Forum Strona Główna -> MIECZYSŁAW CZYCHOWSKI -> M I S T R Z
Napisz nowy temat  Odpowiedz do tematu Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat 
M I S T R Z
PostWysłany: 25 Sty 2009 10:05
Administrator
ADMIN

 
Dołączył: 28 Maj 2005
Posty: 6577
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 13 razy
Ostrzeżeń: 0/2
Skąd: Gdańsk





          M I S T R Z


      (Fragmenty "Dziennika znalezionego pod Murem")



Mietkowi Czychowskiemu


    „Słuchał napisu wyrytego na czerwono-czarnym pumeksie gotyckiej cegły bazyliki w Gdańsku:
    „En kamocha wa’elohim Adonai.” Obok piękna, z mozołem wyryta swastyka, na której jak na szubienicy wisi gwiazda Dawida. Twórca był artysta, psia jego mać!”




- Uważasz, Olo, właśnie idziemy z Mietkiem Czychowskim do Buniego Tuska; zarezerwowaliśmy sobie u niego onegdaj świece w słoikach, szklanki do wódki, chrzan, nastrojową muzykę i świt zaokienny. Prowadzimy dwie giętkie, sprężyste, łaszące się suczo dziewczyny. Gawędzimy o tajnikach; Mietek uważa, że sztuka musi oddawać wewnętrzne pasje i namiętności twórcy; obojętne czy dotyczy pisania poezji czy malarstwa.
- Sztuka jest światłem wewnętrznym, jak wewnętrzne lustro odbijające niczym księżyc, wszystkie normalne stany duszy artysty mówi Mietek - Brzmi to banalnie, wiem; jak natchnione bredzenie romantyków, ale tak właśnie jest, nie inaczej. Co to znaczy: normalny stan duszy? Normalnym stanem duszy twórcy, jest jego przyrodzona zdolność postrzegania i emitowania w dowolnej formie i materii siebie samego.

Mam wrażenie, że znowu jest obok mnie, zamyślony, zasłuchany w to, co napisał, a ja czytam. Widzę go w tej słynnej, wyświechtanej marynarce i niemniej sławetnej koszuli w kwiatki, jak z pochyloną głową wpatruje się w siebie i opisane pejzaże swojej duszy. I zawsze jest kiepskie, żółtawe światełko żarówki niemocnej; zawsze jest jakiś mrok poza czytającym, realnym mną i ezoterycznym Nim; mrok pełen światów nienazwanych, a pulsujących jakimś lękiem i bólem. Jakąś przeszłością, co lepiej, żeby nigdy się nie wydarzyła...



STAWIA MU PYTANIE

- Jak pisać dobrze? Stawiam mu pytanie.
- Dobrze pisać. A, dobrze pisać, to pisać myślą. Najpierw myślą niemą; smakować obrazy i nakładać na siebie wieloznaczność słów, które te obrazy oddają. Aż się wypełnią tobą i tym, co powiedzieć chciałeś: pełne bólu, bo wszystko jest cierpieniem, nawet miłość: kiedyś przeminie, dlatego - kochaj z bólem, pisz z bólem i cierp, że mogłeś jeszcze boleśniej, a starczyło ci tylko na parę lichych słów.
- Uważasz, Mieciu, że nie ma skończonego wiersza, obrazu, powieści?
- Ty na prawdę myślisz, że ktokolwiek napisał cokolwiek, co byłoby ostateczne, skończone, doskonałe do tego stopnia, że już lepiej nie można? Przecież nawet świat, choć sporządzony ręką Boga, można udoskonalić. I nie jest to żadna herezja: mamy prawo i zadanie poprawiać w nieskończoność nasz świat dookolny, a co dopiero - naszą twórczość, która najczęściej nie tylko nie jest doskonała, ale nawet dobra w stopniu zadowalającym. Ile ja, synku, napisałem w życiu bzdetów, chłamu, zwyczajnej makulatury, której teraz wstydzę się i do końca życia będę wstydzić! Piszesz ledwie parę lat, poczytaj, coś napisał w pierwszym wierszu i zobacz, jak napisałbyś to dziś. A jak popatrzysz na to za dziesięć, dwadzieścia lat...

- No, więc prowadzimy te dwie giętkie sprężyste, łaszące się suczo dziewczyny, zadając szpanu kultury; w końcu jesteśmy artyści, nie?
- A którzy to niby są, ci artyści? - pyta Olek - Pokojowi malarze naścienni, jak Adolf? Klozetowe poetki, linoskoczkowie, dziergaczki brabanckich koronek na klockach? Muzycy weselni, emeryci-świątkorzeźbiarze? Finezyjne w swym rzemiośle kurwy? Twoim zdaniem, Sindbadzie, każdy jest artysta?
- Nie każdy. I nie dlatego, że ktoś coś maluje, pisze czy rzeźbi. Tylko ten, kto czując wszystko inaczej, wyraża swoje odmienne uczucia właśnie za pomocą sztuki.
- A dlaczego pan artysta raczy czuć inaczej?
- Pan artysta czuje inaczej, bo cierpi. Zazwyczaj na jakąś odmianę choroby duszy, która utrudnia mu zwyczajne siermiężne odbieranie rzeczywistości, jej widzenie i akceptowanie w postaciach i formach w jakich ją zastaje. Nierzadko przyczyną jest choroba umysłowa.
- Schizofrenia?
- Mąż światły, profesor Dąbrowski powiedział o niej, iż jest pozytywną dezintegracją osobowości dodając jeszcze, że bez niej, nie byłoby artystów. Nadwrażliwa bolesność codzienności, odmienne stany postrzegania hierarchii wartości to cechy wspólne wszystkim wybitnym artystom obdarzonym tym czymś, talentem. Albo, jak wolisz, darem i przekleństwem bogów.
- A spotyka się jakichś normalnych, nieporażonych szaleństwem dzieci Apollina?
- Nie, się nie spotyka. Apologeci nie notują wypadków, w których życie prywatne artysty porażonego byłoby bezbarwne: żona, dzieci, kapcie; rutyna. Którzy porażeni nie są, artystami nie są. Tako rzecze Zaratustra. Jeśli pracowity stoczniowiec, hutnik, zamiatacz ulic, roznosiciel mleka czy wojskowy są zwyczajnymi ludźmi w rozumieniu zwyczajności, to artysta jest herezjarchą łamiącym reguły tej normalności i dlatego skazany na męki piekielne już za żywota swego.
- Takich akurat znam
- Nie wątpię. Po ekscesach ich poznacie ich, powiada Pan. Wloką za sobą jak kometa ogon, okresy kosmicznych ciągów alkoholowych, przeplatanych doświadczeniami z narkotykami i nieuniknione szaleństwa w towarzystwie dam upadłych.
- Rozumiem aż nadto, Sire!
- A, w konsekwencji, co mamy? Mamy haniebne procesy rozwodowe, karczemne łamanie prawa, rąk i krzeseł; podbijanie oczu, zakłócanie snu sprawiedliwym obywatelom wymagające interwencji i tłumienia manu militari. Pojawiają się jakieś nagłe pędy do włóczęgostwa i gier hazardowych aż tu raptem, patrzaj no tylko, wraca taka jedna z drugą łajza do domu i od razu mordercze zmagania z samym sobą i sztuką! Praca po nocach, udręczenie umysłu i ciała w krwawej wojnie z gliną, farbami czy piórem. Niedojadanie, niedosypianie: sztuka czeka! Passio vitae! Udręka i ekstaza cierpienia. Eh, set fugit interea... Na rafach marzeń rozbijali jak zbłąkane statki swoje życie, topiąc przy okazji wszystko. Zostawiali finansowe i psychiczne długi wystarczające ich bliskim na długie lata bajecznej nędzy.

Z chmur prześwieca neonowo Buni, załamując ręce.
- Wielem tego pozostawił wdowie mojej i moim dziatkom! Rachunki za prąd, wodę, gaz i ogrzewanie przekraczały apanaże moje. Włóczył mnie po sądach sąsiad zza ściany! Wilkołak! Zrozumcież nareszcie! Znika w pyle łez.



SKURWYSYNY SHYLOCKI

Pozostawiali strzępy siebie; ot, parę łachów, których nie weźmie bradziaga, jakieś kapelusze, koszule w kwiaty z brudnymi mankietami i przetartymi kołnierzykami, dziurawe skarpety, spłowiałe fotografie, jakieś szemrane listy pełne uniesień; jakieś zetlałe wonie perfum, strusie piórka, koraliki, bilety, muszelki, szarotki, koniki morskie, dziewięćsiły, hotelowe rachunki. Ale pozostawiali też siebie w obrazach, szkicach, rękopisach splamionych wódą albo piwem...
- Widywałem ja takie, Efendi.
- Cudze domy skryją ich prace, będą post mortem z dumą prezentowane gościom: to Mistrza... Za życia Mistrza podlewali Mistrzowi zgubnych napojów, żeby wyłudzić cokolwiek: obrazek, rysuneczek, portrecik, figurkę. Jakieś to, śmo, owo bo kiedyś to będzie ho, ho! Motto takich? Przecież to pijak!
- A, skurwysyny!
- Nie, cny Aleksandrze. To świątobliwi Jagoni podejrzeń niewzbudzający! Gdybyś pisał wiersz zmagając się z takim bólem, jakby cię rwał ząb ropiejący wiedziałbyś, czym one są, te rafy marzeń, Amigo, jak wie każdy, kto stanął przed wszechświatem pustego płótna albo nieskończonością kartki. Rozpoznałbyś niechybnie owych Shylocków po cynowym kubku z niekoszerną wódką, krzyczących Ave, Messer! Za plecami w bezlitosnych ptasich łapkach, dzierżą noże do rżnięcia żywcem mięsa duszy i cęgi do łamania szpikowych kości myśli. Cudzych, naturalnie! Poili złudzeniami.

Znowu objawia się, niczym Deus ex Machina, wystawiający siwą brodę z chmur on, Buni Tusk. Ten rodowity Danziger alias Polakoniemiec, jest w istocie czystej krwi niemcopolakodanzigerem, rasowym ogierem wymarłego gatunku Homo gedanensis. Gruźlik, wspaniały jak Koh-i-Noor, ozdoba korony polskich ceramików, a figurynki jego w Chińskim Pałacu Cesarskim się znajdują między Mingi, Tangi i Wangi. Mandaryn. Buni z chmury:
- Poili mnie! Poili i brali jak swoje, co moje! Bez pytania, łajdaki!
Znika potrząsając paletą, do której ma przymocowane tłuste, wyśmienicie przysmażone karbinadle obłożone bakłażanami z gipsu.

- Ilu z żeglarzów po oceanach sztuki spokojnie dobiło do portu, z którego wyruszyli jak Porwany za Młodu porwani przez jakąś muzę?
- Żaden ze znanych. Dlatego, jak Maciek Chełmicki zapalam czasem płomień w literatkach z wódką wyliczając: Łukasz, Basia, Jurek, Andrzej, Sted, Rysiek, Mietek, Buni, Wojtek, Halinka, Basia. Przechodniu powiedz Polsce...
...Tak, Doktorze, życie tętni rozkładem martwych ciał artystów. A byli tacy piękni i namacalni, jak cycki Wenus z Milo stojącej w Luwrze. I każdy rokował znakomicie, jak rokuje zazwyczaj każda pierwsza kancerogenna komórka. Bohema, Doktorze! Bohema...
- Kto zacz w tym przypadku, Sahib?

[---]


.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Administrator dnia 19 Mar 2009 6:24, w całości zmieniany 4 razy
Zobacz profil autora
M I S T R Z
Forum Strona Główna -> MIECZYSŁAW CZYCHOWSKI
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)  
Strona 1 z 1  

  
  
 Napisz nowy temat  Odpowiedz do tematu  


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001-2003 phpBB Group
Theme created by Vjacheslav Trushkin
Regulamin