasu.
Pietrowicza nie zapraszałem, Pietrowicz od wielu dni tkwi w zapoju po uszy. Nikołaszyn może by sam przyszedł, bieda w tym, że Nikołaszyn z zapoja nie wyszedł, a raczej wyszedł, tyle że na tamtą stronę... Morozow pewnie też by wpadł, gdyby nie to, że na Sylwestra „spadł z torpedy" i serce mu nie wydzierżało. Teraz na sołowieckim smentarzu leżą obok siebie i czekają na Pietrowicza, tak jak za życia pili na trzech.
Na koniec pojawiła się Szabunia, nasza nowa Głowa Administracji. Szabunia jest Głową od dwóch lat, wcześniej uczyła geografii w szkole. Ze względu na tuszę za stołem zawsze zajmuje najwięcej miejsca i uwodzi cudzych mężów (własny ją rzucił) na złość żonom.
- Znowu się poprawiłaś — przywitał ją Pinagor.
- Mój drogi, już caryca Katarzyna Wielka zauważyła, że u kobiety liczy się wzrost, waga i biust.
Na stole tymczasem pojawił się śledź „pod szubą”, uszka z ukraińską słoninką i miętus zapiekany z czosnkiem, i wódka, i wino - co kto lubi... Tudzież chruszcze solone, kapusta po prowansalsku i po azerbejdżańsku (na ostro), i byczy język ze śliwkami. Na deser ser z oliwkami i kwas chlebowy oraz konfitury z żurawiny i czaj.
Za stołem się spierali, co szybciej się starzeje: ciało czy duch?
Później zaczęli śpiewać.

***

Książka, przełamująca stereotypy myślenia o Rosji. Fascynujący dziennik podróży przez Wyspy Sołowieckie, miejsce gdzie historia rosyjskiego mistycyzmu miesza się z ponurą historią łagrów. Świat pomiędzy wspaniałym Monastyrem, a więziennymi barakami łagrów. Oddalona od cywilizacji kraina cudów, wpisana na listę UNESCO. Pełne, kolorów, zapachów i dźwięków opisy przeprawy przez Kanał Białomoski, soczyste spostrzeżenia obyczajowe i nieprawdopodobne historie ludzi, którzy pozostają tam, ponieważ sowiecka Rosja o nich zapomniała, a nowa Rosja nie chce o nich pamiętać.

Wołoka to szlak, ścieżka, którą idzie się po raz pierwszy, podróż w dziewicze rejony. Niezwykle żywa relacja, podbudowana odkrytymi przez autora źródłami historycznymi, które odkrywał i studiował w bibliotekach monastyrów. Autor Wołoki bez wahania porzucił Europę i wszelkie dobra konsumpcyjnej cywilizacji, zamieszkał na Sołowkach, podróżuje i opisuje ten dziwny, niejednoznaczny i świat, jego prehistorię i najnowsze dzieje. Autor Wołoki dotarł nie tylko do zapomnianych, położonych „na końcu Rosji” miejsc, ale również nowych źródeł historycznych, które stanowią odwrotność do listów o Rosji de Coustine,a. Zrozumienie miejsca, czasu i ludzi, obalenie stereotypów w postrzeganiu Rosji / Północy Rosji / Analiza historii, która burzy obraz znany z Innego Świata Herlinga – Grudzińskiego i z Archipelagu Gułag Sołżenicyna.

[link widoczny dla zalogowanych]


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
PostWysłany: 22 Sty 2009 8:32
Administrator
ADMIN

 
Dołączył: 28 Maj 2005
Posty: 6577
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 13 razy
Ostrzeżeń: 0/2
Skąd: Gdańsk





Z Mariuszem Wilkiem,

korespondentem "Kultury" na Wyspach Sołowieckich, rozmawia Tomasz Fiałkowski
Pejzaż ze śmiercią w tle

TOMASZ FIAŁKOWSKI: - Mariusz Wilk, rocznik 1955, pod koniec lat �70. współzałożyciel Studenckiego Komitetu Solidarności we Wrocławiu, w sierpniu 1980 w Stoczni Gdańskiej, działacz "Solidarności", redaktor pism związkowych, przez krótki czas rzecznik prasowy Wałęsy, w stanie wojennym więziony, współautor sławnej "Konspiry" - rozmów z przywódcami podziemnej "Solidarności". Przepisałem to z Twojej noty biograficznej. Kilka lat temu w "Kulturze" zaczęły się ukazywać Twoje relacje z Wysp Sołowieckich, teraz wydałeś "Wilczy notes" - książkę o Sołowkach i o Rosji. Co się stało między "Konspirą" a "Notesem"? Skąd Sołowki, skąd w ogóle Rosja?

MARIUSZ WILK: - To był cały zbieg przypadków czy nawet znaków. Pierwszy raz pomysł wyjazdu do Rosji podsunęła mi Masza Parsgen, córka niemieckiego dziennikarza, wieloletniego korespondenta w Rosji. Pracował tam jeszcze przed wojną, potem zamknięto go w łagrze, po śmierci Stalina wrócił do Niemiec, ale nie bardzo mu się tam podobało i znów wyjechał do Moskwy. Masza urodziła się dziesięć lat przed jego śmiercią. Jest tak zakochana w Rosji, że odwiedza ją co najmniej dwa razy w roku. Jak trochę wypije, zakłada rosyjską czapkę wojskową... Kiedy ją poznałem, miała 25 lat i zdążyła już objechać obie Ameryki, ale nadal uważała, że tylko w Rosji żyje się naprawdę. Spotkaliśmy się w Berlinie na parę miesięcy przed zburzeniem Muru. Pisałem stamtąd korespondencje do "Młodej Polski" i nie bardzo chciałem wracać do kraju.

Dlaczego?

Czułem, że domknęła się jakaś klamra. Byłem w Stoczni w sierpniu 1980 i osiem lat później, w maju i we wrześniu 1988. Mogłem porównać pierwszy strajk z ostatnim - tym, z którego wyszedł Okrągły Stół. To były dwa zupełnie różne strajki. W sierpniu wszystkie rozmowy z delegacją rządową były publiczne, cała stocznia słyszała je przez radiowęzeł. W 1988 panowie zakopali się w styropianach, zwykłych robotników nie wpuszczano, w pewnej chwili Wałęsa pojechał nawet do Warszawy. Ja tymczasem zaglądałem też do Stoczni Remontowej, do załóg, i widziałem, że ich nastroje są zupełnie inne niż nastroje negocjatorów. Oni grali już w swoją grę. W tym momencie to przestała być moja sprawa. Wychodziliśmy ze Stoczni różnymi bramami.

Jestem więc w Berlinie i Masza nagle mówi: na tyle, na ile cię już poznałam, najlepiej będziesz się czuł w Rosji, ale jedź tam przez Amerykę. Zrobiłem kwadratowe oczy: rodzice wygnani ze Lwowa przez Armię Czerwoną, potem opozycja - wiadomo, antyrosyjska, i teraz ja do Rosji? Pogadaliśmy, zapomniałem. Pół roku później jestem w Ameryce, na promocji "Konspiry", wygłaszam jakieś odczyty. Profesor Alan Mandelbaum, który mnie zaprosił, pyta, co chcę dalej robić. Opowiadam mu o pomyśle na książkę, miała się nazywać: "Gdańsk, historia otwarta". Biografie kilku gdańszczan: Jurek Borowczak, który rozpoczął strajk w Stoczni, Grabar, Płażyński, Tusk... "Historia otwarta", bo czułem, że ci gdańszczanie będą szli i szli. Nie tylko Wałęsa...

Co do Wałęsy - przytrafiła mi się wtedy śmieszna przygoda. Był wrzesień 1990, zbliżały się wybory prezydenckie w Polsce, Wałęsa chyba jeszcze nawet nie zgłosił swojej kandydatury. Miejscowa gazeta zrobiła ze mną wywiad. Pytają, kto będzie prezydentem. Pozwoliłem sobie na żart: powiedziałem, że jedyny polityk, który się nadaje, to Lech Wałęsa, tylko że jeśli on zostanie prezydentem, to ja poproszę w Ameryce o azyl polityczny. Potem na pierwszej stronie widzę ogromny nagłówek: były rzecznik prasowy Wałęsy poprosi o azyl.

A od Mandelbauma usłyszałem: zmień w ogóle temat. Polska już jest nieaktualna, za parę lat nikt się nią nie będzie interesować. Natomiast jeśli byś się przymierzył do Rosji, masz o czym pisać do końca życia. Przypomniałem sobie wtedy Maszę: drugi trop, drugi sygnał. Decyzję podjąłem w okolicznościach zgoła anegdotycznych. Zimę z 1990/91 spędziłem na Cape Cod, w domu jednego z bostońskich profesorów. Bardzo piękne miejsce, rodzina Kennedych ma tam swoją posiadłość, James Merrill tam żył, Brodski napisał cykl wierszy. Miasteczko, w którym mieszkałem, wykupywane jest przez bogatych ludzi chorych na AIDS, wieczorami chodzą po ulicach, całują się, umierają. Piękny pejzaż - i śmierć w powietrzu, grzech, rozpusta, dekadencja, koniec. Ta dekadencja nie bardzo mi się podobała. Wieczorami zaglądałem do baru, który prowadził Meksykanin, i może dlatego, że piłem wódkę Smirnoff z sokiem pomidorowym, brał mnie za Ruskiego. Dwa, trzy razy próbowałem mu tłumaczyć, potem machnąłem ręką. Któregoś wieczoru wchodzę, a on: "wasze, hurra!" i wódkę mi leje na swój koszt. Co się stało, co za gratulacje? No jak to co? Wasi wzięli Wilno! Miał na myśli zdobycie przez wojska OMON-u wileńskiej wieży telewizyjnej...


Trzy rosje

Jak już tę wódkę wypiłem, to do mnie doszło, że Imperium się rozpada, i jeśli to oglądać - to od początku. Półtora miesiąca później byłem w Moskwie, z akredytacją "Gazety Gdańskiej", obserwowałem referendum na temat przyszłości Sowieckiego Sojuza. Trafiłem na porę moskiewskich mityngów. Prosto ze spokojnego Bostonu w środek miasta, gdzie się czuje rewolucję; pokojową, ale widać, że to kolejna rewolucja rosyjska. Miałem porównanie: oglądałem strajk w Stoczni, zadymy za stanu wojennego w Gdańsku czy Wrocławiu, potem rozpad Muru, i jeszcze w Cambridge protesty przeciwko wojnie z Irakiem. Wszystkie te demonstracje w porównaniu z rosyjskimi były małe; na Plac Maneżny w Moskwie wyszło pół miliona ludzi! Morze, nie widać horyzontu, czuje się, że to inna skala. Demonstracje szybko przeszły w pucz; pamiętam, jak na balkonie Białego Domu stali Jelcyn, Ruckoj, Szewardnadze i Chasbułatow, i razem pozdrawiali ludzi. Później zrobiło się mniej ciekawie - no, jeszcze rozwalanie pomników, przy radosnym śpiewie, euforia, którą można porównać do naszego Sierpnia 80., ale potem znowu polityka, znowu błoto...

Polityczne rozgrywki w Moskwie mnie nie interesowały, moja gazeta zbankrutowała, miałem do wyboru: wracać do Polski albo działać na własną rękę. Zostałem. Relacje cenowe były inne niż dzisiaj, z Ameryki przywiozłem trochę dolarów, które okazały się majątkiem, za samolotowy bilet do Ałma Aty - cztery tysiące kilometrów! - zapłaciłem 3 dolary. Czułem się swobodnie, chociaż to może dziwne w kraju Gułagu. Wtedy jednak właśnie pękły wszystkie ograniczenia, których przedtem było nie wiadomo ile.

Moja Rosja to jakby trzy obszary. Najpierw ludzie: poznawałem ich mnóstwo, poczynając na przykład od robotników z Petersburga, którzy wiedzieli, że jestem z "Solidarności", więc zaprowadzili mnie na strajk pracowników metra, po bohaterów "Opowiadań kołymskich" Szałamowa. Przychodzę do czyjegoś mieszkania przez kogoś tam zaprotegowany, i od razu siedzenie w kuchni do białego rana, rozmowa po duszam, z wódką, ze wszystkim co w lodówce, chociaż nic tam prawie nie ma i gospodarze są biedni. Drugi obszar to przestrzeń: uświadomiłem sobie, że za parę dolarów mogę jeździć wszędzie, w różne strefy cywilizacyjne, bo to i prawosławie, i islam, i buddyzm, i szamanizm północny, Buchara, Samarkanda.

Znałeś dobrze rosyjski?

Na początku słabo, ale założyłem sobie, że przez pół roku nie przeczytam żadnej polskiej książki ani gazety. Z Veroniką rozmawialiśmy na co dzień po rosyjsku, nie miałem kontaktów z Polakami, wszedłem w język od razu na sto procent. Trochę pomogły studia; na filologii polskiej mieliśmy staro-cerkiewno-słowiański, on mi otwarł drogę do dawnej ruszczyzny. Przez język dochodzimy do literatury, trzeciego z ważnych dla mnie obszarów. Zwłaszcza literatura przed Karamzinem czy Dzierżawinem, u nas prawie nieznana, jest wielką moją fascynacją. Piśmiennictwo staroruskie od XI do XVIII wieku, ogromne i wspaniałe, kształtujące ducha rosyjskiego, to zresztą przede wszystkim dokument: latopisy, żywoty, dzienniki podróży.

Kiedy sobie uświadomiłem, że ci ludzie są tacy otwarci, kraj taki ogromny, a literatura taka wielka i głęboka, zrozumiałem, że to jest rzeczywiście zadanie na całe życie. A że jestem maksymalistą i lubię sobie wyznaczać długie cele, więc pomyślałem: czemu by nie?

A co z obrazem Rosji, który z sobą przywiozłeś?

Niedawno wyszedł w Archangielsku wybór tekstów kilku korespondentów amerykańskich, którzy w Rosji byli od rewolucji lutowej do październikowej, nazywa się to "Do Johna Reeda". Pierwszy z nich przyjeżdża jak raz na początku rewolucji lutowej i nic nie rozumie. Nie chodzi nawet o język; wydaje mu się, że wszyscy są pijani, każdy ma strzelbę, ktokolwiek może ci odebrać życie. Po kilku dniach spotyka Francuza, który siedzi w Rosji kupę lat, i prosi: poradź mi, jak to w ogóle ugryźć? A ten, już dobrze podcięty: Słuchaj, w Rosji trzeba żyć 10 lat, żeby cokolwiek zrozumieć. Tylko że po 10 latach już się nie chce o tym opowiadać, bo nikt tego nie pojmie.


Odwiedziny w łagrze

Jak się zaczęły Twoje podróże?

Od małych tras: Tallin, Pribałtyka, Leningrad, Szlisselburg, pierwsze białe noce. Potem na przykład półwysep Jamał za kręgiem polarnym; dwa dni mieszkaliśmy u Nieńców w czumach, to taki rodzaj wigwamu ze skóry. Charków - byłem przy ekshumacji polskich grobów. Kazachstan - szukałem tam śladów Wata, czy może raczej odczuć z nim związanych, a trafiłem na przemytników anaszy; jak się dowiedzieli, że siedziałem w pudle, uznali, że jestem swój.

Potem była przygoda z Jercewem, gdzie siedział Herling-Grudziński. Zaczęła się w styczniu 1992 i właściwie trwa do dzisiaj, bo przez Jercewo i "Inny świat" trafiłem do "Kultury". Jechaliśmy do Wołogdy na tzw. Cztienia Szałamowowskie w kolejną rocznicę śmierci autora "Opowiadań kołymskich"; tkwiłem już wtedy głęboko w Szałamowie i spadkobierczyni jego praw zaprosiła mnie jako jednego z referentów. Następna stacja za Wołogdą to właśnie Jercewo. Miałem nadzieję, że znajdę choć kawałek drutu kolczastego, może kogoś, kto pamięta obóz - i tyle. A tu się okazuje, że łagier jak był, tak jest. Las, maleńki posiołek i dokoła zony; jak jedziesz w nocy, łuna świateł wygląda jak wielkie miasto, dopiero w dzień widać, że to labirynt z drutu kolczastego i desek.

Jercewo to posiołek zamknięty, ale jest, owszem, maleńki hotelik dla konwojów, które przywożą zeka, czyli więźniów. Idziemy do hoteliku cali zakutani, żeby nikt nie poznał, że jesteśmy obcy; zima, 35 stopni, można się było tak zapatulić. Veronika podaje recepcjonistce swój rosyjski paszport i moją akredytację korespondenta "Gazety Gdańskiej", ważną dwa lata. Babka z wrażenia zameldowała nas jako dwie kobiety... Czuję, że rano mogą nas z hukiem wyrzucić, ruszamy więc obejrzeć zonę. Wrażenie upiorne: z obu stron ściany z desek, górą kilka rzędów drutu, wyszki, na nich goście z karabinami, a między ścianami patrole z psami i my.

Nazajutrz trafiamy do naczelnika. Ważny szczegół: znaleźliśmy się w Jercewie 19 stycznia 1992, akurat w moje urodziny i dokładnie w 50 lat od dnia, w którym Herling wyszedł z łagru. "Memoriał" wywalczył już, że akta po pół wieku mogą być odtajnione. Siada naczalstwo, wystrój pokoju niezwykły: Dzierżyński, czerwone sukno na stole, po prostu CzeKa. Mówię im, że jestem korespondentem z Polski, a tu siedział wielki polski pisarz i chciałbym zobaczyć po pierwsze jego papkę (teczkę), a po drugie parę miejsc opisanych w książce. Odpowiadają, że nie wszędzie się da dojechać, bo na przykład Aleksiejewka dawno zlikwidowana, ale gazik zaraz będzie i gdzie można - pojedziemy. Licznoje dieło? Nie ma problemu. Mija kwadrans - i mam w rękach akta sprawy Herlinga.

Co za porządek...

Fenomenalny! To mnie tak rozbestwiło, że poprosiłem, żeby mi te akta przefotografowali, a sam pojechałem na zonę. Tymczasem naczelnik zadzwonił do Moskwy, gdzie mu powiedziano, że ma mnie natychmiast wyrzucić, bo bez razrieszenja generała Striełkowa, zwierzchnika leśnych łagrów, niczego nie mogę oglądać. Wracamy do Moskwy i chodzimy od Annasza do Kajfasza, żeby to razrieszenje zdobyć. W końcu docieram do Striełkowa - uprzedzony przez naszych dyplomatów, zaprasza mnie do siebie, akta już tam są. Fotografował je wnuk Borysa Pasternaka. Dostałem też zgodę na dwie wizyty w Jercewie, żeby nakręcić film: najpierw na wstępną lustrację, potem na wjazd z ekipą.

Jedziemy więc już oficjalnie: gazik czeka na stacji, potem zwiedzamy wszystko, nawet karcer, choć tam nas nie chcieli wpuścić. Na drugi dzień wsiadamy z pułkownikiem Kuzienkowem na drezynę. Stół zastawiony smakołykami, wódka, nas troje i zeka, który drezynę prowadzi. Jak we śnie - dookoła las, popijamy wódkę, a pułkownik objaśnia: tu srogij reżim, tu żenskaja zona, a tu zona raboczaja. Produkcja - od mebli po gotowe domki składane z części. Pytam, jak sobie teraz dadzą radę, przecież państwo się rozsypuje. A on: no, chyba przyjdzie zonę prywatyzować. Coś w rodzaju prywatnego niewolnictwa! Dosyć mnie to zbulwersowało, ale potem przeczytałem "Sachalin" Czechowa i dowiedziałem się, że już za cara pewna spółka z Petersburga miała umowę z katorgą w sprawie dostarczania bezpłatnych robotników do kopalni. Nic nowego, wraca stare.

Wtedy też zaczęła się moja przygoda miłosna z rosyjskimi domami na Północy. To są niezwykłe domy: wielkie, drewniane, z bali, z ogromną ruską pieczką, która jest ich duszą. Z głupia frant zapytałem Kuzienkowa, czy w pobliżu nie ma domu do kupienia. Owszem, niedaleko jest kołchoz Siewiernyj, jedenaście wsi, na pewno coś się znajdzie. Jedziemy do jednej z tych wsi, Tajwengi - prawie wszystkie domy można kupić, bo mieszkańcy wymierają, trzy wsie już całkiem bezludne. Dom i przewiezienie go w inne miejsce, nad jezioro, kosztuje mnie tyle co dwie skrzynki wódki. Doczekaliśmy jeszcze obmycia pierwszego wieńca, żeby się dom nie zwalił - i pojechałem na wojnę do Abchazji.

Jechałem przez Czeczenię, chciałem się zabrać z ochotnikami czeczeńskimi, którzy mieli pomóc Abchazom, ale ci ochotnicy bardzo długo się zbierali, wiecowali - machnąłem na nich ręką i pojechałem na wojnę autostopem. Gruzińską Wojenną Drogą, przez cały Kaukaz; po drodze była jeszcze jedna linia frontu, w Osetii. Wylądowałem w Tbilisi, stamtąd psim swędem udało mi się polecieć samolotem z gruzińskimi najemnikami. Chodziłem po pustej plaży w Suchumi, a nade mną latały pociski, bo za rzeką Gumista były już oddziały abchaskie. Napatrzyłem się tam na różne obrzydliwości, złe emocje, śmierć. Ale to osobna historia - opowiedziałem ją po rosyjsku w "Białej księdze Abchazji".


Rejs na Sołowki

Znad Morza Czarnego dość daleko nad Białe...

Ale też tu się moja historia przełamuje. Po powrocie z Tbilisi do Moskwy mówię do Veroniki: Mam dosyć Południa i w ogóle wojennych emocji, pojedziemy nad Białe Morze, jeszcze tam nie byliśmy. Punktem zaczepienia był znajomy w Archangielsku, a z Archangielska popłynęliśmy ostatnim rejsem na Sołowki. Był koniec września 1992.

Miałem wtedy poczucie, że Rosja, którą dotąd widziałem, nie układa mi się w żadną całość. Każdy element był inny, nie tworzyły obrazu. Na Sołowki przyjechaliśmy na dwa dni jako turyści. Wiedziałem o nich tyle co z Sołżenicyna - że był tam słynny klasztor, a potem słynny łagier. Poraziły mnie od pierwszego momentu połączeniem śmierci i piękna. Był schyłek babiego lata, na północy szczególnie wspaniały; wszystko się złoci, dominuje tam brzoza, na jesieni niemal przezroczysta. Powietrze kryształowe i wszędzie woda, która powiela i odbija światło: dookoła morze, a na głównej wyspie sześćset jezior. Mgiełki się snują, dzwonią dzwony. Niezwykłe piękno, ale ze śmiercią w tle: świadomość tego, że to były łagry, ale i jesień po prostu. Przecież te liście zaraz opadną! Sołowiecka poetka, Julia Matonin, która się zresztą powiesiła, napisała piękny wiersz o tym, że liście na starość schodzą z uma, wariują. Dostają nową kolorową szatę, zrywają się myśląc, że lecą na bal - a to jest umieranie. Niemirowicz-Danczenko, który mieszkał tutaj przed powstaniem łagru, napisał, że Sołowki przypominają kunsztownie cyzelowane wrota do grobowca. A zaranie ich historii - jakieś drugie tysiąclecie przed naszą erą - to Saamowie, którzy grzebali na wyspach szamanów i budowali kamienne labirynty, żeby dusza szamana nie mogła z nich wyjść i powrócić do żywych. To połączenie wciąż powraca.

Pejzaż i atmosfera Sołowek tak nas zafascynowały, że zamiast dwóch dni zostaliśmy od razu trzy tygodnie. Chodziłem po wyspie kilometrami i zastanawiałem się, co dalej robić. Dotąd wciąż gdzieś goniłem, działałem, podróżowałem, nie miałem chwili czasu na refleksję, na przyjrzenie się sobie z boku: dokąd biegniesz, Wilku? Odpowiedź przyszła sama: zostajemy. Skoczyliśmy tylko do Moskwy zabrać kota, parę książek - i z powrotem na Sołowki.

Po pierwszej zimie tutaj spędzonej pojąłem, że Sołowki to zwierciadło, w którym odbija się obraz całej Rosji, zarówno w planie historycznym, jak i współczesnym. Aleksandr Wasiliewicz, który w książce występuje jako Wasylicz, mawia, że aby poczuć smak morza, wystarczy wypić jeden łyk. Sołowki to taki łyk Rosji, który daje pojęcie o smaku całości.

Skąd się wzięli ich obecni mieszkańcy?

Ujmując rzecz jednym zdaniem: Sołowki to swałka ludiej, wysypisko ludzi. Oni czują się wyrzuceni albo sami się usunęli na margines, outsiderzy różnego typu. Florenski, wnuk Pawła, teologa, naukowca i więźnia sołowieckiego łagru, z profesji geolog, twierdzi zresztą, że sama Wielka Sołowiecka jest śmieciem na Białym Morzu, naniesionym przez lodowiec. Inne wyspy to granitowe skały, które sterczą z dna, a Sołowki - piasek przerośnięty drzewami i usiany ogromnymi kamieniami, wałunami. Florenski zrobił z tego całą filozofię.

Po likwidacji łagru w 1939 roku ludzie przybywali tu kilkoma falami. Pierwsza nadciągnęła z wojskiem, które osadzono wtedy na Wyspach: jacyś cywile, kobiety, które żołnierzom gotowały, potem się z nimi żeniły, rodziły dzieci. Druga przyszła wraz z przeniesieniem z wyspy Żyżgin, spoza Archipelagu, fabryki agar-agaru produkowanego z wodorostów. Trzecia fala związana była z otwarciem w 1967 roku muzeum na wyspie. Muzeum zajmuje się głównie odbudową monastyru; syzyfowy trud, bo przy nakładach, którymi dysponuje, rozpad idzie szybciej niż odbudowa. Poza tym - przyrodą, historią, archeologią...

Kamienne labirynty Saamów, o których wspomniałeś?

Właśnie. Ludzie, którzy pracują w muzeum, to z reguły fachowcy niezbyt dużej klasy, ale zakochani w Sołowkach i w sołowieckich tematach nieźli. Lubią to, literaturę badają, sami coś zbierają, obrazy kupują od malarzy. Jest w rosyjskim słowo "osołowiet�", które normalnie znaczy tyle co "być osowiałym", smętnym i śpiącym. Natomiast na Archipelagu ono przybrało lokalne znaczenie: o człowieku, który zwariował na punkcie Sołowek, mówi się, że "osołowieł".

Czwarta fala przybyszów łączy się z pierestrojką. Wymyślono wtedy jakieś absurdalne inwestycje: oczyszczalnię ścieków na sto tysięcy ludzi, piekarnię też na sto tysięcy - a Sołowki liczą tysiąc. Przywieziono najpierw robotników. Bardzo często byli to np. faceci, których firmy budowlane wykupywały od milicji. W Rosji obowiązuje paragraf, zgodnie z którym za picie w pracy można gościa wyrzucić z pracy, a nawet posadzić. Ale to nie jest jakieś wielkie przestępstwo. Firma szukająca budowlańców wykupuje takiego człowieka od milicji za łapówkę - tak jakby wychodził przedterminowo czy miał skróconą karę. Wychodzi i pracuje jako rab. Tacy właśnie alkoholicy tu przyjeżdżali; a jak ktoś już miał problemy z piciem, to na Sołowkach mógł rozwinąć umiejętności. Żadni fachowcy, więc np. pierwsze domy zbudowali w ogóle bez fundamentów, w zimie ciągną z ziemi wilgoć, pustaki nasiąkły wodą, cieknie po ścianach. Dziś to są takie sołowieckie slumsy.

Potem pierestrojka wyhamowała, skończyły się pieniądze, motywacja. Piekarnię podciągnięto pod gzyms, ale sufitu nie ma. Teraz zaczęto wszystko prywatyzować - czyli prichwatyzować. Każdy po prostu rozbiera co może, w zależności od szczebla. Szef całej firmy tak ją prywatyzuje, że dostał już białej gorączki od alkoholu i musi się leczyć. Sprzedaje wszystko. A ci mniejsi idą za nim: ktoś traktor sprzedał, ktoś młot, ktoś spycharkę rozebrał na części. Wszystko rozkradzione, zdezelowane, zostają tylko ludzie, bomże: spici, nigdzie nie pracują, wyłudzają pieniądze. Łowią ryby i to jest ich główne pożywienie. Ryba jest wszędzie, więc nie umrą z głodu. Zjadają też psy, koty; to już trzecia zima, kiedy giną psy i koty.

I wreszcie ostatnia, piąta fala, rok 1991, kiedy razem z mnichami na Wyspy wróciło życie obszcziny prawosławnej. Przyjeżdżają pielgrzymi, trudnicy, czyli ci, którzy ślubowali rok tam pracować na chwałę Bożą. Ściągają różni nawiedzeńcy, którzy chcą zostać mnichami, ale po miesiącu nie wytrzymują klasztornego reżimu - jeden nie może bez papierosów, drugi bez wódki, trzeci bez dziwek - i odchodzą. Potem zostają w posiołku, trochę jak jurodiwi, chociaż ja uważam, że lepszym słowem jest osłusznik. Posłusznik to kandydat na mnicha, ten, który się słucha, a osłusznik to taki, co nie posłuchał, zbuntowany. Piją mrocznie, czasem samobójstwa popełniają, albo dziewczyny ciągną do grobu. Bo to są często goście na jakimś poziomie, poeci, niespokojne duchy, imponują prostym sołowieckim dziewczynom.

A już nie jako fala, tylko jako odinoczki, przyjeżdżają różni wariaci jak ja.

Jak przebiegała wasza adaptacja na Archipelagu?

Po pierwsze mieliśmy od razu dobry kontakt z kręgiem sołowieckiej bohemy - przez przyjaźń z Mielnicą, jedną z bohaterek mojej książki. To była poetka, dziennikarka, redagowała gazetę "Sołowieckij Wiestnik", równa baba, i do wypicia, i do pogadania, i do poczytania wierszy, szybko się zaprzyjaźniliśmy. I ona właśnie nas nakłoniła, żebyśmy zostali. Załatwiła nam mieszkanie i drewno na opał, bo zima się zbliżała. Zamieszkaliśmy w tak zwanej Biostancji zbudowanej u schyłku zeszłego wieku przez petersburski uniwersytet - pierwszej naukowej stacji nad Białym Morzem. Dom drewniany, piękny, przestronny, dwupiętrowy, stropy wysokie, duże okna. Naukowcy mieli tam laboratoria, akwarium, potem pokłócili się z przełożonym klasztoru, i on ich wyrzucił. Nie tylko wyrzucił, ale jeszcze zamówił obraz przedstawiający sąd ostateczny: potępieńcy, którzy spadają do piekła, mają twarze petersburskich profesorów.

Zemsta sięgająca poza śmierć...

W zaświaty! Mieszkanie w Biostancji bezpłatne, więc dla nas wręcz idealne, bo już ceny się zmieniają, a ja nie mam pieniędzy. Pierwszą zimę tam przetrwaliśmy. Pytasz o nasz status? Byliśmy tam cudzoziemcami, długo w ogóle nie kojarzono, że Veronika jest Rosjanką, a nie jakąś inostranką. Do mnie natychmiast przylgnęło określenie "Poliak", albo inostraniec, bo niektóre babki nie kojarzyły, co to Polska. Ten status pozostał do dzisiaj; zmienił się o tyle, że ludzie tamtejsi początkowo zastanawiali się, po cośmy tam przyjechali. Obserwowali nas ze dwa lata, ale jak przeżyliśmy z nimi drugą zimę, zaakceptowali nas jako swoich, sołowieckich. Nie ruskich, a sołowieckich.

Zresztą zima zimą, ale potem przychodzi lato, i patrzą na przykład, co robimy w ogrodzie. Sadzę kartoszkę tak jak i oni, znaczy - swój człowiek. Potem nauczyli mnie stawiać sieci pod wodą - to też ważna sprawa. Teraz mamy tam przyjaciół: Wasilicz i jego żona; Brat - pół mnich, nie mnich, ale nie osłusznik. Wasilij, z którym szedłem na Kanin Nos - zupełnie błatnyj chłopak, dwa lata ode mnie młodszy, który przy Veronice się wstydzi, więc mówi poprawną ruszczyzną, ale przy mnie tylko matem; na pięć słów może jedno ruskie. To nie znaczy, że akurat ma zły humor - on tak w ogóle mówi. Całe życie związany z wodą, z lasem; od dziecka łowił z ojcem ryby i uczył się szyć łodzie. Niespokojna dusza, więc pomyślał sobie: a dlaczego by na tej łódce nie postawić żagla. Sam buduje jachty, zaczynając od wybierania w lesie drzewa na kadłub i maszty, a kończąc na spawaniu kotwicy.


Stakan i kartoszka

Twoje teksty w "Kulturze" i zwłaszcza książka to wyraźna konstrukcja literacka, naładowana odniesieniami do duchowości rosyjskiej, podbudowana wiedzą historyczną; w niej umieszczasz wątki dziejące się współcześnie.

Pierwsze dwa lata na Sołowkach nic nie pisałem; to znaczy pisałem dużo, ale tylko notatki, fragmenty tłumaczeń, myśli z Ojców Pustyni i tak dalej. Uzmysłowiłem sobie od razu, że na tej ziemi stykają się dwie kultury. Jedna, kultura sołowieckich mnichów, sięga IV wieku po Chrystusie i Egiptu; druga, kultura północy, ludzi północy, rybaków, prowadzi wstecz aż do Saamów, a potem już ewoluuje w historię Rosji na tych terenach. Te dwie tradycje spotkały się w momencie, kiedy pierwszy mnich, czyli Sawwatij, przyszedł w 1439 roku na Wyspę, odtąd dziwnie się przeplatają. Aby uchwycić to, co się dzieje teraz, na przykład w monastyrze, trzeba wiedzieć, do czego mnisi się odwołują, co czytają. A czytają dużo i na różnym poziomie. Od Ewagriusza z Pontu i Antoniego Wielkiego po XIX wiek. Ja w to nigdy wcześniej nie wchodziłem, więc musiałem wykonać sporą pracę, włącznie z przypominaniem sobie staro-cerkiewno-słowiańskiego, żeby móc czytać w oryginale literaturę staroruską. Mówisz, że piszę o Sołowkach z perspektywy historycznej; ja bym powiedział, że przede wszystkim filologicznej.

Wejście w głąb języka i kultury to jest rodzaj medytacji. Przez dwa lata nic innego nie robiłem. No, oczywiście czytałem Maksimowa "Rok na północy" i rozmaite inne rzeczy, właściwie wszystko, co napisano o Sołowkach. Żeby Rosję spróbować pojąć, trzeba nauczyć się myśleć po rosyjsku. Jeśli w dodatku tam żyjesz i to żyjesz jak Rosjanie, możesz wtedy konfrontować filologię z życiem, obserwować, jak słowa znaczą w codziennym doświadczeniu. I wtedy jesteś już gotowy do podjęcia próby opisu. A i tak pozostaje szereg problemów czysto warsztatowych. Bo tę rzeczywistość, którą zrozumiałem i pojąłem po rosyjsku, muszę teraz przełożyć na polski. Podwójnie przełożyć: i na język, i na system naszych pojęć.

Dlatego w niektórych przypadkach posiłkuję się słowami rosyjskimi - nie ma sensu ich tłumaczyć. Na przykład kartoszka: jeśli zrobię z niej ziemniaka albo kartofel, to od razu wywołam nasze współczesne polskie skojarzenia - że trzeba tego mało jeść, bo się grubnie, itd. Ot, dodatek do mięsa o coraz mniejszym znaczeniu - a na Sołowkach to prawie święta roślina, całe pokolenia nią żyją, główne danie na zimowy wieczór z gośćmi to jest gotowana kartoszka.

Albo stakan i szklanka. Opisuję na przykład cmentarz: wszędzie mogiły, a na mogiłach stakany. Jak zrobię z nich szklanki, to Polak, przywykły, że ze szklanki pije się herbatę, nic nie zrozumie. Jeśli natomiast zostawiam słowo rosyjskie i w glosariuszu tłumaczę, że to miara wódki, którą wypija się jednym haustem - rzecz robi się jednoznaczna. Takich kluczowych słów jest masa. Glosariusz przygotowywałem w pośpiechu, bo wpadłem na jego pomysł na miesiąc przed wydaniem książki, a mógłby być dwa razy grubszy niż ona.

Kiedy zacząłem się zastanawiać, jak zapisać moje doświadczenie, uświadomiłem sobie, że będę uprawiać gatunek znany w Rosji jako skazania inostrancow o Rossiji. Zaczyna się to w XIV wieku od łacińskich traktatów pisanych przez ludzi, którzy nigdy w Rosji nie byli, a potem jest długa lista: posłowie królewscy, Anglicy, którzy przyszli od północy na łodziach i tak dalej. Herling, Wat, Weissberg-Cybulski też tu należą, i w ogóle cała polska biblioteka świadectw syberyjskich, łagrowych i wcześniejszych: Dybowski, Sieroszewski. Czytałem to wszystko już z myślą, że będę próbował tej tradycji trochę dokopać. Co mógł zobaczyć poseł? Taki Ciosek na przykład nie ma pojęcia, co się dzieje w Rosji, niedawno jeszcze opowiadał w jakimś wywiadzie, że jest spokojnie... De Custine zauważył, że w Rosji powinno się żyć dwa lata, żeby coś pojąć, a sam był niecałe trzy miesiące i napisał cztery tomy. Fakt, dużo tam intuicji, dużo obserwacji, zwłaszcza z północy, ale i dużo schematów, klisz przejętych od poprzedników; każdy przecież ich czyta. Po kilku latach w Rosji wiesz, w którym miejscu facet rzeczywiście coś widział, a w którym powiela klisze. To jest też odbicie klisz, jakie Europa ma na temat Rosji.
Tropa

Jesteś już dwa lata na Sołowkach, przymierzasz się do pisania. Jak nawiązałeś kontakt z Jerzym Giedroyciem?

Tutaj wracamy do wizyty w Jercewie i do filmu, który planowałem. Niestety pewien znajomy reżyser z Warszawy, z którym mieliśmy pracować, zwyczajnie ukradł mi Jercewo. Napisał tylko, że sam kręci, a jak chcę - mogę mu pomóc. Skopał zresztą temat, bo nie miał tych wejść co ja, więc nie sfilmował zony, a robić film o Jercewie nie pokazując, jak tam jest w środku dzisiaj, nie ma sensu. Zdarzenie miało jednak skutek pozytywny: tak mnie wkurzyło, że postanowiłem napisać do Herlinga list. Nie żeby się skarżyć, ale żeby mu opisać Jercewo, jak je zobaczyłem. Z takim podtekstem, że jak autor filmu go odwiedzi, to on już będzie wiedział, kto był w Jercewie wcześniej. I potem znów pojechałem do Abchazji - tym razem od strony abchaskiej, zaproszony jako współautor "Białej księgi". Abchazi świętowali rocznicę zwycięstwa nad Gruzinami, najpierw żałobne płacze nad poległymi, bardzo południowe, potem balanga na stadionie, wyścigi konne, picie alkoholu do rana. Kiedy wróciłem na Sołowki, znalazłem odpowiedź Herlinga poruszonego moim listem, obiecywał, że go włączy w "Dziennik pisany nocą", i zrobi z niego drugi epilog do "Innego świata". Prosił też, żebym jego fotokopie jego akt przekazał "Karcie".

W grudniu 1994 czy może w styczniu 95 dostaję "Kulturę" z moim listem do Herlinga przedrukowanym w jego "Dzienniku" i zaraz przychodzi szereg propozycji: Małgorzata Szejnert z "Wyborczej", Michał Okoński z "Tygodnika", po nich inni, telewizja chce kręcić. Trochę się przeląkłem, postanowiłem nikomu nie odpowiadać. Bo odstałem od kraju i nie chciałem się wpuścić w jakiś kanał, w jakąś jednoznaczną identyfikację. Wiedziałem, że gazety się upolityczniły, każda ma swoją opcję, swoją klientelę, i nawet najbliższa mi też mnie zamknie w getcie.

Siedzę więc sobie na tych listach, bez pieniędzy, bo nam ostatnie pieniądze jak raz w banku przepadły, ale mamy już dom, kupiony pierwszego lata na Sołowkach, kiedy Veronika sprzedała swoje mieszkanie w Moskwie. Kupiliśmy też na szczęście jesienią cztery beczki benzyny i przez całą zimę sprzedawaliśmy ją na litry, zamieniając na chleb. Wiedziałem, że za propozycjami kryją się jakieś honoraria, więc pokusa silna była, ale postanowiłem odłożyć decyzję o miesiąc - i wtedy przyszedł list od redaktora Giedroycia. Od razu wiedziałem, że to jest to, o co mi chodzi. Pismo poza polskimi sporami, profil od początku jednoznaczny, no i jedyna chyba firma z mądrą, głęboko przemyślaną i dalekowzroczną polityką wschodnią; tutaj zgadzam się z Redaktorem w stu procentach.

Szybko odpowiedziałem - tekstem, który miał być pierwszym listem z Sołowek. Pierwsza próba formy, ważna, bo przecież nie widzisz tego, z kim rozmawiasz. Potem już zaczęły się listy nawet z Południowej Afryki, a Redaktor od czasu do czasu podbudowywał mnie jednozdaniowymi wykrzyknikami, że dobrze. Pisałem i pisałem, i szukałem cały czas klucza do całości. Już nie do całości Sołowek, ale do całości książki, bo od razu wiedziałem, że z tekstów, które idą w "Kulturze", zmontuję książkę. W zeszłym roku pojechałem do Paryża zapytać, czy jest sens już się do tego przymierzać i Jerzy Giedroyc powiedział, że tak. Uzupełniałem, dodawałem, w ostatniej chwili wpadłem na pomysł glosariusza, który jest taką filologiczną zabawą. Zrobiłem w sumie książkę otwartą: to jest całość, ale można w nią wstawiać nowe klocki. Nawet wiem, jakie. To będą jeszcze dwa kawałki, może trzeci. Wracamy na Sołowki jesienią, jeszcze na jedną zimę i lato, żeby zamknąć "Wilczy notes I" - a potem się zacznie "Wilczy notes II".

Chciałbym, żeby to była Syberia. Cała Syberia. Wiem, że to wariactwo, i że jak nie znajdę bogatego wujka, to nic z tego nie wyjdzie, ale już mi różni ludzie obiecali pomoc. To nie tylko inna skala niż Sołowki, to jest w ogóle inny pomysł, bo Sołowki przy całej swojej otwartości ułożyły mi się w formę zamkniętą; wyspa ją narzuciła. A Syberia to ogromny placek, którego nie ugryziesz w żaden sposób; jedyna szansa, żeby opisać Syberię, to jest pójść tropą. Stąd "Wilczy notes" jako tytuł lepiej się nawet nadaje dla drugiej części, bo tropa oznacza wilcze ślady.... A jak ta tropa się ułoży, to już będzie zależało od pieniędzy, od kontaktów, od znajomości. Tam cię podają z ręki do ręki, ze wsi do wsi, w ogóle tego nie planujesz. Ile lat? Może cztery, a może osiem. Dalej będę robił dla "Kultury" takie fragmenty, kawałki. A kiedy całość się zamknie - zobaczymy. To nie musi być zamknięte.

I mimo kryzysu wracacie do Rosji?

Kryzys mnie w ogóle nie zaskoczył, wiadomo było od dawna, że do niego zmierzamy, więcej - on już trwał od jakiegoś czasu. Prichwatyzacja, jak Rosjanie nazywają prywatyzację, czyli zwykła grabież, anarchia, atrofia struktur państwa, alkoholizm, narkomania. Samorząd? Jak może działać samorząd bez budżetu? Obserwowałem to na Wyspach, które są najmniejszym w Rosji regionem. Zachód miał zwykle kompletnie fałszywy obraz tego, co się w Rosji dzieje. Zwróć uwagę, gdzie się spotykali zachodni ekonomiści i politycy z Rosjanami: w Davos, w Kanadzie, nigdy w Norylsku czy Workucie, żeby choć zobaczyć, jak ten przemysł naprawdę wygląda.

Jak to się wszystko skończy, oczywiście nie wiem. Tam się wciąż coś dzieje, choćby w kulturze, w sztuce, to nie jest tak, że tylko kanał. Tam się wyzwalają jakieś niezwykłe energie. Może to przecięcie Azji z Europą? Wydawało się, że po Stalinie Rosja się już nie podniesie - a jednak... Ten kryzys zresztą to dopiero początek, myślę o całym euroazjatyckim dziwolągu, bo rozpad imperium to także rozpad republik islamskich.

Nie wiem, co by się musiało stać, żebym teraz z Rosji wyjechał. Dla mnie to w tej chwili najciekawsze miejsce na ziemi, właśnie przez to, że coś się tu rozpada, coś się rodzi. Poza tym wbrew pozorom ja się na Sołowkach czuję bezpiecznie, bezpieczniej niż na warszawskiej ulicy: wszystkich znam i mnie wszyscy znają. Nie tylko na Sołowkach: podróżowałem po Półwyspie Kolskim, trochę na piechotę, trochę autostopem, trochę pociągami - żadnej agresji, żadnego chamstwa, na odwrót, wielka gościnność, zaopiekują się tobą, nakarmią, napoją. Moskwa drapieżnieje, wszyscy się śpieszą, ale do głubinki ten rytm nie dojdzie. Na Północy żartują, że do nich w ogóle nic nie doszło, bo za daleko: ani Mongołowie, ani Tatarzy, ani kriepostne prawo - tam nie było nigdy pańszczyzny! Nawet sowietyzm ich nie zniszczył. Na Syberii też masz gminy staroobrzędowców, którzy żyją tak jak żyli 100 lat temu.

Zawsze się będzie gdzie schować przed cywilizacją. Ja jestem raczej tradycjonalistą i bardziej mnie ciągnie w stronę książki ręką pisanej niż jakichś internetów, wolę rozmowę od telewizora. No i to cudowne pojęcie swobody! W Europie masz wolność do czegoś: jestem wolny, więc mogę zbudować dom. A w Rosji wolność oznacza swobodę, łączy się z przestrzenią: odejdę, bo jestem wolny. Nie my home is my castle, nie twierdza, tylko tropa, własna tropa, którą mogę pójść.

Kraków-Kiry, wrzesień 1998

"Wilczy notes" Mariusza Wilka ukazuje się właśnie w gdańskiej oficynie "słowo / obraz terytoria"; jego promocja odbędzie się 18 września podczas 9. Krajowych Targów Książki, w warszawskim Instytucie Goethego.

Autorem fotografii z Wysp Sołowieckich, ilustrujących książkę, a także powyższą rozmowę, jest TOMASZ KIZNY (ur. 1958), w latach 80. współtwórca Niezależnej Agencji Fotograficznej "Dementi" związanej z "drugim obiegiem", obecnie współpracownik Ośrodka "Karta" i Magazynu "Gazety Wyborczej". Od 1986 realizował autorski projekt fotograficzny "Obraz Systemu", w oparciu o fotografie archiwalne obrazujące represje w ZSRR oraz prowadzoną przez siebie dokumentację współczesnych pozostałości "cywilizacji obozowej". Jego prace pokazywane były m. in. na autorskich wystawach: "Martwa Droga", "Planeta Kołyma", "Ocaleni z Gułagu", "Czas Imperium".

[link widoczny dla zalogowanych]
.


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
PostWysłany: 22 Sty 2009 8:32
Administrator
ADMIN

 
Dołączył: 28 Maj 2005
Posty: 6577
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 13 razy
Ostrzeżeń: 0/2
Skąd: Gdańsk





Mariusz Wilk

TROPAMI RENA

190 stron, październik 2007 r.
ISBN 978-83-7392-247-1


Tropami rena to drugi – po Domu nad Oniego – tom „Dziennika północnego”, w którym Mariusz Wilk ukazuje świat Dalekiej Północy. Tym razem stara się poznać życie, obyczaje, pochodzenie tajemniczego ludu Saamów (popularnie zwanego Lapończykami).

Saamowie zamieszkują głównie Norwegię, a także Szwecję i Finlandię. W Rosji żyje ich zaledwie garstka. Tradycyjni przedstawiciele tego ludu trudnią się rybołówstwem, myślistwem, rękodziełem, czasem uprawą roli, ale przede wszystkim hodowlą renów. Aby ich bliżej poznać, autor zamieszkał wśród nich w Łowozierze na Półwyspie Kolskim.

Kluczem do zrozumienia duszy Saamów wydają się reny żyjące dziko. Autor, wędrując w ślad za nimi, stopniowo odkrywa swoją własną t r o p ę: szlak, który każdy musi odkryć i wyznaczyć tylko dla siebie.

Wychodząc na „tropę Saamów”, nie planuję z góry, dokąd mnie ona zaprowadzi. Może wyjdę nią poza czas teraźniejszy, zarażony fanatyzmem bądź kasą. Może spotkam na niej mądrego rena i zobaczę w jego oczach odbicie samego siebie sprzed wielu tysięcy lat? A może idąc nią, dotrę na „najdalszą Północ”? Tam, gdzie kończy się ziemia ludzi i zaczyna pustka. Bo przecież nie cel się liczy, lecz Droga.
(fragment książki)


Nota o autorze

Mariusz Wilk – pisarz-włóczęga, dziennikarz. Urodził się w 1955 r. we Wrocławiu. Tam dorastał i studiował – ukończył filologię polską na Uniwersytecie Wrocławskim. Od 1978 działał w opozycji tworząc podziemne pisma: „Biuletyn Dolnośląski”, „Podaj dalej” i „Tematy”.W czasie Sierpnia 1980 współredagował biuletyn strajkowy NSZZ „Solidarność” wydawany w Stoczni Gdańskiej. W 1980 r. zamieszkał w Gdańsku i został redaktorem naczelnym „Solidarności. Pisma Zarządu Regionu”. Po 13 grudnia 1981 r. musiał się ukrywać (cały czas redagując pismo). W 1982 r. został aresztowany, po zwolnieniu w 1983 pracował w Spółdzielni Pracy Usług Wysokościowych „Gdańsk”. W 1984 r., wraz z Maciejem Łopińskim i Zbigniewem Gachem (pseud. Maciej Moskit) opublikował w Paryżu Konspirę, książkę o podziemnej „Solidarności”. W 1986 r. został ponownie aresztowany, zwolniony po kilku miesiącach na mocy amnestii. Po strajkach w 1988 r. wycofał się z czynnej działności politycznej, po 1989 r. wyjechał do Rosji i osiadł na Dalekiej Północy, na Wyspach Sołowieckich. Po dziesięciu latach przeniósł się nad jezioro Oniego, później na Półwysep Kolski, obecnie mieszka w Pietrozawodsku. Gdy zamieszkał w Rosji, został korespondentem paryskiej „Kultury”, później zaczął regularnie pisać dla ”Rzeczpospolitej” (dodatek „Plus-Minus”), jego teksty ukazywał się również w „Zeszytach Literackich”, „Gazecie Gdańskiej”, „Przeglądzie Politycznym”. Pierwszą książkę złożoną ze swoich podróżniczych esejów pt. Wilczy notes wydał w 1998 r. (słowo, obraz/terytoria, Noir sur Blanc 2007), potem była Wołoka (Wydawnictwo Literackie 2005) i Dom nad Oniego (Noir sur Blanc 2006) – pierwszy tom „Dziennika Północnego”.

W 2006 r. Mariusz Wilk został odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski.

Fragment książki

12 stycznia

Czarnołusski zasługuje na osobny ustęp. Tym bardziej że nie miał szczęścia ani do badaczy, ani do kontynuatorów swo­jej tropy. A i czasy temu nie sprzyjały. Znaczna część jego do­robku do dziś leży w archiwach. Czarnołusski był nie tylko wy­bitnym etnografem i znawcą Saamów, lecz także fotografował, malował, pisał. Słowem — ostawiał ślady. Żal, że nikt nimi nie poszedł dalej.

Urodził się w 1894 roku w Petersburgu. Ojciec pracował w wydawnictwie „Znanie”, mama pisała książki dla dzieci. Wołodia od małego marzył o podróżach. Czytał o wyprawach po­larnych Fridtjófa Nansena, Roalda Amundsena i zazdrościł. W 1914 roku ukończył szkołę handlową. Chciał wstąpić do Akademii Sztuk Pięknych (brał lekcje rysunku i malarstwa). Plany udaremniła pierwsza wojna światowa. Poszedł na front na ochotnika. W bojach dosłużył się stopnia dowódcy kompa­nii cekaemów. W latach 1921--1926 studiował w Instytucie Ge­ograficznym w Piotrogrodzie, imając się rozmaitych zajęć. Był i stróżem nocnym, i w porcie pracował. Na dyplom zrobił ma­pę samojedzkich trop koczownych Kanin Nosa.

Jednakże jego prawdziwym przeznaczeniem była ziemia Saamów — Półwysep Kolski. Po raz pierwszy wybrał się tam jeszcze jako student. „Chciałem poczuć tę ziemię własnymi no­gami — wspominał po latach — zobaczyć ją na własne oczy i własnymi uszami usłyszeć podania saamskiej przeszłości”.

Pieszo i na łodzi przeciął całą sowiecką Laponię z północy na południe: od Jokangi nad Morzem Barentsa do Warzugi nad Morzem Białym. Po drodze pomagał przy cieleniu się renów, zbierał zielnik, aby zbadać ich karm, zapisywał bajki Saamów i uczył się ich języka. I już wtedy zauważył, że niechętnie mówili o swych wierzeniach. Pytania o seid-kamienie zbywali bądź żartem, bądź gniewem. Aż pojął, że w tundrze saamskiej są tropy, którymi się chodzi samemu.

W latach 1927-1938 przedeptał Półwysep Kolski wzdłuż i wszerz. Znajomość saamskiego języka dawała mu dobry kon­takt z aborygenami. W Lumbowskim pogoście9 zbliżył się do starego Saama Jefima Andriejewicza i wielu rzeczy się od nie­go nauczył. Tego na przykład, że krew nie lubi, by ją na świat pokazywano, podobnie jak ziemia nie chce, aby jej czerń obna­żano. Mówiąc inaczej, nie wolno obdzierać ziemi z jej zielone­go poszycia, bo może się to źle skończyć.

Kiedy indziej usłyszał: Całe nasze życie to reny. Jemy ich mięso i ubieramy się w ich skóry, zszywane ich ścięgnami, ich skórami nakrywamy się też do snu, z ich kości robimy swoje narzędzia, a ich tłuszczem oświetlamy kuwaksy. Na renach jeź­dzimy i renom śpiewamy nasze pieśni! Tylko wyglądem się różnimy, jednak po tundrze koczujemy tak samo. Jakże więc możemy nie być renami. Sam pomyśl, zabijając rena, przele­wam jego krew w swoją. Jego mięsem żyję. Moje dzieci istnie­ją dzięki mnie, a ja dzięki niemu. Jesteśmy zatem braćmi jed­nej krwi. My — ludzie-reny.

Braterstwo z renami Saamowie wywodzą od Miandasza, swojego totemicznego praprzodka, na poły człeka, a na poły renifera. Jego matką była Matriocha, starucha-noid. Pewnego razu, znudzona ludzką postacią, przemieniła się w ważenkę i zaszła w ciążę z renem. Przed porodem wróciła do babskiego ciała i urodziła białego rena z czarną głową i złotym porożem. To był Miandasz. Imię pochodzi od saamskiego mjanna. Po polsku scypuł10. Matriocha wykarmiła go własną piersią, dzię­ki czemu mógł przyjmować postać człowieka. W mitologii Saamów Miandasz zajmował szczególne miejsce. Czarnołusski suponował, że kiedyś istniał o nim cały epos, który z biegiem czasu rozpadł się na odrębne pieśni, te zaś stopniowo przeszły w bajki. Etnograf zbierał je po okruchach, tusząc, że odtworzy saamski epos jak Lönnrot Kalewalę.

To właśnie w cześć Miandasza — wedle Czarnołusskiego — odprawiano obrzęd pojadania ofiarnego rena. Przy tym autor Legendy o człowieku-renie opisuje przebieg lyhte-werra nieco inaczej niż Wołkow. W jego relacji skóry rena nie naciągali na szkielet z iwiny, tylko kładli na ziemię, na prawej połowie ukła­dali kości w takim porządku, w jakim były w żywym renie, po czym zakrywali lewą połową, nadając całości formę śpiącego zwierzęcia. Samo pojadanie ciała ofiarnego renifera uczony porównywał do Komunii Świętej.

W 1930 roku wyszła książka Czarnołusskiego pod tytułem Materiały o bycie Saamów. Niezwykłe połączenie erudycji oraz doświadczenia sprawiło, że do dziś dzieło to nie ma sobie równych w rosyjskiej saamistyce.

W latach trzydziestych Czarnołusski pomagał Saamom w biedzie kolektywizacji.

W 1938 roku trafił do łagru. Oswobodzony w 1943 dostał przydział do przymusowej armii pracy. Jakiś czas był pastu­chem w sowchozie Snigiri pod Moskwą. Po zakończeniu wojny, jak w latach młodości, znów imał się różnych zajęć. Między in­nymi ilustrował książki. Na Półwysep Kolski mógł wrócić w charakterze uczonego dopiero w 1961 roku. Ostatnia dekada jego życia była niezwykle płodna. Wydał zbór bajek saamskich, sporo pisał. Umarł w 1969 roku.

Pośmiertnie wyszła ostatnia książka Czarnołusskiego pod tytułem W kraju lecącego kamienia — etnograficzne zapiski, przetykane bajkami Saamów — swojego rodzaju rekapitulacja jego saamskiej tropy. Wiele można się z niej nauczyć. Choćby z tego epizodu, gdzie wspominał Ilię, towarzyszącego mu w jednej z wypraw i dziwiącego się, że Ladimir ciągle wypytu­je go o lyhte-werra, podczas gdy starzy Saamowie utwierdzają, że wie więcej od nich. „Cóż mogłem mu wtedy odpowiedzieć — pisał pod koniec życia — jeśli do dzisiaj w pełni nie pojmuję istoty tego obrzędu”.

Obcując z Saamami, Władimir Władimirowicz pojął, że są rzeczy, o których się nie mówi. Należy do nich wiara. Pisarz nie wątpił, że w czasie jego przebywania na Półwyspie Kolskim Saamowie pamiętali o swoich dawnych wierzeniach. Po prostu nie odkrywali ich postronnym. Należało więc tylko opróżnić się ze swoich własnych przesądów, stereotypów i książkowej wiedzy, okazać szacunek i poczekać, aż tajemnica Saamów sa­ma cię wypełni.

14 stycznia

Przeglądając parę dni temu w miejscowej bibliotece stare numery miesięcznika „Siewiernyje prostory” w poszukiwaniu materiałów o Czarnołusskim, natrafiłem na wywiad ze zna­nym sowieckim dysydentem Pomerancem. Uderzyło mnie, że siedzieli w tym samym łagrze — Grigorij Sołomonowicz kilka lat później. To właśnie w Kargopolłagrze Pomeranc odkrył dla siebie uroki Północy.

Przyjaciele śmiali się z niego, że dookoła baraki i druty kol­czaste, a on nie mógł oderwać oczu od zorzy polarnej, niczym Romeo od Julii. Wiedział, że rano pobudka, że znowu się nie wyśpi, mimo to błądził po żonie do późnej nocy, kryjąc się przed dyżurnymi, jakby zaczarowany melodią bladych tonów Północy. To samo latem. Białe noce tliły się bez końca, jak wieczna lampka na ołtarzu.

Wystarczy porównać jaskrawe kraski Południa, co mącą wzrok i rozpraszają uwagę, z paletą przeźroczystych barw Pół­nocy, które nie zatrzymują na sobie spojrzenia i pozwalają się skupić hen w dali. Mniej więcej to samo różni zachodnie ma­larstwo, zachwycające tym, co na płótnie, od prawosławnej ikony, będącej oknem na inny świat. Nie dziw, że anachoreci szukali na Północy odosobnienia. Pustki.

— Pustka Północy — twierdzi Pomeranc, notabene znawca religii Wschodu — jest żywym obrazem całości. Dlatego teraz, kiedy ludzie gubią się w cywilizacyjnym nadmiarze rzeczy, ja­dła czy newsów, tak ważnym stało się wewnętrzne scalenie przez kontemplację pustki w przyrodzie. Przyroda jest zawsze
całością, rozkład przynosi historia. Tak zwany „historyczny postęp” prowadzi do rozpadu pierwotnej harmonii, a tym sa­mym okalecza duchowo współczesnego człowieka. Jedynie w kulturach archaicznych, które przetrwały do naszych dni, zachowało się to poczucie jedności.

— Może więc warto pójść pod prąd i powrócić do źródeł?

9 Pogost — sezonowe osiedle saamskie. Prowadząc półkoczowniczy tryb życia, Saamowie mieli na swojej tropie parę stałych koczowisk, na które rokrocznie wracali. Zimowe i letnie koczowiska, gdzie zatrzymywali się na dłużej, zwali po rusku pogostem. Czarnołusski zauważa, że w sa-amskim języku nie ma pojęcia domu. Saamowie używali dwóch, trzech, czterech lub więcej pomieszczeń (tupa, wieża, kuwaksa), nie mieszczą­cych się pod jednym dachem, lecz rozrzuconych wzdłuż koczownej tropy i zamieszkiwanych w określonej porze roku, związanej z rytmem wypasu reniferów oraz porą tarła ryb. Każde z tych pomieszczeń było tak urzą­dzone, by spełniało swoją rolę na danym etapie wędrówki. Domem Saama była jego koczowna tropa.

10 Scypuł — delikatnie owłosiony naskórek porastający poroże zwie­rzyny płowej w okresie jego wyrastania.

[link widoczny dla zalogowanych]


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
PostWysłany: 22 Sty 2009 8:33
Administrator
ADMIN

 
Dołączył: 28 Maj 2005
Posty: 6577
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 13 razy
Ostrzeżeń: 0/2
Skąd: Gdańsk





MARIUSZ WILK

"DZIENNIK PÓŁNOCNY"



19 stycznia

Sześćdziesiąt lat temu - 19 stycznia 1942 roku - Herlingowi-Grudzińskiemu wręczono w łagrze w Jercewie bumagę ze zwolnieniem. Następnego dnia wieczorem Herling wyjechał z Jercewa pociągiem relacji Archangielsk - Wołogda. "Z pagórka w pobliżu stacji widać było obóz jak na dłoni. Z baraków unosiły się w górę pionowe słupy dymów, w oknach paliły się światła i gdyby nie cztery sylwetki "bocianów", siekące noc długimi nożami reflektorów, Jercewo mogłoby uchodzić za cichą osadę tartaczną, zażywającą szczęścia i odpoczynku po ciężkim dniu pracy. Wytężywszy słuch, można było bowiem usłyszeć brzęk łańcuchów i kołowrotków studziennych - znamię nie zmąconego niczym spokoju od niepamiętnych czasów na ziemi".
Tak opisał Gustaw Herling-Grudziński sześć lat później w "Innym świecie" ostatni widok Jercewa.

*** Dziesięć lat temu - 19 stycznia 1992 roku (dobrze zapamiętałem datę, bo to moje urodziny) - przyjechaliśmy pod wieczór do Jercewa pociągiem relacji Wołogda - Archangielsk.

Pociąg w Jercewie stoi minutę, ledwie wysiądziesz, rusza dalej. Jercewo wciąż jest "posiołkiem zamkniętym", od 50 lat nic tutaj się nie zmieniło. Zony jak były za Herlinga, tak i teraz są...

Patrzę z pagórka w pobliżu stacji na baraki, z których unoszą się w górę pionowe słupy dymów, w oknach palą się światła i gdyby nie cztery sylwetki "kogutów", siekące noc długimi nożami reflektorów, to Jercewo można by wziąć za cichą osadę tartaczną, zażywającą odpoczynku po ciężkim dniu pracy. (Mam wrażenie, że znaleźliśmy się w t e k ś c i e - rozumianym w obu znaczenich łacińskiego textum - p o s t r e a l i s t y c z n y m, jeśli - rzecz jasna - "Inny świat" uznajemy za prozę realistyczną.)

Wyprawę do Jercewa przedsięwzięliśmy w Wołogdzie, gdzie przypadkiem rzuciłem okiem na mapę i ze zdziwieniem zauważyłem, że z Wołogdy do Jercewa ręką podać. Piszę "ze zdziwieniem", bo dotąd wierzyłem Herlingowi na słowo, że Jercewo leży nad Morzem Białym... Tymczasem wychodzi, że Jercewo od Białego Morza dzieli 450 wiorst, słowem - to jakby powiedzieć, że Kraków leży nad Bałtykiem. O ile Herlinga tłumaczy licencja poetycka, to czymże wytłumaczyć badaczy ("owadzich nóżek") jego twórczości, powtarzających za nim ową czusz', nie zadawszy sobie trudu spojrzenia na mapę? Natomiast od Wołogdy Jercewo leży o parę godzin jazdy pociągiem.

Dasza S. z domu-muzeum Szałamowa w Wołogdzie objaśniła mi, jak dotrzeć ze stacji w Jercewie do gościnicy (w niej zazwyczaj nocują konwoje...), aby zrazu nie podpaść. Po wyjściu z pociągu postawiliśmy więc kołnierze, twarze skryliśmy w szalikach, czapy na oczy i pewnym krokiem wprost przed siebie, potem na prawo po głównej ulicy posiołka. Było minus trzydzieści parę, nad każdym domem snop dymu, niebo iskrzaste, księżyc na czubkach brzóz, w ich kępie coś czernieje, czyżby pomnik, nie, to nie pomnik, a bałwan śniegowy (ze szlifami!), śnieg poskrzypuje, pacan w uszance zjeżdża na tyłku ze śnieżnej górki i czasem nas mija człowiek zakutany jak tłumok, z pustym obłoczkiem pary z ust. Niczym z komiksu o niemych.

Gościnica dla konwojów przypomniała mi schroniska w Beskidach lub Tatrach z lat sześćdziesiątych... Ciepło, zapach dymu z drew, paru mużyków smaży jaja na prymusie w kuchni, w recepcji babula - ledwie widzi... Weronika daje jej swój paszport i moją akredydację (stoję z boku, twarzą w szalu), babula nie pojmuje, co oznacza: inostrannyj korrespondient, w moim imieniu nie rozróżnia płci? W końcu wpisuje nas do księgi meldunkowej jako dwie korespondentki z Moskwy i daje nam dwa najlepsze pokoje, połączone wewnętrznymi drzwiami.

Mamy więc przed sobą całą noc, rano mogą nas stąd wyprosić. Po rozpaleniu w piecach (pali się od korytarza), kiedy ogień zabuzował, wychodzimy z gościnicy w stronę zony, którą widać w łunach reflektorów. Po kilkudziesięciu metrach raptem po obu stronach wyrastają z ciemności drewniane zabory z "kogutami" na rogach. Reflektory z "kogutów" raz za razem omiatają zonę "długimi nożami świateł". Idziemy wąskim korytarzem między dwiema ścianami z desek o wysokości - bo ja wiem - czterech, pięciu metrów i z kłębami drutu kolczastego po wierzchu. Można powiedzieć, że przeniknęliśmy z posiołka do zony - jak z jawy do snu - niezauważalnie.

Dopiero nazajutrz wyjaśniło się, że w nocy szliśmy ulicą rozdzielającą zonę mieszkalną od zony pracy. Ulicą tą mają prawo chodzić wolni mieszkańcy posiołka, chociaż de facto to obszary jercewskiego łagru. Zresztą, granica pomiędzy posiołkiem a zoną to rzecz w Jercewie nader umowna, o czym też mieliśmy się przekonać nazajutrz. Lecz na razie jest noc. Zza zakrętu wychodzi patrol, wprost na nas: trzech byków w szynelach i papachach z automatami i psami. Śnieg skrzypi, ślisko, pośliznąłem się. Przeszli.

Zatoczyliśmy łuk i wyszliśmy z zony. Do gościnicy wracaliśmy po cięciwie łuku. Wtem zapachniało samogonem i przypomniało mi się, że dzisiaj są moje urodziny, a my alkoholu nie mamy ani grama i kupić go nie ma gdzie, bo sklep w Jercewie po pierwsze - zamknięty, a po drugie - sprzedają w nim tylko swoim. Zapach fuzla był coraz wyraźniejszy, aż wreszcie zrównaliśmy się z domem, co do którego nie miałem żadnych wątpliwości, że to on właśnie fuzlem zionął... Zaryzykowałem i pchnąłem drzwi wejściowe. W sieniach ciemno, z lewej szpara brudnego światła, po omacku nacisnąłem i znalazłem się w oparach bimbru. Przez chwilę nic nie widziałem, po chwili jak z tumanu wyłonił się zapyziały mużyk i podał mi stakan mętnożółtej cieczy. Spróbowałem, żgnęło.
- Poł litra za czerwoniec.
- Biorę.
W gościnicy urządziliśmy moje urodziny: Weronika pocięła na plasterki sało od Jesipowa z Wołogdy i oczyściła czosnek, ja dorzuciłem drew do pieca; w numerze zrobiło się żarko. Za ścianą ktoś grał na bajanie i pijanym tenorem ciągnął błatny romans ze wszech sił. Pierwszy toast wypiliśmy za Herlinga. Rano walenie w drzwi. Otwieram z boduna. W drzwiach baba w mundurze (... a może mi się zwidziało, że była w mundurze?). Naczelnik gościnicy.
- A wy kto? - na jej twarzy malowało się zdumienie, wszak oczekiwała dwóch korespondentek z Moskwy, a tutaj jej otwiera mużyk w slipach. I w dodatku z kociokwikiem.
Próbuję wyjaśnić, lecz mi przerywa pytaniem o razrieszenije. Mówię, że przyjechaliśmy w nocy i do komendanta Uprawlienija dopiero się wybieram.
- Togda potoropities', skoro obiediennyj pierieryw - warknęła speszona i huknęła drzwiami.
Przy wejściu do Uprawlienija cerber w szynelu. Biorę rozpęd i wbiegam do środka, cerber za mną.
- Nielzja - ryczy - nielzja.
Skręcam w prawo, sekretariat, cerber chwyta mnie za rękaw, ja za klamkę, za biurkiem dziewczę ze szlifami, rzucam na blat moje udostowierienije, dziewczę gromi cerbera spojrzeniem, ten chwost pod siebie i zamyka drzwi. Dziewczę ogląda akredytację (akuratny manicure), ja mówię, że chcę do komendanta, dziewczę znika w gabinecie obok, po chwili wraca i każe czekać. Przyglądam się jej: ładna. Ciemne, prawie granatowe włosy, nieco skośne oczy, filigranowe usta. Piersi w mundurze.

Tymczasem do gabinetu obok jeden po drugim wchodzą oficerowie ochrony, dostrzegam stopień majora, podporucznika, ba - żebym to ja się znał na pagonach. Po dziesięciu minutach wyzywają mnie.

Wchodzę do długiego pokoju, stoły ustawione w ruską bukwę, za krótszym ramieniem siedzi szarża w randze pułkownika, za dłuższym sześć szarży niższych rang. Nad główną szarżą wisi portret Dzierżyńskiego (ot, i tu rodak na ścianie), na szafie stoi jego brązowy biust. Siadam na jedynym krześle od wewnętrznej strony bukwy, twarzą do pułkownika Kuzienkowa - tak się główna szarża przedstawiła, mówiąc, że jest komendantem Uprawlienija - i gabinecie zaległa cisza.
- Czto wam nado?
Wyjaśniam, że równo 50 lat temu został stąd zwolniony polski pisarz Gustaw Gierling-Grudziński, a że według ustaw rosyjskich po 50 latach akta mogą być odtajnione, więc po pierwsze, chcę zobaczyć teczkę z jego licznym diełom, a po drugie, chciałbym odwiedzić parę łagpunktów, o których Gierling-Grudziński pisze w swej książce o Jercewie: Kruglicę, Mostowicę, Ostrownoje i Drugą Alieksiejewkę.
Druga Alieksiejewka odpadła zrazu, tam zimą nie przejechać - to raz, a dwa - tam już nic nie ma. Las... I Ostrownoje tylko w lecie funkcjonuje, tam w lecie łagier dla dzieci urządzili, kolonie letnie dla dzieci wolnonajemnych. Pozostaje Kruglica i Mostowica, po obiedzie major Gusiew nas zawiezie. Co do teczki zaś, hm.
- Znajetie nomier zakliuczjonnogo?
- 18/72.
Pułkownik Kuzienkow wydał przez telefon dyspozycje i po dziesięciu minutach miałem teczkę Herlinga w rękach, i ręce mi zadrżały... Teczka Herlinga! Zacząłem ją przeglądać, kartkować.
- Nu, wot, wasz Gierling był u nas stachanowcem - rzucił mi przez ramię major Gusiew, pokazując palcem tablicę norm. Normy Herlinga wszędzie przekraczały 150 proc., a niekiedy sięgały do 200 proc.
Rozbestwiony powodzeniem, zrobiłem błąd. Zamiast od ręki spisywać dieło Herlinga, zapytałem, czy mogą mi je tutaj sfotografować.
- A kak że.
Umówiliśmy się z Gusiewem, że po obiedzie zajedzie po nas do gościnicy. Mieliśmy dwie godziny na zwiedzanie Jercewa.

Posiołek Jercewo - po prawej stronie, patrząc z pociągu na Archangielsk - to trzy uliczki równoległe do drogi żelaznej, poprzerastane brzozami. Uliczki z jednego końca zakręcają do stacji, z drugiego utykają w zonie. Zabudowa mieszana, trochę jednopiętrowych baraków z 2-3 klatkami schodowymi (na każdej klatce cztery mieszkania: dwa na parterze i dwa na piętrze), śród baraków domy jednorodzinne i dwurodzinne, czasem z banią albo z chlewem, niekiedy z jednym i z drugim. Pośrodku posiołka barak otoczony zaborem z drutem kolczastym i dwoma "kogutami" na przeciwległych rogach.
- Eto szkoła, my jejo remontirujem - wyjaśnił major Gusiew po obiedzie. Okazuje się, że remonty domów w posiołku wykonują zekowie, więc każdy dom do remontu należy najprzód otoczyć zaborem z "kogutami" i naciągnąć drut kolczasty, a dopiero potem można wpuszczać tam brygadę z zony.
- Ten także remontujecie - zapytałem w Mostowicy (obecnie posiołek dla zwolnionych z łagru bez prawa wyjazdu), wskazując niewielki barak za zaborem z drutem kolczastym.
- Niet, eto miestnyj wytriezwitiel.
- Czyli izba wytrzeźwień. Uhm.

W Kruglicy nic ciekawego, tam żyją ci, których zwolniono z zony, ale nie mieli gdzie pójść. Żenią się, płodzą, wolnonajemni i niepotrzebni, bo kryzys (... roboty teraz mało, nawet nie dla wszystkich zeków starcza). Ot, i żyją z ogrodów, co niektórzy trzymają krowy, niektórzy - świnie i kury. Nieliczni mają szczęście: pracują na lesopowale. Czemu szczęście? Bo zawsze parę rubli wpadnie na lewo. Za drzewo.

Po drodze major Gusiew się rozgadał. Opowiadał o ojcu, który stał na wyszce w czasach, kiedy Gierling tu pracował. Tak, ojciec mógłby o łagrze sporo opowiedzieć, on go widział z góry, a Gierling... Cóż, Gierling siedział jako ten królik w klatce i mógł opisać łagier od króliczej nory. Droga wiodła to polem, to lasem, aż wjechaliśmy w wieś bez nazwy i zobaczyłem dom północny (pierwszy w życiu) i wlubiłem się z miejsca (pisałem o tym gdzie indziej...). Major Gusiew powiedział, że niedaleko, we wsi Tajwenga, można tanio kupić podobny nad jeziorem. Obiecał, że jeśli w lecie przyjadę, to mi pokaże, jak tam trafić, bo w zimie tam trafić nie sposób.

Po powrocie do Uprawlienija szum. Okazało się bowiem, że żadnej teczki nie mieli prawa mi pokazywać bez pisemnego razrieszenija generała Striełkowa z Moskwy i w ogóle bez jego zgody nie mogę przebywać na terenie Jercewa. - No, ty mołodiec - rzekł na pożegnanie pułkownik Kuzienkow, wsadzając nas do ekspresu moskiewskiego. - K nam daże russkije korrespondienty nie popadajut. Dlatego zgłupieli.

Mariusz Wilk

Przedruk z: "Plus Minus" (sobotni magazyn dziennika "Rzeczpospolita"), 03.08.2002


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
PostWysłany: 22 Sty 2009 8:33
Administrator
ADMIN

 
Dołączył: 28 Maj 2005
Posty: 6577
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 13 razy
Ostrzeżeń: 0/2
Skąd: Gdańsk





Podróż na północ

Z Mariuszem Wilkiem rozmawiają:

Tomasz Fiałkowski i Jan Strzałka

2006-06-20



TYGODNIK POWSZECHNY: Podróżujesz po rosyjskiej Północy, poznałeś Wyspy Sołowieckie, potem Karelię. Czytając „Dom nad Oniego", Twoją najnowszą książkę, trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że podróże nie zawsze wymagają pokonywania niezmierzonych przestrzeni. Kupiłeś stuletni dom we wsi Konda Bierieżna nad jeziorem Oniego i mieszkałeś w nim kilka lat. Czy zadomowienie to także sposób podróżowania?

MARIUSZ WILK: Już nie jestem zadomowiony, od pewnego czasu koczuję, jak Saamowie z półwyspu Kolskiego, o których piszę następną książkę. Nad Oniego jednak rzeczywiście zdarzało mi się odbywać podróże w czasie i w przestrzeni, na przykład do Japonii, nie wychodząc z pokoju. Michaił Priszwin, jeden z moich ulubionych autorów piszących o Karelii, powiadał, że zamiast trwonić czas na podróżowanie, lepiej zapuścić korzenie w jakimś zakątku i stamtąd uważnie przyglądać się krajowi. Tym zakątkiem była dla mnie Konda.

W tym stuletnim domu odkryłem istotne dziś dla mnie pojęcie pustki. Nie chodzi o synonim nicości i nihilizmu, ale o pustkę, która jest potencjalną pełnią bytu. Jak ta pusta szklanka: mogę ją napełnić sokiem, ale gdy to uczynię, niczym innym już jej nie wypełnię, więc niech pozostanie pusta. To pustka w rozumieniu buddyjskiego Wschodu. Nałożyło się na to moje przeżycie Północy, ogromnych przestrzeni bez śladów cywilizacji, bez ruin, akweduktów, dróg. Po czterech latach spędzonych nad Oniego, patrząc na wymierające wsie karelskie, uznałem, że Północ nie jest miejscem dla ludzi osiadłych. Skończywszy „Dom nad Oniego", ruszyłem za koło polarne. To ja jestem teraz domem, noszę go w sobie jak koczownik dźwiga ze sobą czum, czyli namiot, moje oczy są jego oknami. Czesław Miłosz napisał kiedyś, że pragnie być czystym spojrzeniem...

- Dom jest w Twojej nowej książce miejscem mitycznym, zwłaszcza dom północny, który – jak piszesz – odzwierciedla Kosmos.

- Ruscy osadnicy zaczęli przybywać do Karelii już w XIV wieku, parę stuleci później pojawili się tam starowiercy, uciekając przed prześladowaniami religijnymi. Do Karelii zsyłano również wyklętych przez Cerkiew skomorochów, wesołków i włóczykijów z gęślami i dudami. Byli i tacy, którzy przybywali tam z nieprzymuszonej woli, bo ciągnęła ich ziemia, choć gleba karelska jest kamienista, klimat surowy, przymrozki częste, plony może zawsze szlag trafić, a komary w czasie sianokosów strasznie dręczą.

Na Północy zima jest długa, budowano więc takie domy, aby przy czterdziestostopniowych mrozach wychodzić z nich jak najrzadziej, a bydło mieszkało pod jednym dachem z ludźmi. Trochę jak w arce Noego, na której człowiek wraz z bydlęciem płyną przez zawieje i mrozy.

To prawda, zaonieżski dom odzwierciedla kosmos. Nikołaj Klujew, wielki poeta rodem z Obonieża rozstrzelany w 1934 roku, przyjaciel Siergieja Jesienina, powiadał, że wiejski dom jest izbianą liturgią – taka matka na przykład, czyli bela stropowa, jawiła mu się jako Mleczna Droga na ciemnym nieboskłonie powały, do matki przywiązywano zybkę, po naszemu kołyskę, i w niej niemowlę zybano. Koło stołu widział poeta drogę z Wysp Sołowieckich do Tybetu. Jeden kąt izby był święty, w krasnym kącie wieszano więc ikony i tam Klujew ujrzał Białe Indie. Drugi kąt nazywano nieczystym, mieszkały w nim złe duchy i tam stawiano pieczkę. Klujew widział mużyka wylegującego się na pieczce niczym na górze Tabor, w garncu na pieczce szumiała rzeka Nil, w przepastnej komodzie-wielorybie biblijny Jonasz żegnał się dwoma palcami, dwoma – bo izbę zamieszkiwał starowier. Gdy zaś nastał czas, że baba miała rodzić, otwierano „uście" pieczki, by magicznym gestem otworzyć drogi rodne położnicy. Bywało, baba rodziła w pieczy, płód wyskakiwał więc z łona babskiego i zarazem z łona pieca ognistego; bywało, że dorosły chłop właził do pieczki, by się wykurować z różnych przypadłości. Podobno poetę Dzierżawina leczono zapiekając go w cieście; czy to prawda, nie wiem.

Karelska wieś była niby prawosławna, ale co i rusz spotykało się tam ducha domu, lasu albo wody. Takie spotkania zdarzają się i dziś. W nieczystym kącie wciąż żyje sobie w najlepsze Domowoj, pogański duch opiekuńczy, trzeba być dla niego grzecznym, bo gotów się rozeźlić i nieszczęście gotowe. W centrum domu wciąż stoi pieczka; na podłodze woda zamarza w wiadrze, a na pieczce gorąco i rozkosznie niczym w raju. Całe życie kręci się wokół pieczki, w której chleb się piecze i koło której można się umyć. Ruska izba w każdym szczególe związana jest ze sferą sacrum, sięgającą czasami obyczajów pogańskich. W moim domu sufit okraszono na ciemno, dawno temu ktoś namalował na nim złote gwiazdy, by spać pod nocnym niebem; dach wieńczy zaś kaniok, typowa dla wiejskiej architektury zaonieżskiej stylizowana głowa konia; znak, że przystanęli tu koczownicy, którzy wnet ruszą w świat.

Rosja wiejska już nie istnieje. Klujew był jednym z ostatnich obrońców kultury chłopskiej, kolekcjonował ikony i rzemiosło, interesował się poezją i pieśnią ludu. Nie bez racji powiada się, że zagłada wsi to największa katastrofa, jaka się zdarzyła w dwudziestowiecznej Rosji. Dziś próbuje się wskrzesić wiejską tradycję, poświęca się temu na przykład moja znajoma Jelena Opołownikowa, córka nieżyjącego architekta Aleksandra Opołownikowa, założyciela muzeum i słynnego skansenu architektonicznego na Kiżi, wyspie na Oniego. Dom w Kondzie miał również trafić do owego skansenu, ale nie zgodził się ówczesny właściciel, dzięki czemu mogłem potem kupić ten piękny budynek, wzniesiony w 1910 roku w stylu tzw. moderny zaonieżskiej. Nikt tam nie zimował przez pięćdziesiąt lat, właściciel pomieszkiwał w nim tylko latem. Ja też latem dom kupiłem, by zimą poznać wszystkie jego niedostatki: wiatr hulał po izbach, codziennie rano biegałem do skutego lodem jeziora, wyrąbywałem przeręble, targałem wiadra do domu, po czym woda w wiadrach zamieniała się w lód.

Ale co tam, mieszkaliśmy w Kondzie cztery lata, dom co nieco wyremontowaliśmy, zaczynając od nowej pieczki, a ponieważ na ruskiej wsi nie ma już prawdziwych zdunów, musieliśmy sami ją postawić. Dom ożył; gdyby trafił do skansenu, byłby martwy, czasami jakaś babcia otworzyłaby go ruskim lub fińskim turystom. Teraz chcielibyśmy, by dom nad Oniego był otwarty dla naszych przyjaciół z Polski i Rosji, by stał się domem pracy twórczej dla pisarzy, malarzy, muzyków. Miałem pomysł, żeby zaprosić kilku pisarzy polskich; jeśli każdy napisałby wiersz, esej czy co mu się podoba, powstałaby ciekawa książka o polskim spojrzeniu na Karelię. Nie mieszkam już w Kondzie, ale tuszę, że dzięki mojej książce dom nie umrze.

- Czy jednak mit ma szansę w konfrontacji z realnością? Po wsi karelskiej przejechał przecież walec komunistyczny, zniszczył religię i poczucie świętości.

Coś się zaczyna dziać. Ludzie, którzy się tam urodzili i spędzili nieraz całe życie, albo umierają, albo, jeśli są młodzi, uciekają do miasta, ale na wieś przybywają ludzie podobni do mnie. Na przykład Maksym Filander, który urodził się w Paryżu, w rodzinie emigrantów – pracuje w ONZ, zjeździł cały świat, w końcu postanowił zbudować dom nad Oniego, według starych wzorów. Parę wsi dalej mieszka małżeństwo z Pietrozawodska. Borys jest malarzem, Galina pisarką, w swoim wiejskim domu założyli galerię sielskiej sztuki. Moja Natalia próbuje natomiast odnowić tradycyjne rzemiosła. Chodziła po babuszkach, ciągnęła je za język, zbierała fragmenty starych krosien, w końcu zrekonstruowała jeden warsztat tkacki i zamówiła u stolarzy sześć innych na jego wzór (potem Finowie przysłali nowoczesne, szybsze warsztaty). Znalazła kilka chętnych do pracy dziewuch, które nie miały roboty i wkrótce zapewne zaczęłyby pić na umór.

Dziś Natalia uczy się innych północnych rzemiosł: rzeźby w kości i szycia ze skór. I słowo daję, to nie jest Cepelia! Uszyła mi letnią czapkę ze skóry renifera, na zimę przyrzekła czapę z rosomaka, spodnie z rena i buty z futra. Moja mama skarżyła się, że marzną jej nogi, to jej zamówiłem kapcie z podwójnego futra: jedno na zewnątrz, drugie do środka, więc mama na pewno przestanie narzekać.

A co do sacrum: ktoś, kto na maslennicę, zapusty po naszemu, zażera się blinami, bo tak nakazuje tradycja, nie musi wiedzieć, że ażurowy naleśnik jest pogańskim symbolem solarnym. Przecież i Polacy, topiąc Marzannę, na ogół nie znają głębokich korzeni tego obrzędu. Przyjechali kiedyś do Kondy moi przyjaciele z Pietrozawodska, muzycy z Va-ta-gi, zespołu grającego etno--rock. Ci muzycy, szczególnie ich lider Sasza Live-Sempler, świadomie nawiązują do tradycji skomorochów oraz karelskich szamanów i czują, co to sacrum. Sasza i jego kompania koncertowali ze słynnymi Tuwińcami z Huun-Huur-Tu, ci zaś grali z Frankiem Zappą.

- Wymyślasz język, starając się, by maksymalnie przystawał do świata opisywanego. Czerpiesz z ruszczyzny, odwołujesz się do słowiańskiej wspólnoty językowej. Nie boisz się zarzutu manieryzmu? Albo tego, że Twoje teksty staną się niezrozumiałe?

Mam świadomość niebezpieczeństw, jakie na mnie czyhają. Dziś oczyszczam język, ale nie dlatego, że się zląkłem albo chciałbym być przez każdego rozumiany. Odchodzę od „wilczego volapüku", jak nazwał go kiedyś Jerzy Giedroyc, ponieważ nie piszę już o Rosjanach.

Przeżywszy jednak piętnaście lat w Rosji, uświadomiłem sobie, że jestem pisarzem słowiańskim, poczułem się częścią szerszej wspólnoty plemiennej. Czuję słowiańskość polszczyzny, chcę przywrócić zapomniane, a piękne i trafne słowa, bo ograniczanie się do słów będących w obiegu to rodzaj kastracji językowej. Czesław Miłosz w przedmowie do swojego przekładu „Psalmów" powiada, że istnieje „sporo słów i określeń, przebywających niejako na granicy przestarzałych, ale ciągle jeszcze znajomych, i te są do uratowania. Pod jednym warunkiem: że będą użyte nie po to, żeby służyły za ozdoby nadające tekstowi patynę, ale dla nich samych, jako celnych".

Pilnuję się, by nie popaść w manieryzm, ale mam chyba większe prawo do użyźniania polszczyzny niż ci, którzy ją dziś zaśmiecają modnym żargonem internetowo-komputerowym czy anglicyzmami. Piszę na głos, powtarzam zdanie, dopóki nie pojawi się w nim rytm, wtedy dopiero je zapisuję. Często stare słowo daje lepszy rytm niż współczesne. Przykład: w rosyjskim od słowa „nadieżda" utworzono czasownik „nadiejatsja". Mówi się: „ja nadiejus", co na polski tłumaczy się: „mam nadzieję". Ale przecież w staropolszczyźnie istniało słowo „tuszę", słowo – jak powiedziałby Miłosz – do uratowania. Co brzmi lepiej: „mam nadzieję, że mnie kochasz" czy „tuszę, że mnie kochasz"?


Za:

[link widoczny dla zalogowanych]

.


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
PostWysłany: 07 Paź 2012 11:48
Administrator
ADMIN

 
Dołączył: 28 Maj 2005
Posty: 6577
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 13 razy
Ostrzeżeń: 0/2
Skąd: Gdańsk





Mariusz Wilk: Lekcja Gombrowicza (kartki z dziennika)

Dziennik północny



15 kwietnia

Mariusz Wilk

Kilka miesięcy temu mój rosyjski wydawca Iwan Limbach zaproponował mi napisanie przedmowy do Dziennika Witolda Gombrowicza, mającego niebawem ukazać się w jego oficynie. Czyż mogłem marzyć w 1979 roku, pisząc pracę magisterską o gombrowiczowskim dzienniku, zakazanym przez peerelowską cenzurę, że kiedyś będę pisał wstęp dla rosyjskich czytelników tego dzieła? I że będę to robił w swoim drewnianym domu nad Jeziorem Onieżskim w na poły wymarłej wsi Konda Biereżnaja, wlubiony w ruską głubinkę? Hm, zdarzają się tak zwane „zbiegi okoliczności”, mówił autor Pornografii, do tyla zdumiewające, że on sam nie ośmieliłby się wprowadzić czegoś podobnego do swoich powieści.

Z początku propozycję Limbacha przyjąłem jako wyzwanie – ja o Gombrowiczu do Rosjan! Im dłużej jednak myślałem, tym więcej miałem wątpliwości. Z jego Dziennikiem bowiem obcuję od lat – co jakiś czas czytając go od nowa – i za każdym razem nowe treści dobywam z lektury. Po raz pierwszy zetknąłem się z tym niezwykłym dziełem, będąc zbuntowanym podrostkiem i może właśnie duchem buntu Gombrowicz do mnie przemówił. Podsunął mi go wtedy Bynio L., mój partner od pokera, którym zarabiałem na życie (porwawszy więzi z domem rodzinnym) i od razu mnie wciągnął ostry hazard gombrowiczowskiej gry ze światem. W czasach studencko-dysydenckich, kiedy to w modę weszły zbiorowe protesty i gromkie oświadczenia, ja czytałem w Dzienniku, że wcale nie chodzi o to, żeby być komunistą, czy antykomunistą, lecz o to, by po prostu być. Dlatego w dysertacji magisterskiej zająłem się Formą, intrygowała mnie bowiem jego koncepcja człowieka urabianego przez innych, którą umieściłem w kontekście głównych prądów filozofii XX stulecia i zgodnie z maksymą Gombrowicza „im mądrzej, tym głupiej”, egzamin na magistra zdałem celująco. A wkrótce wybuchła „Solidarność” i mogłem naocznie się przekonać, jak lud urabia człeka. Uległszy emocjom narodowego zrywu przez dłuższy czas nie zaglądałem do Dziennika, czasy zbiorowych uniesień nie sprzyjają lekturze Gombrowicza. Znowu jąłem go czytać dopiero na obczyźnie, to znaczy w Rosji, która z czasem stała się moim drugim domem – jak Argentyna dla autora Trans-Atlantyku – i patrząc stąd na to, co działo się w Polsce, mogłem w pełni docenić jego precyzję w przekłuwaniu polskich balonów... Jednakże z biegiem lat coraz większą uwagę zacząłem zwracać na te ustępy Dziennika, które mówiły o samotności, cierpieniu i śmierci.

Jednocześnie z każdą kolejną lekturą zauważałem, że nasze drogi z mistrzem mojej młodości coraz bardziej się rozchodzą. Najpierw zaczęła mnie irytować jego fascynacja niedojrzałością, ale to jeszcze kładę na karb swej zieloności, która przed czasem chciałaby doźrzeć, bo dziś z radością powracam do dzieciństwa, widząc bankructwo dojrzałości. Później jednakże zarysowały się głębsze szczeliny między nami. Przede wszystkim stosunek do natury, gdyż ja lepiej mam się w przyrodzie aniżeli w „kościele międzyludzkim”, a Gombrowicz – na odwrót. W słynnej scenie spotkania z krową w Dzienniku napisał, że czuje się nieswojo w naturze, która go zewsząd osacza i jakby ogląda. Niezrozumiałe było dla mnie i to, że można mieszkać dwadzieścia cztery lata w Argentynie i zupełnie nie zauważać kultury Innych, a jeśli nawet Indianin pojawiał się w Dzienniku – nieco skośny i po indiańsku skulony, z kruczo czarną czupryną, z oliwkowo-ceglastą skórą i ustami koloru pomidora – to był to Indianin zaledwie na ileś tam procentów. Sam dłuższy czas żyłem wśród Saamów, nabierając dystansu do Europy i w końcu zaczął mnie drażnić ów europeo Gombrowicz. Powoli więc odchodziłem od swego mistrza, idąc własną tropą, lecz jedno jest pewne – jego Dziennik do dzisiaj pozostaje dla mnie wzorem gatunku, i zarazem lekcją wybornej polszczyzny. Zgadzam się też z Wojciechem Karpińskim, że to najważniejsze dzieło polskiej prozy w całej jej historii.

Tuszę, że zrozumieliście już moje wątpliwości... No, bo jak krótkim tekstem opowiedzieć o długiej drodze obcowania z tym dziełem, drodze pełnej meandrów i zygzaków, trwającej prawie czterdzieści lat? Aliści słowo się rzekło – kobyłka u płota i pora zaprzęgać, bo Limbach czeka, a czasu coraz mniej. Kierując się myślą samego Gombrowicza, który radził, aby nigdy nie pisać o autorze ani o dziele, tylko o sobie w konfrontacji z autorem albo dziełem, postanowiłem wwieźć jego Dziennik do Rosji bryczką własnego dziennika.


30 kwietnia

Składam dank Najwyższemu, że wydobył mnie z Polski...
Gombrowicz


Składając dank Najwyższemu za wydobycie z Polski, autor Ferdydurke dziękował (tym samym...) losowi za zaproszenie na inauguracyjny rejs statku „Chrobry” z Gdyni do Argentyny. Do Buenos Aires przybył 21 sierpnia 1939 roku. Dwa dni później w Moskwie podpisano pakt Ribbentrop-Mołotow. Wkrótce potem wybuchła wojna... Gombrowicz pozostał w Argentynie i przeżył tam dwadzieścia cztery lata.
Jednakże „wydobywanie” Witolda Gombrowicza z Polski zaczęło się dużo wcześniej, bo już w 1920 roku podczas wojny z Sowietami. Akurat skończył szesnaście lat. Na wieść o zbliżaniu się bolszewików do Warszawy, większość jego rówieśników na ochotnika szła na front, a Gombrowicz nie! Potem tłumaczył się niechęcią do wojskowego drylu. Jakoby już wówczas wiedział, że musztra i koszary nie są dla niego, że on dla wyższych zadań został przeznaczony, lecz ta odmowa uczestnictwa we wspólnej walce z wrogiem, gdy młode panny pytały chłopców na ulicach, czemu się nie biją, a Ojczyzna z plakatów palcem wskazującym wzywała, zatem i te panny, i te palce wskazujące spowodowały, że dorastający Itek (tak go w domu zwali) poczuł się raptem na marginesie, wyodrębniony, nie taki, jak inni. Krótko mówiąc, w pamiętnym roku bitwy warszawskiej zaczął się rozbrat Witolda Gombrowicza z narodem, zmuszający go do szukania własnych dróg. „Patriotyzm bez gotowości poświęcenia życia za ojczyznę – wspominał po latach 1920 rok – był dla mnie pustym słowem. Ponieważ we mnie tej gotowości nie było, musiałem wyciągnąć konsekwencje”. I tak Itek wziął się z Polską za bary.
Barował się z Polską anachroniczną i tromtadracką, krajem ryngrafów, tytułów i szabel na ścianie, z Polską Sienkiewiczów, Boziewiczów i mociumpanów (cmokających w rączki), z krainą tużurków, żakietów i sztywnych kołnierzyków, getrów i spodni prążkowych, z Ojczyzną noszoną na piersiach jako pancerz don Kiszota, słowem – z ową f o r m ą p o l s k o ś c i, co zasklepiła się w sobie podczas długich lat niewoli. Po zmaganiach z Rosją i z Niemcami – twierdził – czeka nas bój z Polską, bo wojując z obcą przemocą, popadliśmy w rabstwo celebry narodowej. A że wewnętrzne okowy z zewnątrz widać lepiej, nie dziw przeto, że bój Gombrowicza z Polską nabrał rumieńców w Argentynie.

Na początku nieomal powtórzyła się sytuacja z 1920 roku. Statek „Chrobry” odpłynął do Anglii, na nim Straszewicz i inni Polacy – wszyscy płynęli, aby bić się za Polskę, a Gombrowicz w ostatniej chwili zszedł z pokładu i pozostał. Następnie opisał to wydarzenie w Trans-Atlantyku, aby ustami bohatera Witolda Gombrowicza wygłosić filipikę, którą poniektórzy zaliczają do najbardziej skandalicznych w historii polskiej literatury. Był to jeden długi bluzg posłany w plecy Rodaków, którzy wracali do Narodu swego. Później się tłumaczył (zarówno we wstępie do krajowego wydania, jak w Dzienniku), że niby to była fantazja, ale przecie wiadomo, sam zresztą o tym pisał, iż fikcja pozwala autorowi na dużo większą szczerość niźli non fiction. Było nie było w Dzienniku będzie mówił od siebie, w powieści zaś mógł gadać od wymyślonej postaci, dając jej swoje nazwisko.

Innymi słowy, owym groteskowym bluzgiem Gombrowicz odreagował swoją „dezercję”, a jednocześnie przygotował sobie pole bitwy o własną niezależność. Najpierw znienacka wypalił z grubej rury Trans-Atlantyka, oczyszczając przedpole, aby potem latami wieść w Dzienniku batalię z Polakami na rzecz człowieka – w sobie. W batalii tej wspomagał go Jerzy Giedroyc, nie tylko udostępniając mu na łamy „Kultury”, lecz wręcz inspirując do dziennika jako najodpowiedniejszego gatunku dla tego rodzaju harców. Witold Gombrowicz publikował Dziennik w „Kulturze” od maja 1953 do samej śmierci.

Polska dla Gombrowicza stanowiła szkopuł nie lada, widać to po ilości zapisków, które jej poświęcił w Dzienniku. Z jednej strony rugał ją jak burą sukę, a z drugiej – żyć bez niej nie mógł, bo wiecznie o niej gadał. Jeden z felietonistów (o ksywie Kisiel) napadł go nawet, że jego pisanie to nic innego, jeno wariacje na temat „Polska i ja”. Drugiemu stosunek Gombrowicza do Polski przypomniał niektóre małżeństwa, gdzie rozejść się nie sposób, a miłować – niepodobna. On sam pisał: „Polak z natury swojej jest Polakiem. Wobec czego, im bardziej Polak będzie sobą, tym bardziej będzie Polakiem. Jeśli Polska nie pozwala na swobodę myślenia i czucia, to znaczy, że Polska nie pozwala być w pełni sobą, czyli w pełni Polakiem”. To nie sofistyka – bynajmniej, to najdobitniej sformułowana kwintesencja Polskości! Mariusz WilkSzlachecki anarchizm. Złota polska wolność! Wynika z tego, że Polakiem można być jedynie z dala od Polski.
Przy tym nie był to anarchizm polityczny, ni żadne liberum veto, lecz skrajny wyraz anarchizmu duchowego – zajadła walka o własny, niezależny um. Bo Gombrowicz nade wszystko cenił swobodę ducha, całe życie uchylał się rozmaitym formom, które go ugniatały, w tym także gniotowi Polski. (A propos gniecenia, Jorge di Paola, jeden z jego argentyńskich przyjaciół, zażartował kiedyś, że dwie książki wywarły na nim wrażenie, pierwszą był elementarz, z którego się dowiedział, że mama gniecie ciasto[1], a drugą Ferdydurke, która mu dowiodła, że ciasto ugniata mamę). Stan umysłu gniecionego przez Polskę autor Dziennika określił mianem „kurczowego patriotyzmu”. Ludzie nim dotknięci, żyją historią, zamiast – teraźniejszością, celebrują msze narodowe i rocznice, gniotąc się wzajem przy okazji. A że to boleść stadna, lepiej się trzymać z dala.

Sęk w tym, że zwalczając Polskę, Gombrowicz pozostawał Polakiem z krwi i kości. Co więcej, pisząc po polsku, rozsławił Polskę bardziej niż niejeden kurczowy patriota. Bo Gombrowicz kochał Polskę miłością dozgonną. I dlatego tak przejmujący jest berliński fragment Dziennika o zapachach w parku Tiergarten: „...pewne wonie, mieszanina z ziół, z wody, z kamieni, z kory, nie umiałbym powiedzieć z czego... tak, to Polska, to było już polskie, jak w Małoszycach, Bodzechowie... dzieciństwo, tak, tak, to samo, już niedaleczko, o miedzę, ta sama natura... którą ja porzuciłem przed ćwierć wiekiem. Śmierć”.


***

Gombrowicz często powtarzał, że jego właściwą ojczyzną, miejscem stałego zamieszkania jest sfera „pomiędzy”. Tych sfer wymieniał wiele: pomiędzy dworem a parobkiem, pomiędzy rzeczywistością a nierzeczywistością, pomiędzy niedojrzałością a dojrzałością, pomiędzy Polską a Argentyną. Żyjąc w Ameryce Południowej, oglądał Polskę jak przez lunetę i widział jedynie najogólniejszy zarys. Z dystansu wprawdzie nie widać detali, ale na dobrą sprawę o to właśnie chodzi... Detale wewlekają wzrok patrzącego, rozpraszając go.

Polska widziana z bliska jest pełna rupieci i frazeologii, um w tej rupieci grzeźnie. Życie umysłowe toczy się tam w kółkach wzajemnej adoracji i polega na urabianiu gęby komuś z wrażego kręgu. Ciekaw jestem, co by dziś powiedział, obserwując polską scenę. W pewnym stopniu mogę się domyśleć, bo sam oglądam ją od dwudziestu lat z rosyjskiego dystansu. Ktoś kiedyś mówił, że Rosja jest dużą operą, Polska zbyt często operetką. Sądzę, że autor Operetki zgodziłby się. Witold Gombrowicz postulował żyć z daleka od Polski, bo tylko wtedy można odnaleźć ojczyznę w sobie.


3 maja

Już po raz enty obserwuję przez okna swojej pracowni nad Oniego tajanie lodu na jeziorze i za każdym razem dziwowisko jest inne. To misterium przeobrażenia martwej natury w żywioł wodny. Wyobraźcie sobie pustą przestrzeń przed oczyma, białe pole skute lodem i przywalone śniegiem do horyzontu, głuche i nieruchome przez wiele miesięcy, ni śladu życia, żadnego ruchu, zupełnie nic. Jedynie wiatr czasami skręca pióropusze z białego pyłu, chwilę nimi pohula i przegania won. Nawet słońce nie jest w stanie ożywić tego landszaftu, bo samo zimą ledwie zipie, a wychynąwszy się zza widnokręgu jak z okopu, siura ukradkiem, sącząc żółtą poświatę na lód. Dopiero w kwietniu, gdy cienie się wydłużają, lód namaka i czernieje. To znak, że skoro misteryjne dziwowisko się zacznie.

Onieżskie dziwowisko od wielu czynników zależy. Przede wszystkim od pogody i lodu. Inaczej lód taje w słońcu, a inaczej w plusze, wiatr go spiętrza, mgła pojada, fala zbryla. Czasem fiu i znika w oczach, zanim się obaczysz, innym razem dogorywa w czarnych krach, czasem parą się uniesie albo śryżem sczeźnie, a niekiedy lśni na głazach, powleczonych nim jak lukrem, chociaż w wodzie go już niet... Towarzyszą temu dźwięki, a to huki, a to pęki, różne trzaski i grochoty, sapy, zgrzyt, chrzęst. No i ruszać się zaczyna! To co dotąd było stałe, nieruchome i zdawałoby się martwe, wtem ożywa – tu się rysuje, ówdzie szczeliną rozwiera, tam staje dęba, gdzie indziej się zapada – jakby landszaft przed moimi oknami raptem dostał kopa. A nad tym wszystkim czajki bzikują zygzakiem z radości.

Oto jeszcze wczoraj kontemplowałem w okiennych ramach martwą naturę, w nocy porwisty siewier (wiatr północny) wydął resztę kier i śryżu z Wielkiej Zatoki, a dziś się kołyszę za stołem – na którym to piszę – jak gdybym płynął. Wraz ze mną kołyszą się ściany, pieczka, kufer, szafa i książki na półkach, po powale biegają zajączki od słonecznych pobłysków na chełbi i odbijając się na powierzchni zielonego czaju, iskrzą w chińskiej filiżance z szaroróżowej glinki.
W otwartych drzwiach pracowni Martusza na huśtawce się kołysze, do mamy gaworzy. I tak będziemy kołysać się wzajem, ilekroć kiedyś będziesz to czytała.


11 maja

Dzięki Ci też, Najwyższy, za Dziennik.
Gombrowicz


Dziennik dawał Gombrowiczowi niezależność. Mógł w nim komentować siebie do woli, stać się swoim własnym krytykiem, glosatorem, sędzią i reżyserem. Mógł prowadzić batalię z całym światem o własną wybitność. Słowem – mógł grać.

Notabene, dzięki Najwyższemu za Dziennik to też swojego rodzaju igraszka, Gombrowicz bowiem wykreślał linię podziału pomiędzy wierzącymi, wszystko jedno czy w Pana Boga czy w Komunizm (ja bym tutaj dorzucił parę innych wiar, na przykład – w Mamonę lub w Demokrację) oraz niewierzącymi, to znaczy tymi, którzy nie wierzą nawet we własną niewiarę. Do ostatnich zaliczał siebie.

Dziennik dopomógł mu osiągnąć swobodę „snucia wątków, zupełnie jakby się wybierało ścieżki w lesie, nie wiedząc dokąd one zaprowadzą, ani co nas oczekuje” – to znaczy tę właściwość literatury, którą Gombrowicz cenił najbardziej. Żaden inny żanr literacki nie daje jej w takim stopniu. Powieść, opowiadanie czy dramat, bo tymi gatunkami oprócz dziennika się parał, narzucają wewnętrzną logikę, sceny, postacie, pojęcia, obrazy układają się w określony szyfr i żądają dopełnienia, dyktują resztę. Dziennik natomiast daje wolną rękę, dzisiaj piszesz o tym, jutro o tamtym, pojutrze o siamtym, wczoraj byłeś na serio, dziś stroisz miny do czytelnika, a nazajutrz wywracasz na nice to, cóżeś pozawczoraj gadał. Jedynie daty wyznaczają rytm dziennika – upływ dni jest rdzeniem narracji – a cała reszta obraca się na osi czasu jak kęsy mięsa na rożnie. Czas oraz tożsamość diarysty stanowią osnowę tradycyjnych diariuszów.
W przypadku Dziennika Gombrowicza mamy do czynienia z dziennikiem nietypowym. Zamiast datować zapiski zgodnie z zasadami linearnej chronologii, autor w kółko powtarza nazwy dni tygodnia, jak gdyby chciał pokazać, że nie jest ważne, kiedy dany zapis powstał (kogo to dzisiaj obchodzi, kromie biografów pisarza?), czy słynny epizod z żukami na piasku miał miejsce w połowie stycznia, czy na początku lutego? Lecz z drugiej strony wyznaje, że jego wrażliwość na kalendarz rośnie i że oddaje się buchalterii dat, gdyż życie przecieka przez daty, jak woda przez palce, a chciałoby się ostawić po sobie jakieś ślady. Tożsamość diarysty również nie zawsze jest jasna, czasami autor występuje w trzeciej osobie liczby pojedyńczej, co niby pozwala, zdaniem Gombrowicza, na większą szczerość (a jednocześnie zbliża jego Dziennik do jego powieści, w których bohater także nazywa się Witold Gombrowicz), ale w rozmowie z Dominikiem de Roux dodał, że jako pisarz niczego bardziej się nie lęka niż szczerości, bo tylko „sztuczność pozwala artyście na zbliżenie się do prawd wstydliwych”. Na darmo zatem szukalibyśmy w jego Dzienniku zwierzeń, przekonań czy obrazków z życia. Dziennik to ostra gra z czytelnikiem. Gra, oparta na bluffie.
Gombrowicz zadawał pytanie, dla kogo pisze ten Dziennik? Jeśli dla siebie, czemu oddaje do druku, a jeśli dla czytelnika, to czemu udaje, że rozmawia ze sobą? Owa dwuznaczność dawała mu atut do ręki, grając własnym „ja”, mógł wystawić czytelnika na durnia. We wtorek zakładał maskę filozofa, aby go w piątek zdemaskować szlagonem, w środę występował jako europejski awangardzista, by w sobotę kwestionować awangardę z pozycji polskiego hreczkosieja, w niedzielę wygłaszał plebejską tyradę, a w kolejny poniedziałek powracał do roli szlagona i tak dalej i tak dalej wkoło Witoldo. Była to strategia, którą sam wydumał: „Wprowadzając was za kulisy mojej istoty, zmuszam siebie do wycofania się w jeszcze dalszą głąb”. W życiu igrał podobnież, z intelektualistami udawał arystokratę, z arystokracją – filistra, argentyńską prowincję drażnił Paryżem, a paryski beau monde – przygłupem z prowincji... Nie chciał, aby inni nim grali. Wolał sam się rozgrywać. I do tego używał dziennika.

Odbierając Dziennikowi charakter zwierzeń, a tym samym rezygnując z dokumentacji własnego życia (toli porządku dnia, toli wewnętrznego bezładu...), Gombrowicz uczynił z diariusza narzędzie swej kreacji, czyli sposób kształtowania się na oczach ludzi. Nie „taki jestem” – wyjaśniał Dominikowi de Roux – ale „takim chcę być dla was”. Przy tym narzędzie to pracowało i w drugą stronę. Ukazując się na łamach „Kultury” dziennik urobił swojego autora. Ba, był jego sposobem bycia.

Owa zwrotna relacja pomiędzy autorem a jego dziennikiem najbardziej mnie zafrapowała w pracy magisterskiej. Gdyby mi ktoś wtedy powiedział, że po latach mój dziennik będzie w tejże „Kulturze” drukowany...


19 maja

...a za oknem wiosna rozbuchała się na dobre! W mgnieniu oka zarośla pokryły się bladozielonkawym pyłem – z daleka to wygląda jak rosa lub mgła – darń prze do nieba z taką mocą, że czarne grzędy ziemi, którą wieczorem kopałem w ogrodzie, rano znowu zielenieją, a z podziemnych rozłogów to tu, to tam pędy topoli strzelają tak szybko, że nie nadążam ich wycinać. Ledwie brzozy pąkami zapachniały, a już listkami do słońca się mienią, lepkie topolowe łuski przyklejają się do nóg, a lubczyk, rzewień, pokrzywa i szczaw gotowe są do jadła.

Ech, wiosenne surówki na śniadanie. Jakby się żuło światło słoneczne w zielonych włóknach. I żal mi Gombrowicza, kiedy czytam, że codziennie śniadał dwoma jajkami, w dni nieparzyste na miękko, a w parzyste na twardo.


22 maja

Gombrowicz demonstracyjnie rozpoczął swój Dziennik od wielokrotnie powtórzonego „ja”. Później wyjaśnił, że wstawił to „ja” do wydania książkowego (zamiast wstępu) jako wyzwanie ogólnym tendencjom, które panowały w owym czasie, Kościół bowiem zwalczał „ja” za niemoralność, Nauka za sprzeczność z obiektywizmem, a inne prądy epoki za antysocjalność, egoizm i egocentryzm. Można zatem powiedzieć, że wywiesił to „ja” na przekór modom i trendom jako sztandar i ruszył z nim do walki na śmierć i życie z Formą.

Forma była obsesją Gombrowicza. Widział ją wszędzie, nie tylko w sferze międzyludzkiej, gdzie człowiek kształtuje człeka, to znaczy przyprawia mu „gębę”, ale i w przestrzeni kosmicznej (chodzi o naszą percepcję świata), gdzie każdy kształt domaga się jakiegoś zaokrąglenia. W rozmowie z Dominikiem de Roux nazywał to „imperatywem formy”, akcentując dwojaki stosunek człowieka do formy: albo jesteś podmiotem formy, stwarzasz ją i narzucasz innym, albo pod naciskiem z zewnątrz (czy to ludzi, czy kultury) pozwalasz, by twoja forma uległa zniekształceniu i wówczas stajesz się obiektem formy. Forma przenika do głębi, wystarczy nieco zmienić ton głosu, aby nie móc wypowiedzieć pewnych treści, pomyśleć, a nawet odczuć... Jedyną skuteczną metodą walki z formą jest dystans do niej, na przykład przez jej karykaturowanie. Dystans ją unaocznia i nie pozwala się z nią utożsamiać, mając formę na oku, jesteś bez przerwy świadomy swojego „ja”. Czyli tego „kogoś”, kto się dystansuje.

W powieściach i dramatach Gombrowicz pokazywał różne sposoby zniekształcania człowieka przez formę, począwszy od domowej i szkolnej tresury, a kończąc na zbiorowych obrzędach i rytach, Dziennik zaś posłużył mu do stworzenia własnej formy i narzucenia jej innym. W tym również i tobie, drogi czytelniku, dopóki nie pojmiesz, że ta gombrowiczowska forma stała się dla niego pułapką. Sam to przyznał, żaląc się pod koniec życia, że tak długo wojował z formą, aż stał się „pisarzem formy” i zanim się obejrzał, jął służyć Gombrowiczowi, którego dotąd narzucał innym. Najtrudniej walczyć z własną skorupą. Można nakładać maski, robić miny i drzeć koty, wykrzywiając kolejne „gęby” do lustra dziennika albo do kawiarnianej publiki, ale i tak w końcu walniesz głową o ścianę... Bo pod tym „ja” niczego nie ma! Jest tylko ból, a potem nicość.


***

Oto główny dylemat Gombrowicza i zarazem ów zakręt, na którym nasze drogi rozeszły się na dobre. Żyłem wtedy od paru lat na Sołowkach, mając codziennie prawosławny klasztor przed oczyma, czytałem protopopa Awwakuma i Upaniszady, a kiedy po dłuższej przerwie zajrzałem znów do Gombrowicza, od razu poruszyło mnie to, czego wcześniej nie zauważałem – nihilizm! „Ależ bo, gdy już nie ma się czego uczepić – pisał w Dzienniku – człowiek może jeszcze uczepić się siebie...”. Zatem to „ja” nie było sztandarem, lecz ostatnią deską ratunku? Raptem ujrzałem Gombrowicza jako owego pajączka (mówiąc jego słowami), co na własnej niteczce dobrodusznie zwisając, chce ruszyć z posad bryłę ziemi i pchnąć ją na nowe tory.

Różnice pomiędzy zachodnią nicością, a wschodnią pustką nieraz opisywano wedle zasady im mądrzej tym głupiej, dlatego nie będę się wysilał. Zwłaszcza, że to bardziej kwestia praktyki medytacyjnej niż rozszczepianie włosa na czworo... Jedno tylko rzeknę, że Gombrowicz i tutaj stał „pomiędzy”, bo jeśli się weń wczytać, to łacno zauważyć, że jego forma ma coś z hinduskiej maji, nie mówiąc już o ruskiej bladzi ze słynnej frazy protopopa Awwakuma: „Ditia, ali nie razumiejesz, jako wsia wnieszniaja bliad’ niczto że sut’, no tokmo prieliest’ i tlia, i poguba”. Bladź tu nie kurwę oznacza, lecz złudę. Dlatego to „ja” Gombrowicza sytuuję pomiędzy ego i bladzią, co w sumie na jedno wychodzi! Pytanie tylko, kim jest ów „ktoś”, kto stworzył Gombrowicza i dotąd narzucał go innym, aż w końcu jął mu służyć? Być może odpowiedzi należy poszukać w Dzienniku. Ja do tej pory jej nie znalazłem... Może wam się uda.


26 maja

Pora się żegnać z Gombrowiczem, bo właśnie czeremcha w Zaonieżu zakwita i czas kartoszkę sadzić. Powietrze pachnie, aż w głowie krąży i z każdym oddechem coraz bardziej odurza. Na tarło poszedł leszcz.
Rano przejrzałem wspomnienia Rity, żony Gombrowicza i pomyślałem, że to za nią powinien złożyć dank Najwyższemu – przede wszystkim! Taki podarek losu nie każdemu się zdarza na starość. Rita opisała szczegółowo ich wspólne życie w Vence na południu Francji. Były to ostatnie lata Gombrowicza.

Jego Dziennik z tego okresu jest lakoniczny. Pierwszy zapis o Vence pojawia się dopiero rok po osiedleniu... Widać, że stary pisarz nie doganiał już życia. Był schorowany i zgorzkniały, cóż z tego, mówił, że u schyłku przyszła i sława i pieniądze, jeśli nie można z nich korzystać. Jeszcze napisał paszkwil o Dante, za co go Ungaretti odsądził od czci i wiary, jeszcze udzielił sam sobie wywiadu dla „Die Welt”, w którym powiedział, że „czytać jest nie mniej twórcze, niż pisać”, jeszcze się poprzekomarzał z tym i z tamtym, przytoczył kąśliwe słowa o Polakach: „świnia świni tyłek ślini”, dostał nagrodę Formentor, zagrał na nosie i pokazał język, lecz więcej w tym było siły bezwładu, niż dawnej werwy. Sam w końcu wyznał: „Nie wiem, co pisać”.

Rita wspominała, i sam Gombrowicz również gdzieś o tym mówił, że dojrzewało w nim coś nowego, nie bardzo wiadomo, co? Miało to być krótkie, zgodnie z duchem czasów, dlatego nie powieść, bo powieść jest za długa, ale i nie dramat, bo dramat to kwestia techniki, chodziło raczej o coś bliższego muzyce, gdzie można szlifować formę jak Beethowen w czternastym kwartecie opus 131, tak prostym, a tak trudnym i miało to być o zetknięciu człowieka z bólem, tylko dwie postacie, człowiek i mucha, która cierpi. Niestety, nie zdążył tego napisać, umarł.
Ból, cierpienie – w tym nie było zgrywy. To jedyne tematy, które Gombrowicz traktował poważnie. „Ból urzeczywistnia – pisał – człowiek rzeczywisty to człowiek, którego boli”. Takich wyznań w Dzienniku sporo. Ilekroć czytelnik natyka się na nie, od razu czuje zmianę tonu. Pojawia się trwożna nuta. Przy tym nie chodzi tylko o ból człowieka, ale także o ból zwierzęcia, o ból rośliny. Dlatego nawet gdyby uwierzył w Boga, katolicyzm był dla niego nie do przyjęcia za lekceważenie bólu wszelkiego stworzenia prócz człeka. Ale Gombrowicz nie wierzył, a żadna filozofia na ból nie znalazła dotąd pociechy. Ba, wystarczy, że cię ząb zaboli, aby w ogóle odechciało się filozofować.
Zatem ból jako osnowa rzeczywistości. Boli mnie, a więc jestem. Jeszcze jestem...

***

Niekiedy wyobrażam sobie starego Gombrowicza, jak stoi na balkonie willi „Alexandrine” w centrum Vence i obserwuje przez lornetkę taras kafejki „Select”, w której czasami grywał w szachy. Zawsze był samotny śród ludzi. Rita wpominała, że gdy się poznali w Royaumont, uderzyła ją właśnie jego samotność! Był w sobie zadomowiony. To cecha wielkich eremitów, którzy przebywając wśród ludzi, pozostają w swojej celi.



[1] „Mi mama amasa la masa” („Mama gniecie ciasto”) jest hiszpańskim odpowiednikiem polskiego „Ala ma kota”. Anegdotę znalazłem w książce Gombrowicz w Argentynie.


Za: [link widoczny dla zalogowanych]

.


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
MARIUSZ WILK
Forum Strona Główna -> NEW AGE GOTYKU
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)  
Strona 1 z 1  

  
  
 Napisz nowy temat  Odpowiedz do tematu  


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001-2003 phpBB Group
Theme created by Vjacheslav Trushkin
Regulamin