Chcesz schudnąć przed Sylwestrem?
Kup Teraz a 30 dniową dietę otrzymasz za darmo!
Tylko 137 zł TRIZER + indywidualna dieta
Forum Strona Główna -> GIGANCI LITERATURY -> HANNA MALEWSKA
Napisz nowy temat  Odpowiedz do tematu Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat 
HANNA MALEWSKA
PostWysłany: 24 Sty 2009 10:50
Administrator
ADMIN

 
Dołączył: 28 Maj 2005
Posty: 6575
Przeczytał: 2 tematy

Pomógł: 13 razy
Ostrzeżeń: 0/2
Skąd: Gdańsk





Czasami zdarza mi się napotkać kogoś, kto na dźwięk nazwiska "Malewska" a potem, gdy wymieniam tytuł jej epokowej pracy - "Przemija postać świata" - uśmiecha się zakłopotany i przepraszająco bąka: "Malewska? Nie znam... "Przemija postać świata" ? Nie, nie czytałem"... W takiej chwili czuję, że dostałem w twarz.

Powie ktoś: "w Polsce było (i jest) tylu pisarzy, że trudno wymagać od każdego, znajomości wszystkich."

Przepraszam "Ktosia"; można nie znać twórczości Putramenta albo pobieżnie tylko; można "programowo" nie czytać innych autorów, niż klasyków jak Mickiewicz czy Słowacki. Ale sęk w tym, że Hanna Malewska i jej "Przemija Postać Świata" to klasyka właśnie, równa klasyce tej miary, co Sienkiewiczowskie, nagrodzone Noblem "Quo Vadis" a dla mnie - dzieło znacznie większe, bo zdecydowanie literacko lepsze i (historycznie) prawdziwsze.

Znajomość twórczości Hanny Malewskiej jest dla mnie wyznacznikiem poziomu intelektualnego i kulturalnego interlokutora. Jakieś wyznaczniki mieć muszę aby wiedzieć, z kim do stoła nie zasiadać.

Czy "Giganci Literatury" są miejscem właściwym dla postaci Hanny Malewskiej i jej twórczości? Zdecydowanie - tak! Malewska jest bowiem pisarką tej miary, co Robert Graves i niemniej w świecie znaną. Dlatego bez wahania wpisuję jej biografię ufając, że zainteresuję jej osobą tych, którym śpieszno do intelektu.

Plez





HANNA MALEWSKA




urodziła się 21 czerwca 1911 r. w Jordanowicach (obecnie część Grodziska Mazowieckiego) jako córka Jadwigi z Ciświckich i Bronisława Malewskiego, lekarza, pierwszego szefa wojskowej służby zdrowia w niepodległej Polsce (zm. 1920).

Do szkoły średniej uczęszczała w Lublinie. W 1933. ukończyła studia historyczne na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim i rozpoczęła pracę jako nauczycielka: najpierw w Niepołomicach, później w Krakowie i od 1935 w Warszawie. Debiutowała w 1931 na łamach "Żołnierza Polskiego" nowelą "Cabrera (Opowieść prawdziwa)".

Jej pierwszą książką była "Wiosna grecka" – opowieść o sportowej młodości Platona (1933, nagrodzona w konkursie przedolimpijskim). W 1934. ukończyła "Żelazną koronę", powieść biograficzną o Karolu V (nagroda w konkursie Książnicy-Atlas pod patronatem Polskiej Akademii Literatury, wyd. 1937).

W 1938 wyjechała do Francji na stypendium Funduszu Kultury Narodowej, by zbierać materiały do powieści o średniowieczu "Kamienie wołać będą" (ukończona 1939, wydana 1946).

Podczas wojny mieszkała w Warszawie, uczestniczyła w tajnym nauczaniu, należała do Służby Zwycięstwu Polski, a następnie do Armii Krajowej, gdzie kierowała Biurem Szyfrów Zagranicznych w Oddziale V Komendy Głównej (w randze kapitana).

Pracowała nad powieścią o Norwidzie "Żniwo na sierpie" (ukończona tuż przed wybuchem Powstania Warszawskiego, wydana 1947). Za udział w Powstaniu odznaczona została Krzyżem Walecznych.

Po upadku Powstania zamieszkała w Krakowie, w latach 1945-47 uczyła historii w Państwowym Liceum Handlowym. Od 1945 podjęła stałą współpracę z "Tygodnikiem Powszechnym" (m. in. cykl felietonów "Dziś").

W 1946 r. rozpoczęła redagowanie miesięcznika "Znak"; od numeru trzeciego do zamknięcia pisma w 1953 r. była wraz ze Stanisławem Stommą jego redaktorem naczelnym. Publikowała też w "Twórczości", "Tygodniku Warszawskim" i "Meandrze".

W 1947 r. wydała tom opowiadań "Stanica", otrzymała nagrodę Województwa Krakowskiego za całokształt twórczości i wyróżnienie redakcji "Odrodzenia" za "Żniwo na sierpie", w następnym roku – Nagrodę im. Pietrzaka. Przygotowywana wtedy antologia poświęcona kulturze średniowiecznej nie doczekała się druku; część tekstów publikował "Znak", przekład "Spowiedzi Archipoety" ("Confessio Goliae") ukazał się osobno w 1958.

Po likwidacji "Znaku" i zawieszeniu, a następnie przejęciu przez PAX "Tygodnika Powszechnego" Malewska podjęła pracę jako archiwistka w Bibliotece Kórnickiej PAN. W 1954 ukazała się monumentalna powieść "Przemija postać świata" (o upadku Cesarstwa na Zachodzie i Gotach), a w 1956 kolejny zbiór opowiadań: "Sir Tomasz More odmawia". Praca nad katalogowaniem miscellaneów historycznych XVII wieku w zbiorach kórnickich zaowocowała komentowaną antologią "Listy staropolskie z epoki Wazów" (1959).

Po Październiku i wznowieniu prawowitego "Tygodnika Powszechnego" pisarka przystąpiła do jego zespołu, w roku następnym weszła do redakcji wznowionego "Znaku", a od 1960 do 1973 była ponownie jego redaktorem naczelnym. Równocześnie ukazywały się kolejne jej książki: "Opowieść o siedmiu mędrcach" (1959), "Panowie Leszczyńscy" (1961), "Apokryf rodzinny" (1965) oraz dylogia "Labirynt" i "LLW, czyli Co się może wydarzyć jutro" (1970; pierwsza wersja osadzonej w przyszłości powieści "LLW" powstała już w latach 40.), a także przekłady (m. in. powieści Willi Cather "Śmierć przychodzi po arcybiskupa", 1965).

Po odejściu ze "Znaku" i przekazaniu funkcji redaktora naczelnego Bohdanowi Cywińskiemu Malewska publikowała coraz mniej; w 1975 przekład rozważań Johna Dalrymple "Chrześcijańskie tak", poza tym sporadycznie teksty w "Znaku". Mimo postępującej choroby włączyła się w działalność opozycji schyłku lat 70.; podpisała protest przeciw zmianom w Konstytucji i apel do Sejmu PRL w sprawie represji wobec robotników Radomia i Ursusa, w 1978 została członkiem Towarzystwa Kursów Naukowych, a w jej sublokatorskim pokoju odbywały się seminaria TKN.

W 1976 otrzymała nagrodę Fundacji Jurzykowskiego, w 1981, w 70-lecie urodzin i półwiecze debiutu – nagrodę miasta Krakowa. Ukazał się wtedy wybór jej publicystyki "O odpowiedzialności" (wydanie poszerzone, z kalendarium i bibliografią opracowaną przez Andrzeja Sulikowskiego – 1987) i przygotowano dedykowany jej numer miesięcznika "Znak" – "O wolności" (zatrzymany przez cenzurę po 13 grudnia 1981, rozpowszechniany kanałami półoficjalnymi).

Zmarła w Krakowie 27 marca 1983, w Niedzielę Palmową; jej grób znajduje się na cmentarzu w Tyńcu.




Twórczość


* 1931 Cabrera
* 1933 Wiosna grecka
* 1936 Żelazna korona
* 1946 Kamienie wołać będą
* 1947 Żniwo na sierpie (opowieść biograficzna o C. K. Norwidzie)
* 1947 Stanica
* 1954 Przemija postać świata
* 1956 Sir Tomasz More odmawia
* 1959 Opowieść o siedmiu mędrcach
* 1959 Listy staropolskie z epoki Wazów
* 1961 Panowie Leszczyńscy
* 1965 Apokryf rodzinny
* 1979 Labirynt. LLW, czyli co może zdarzyć się jutro
* 1987 O odpowiedzialności i inne szkice




O HANNIE MALEWSKIEJ W 20 ROCZNICĘ JEJ ŚMIERCI


Człowiek, dzieło, tajemnica

Z Haliną Bortnowską rozmawia Tomasz Fiałkowski

TOMASZ FIAŁKOWSKI: — Hanna Malewska: świetna pisarka, twórczyni miesięcznika "Znak". Ci, którzy się z nią zetknęli, wiedzą, że była kimś wyjątkowym, a równocześnie trudno o tym mówić; paraliżująco działa świadomość, jak niechętna była ona sama kierowaniu uwagi na swoją osobę. Mam jednak poczucie, że trzeba tym razem postąpić wbrew niej.

HALINA BORTNOWSKA: — Była osobowością tak potężną, że jeszcze dzisiaj niechętnie się jej przeciwstawiam.
— Ale to nasz obowiązek — łatwiej przypomnieć dzieło, gdy się pokaże człowieka, który za tym dziełem stoi.
— Cóż, próbujmy...

— Pracowałaś z Hanną Malewską w miesięczniku "Znak" przez dwanaście lat. Pamiętasz pierwsze spotkanie?

— Pamiętam doskonale. To był chyba rok 1961, Stefan Wilkanowicz ściągnął mnie na wstępną rozmowę. Potem poszliśmy na obiad do Grand Hotelu na Sławkowską, dokąd się tradycyjnie z panią Hanią chodziło, i moje przyjęcie do redakcji uczciliśmy kieliszeczkiem wiśniówki. Czułam od razu, że znajdę tam swoje miejsce, no i że warunki ulegną urealnieniu, bo początkowo zaproponowano mi 600 złotych do wyrobienia w wierszówce, a ja 600 złotych musiałam zapłacić za studencki pokój...
Od początku miałam wrażenie, że staję się częścią jakiegoś organizmu. Trochę jak na stacji kosmicznej nad planetą Solaris.

— A pani Malewska była solaryjskim Oceanem?

— Naprawdę tak uważam. Była w niej zarówno tajemniczość, jak i trudno zrozumiałe przenikanie nas i naszych planów. Niespodziane odpowiedzi na nie zadane pytania.

— Czy to nie był rodzaj łagodnej dyktatury, która odbiera współpracownikom samodzielność i pozbawia ich twórczej inicjatywy?

— Jakiś potencjał zdołaliśmy jednak zachować, bo poradziliśmy sobie później w życiu... Mówiąc serio: to nie była dyktatura, raczej rodzaj wchłonięcia. Owszem, było miejsce na naszą inicjatywę, ale musiała zostać wlana w system. Czasem poszczególne osoby bardziej samodzielnie redagowały konkretny numer, jeśli jednak na przykład ktoś zamówił tekst, a pani Malewskiej on się nie spodobał — nic nie można było zrobić. Twoje zobowiązanie wobec autora było bez znaczenia, liczyło się tylko to, że tekst nie spełnia standardów. Bezpieczniej było wkładać własne pomysły do puli i zobaczyć, co z tego wyniknie.

— Podobno Hanna Malewska czytała wszystkie teksty przeznaczone do numeru.

— Absolutnie wszystkie i to kilka razy. Wiedzieliśmy więc, że cokolwiek przeoczymy przez nieuwagę czy lenistwo, i tak zostanie przez nią poprawione. Staraliśmy się jednak to, co robimy, robić porządnie; przy niej nie wypadało uprawiać fuszerki.

— W czym widziałabyś główne rysy czy wektory jej koncepcji "Znaku"?

— Trudno mówić o linii, chyba że chodzi o linię pewnego rodzaju perfekcji. Materiał musiał naprawdę być wysokiej klasy. I wokół tych bardzo dobrych materiałów coś się układało: skomplikowane, delikatnie wyważone całości, wiele mówiące zestawy tekstów.

— Chodzi mi nie tyle o linię programową, ile o kierunki, w które ona patrzyła najchętniej i z największą ciekawością.

— To się zmieniało: "Znak" szukał aktualności. Ale oczywiście pozostawała historia i różne sposoby jej uprawiania: dojrzałe, mądrościowe, a zarazem źródłowe podejście do historii. Bardzo ważny w latach 60. był Kościół i przemiany soborowe, widziane też w perspektywie historycznej.

— A zbliżenie między chrześcijaństwem a rozmaitymi kierunkami filozofii XX wieku?

— Tu właśnie dotykamy paradoksu wchłaniania i przetwarzania wpływów. Kiedy pani Malewska spotkała Tischnera i Stróżewskiego, wtedy oczywiście "Znak" wchłonął to, co oni z sobą przynieśli.

— Więc jednak wspólne dzieło?

— Cały czas podkreślam, że ono było wspólne! Zespół nie był zresztą liczny, ale dochodzili goście. Na przykład Henryk Elzenberg, który kilkakrotnie odwiedził "Znak" i były to ważne wizyty. Albo profesor Antoni Kępiński.

— A jak "Znak" radził sobie z naciskami zewnętrznymi? Była oczywiście cenzura, ale czy nie krytykowano was w Kościele za nadmierną otwartość?

— Nikt się zanadto nie przejmował tym, że ktoś się zmarszczył, a ktoś skrzywił. Uważaliśmy, że jak pająk musi snuć swoją pajęczynę, tak i my musimy "Znak" redagować, najlepiej jak potrafimy.

— Jak w ostatniej scenie z powieści ,,Przemija postać świata": świat runął w gruzy, a mnisi w skryptorium przepisują "Ortografię"...

— Owszem, mieliśmy poczucie misji i przekonanie, że mamy zastawić nasz stół najlepiej jak potrafimy. Tak bardzo się nad tym skupialiśmy, że nie zwracaliśmy uwagi, czy ktoś się nam przygląda.

Ja akurat miałam szczególne przygotowanie do tego, żeby znaleźć się w roli kogoś, kto przy tym stole posługuje. Wychowałam się intelektualnie i duchowo na 35 pierwszych numerach "Znaku", wydanych do zamknięcia pisma w roku 1953. W Instytucie Katolickim, w którym się kształciłam w początkach lat 50., żeby zostać katechetką, te 35 numerów, każdy oprawiony w twardą okładkę, stanowiło rodzaj Biblii. Studiowało się je drobiazgowo, układało się w oparciu o nie programy. Kiedy po Październiku "Znak" zaczął się znów ukazywać, czuliśmy się tak, jakby ktoś zaczął dopisywać do Biblii nowe księgi... Tamte studia zaszczepiły mi przekonanie, że gdzieś istnieją czytelnicy, którzy konsumują "Znak" podobnie jak ja. Istnieją albo będą istnieć, my zaś produkujemy zapasy do spiżarni.

— Wspomniałaś już nazwiska Tischnera i Stróżewskiego — a jaka była w piśmie rola Anny Morawskiej? Hanna Malewska nazwała ją kiedyś swoją najbliższą przyjaciółką.

— To była osoba niezwykle dla niej ważna. Pani Malewska, z całą jej ogromną wewnętrzną autonomią, wyrosła jednak w środowisku religijnie dość tradycyjnym. A doświadczenia Anny Morawskiej były doświadczeniami typowej polskiej inteligencji: jeżeli ktoś odkrył dla siebie religię, musiał ją wszczepić w laicki etos zupełnie innego typu. Pani Hania darzyła takie poszukiwania ogromnym szacunkiem i chciała, by "Znak" im towarzyszył. Bohdan Cywiński, jej następca i naczelny "Znaku" w latach 1973-78, świetnie wszedł w ten trop.

— Morawska wychodziła ku innym wyznaniom chrześcijańskim i innym religiom. U Malewskiej także pojawia się, i to bardzo wcześnie, szerokie ponadwyznaniowe spojrzenie na jedność w wierze. Przecież drugim skrzydłem opowiadania "Sir Tomasz More odmawia" jest "Koniec Cranmera", gdzie męczennikiem staje się z kolei przeciwnik Tomasza...

— To jak najbardziej ortodoksyjne rozumienie tego, czym jest wiara. Malewska i Morawska tutaj się spotykały. Zbliżała je też pracowitość i oszczędność w sensie tworzenia sobie możliwości pełnego skupienia. Od Anny słyszałam często: do niczego nie dojdziesz, bo za bardzo się rozpraszasz. Za dużo przedsięwzięć, ludzi, bieganiny. W karceniu mnie była surowsza niż pani Hania.

— Pracowitość i skupienie dają widać skutki: ,,Żelazna korona" napisana została przez młodą kobietę, która ledwie przekroczyła dwudziestkę! W tym wieku, niezależnie od płci, pisze się raczej wiersze i rozmaite odmiany "Cierpień młodego Wertera", a nie epicką powieść o cesarzu Karolu V.

— Ten przykład zdaje się wskazywać, że niesamowita zdolność koncentracji, którą mogłam na co dzień obserwować, cechowały Malewską już w młodości. Ważne jest jeszcze coś: mówiła nam zawsze, że pisanie powieści to wejście w inny świat, który stopniowo zdobywa autonomię. Powieściowe postaci uzyskują wewnętrzną logikę, trzeba się jej podporządkować. To także rodzaj wolności od siebie.
Coś mi się w ogóle wydaje, że ludzie mają znacznie większe możliwości niż to się normalnie objawia, tylko że egocentryczne elementy ich osobowości zjadają ten potencjał. A Hanna Malewska była jak skoncentrowany uran...

— Cechowała ją umiejętność wyrzeczenia i zdumiewająca asceza, która była czymś całkiem naturalnym, pozbawionym ostentacji.

— Nie wiem, czy słowo ,,naturalny" jest odpowiednie, ona sama chyba nie uważała, że cokolwiek naprawdę ważnego dzieje się w człowieku, jest samą tylko naturą. Dla niej to był raczej dar, owoc wewnętrznego dialogu. Jej dialog z Bogiem był takiej intensywności, że w naturalny sposób uwalniał ją od przejmowania się rzeczami zewnętrznymi.
Ale to była także ogromna duchowa autonomia wielkiej damy. W ,,Apokryfie rodzinnym" widać wyraźnie, jak bardzo Malewska ceniła ten rodzaj wychowania, w którym ludzie uzyskują przekonanie, że sami tylko siebie sądzą, że nie jest ważne, co inni o nich pomyślą, i przez to nie tracą czasu ani na egocentryzm, ani na uzależnianie się od czyjejś oceny czy reakcji. To olbrzymia oszczędność czasu i energii, kiedy ktoś nie uczestniczy w grze wpływów i znaczenia, chociaż jednocześnie ogarnia ją intelektualnie. Jestem przekonana, że gdyby Hanna Malewska chciała w nią grać, byłaby mistrzem.

— "W zręcznościach swego wieku nie raczyła się ćwiczyć" — Irena Sławińska użyła tej norwidowskiej formuły podczas pogrzebu Hanny Malewskiej. Taką postawę spotyka się dziś niezmiernie rzadko — a ona doprowadzała ją do skrajności. Włącznie z odsunięciem na bok potrzeb zewnętrznych. Starczy wspomnieć sublokatorski pokój, w którym spędziła ostatnie trzy dziesięciolecia swego życia. Ks. Adam Boniecki opowiada, jak wręczyła mu kiedyś kopertę z nagrodą, którą właśnie dostała, żeby rozdał pieniądze potrzebującym, innym razem poprosiła, żeby w tym samym celu sprzedał sznur bursztynów czy korali. Na początku stanu wojennego przynieśliśmy jej jakieś włoskie pierożki z tak zwanych "zrzutów". Nigdy nie widziałem pani Malewskiej tak zirytowanej: kazała nam te pierożki natychmiast zabrać.

— Wszystko to widzę jako jeden przedłużający się, obejmujący różne sfery ruch upraszczania życia, by zrobić miejsce na twórczość i — tak uważam — na wewnętrzny dialog z Bogiem.

— Jeżeli jednak taki opis przeczytają ludzie, którzy Hanny Malewskiej nie znali, może im się wydać odpychającą ascetką. Tymczasem była to osoba ciekawa świata i pełna życzliwej uwagi dla drugiego.

— Wizyty u niej — zawsze jakiś alkohol, kieliszek dla gościa ustawiony na szerokiej poręczy zapadniętego fotela... Starczy zresztą sięgnąć do jej powieści, by zobaczyć, z jakim zachwytem postrzegała świat także w jego zmysłowej warstwie. Tak odbierała i ludzi, i zwierzęta, i całą przyrodę, i zabytki.

— Jej asceza nigdy nie była wyrzutem wobec innych, że nie postępują tak samo.

— Wręcz przeciwnie. Doskonale wiedziała, że ludzie są pod tym względem różni i każdy musi pozostać sobą. Ale równocześnie trochę się też i dziwiła, nieco podobnie jak Karol Wojtyła, jeśli ktoś z przyjaciół ustawiał sobie poprzeczkę dużo niżej niż powinien. A jeśli uważała, że ktoś się nie wywiązuje z obowiązku twórczości, miała poczucie zawodu.

— Redagowanie "Znaku" było rodzajem służby, ale w swoim życiorysie Hanna Malewska miała kartę służby rozumianej całkiem dosłownie: była kapitanem AK, pracowała w komórce szyfrów Komendy Głównej...

— Kiedy przesiadywaliśmy czasem w "Znaku" do późna w noc, by ratować tekst pocięty przez cenzurę, słyszeliśmy od pani Hani w nagrodę, że teraz w redakcji jest jak w komórce szyfrów. Była bardzo zadowolona, że ludzie z poświęceniem w czymś dłubią i nie pytają, która godzina. Nigdy się nam nie udało wydobyć z niej żadnych wspomnień, ale ten komplement był komplementem najwyższym.

— Kiedy czytamy szkice zebrane w tomie "O odpowiedzialności", uderza niezwykły dla Malewskiej ton emocjonalnej żarliwości w krótkich tekstach, które tuż po wojnie pisała o Powstaniu Warszawskim.

— Dlatego cieszę się, że dożyła jednak kolejnego zrywu, a nie dożyła jego degrengolady. Chłopcy z nowohuckiej "Solidarności", których kiedyś do niej przyprowadziłam, zachwycili ją, oglądała ich prawie jak Ostrogotów. "Solidarność" była dla niej na pewno wielką pociechą, podobnie jak fakt, że solidarnościowy zryw nie dał się stłamsić. Jakaś odrobina zmiłowania się jej w ten sposób dostała — bo poza tym nic nie było jej darowane.

— Czas porozmawiać o ostatnich latach życia Hanny Malewskiej. Skąd jej niespodziewana decyzja o odejściu ze "Znaku"?

— Ona zawsze mogła robić coś tylko w pełni i całkowicie. A w jej ocenie przyszedł wtedy właściwy moment, by jej następca, Bohdan Cywiński, przejął "Znak", by oddać mu pole. Czuła jednocześnie upadek sił — i tutaj dochodzimy do sprawy, o której trudno mi mówić. Jej choroba została źle zdiagnozowana, nie rozpoznano rozwijającej się gruźlicy. Wobec tego była źle leczona. A uboczne skutki złego leczenia pogłębiały jeszcze dolegliwości wywołane chorobą.

— Jej ostatnią książką był ,,Labirynt", wydany w roku 1970. Przez 13 następnych lat publikowała już tylko krótkie teksty i tłumaczenia. Kiedy ją poznałem jako świeżo upieczony redaktor "Znaku", jesienią roku 1980, była wciąż zainteresowana światem, domagała się nowin, ale czytała niemal wyłącznie powieści kryminalne.

— W szpitalu, podczas ostatniej choroby, też poprosiła o taką powieść. Poczytałam trochę, potem powiedziała: chyba już tego nie skończymy... Zawsze lubiła dobre kryminały, przeczytałyśmy razem całego Simenona, i tylko sprzątaczka ze "Znaku" była pokrzywdzona, bo też uwielbiała kryminały, ale nie umiała po francusku; trzeba jej było opowiadać.

Tak wspaniale działająca intelektualna machina potrzebuje czasem zmiany biegu na swobodniejszy — żywej akcji, intrygujących tajemnic. Coś z tego jest zresztą i w książkach samej Malewskiej: mnóstwo dziania się, zawęźleń fabularnych. Z ,,Przemija postać świata" można by zrobić świetny film, oczywiście pod warunkiem uproszczenia i zubożenia fabuły. ,,Apokryf rodzinny" to materiał na cały serial.


— Właśnie: które książki Malewskiej powinno się w pierwszym rzędzie przypomnieć? Co w jej twórczości wydaje ci się najbardziej aktualne?

— Myślenie o Rzeczypospolitej, jakie znaleźć można w "Panach Leszczyńskich", jest wyjątkowo aktualne. Czasami mówiono, że Malewska polemizuje z Sienkiewiczem, ale chodzi raczej o zupełnie inną wizję polskości, inne myślenie o uczestnictwie w historii i odpowiedzialności za nią. Widzimy Polskę bardzo europejską i mężów stanu, którzy z różnym szczęściem pełnią swoją funkcję. Mechanizmy władzy i niebezpieczeństwo prywaty. Chętnie czyta się dziś eseistykę; może przy pomocy odpowiednich zabiegów graficznych wydobyć eseistyczny nurt ,,Panów Leszczyńskich"? Zwłaszcza że język Malewskiej, bardzo oszczędny, pozostaje chyba czytelny dla młodszego pokolenia.

— Nie ma bariery języka, jest bariera przygotowania, erudycji. Iwaszkiewicz zachwycał się ,,Panami Leszczyńskimi", a równocześnie ubolewał, że autorka rzuca czytelnika na głęboką wodę...

— To nigdy nie będzie lektura dla mas, ale dobrze przypomnieć, jakich mieliśmy przodków, może byśmy się wtedy sami trochę podciągnęli...

Drugi wątek twórczości Malewskiej zachowujący na pewno aktualność dotyczy życia wiary. Wiara jej bohaterów uchwycona została w sposób bardzo nowoczesny: to właściwie życie mistyczne, religijność obrzędowa czy obyczajowa ma tam znaczenie niewielkie. Malewska chętnie pisze o ludziach, którzy odbyli wielką podróż wewnętrzną, by wrócić jako świadkowie miłosierdzia i idei przebaczenia. Jej książki są w tej warstwie porównywalne z Bernanosem, ale jest w nich też coś, co mi przypomina Greene'a ,,Moc i chwałę".

— Postacią bardzo dla Malewskiej ważną była Simone Weil, tłumaczyła przecież jej esej "Miłość Boga a nieszczęście".

— Działo się to w mojej obecności, podczas wspólnych nadmorskich wakacji w rozprażonym do białości Sobieszewie, a i odkrycie w pewnym sensie było wspólne. Hannę Malewską zachwycił fakt, że ktoś wyraził coś z tego, co w zasadniczy sposób jest niewyrażalne. Simone Weil niewątpliwie nazwała to, co było treścią jej własnych przeżyć. Pani Hania znała tę materię z własnego doświadczenia. Ale z właściwą sobie dyskrecją nie przywoływała jej inaczej jak poprzez postacie powieściowe.

— Zawsze kryła się za swoimi postaciami. Czy wyobrażasz sobie jej biografię, przy takim zatarciu śladów?

— Ona śladów niemal w ogóle nie zostawiała. Biografia Hanny Malewskiej nie jest pomysłem zbyt realistycznym. Ktoś musiałby wykonać pracę podobną do tej, jaką ona sama wykonała dla Norwida, pisząc "Żniwo na sierpie": spróbować na poły intuicyjnie wejść w postać i posłużyć się jej tekstami. Ale to jeszcze trudniejsze niż w przypadku Norwida.
Poruszała się nie zostawiając śladów, a jednocześnie odcisnęła w nas ślad bardzo głęboki, tyle że trudno go odsłonić inaczej, jak tylko zdejmując to, co nań się nałożyło w minionych latach. Trzeba zajrzeć w siebie, by zobaczyć, jak to naprawdę było z tym solaryjskim Oceanem.


c.d.n.


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
PostWysłany: 24 Sty 2009 10:51
Administrator
ADMIN

 
Dołączył: 28 Maj 2005
Posty: 6575
Przeczytał: 2 tematy

Pomógł: 13 razy
Ostrzeżeń: 0/2
Skąd: Gdańsk





TEMATY I REFLEKSJE


Ludzie, książki, zdarzenia,

Z Krystyną Poborską o Hannie Malewskiej rozmawiają Dorota Zańko i Jarosław Gowin



DOROTA ZAŃKO, JAROSŁAW GOWIN: Hanna Malewska była nie tylko wielką pisarką (niezasłużenie dziś zapomnianą), ale i niezwykłym człowiekiem. Równocześnie jednak nawet dla swych najbliższych przyjaciół pozostawała postacią tajemniczą i nieodgadnioną. Kim była dla Pani i w jaki sposób znalazłyście się Panie we wspólnym mieszkaniu, tu, przy ulicy Sobieskiego w Krakowie?

KRYSTYNA POBORSKA: Było między nami bardzo bliskie pokrewieństwo (nasze matki były przyrodnimi siostrami), ale dość duża różnica wieku. Nie mieszkałyśmy od razu tutaj, tylko najpierw w dwóch innych mieszkaniach. Kiedy uciekając przed UB w lutym 1946 roku, przyjechałam z Lublina do Krakowa, przygarnęły mnie Hanka i ciocia Jadzia, jej matka. Obarczenie się taką młodą osobą było dla nich dużym kłopotem i pewno nie każdy by tak postąpił.
Wprowadziłyśmy się tutaj w 1947 roku i mieszkałyśmy w czwórkę (czwartą osobą była Stasia, która pomagała w domu) do śmierci cioci. Hanka mieszkała w pokoju po przeciwnej stronie mieszkania, z oknem wychodzącym na ogród. Pracowała bardzo dużo. Zastanawiam się, co w tym okresie pisała. Prawdopodobnie Przemija postać świata.

Pisała na maszynie czy ręcznie?

Pisała od razu na maszynie, potem czytała maszynopisy i poprawiała. Wszystko też, co napisała, czytała jej matka. Pamiętam dobrze te rozmowy. Ciocia leżała tutaj, na kanapie, Hanka pracowała w pokoju. Ciocia czytała tekst i wołała: "Haniu, tak nie może być!". Hanka prawie zawsze zgadzała się z sugestiami matki. Ciocia miała bardzo wyrobiony smak literacki. Oczywiście te ingerencje były niewielkie, ale rozmawiały na ten temat często. Rozumiały się świetnie i bardzo były ze sobą związane. Hanka na pisaniu spędzała też zawsze cały urlop. Lubiła jeździć nad morze, do Świnoujścia, do Sobieszewa. Wybierała jakiś dom położony w pobliżu lasu i w tym lesie chroniła się, żeby nikt jej nie przeszkadzał w pracy. Do domu wracała ewentualnie na obiad. Potem znowu zaszywała się w lesie albo szła na spacer.
Jeszcze innym miejscem, gdzie pisała, był lokal redakcji "Znaku", która mieściła się wtedy tu, przy Sobieskiego, w kamienicy naprzeciwko, na trzecim piętrze. Chodziła tam pisać popołudniami.

Mimo że mieszkanie było takie duże, przeszkadzała jej obecność innych osób?

Wtedy mieszkało nas tu więcej. We trójkę mieszkałyśmy tylko do śmierci cioci, do 1949 roku. Matka Hanki zmarła na serce w czasie pobytu na wakacjach w leśniczówce koło Gorlic, dokąd czasami wyjeżdżała. Tamtego roku lato było upalne. Któregoś popołudnia ciocia pospiesznie wracała ze spaceru, żeby uciec przed burzą, szła pod górę i źle się poczuła. To był zawał. Nie chciała, żeby zawiadamiano Hankę i odrywano ją od pracy. Twierdziła, że jej to przejdzie. Tak przetrwała do nocy, potem przeszła chyba drugi zawał i zmarła następnego dnia po południu, bez żadnych lekarstw. W takie odludne miejsce trudno było sprowadzić lekarza. Poza tym pani, u której mieszkała (sama wiekowa), uważała widać, że dla starszego człowieka jest naturalne, że musi umrzeć. Telegramy o chorobie i śmierci przyszły do Krakowa jednocześnie.

Czyli w chwili śmierci nie było przy niej nikogo bliskiego...

Tak. Hania była wstrząśnięta, że matka odeszła, i to w taki sposób.
Po jej śmierci musiała domeldować kogoś do tego dużego mieszkania. Postanowiła zaproponować to księgowej Znaku, pani Janinie Dulębinie, i jej córce. W dwa lata po śmierci mamy Hani zmarł na raka wuj Czesław Hincz. Hanka długo opiekowała się nim, potem zaproponowała cioci Hinczowej, żeby zamieszkała z nami. Oprócz tego w służbówce mieszkała Stasia, pomoc domowa, którą zaangażowała jeszcze ciocia Jadzia. Po jakimś czasie Stasia przestała zajmować się domem, dorobiła sobie jakieś brakujące klasy szkoły podstawowej i podjęła pracę w "Wawelu". Kiedyś zapytała Hankę, czy może z nią zamieszkać jej siostra. Hania zgodziła się, więc w dwójkę gnieździły się w służbówce. Było nas wobec tego już siedem - do roku 1953, kiedy wyszłam za mąż i wyprowadziłam się. W tym właśnie okresie Hanka całkiem straciła możliwość pisania w domu i pracowała w redakcji naprzeciwko.

Jak powstawały książki? Czy siadając do pisania, Hanna Malewska miała już gotową i skończoną koncepcję? Twierdziła podobno, że bohaterowie powieściowi zyskują w pewnym momencie autonomię i autor musi się temu poddać.

Myślę jednak, że zasiadając do pisania, miała już wszystko przemyślane. Przemija postać świata to przecież ogromne dzieło, obejmujące bardzo długi okres, a wszystko jest tam całkowicie spójne. Ale na pewno wiele czerpała też z życia. Na przykład jestem przekonana, że opis narodzin dziecka w Opowieści o siedmiu mędrcach powstał pod wpływem narodzin mojej córki Teresy. Bo ja jej oczywiście dużo opowiadałam o urodzeniu i chowaniu małego dziecka, o tym, jak bardzo się o nie boję itp.

Ale musiała też mieć niezwykłą intuicję pisarską. W jej książkach są na przykład wspaniałe opisy miłości, jak chociażby w Przemija postać świata. Widać w tym znajomość, lub właśnie intuicyjne wyczucie, męskiej duszy...

Była przecież świetną pisarką. Mam nadzieję, że odzyska kiedyś należne jej w polskiej literaturze miejsce.

Jej pisarstwo jest niesłychanie erudycyjne. Czy wprowadzając jakieś szczegółowe opisy przedmiotów, które dawno już nie istnieją, czy jakichś detali (na przykład uprzęży końskiej), konsultowała to ze znawcami tematu?

Nie umiem powiedzieć, ale w końcu była z wykształcenia historykiem. Natomiast na uprzęży końskiej sama znała się świetnie. Nasz wuj Czesław kochał konie. Na wszystkich swoich dzierżawach hodował konie wyścigowe pełnej krwi. Wszyscy w rodzinie, głównie młodzież, zarażeni byli tą końską manią. W ich domu czytało się "Jeźdźca i hodowcę". Do pisania więc na ten akurat temat Hanka była bardzo dobrze przygotowana. Jej wiedza o wszystkich innych rzeczach oparta była na pewno na szczegółowych studiach, ale też na własnym doświadczeniu. Myślę na przykład, że w opisie oblężenia Rzymu z Przemija postać świata wykorzystała własne wspomnienia z Powstania Warszawskiego, kiedy ze Starówki ewakuowała się kanałami do śródmieścia.

Była Pani jedną z pierwszych czytelniczek jej książek, mieszkała Pani w tym samym mieszkaniu... Czy Hanna Malewska wprowadziła Panią też w swoje środowisko?

Tak, chociaż kiedy przychodzili do niej goście ze "Znaku" czy z "Tygodnika" i odbywały się w jej pokoju dyskusje (miałam wtedy około 20 lat), ciotka, która bardzo przestrzegała zasad dobrego wychowania, pozwalała mi tam wchodzić, lecz mówiła: "Możesz z nimi siedzieć, ale nic nie mów". Więc siadałam w kącie przy piecu i z zachwytem słuchałam najrozmaitszych debat, od literackich do politycznych, i bardzo wiele się przy tym uczyłam. Gołubiew na przykład nauczył nas prawdy w pisaniu.

Nas?

Bo on potem zorganizował coś w rodzaju seminarium dziennikarskiego. Oczywiście z wielką ostrożnością, bo bał się narażać młodzież, a poza tym nie chciał zaszkodzić "Tygodnikowi" i sprowokować oskarżenia, że w katolickim piśmie powstała nielegalna organizacja. Skupił wokół siebie gromadkę młodych ludzi, których uczył sztuki dziennikarskiej, i właśnie tam odkryłam tę jego dbałość o prawdę. Nazywano nas "barankami Gołubiewa". Pisaliśmy różne wypracowania - felietony, reportaże, na przykład reportaż z Rynku krakowskiego... Pamiętam, jak mnie zapytał: "Czy pani naprawdę widziała, że te sznurowadła wisiały na tym haku co nóż? Bo może się pani to tylko tak ładnie napisało?". To było dla niego bardzo charakterystyczne. Coś takiego miała też Hanka. Od nich nauczyłam się prawdy w pisaniu, choć właściwie sama nie piszę.

Ale jest Pani tłumaczką. Przełożyła Pani między innymi Mertona, na przykład Znak Jonasza. Czy pracy translatorskiej podjęła się Pani pod wpływem Hanny Malewskiej?

Tak. Jeśli chodzi o tłumaczenia i redagowanie tekstu, Hanka nauczyła mnie bardzo wiele. Dość wcześnie dawała mi do robienia różne drobne prace: "Zdarzenia - książki - ludzie", przeglądy prasy zagranicznej, tłumaczenia artykułów... Widziałam, czego wymaga. To była wspaniała lekcja czystości polszczyzny, jasności budowy zdania, kształtowania zdania w przekładzie. Może miałam trochę zdolności w tym kierunku, bo tak bardzo mnie nie poprawiała, ale to, co poprawiała, zapamiętywałam sobie. Jak wiadomo, bardzo wiele wysiłku wkładała zawsze w pracę z autorami. Szczegółowo analizowała z nimi ich teksty, robiła wnikliwe uwagi na temat koniecznych według niej poprawek. Panowała zresztą opinia, że jeśli ktoś ma zamiar przynieść jej do oceny jakieś własne utwory, bezpieczniej będzie, jeśli najpierw napisze dobry artykuł do miesięcznika.

Wracając do Mertona: przeczytałam wówczas Siedmiopiętrową górę i przetłumaczyłam stamtąd dwa wiersze, a potem zapragnęłam przeczytać jego poezje, o których tam wspomina. Myślałam, że mogłabym może coś przetłumaczyć... I chyba ciocia powiedziała wtedy: "Napisz do niego". Więc napisałam. Proszę sobie wyobrazić, że mi odpisał! Dostałam od niego karteczkę, broszurkę z jego tekstem, którą opatrzył dedykacją, oraz trzy tomy poezji: Figures for an Apocalypse, A Man in the Divided Sea i cienki tomik Tears of the Blind Lions. Podpisał się swoim klasztornym imieniem Louis. Z tomu Figures for an Apocalypse przetłumaczyłam esej Poezja i kontemplacja, a także trzy wiersze. Wydrukował to "Tygodnik Powszechny". Wysłałam gazetę do klasztoru i dostałam podziękowanie od opata. Po jakimś czasie Merton przysłał mi Znak Jonasza. Prawdopodobnie to był jeden z powodów, dla którego dostałam tę książkę do przekładu, bo nikt w Polsce jeszcze jej nie miał.

Przekład był robiony już na zamówienie Wydawnictwa Znak?

Tak, szefował wtedy Jacek Woźniakowski. To było chyba w trzecim roku istnienia wydawnictwa.

Podczas wojny Hanna Malewska mieszkała w Warszawie, uczestniczyła w tajnym nauczaniu, należała do AK, brała udział w Powstaniu Warszawskim. Czy opowiadała Pani coś o swojej wojennej przeszłości?

Niewiele. Kiedy w Polsce ogłoszono akcję ujawniania się, Hanka zgłosiła się, podała swój adres, zawód i to, co robiła w czasie wojny, ale nie sądzę, żeby powiedziała całą prawdę. Matka Hani powiedziała mi tylko bardzo oględnie, że Hanka pracowała w komórce szyfranckiej Komendy Głównej AK w Warszawie. Wszystkich, których interesuje ten okres jej życia, odsyłam do niewydanej noweli Czyste mieszkanie, w której Hanka to opisuje. Maszynopis, z bardzo licznymi poprawkami, znajduje się obecnie w Bibliotece Jagiellońskiej. Po 1956 roku Hanka nosiła się z zamiarem przerobienia tej noweli tak, aby mogła zostać wydana w Polsce. I napisała drugą wersję, o wiele bardziej złagodzoną, gdzie pominęła wiele szczegółów. Nie zdecydowała się jednak na oddanie tego do druku. Twierdziła, że jej się to nie udało.

Kiedyś powiedziała mi: "Miałam taką intuicję, że z tych niedokładnych depesz rozpoznawałam według rytmu słów utwór, który był podstawą szyfru. Czasem posługiwano się Kochanowskim, czasem Mickiewiczem...".
W jej dokumentach znalazłam potem wydaną w Londynie legitymację Krzyża Walecznych. Nie pokazywała tego nikomu i nie sądzę, żeby starała się o to odznaczenie. Być może jej brat przebywający na emigracji w Londynie poczynił w tym kierunku jakieś kroki.

Co mówiła o Powstaniu?

W 3 numerze "Znaku" z okazji rocznicy Powstania ukazał się jej tekst na temat szafowania krwią - że to już dość, "że takiej krwi nie wolno światu raz jeszcze wytoczyć na bruk, bo zginiemy". To nie było przeciwko samej idei Powstania, tylko przeciw tej hekatombie, jaka wtedy nastąpiła. Ona uważała, że patriotyzm nie może się wyrażać taką straszną ofiarą.

Była osobą głęboko religijną. Czy w jakikolwiek sposób to ujawniała?

Jej wiara była nieostentacyjna, a jednocześnie bardzo przemyślana. Wyczuwało się, że świadomie całe swoje życie podporządkowuje wierze i kontaktowi z Bogiem. Ale prawie nigdy o tym nie mówiła i nikomu nie starała się nic narzucać.

Pamiętam, że przez pewien czas przeżywałam bliżej niesprecyzowane trudności religijne. Kiedyś zaczepnie powiedziałam do cioci, że jestem co prawda katoliczką, ale gdyby ktoś umiał mi przedstawić w zachęcający sposób jakąś inną wiarę, to pewno bym na nią przeszła. Ciotka była oburzona i zaczęła robić mi wyrzuty. Na to Hanka powiedziała tylko: "Mamusiu, daj jej spokój". Uznała, że jest to moja osobista sprawa.
Jestem przekonana, że jej kontakt z Bogiem był o wiele bliższy aniżeli przeciętnego katolika.

Istnieją świadectwa wskazujące na to, że mogła doświadczać przeżyć mistycznych.

Jestem tego niemal pewna, choć tylko raz wspomniała mi o czymś takim. Była bardzo dyskretna. Wiem, że czytywała mistyków, między innymi św. Teresę z Avila, chyba także św. Jana, znała Ruysbroecka i Obłok niewiedzy. Pamiętam, jak zachwycała się Ruysbroeckiem.

Czy jej osobista samotność była konsekwencją podporządkowania życia Bogu?

Nie wiem. Myślę, że we wczesnej młodości nie wykluczała założenia rodziny. Powiedziała mi tylko, że raz w życiu spotkała kogoś, kto mógłby ją był namówić do małżeństwa, ale mówiła też, że kiedyś zamierzała wstąpić do klasztoru. Potem zdecydowała się jednak na inny wybór.
Swoją wiarę wcielała w życie. Dowodem na to jest chociażby mój pobyt w jej domu.

Przez kilka lat opiekowała się też pewną starą kobietą, która żyła w wielkiej biedzie. Kiedy ktoś Hani powiedział, że ta staruszka jest przecież pijaczką, odpowiedziała: "Gdybym ja żyła w takich warunkach, może też bym piła". Wystarała się dla niej o miejsce w domu starców, gdzie ta kobieta potem zmarła. Pamiętam, że Hanka była dość zaabsorbowana całą tą sytuacją, czasem musiała interweniować, bo sąsiedzi skarżyli się, że pijana staruszka rozrabia. Hanka śmiała się, że ma z nią trochę kłopotów.

Pomagała też chyba wielu innym ludziom, choć nigdy o tym nie mówiła. Ale w jej pokoju natrafiało się czasem na jakieś dziwne rzeczy, które kupowała od kogoś, kto akurat potrzebował pieniędzy i przynosił to na sprzedaż do redakcji. Jej w ogóle nie interesowała praktyczna strona życia, zajmowała się tym jej matka. To ona obmyślała, jak urządzić mieszkanie i co Hania będzie nosić. Hanka uważała, że to strata czasu.
W sprawę jej ubrania w rozmaitych okresach zaangażowane były różne osoby. W tamtych czasach o bardziej przyzwoitą odzież było trudno. Ciocia mnie czasem prosiła: "Krysiu, jak będziesz chodziła po mieście, poszukaj dla Hani czegoś zielonego, co by się nadawało na płaszcz...". Chodziłyśmy razem do krawcowej, którą też trzeba było "zdobyć". Później, ze względu na dzieci, miałam już mniej czasu i kiedy w latach 60. Hanka zaczęła wyjeżdżać za granicę albo podróżować po Polsce z odczytami, nagle okazywało się, że nie bardzo ma się w co ubrać.
W wyjazdach z odczytami przeszkadzała jej zresztą jeszcze inna komplikacja. Hanię dręczyły uporczywe migreny. Nie wiem, od kiedy je miała, ale widząc ją w takim stanie, zastanawiałam się, jak ona mogła z tą dolegliwością pracować w konspiracji. Być może jednak wtedy tego jeszcze nie odczuwała. Paradoksalnie, ciężkie warunki wojenne, zagrożenie życia, głód, czasem powodowały, że ludzie nie chorowali.

Cierpiała więc podobnie jak Simone Weil, która skądinąd była dla niej bardzo ważną postacią. W czasie tych napadów bólu nie była pewno w stanie pracować?

W ogóle nie była w stanie żyć. Miała zawroty głowy, nudności, nadwrażliwość na światło - zasłaniała okna, a my chodziliśmy na palcach. Kiedy więc zapraszano ją do wygłoszenia odczytu w jakiejś miejscowości, wprawiało ją to w wielkie zakłopotanie, bo nigdy nie wiedziała, czy będzie się w stanie wywiązać. Skarżyła się: "Jak mam powiedzieć: nie przyjadę, bo boli mnie głowa? Przecież to śmieszne, nikt mi nie uwierzy". Próbowała się leczyć, ale nic jej nie pomagało. Potem od przyjaciółki-lekarki dostawała recepty na jakiś bardzo silny środek. Jeżeli chorowała dzień czy dwa i nie zanosiło się na poprawę, robiła sobie zastrzyk i zwykle po 2-3 godzinach mogła wreszcie wyjść z pokoju. Tak było przez wiele lat. Potem te bóle trochę się zmniejszyły, ale nie na skutek leczenia.
A wracając do zakupów odzieżowych, wiem, że pomagały jej w tym również jakieś znajome panie. Przy jej wzroście nie było zresztą łatwo kupić gotowe rzeczy. Była bardzo wysoka, podobnie jak moja córka Kasia: 173-174 centymetry. Kasia w ogóle bardzo ją przypomina. To niebywałe, jak głęboko może sięgać rodzinne podobieństwo.

Jak wspominają ją Pani córki?

Były z nią bardzo związane i bardzo wiele jej zawdzięczały. Hania uczestniczyła we wszystkich naszych uroczystościach domowych. Wigilię zawsze spędzała u nas, aż do tego roku, kiedy już nie mogła wychodzić z domu. Była na ślubie Teresy, swojej chrześniaczki, dla której kupiła mieszkanie; na ślub Kasi, w 1982 roku, czyli na rok przed śmiercią, już nie zdołała przyjść.

Ale młodzi, nie uprzedzając nikogo, zaraz po ślubie zniknęli. Okazało się, że pojechali najpierw pokazać się Hance, dopiero potem przyszli na przyjęcie weselne.

Moje córki uwiecznione są w Apokryfie rodzinnym na samym końcu. To te dwie dziewczynki, które grają na skrzypcach.

Czy udzielała Pani jakichś rad wychowawczych? Podobno robiła to czasem w stosunku do różnych osób.

Mnie nie doradzała, natomiast myślę, że ona sama wychowała mnie w bardzo dużym stopniu przez własną postawę. Chyba chciała mnie tak troszkę "ustawić" życiowo. Nauczyła mnie odpowiedzialności za siebie, za rodzinę, za innych... To nie było pouczanie - to była atmosfera.
Nauczyłam się też na przykład na całe życie, że nie wolno mówić źle o innych. Przy Hance po prostu nie dało się tego robić. Nie wiem, na czym to polegało, ale gdy padały jakieś nieżyczliwe uwagi na temat innych, wyraźnie wyczuwało się jej wewnętrzny odpór, choć nie mówiła nic wprost. Jej zachowanie zamykało usta. I bardzo dobrze, bo wtedy można było rozmawiać o rzeczach ważnych i przyjemnych, zamiast plotkować. Myślę, że coś z tego przekazałam moim dzieciom.

Pani Hanna prowadziła skromny, może nawet ascetyczny tryb życia. Jadwiga Żylińska opowiadała nam, że kiedy pani Malewska odwiedziła ją pewnego razu w Warszawie, na propozycję pójścia na lody odpowiedziała: "Wiesz, ja właściwie nigdy takich rzeczy nie jadam, bo zawsze wtedy myślę o tych, którzy nie mają nawet na chleb. Ale z tobą bardzo chętnie zjem te lody". Czy surowość życia, jaką sobie narzuciła, nie odbijała się na jej stosunkach z innymi? Jaka była w kontaktach z ludźmi?

Bardzo prosta i naturalna. Można było z nią rozmawiać o wszystkim, chociaż nie była osobą wylewną ani kimś, kto łatwo zżywa się z jakimś towarzystwem. Była może trochę nieśmiała i stąd brała się jej rezerwa, ale to nie była rezerwa duchowa. To była rezerwa człowieka nieśmiałego.
Najbliższe było jej środowisko "Znaku". Przyjaźniła się z Gołubiewem, jego żoną Janką, z Jerzym Turowiczem... Tu, w tym mieszkaniu, bywało u niej bardzo wiele osób. Poza tym Gołubiewowie organizowali spotkania brydżowe, a Hanka bardzo dobrze grała w brydża, spotykali się więc też u nich.

Kiedy w 1959 roku Hanka przeniosła się do kamienicy przy placu Axentowicza 4, gdzie mieszkała już do końca, odwiedzała ją tam Halina Bortnowska, Bohdan Cywiński, Henryk Woźniakowski, Andrzej Sulikowski, który pisał z jej prac doktorat. Bardzo często zaglądał tam Franciszek Blajda. On też chyba najbardziej pomagał jej potem w czasie choroby.

Najbardziej przyjaźniła się z Anną Morawską. Dla niej ta przyjaźń była wielką pociechą i podporą życiową. Śmierć Morawskiej to początek wielkiego osamotnienia Hanki. Mam wrażenie, że świadomie próbowała z tym walczyć. Jeszcze wcześniej, chyba za namową Anny Morawskiej, kupiła telewizor. Zapraszała mnie we wszystkie czwartki na Kobrę. Próbowała jakoś zorganizować sobie wolny czas i nie poddawać się depresji. Obiektywnie nie była tak bardzo samotna, ale brakowało jej kogoś naprawdę bliskiego. Jej samotność była autentyczna. Przecież człowiek może się czuć bardzo samotny w domu pełnym rodziny, tym bardziej więc gdy tej najbliższej rodziny nie ma. Była bardzo przywiązana do swojego brata, ale on nie mieszkał w Polsce. Pisywali do siebie często. Hanka przechowywała wszystkie jego listy.

Poza tym listów nie lubiła specjalnie pisać i pisywała je, moim zdaniem, według własnego klucza: do wybranych ludzi, którzy według niej potrzebowali tego. Na przykład przez pewien czas korespondowała z mężczyzną, który w listach wydawał opinie na temat jej książek i jej samej... Hanka zorientowała się, że jest chory psychicznie i zawsze mu odpisywała.

Ja wieczorami, kiedy dzieci już spały, chętnie uciekałam tam do niej od obowiązków rodzinnych. Mogłyśmy wtedy spokojnie porozmawiać o jej książkach, o moich dzieciach, bardzo często o polityce...

W drugiej połowie lat 70. w mieszkaniu pani Malewskiej odbywały się tajne spotkania młodzieżowej opozycji skupionej w Studenckim Komitecie Solidarności.

Jeśli to miała być tajemnica, to udało się ją utrzymać, bo ja nic o tym nie wiedziałam.

Jakie były poglądy polityczne Hanny Malewskiej? Czy jej antykomunizm był bardzo radykalny?

Bardzo, ale to nie było podejście wrogie, na przykład uważała, że trzeba poprzeć Gomułkę w 1956 roku. Antykomunizm, antytotalizm, antykłamstwo w jej oczach w oczywisty sposób łączyły się ze sobą. Nie potrafiła wyszukiwać kompromisów. Nie dlatego, żeby była bardzo agresywnie nastawiona do tamtej rzeczywistości, tylko po prostu moralnie nie widziała takiej możliwości. To, co pisała wtedy prasa, to było okropne kłamstwo. Gazet nie dało się po prostu czytać. Ja nie czytałam ich przez całe lata. Hanka musiała czytać, bo była redaktorem, i czasem gorszyła się, że ja nie czytam.

A jak przyjęła powstanie "Solidarności"?

Oczywiście była po stronie "Solidarności", choć chyba trochę obawiała się, jak się to wszystko skończy, zresztą nie ona jedna.

Mogła się obawiać choćby ze względu na doświadczenie Powstania Warszawskiego.

Tak, poza tym ze względu na jakieś granice możliwości. "Solidarność" przesunęła je bardzo daleko. Kto mógł przypuszczać, że kolos zacznie się rozpadać? Istniała możliwość krwawego konfliktu, ludzie obawiali się, że znowu będą wywózki i zabijanie. Tylko młodzi się nie bali, ale tak jest zawsze.

W czasach "Solidarności" była już bardzo chora. Jak przyjmowała tę chorobę?

Nie skarżyła się, ale w gruncie rzeczy niecierpliwiła się, że nikt jej nie może pomóc. Ona miała kult dobrej roboty, nie mieściło jej się więc w głowie, że zajmowało się nią tylu lekarzy (pod koniec jej życia naliczyłam ich siedmiu, choć często przypadkowych) i nic z tego nie wynikało. W ostatnim też roku zajęła się nią bardzo serdecznie pani doktor Potocka - niestety, niewiele już mogła zrobić.

Hanka sama zresztą zupełnie nie dbała o siebie. W pewnym momencie zorientowałam się, że chyba od dłuższego czasu nie jada obiadów. Jakoś za często na moje pytanie, co jadła, odpowiadała: "A, otworzyłam sobie puszkę groszku". Wtedy już stanowczo postanowiłam się w to włączyć i ciepłe posiłki zaczęła gotować jej pomoc domowa, pani Helena. Ale Hanka słabła coraz bardziej, w ostatnich latach pracy w redakcji przychodziła na Sienną tylko na dwie godziny, potem na Małym Rynku brała taksówkę i półżywa wracała do domu. To nie mógł być normalny spadek sił związany z wiekiem. Coraz częściej miewała ataki duszności, a lekarze nie wiedzieli, co jej jest. Leczono ją na serce, na astmę... Chciała jeszcze jak dawniej jeździć na lato do Pewli, ale była często w takim stanie, że musiano ją tam sprowadzać ze schodów.

Że to była gruźlica, okazało się właściwie tuż przed śmiercią?

Tak. To, że pod koniec XX wieku ktoś może umrzeć na gruźlicę bez żadnych leków, jest prawie nie do pojęcia. Gruźlica była już wtedy chorobą stosunkowo prostą do wyleczenia. Ale nie postawiono prawidłowej diagnozy. Sama Hanka zresztą też nie ułatwiała nam zadania. Nie miała ochoty ani siły wysiadywać w kolejkach, żeby zrobić sobie badania, a na pobyt w szpitalu absolutnie nie mogłam jej namówić. "Jak będzie mi duszno, to włączę sobie w domu wiaterek...". W końcu przekonał ją Franciszek Blajda. Odwiedzałyśmy ją z Kasią codziennie, ale nie miałam wrażenia, żeby ktokolwiek tam się nią zajmował. Potwierdziła to Halina Bortnowska: "Przecież oni jej w ogóle nie leczą". Postanowiliśmy ją stamtąd zabrać, w domu zajęli się nią inni lekarze, ale też bez efektów, i znowu upłynęło trochę czasu. W czasie drugiego pobytu w szpitalu zrobiono jej wreszcie porządnie wszystkie badania, ale było już za późno. Wynik posiewu odebraliśmy już po jej śmierci.

Jakie przesłanie zostawiła nam Hanna Malewska? Co z jej przemyśleń powinniśmy przenieść w ten wiek, który rozpoczął się hekatombą 11 września i może wcale nie będzie bardziej ludzki i mądrzejszy niż minione stulecia? W Przemija postać świata napisała: "Idą znów hordy - trzeba im mostu do mądrości". Wraz z wieżami na Manhattanie w wielu ludziach runęła wiara w człowieka i w porządek świata. Jakiej mądrości trzeba, żeby ją odbudować?

W tej książce padają też słowa: "Gdy walczą i upadają państwa ludzkie, cóż wiemy o Państwie Bożym? Może zakwita ono właśnie wśród pożogi - albo gnije w pomyślności?".

Na gruzach dawnego świata, po upadku Rzymu, stary mnich czyta tam O pocieszeniu, jakie daje filozofia Boecjusza, a jego towarzysze pracowicie przepisują wydobyte z popiołów księgi, żeby ludzką myśl ocalić dla następnych pokoleń. Przepisują z obowiązku czy z miłości? - zastanawia się mnich. A przecież "miłość bywa jak ziarno gorczyczne".

Rozmawiali: Dorota Zańko i Jarosław Gowin



KRYSTYNA HORODYSKA-POBORSKA, ukończyła Wyższą Szkołę Ekonomiczną w Krakowie; przełożyła m.in. Znak Jonasza Tomasza Mertona oraz niektóre jego wiersze zamieszczone w Wyborze wierszy (Kraków 1986), a także poemat Walta Whitmanna Pieśń ze szlaku z tomiku Źdźbła trawy. Poezje wybrane (Warszawa 1966).





[link widoczny dla zalogowanych]

WEJŚCIE DO ARCHIWUM MIESIĘCZNIKA "ZNAK":

[link widoczny dla zalogowanych]


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
PostWysłany: 24 Sty 2009 10:51
Administrator
ADMIN

 
Dołączył: 28 Maj 2005
Posty: 6575
Przeczytał: 2 tematy

Pomógł: 13 razy
Ostrzeżeń: 0/2
Skąd: Gdańsk





GOCI NAD GROBAMI GALÓW



Jarosław Krawczyk


Każdy, kto prawdziwie przeżywa historię, nosi w sobie wiele obrazów przeszłości, które osadziły się w jego wyobraźni. Jam mam takich bez liku. Wiele z nich pochodzi z filmów, które oglądałem dzieckiem. Głównie w jedynym kinie miasta Ursus, które podówczas nie było jeszcze Warszawą. I ogromnie wrył mi się w pamięć film Walka o Rzym, o wojnie wschodnich Rzymian z Ostrogotami w Italii. Został nakręcony w Hollywood według słynnej powieści niemieckiego nacjonalisty Feliksa Dahna, a w roli głównego bohatera pozytywnego występował młody, mężny i jasnowłosy król Totila. Niedawno z wielką przyjemnością przeczytałem znakomitą opasłą monografię dziejów Gotów pióra prof. Wolframa i... obraz wrócił.

Jest początek lipca 552 roku, nad Busta Gallorum (czyli Grobami Galów) w środkowej Italii wisi rozżarzone słońce. Młody król Gotów wyjeżdża przed zastępy swej drużyny. Zaraz ruszy ostatnia szarża Ostrogotów... Gdy czytałem u Tolkiena opowieść o ostatniej szarży Rohirrimów, nie miałem wątpliwości, że pisarz znalazł ją pod Busta Gallorum. Przecież jeźdźcy Rohanu to podkolorowani Goci, a król Theoden wziął imię od prawdziwych Teodoryków czy Teudimirów.

No, ale trzeba koniecznej szczypty pedanterii. Ostrogoci to jeden z trzech głównych odłamów Gotów, stosunkowo niewielkiego ludu germańskiego, którego przemieszczenia odegrały olbrzymią rolę podczas tzw. wędrówki ludów. Gdzie ich nie było?! W Skandynawii, na Rusi, Bałkanach, Węgrzech, w Italii, Francji, Hiszpanii i gdzie tam jeszcze. Ale – uwaga – ich prawdziwy historyczny matecznik to północ dzisiejszej Polski, zwłaszcza na prawym brzegu Wisły. Może wiec jesteśmy trochę Gotami? Tym bardziej że królowie Polski z dynastii Wazów nosili tytuł władców Szwedów, Gotów i Wandali, a Jana III Sobieskiego nazywano po wiktorii wiedeńskiej gockim Marsem...

U kresu V wieku Ostrogoci przywędrowali do Italii, gdzie pod wodzą Teodoryka Wielkiego powstało niezwykłe państwo Gotów i Italików. Siła można by o tym pisać, ale dziś będzie o czymś innym. Dość, że po śmierci tego mądrego króla w 526 roku państwo popadło w malowniczy chaos, co skrzętnie wykorzystał cesarz Justynian I. Jego wódź Belizariusz (powiadają, że Słowianin – Beli-car) odwojował Italię dla imperium, kładąc trupem część ostrogockiego szczepu.

Ale Goci znów powstali pod wodzą owego Totili i pogonili Belizariusza, któremu Justynian skąpił posiłków. W stanowczej jednak chwili imperium na Italię ruszył potężny wschodniorzymski korpus pod wodzą niejakiego Narsesa. To zresztą postać niesłychana: dworski eunuch, kuty na cztery nogi w dyplomacji i intrydze, który na starość stał się doskonałym dowódcą.

Mecz był już rozegrany: przeciwko trzydziestotysięcznej (i – by tak rzec – wielofunkcyjnej) armii Narsesa mocno szczuplejsza drużyna gocka nie miała żadnych szans. Notabene umiała tylko jedno – szarżować na bij zabij w kurz i dym. Skąd my to znamy?

Jeszcze raz nad Grobami Galów płonie lipcowe, porażające słońce. Ustawieni w gigantyczne półkole łucznicy bizantyńscy mierzą wzrokiem odległość od frontu gockiej kawalerii, pikinerzy powoli przymierzają się do swych morderczych włóczni... Totila, który już pewnie wie, że nie wygra tej bitwy, wyjeżdża przed zwartą linię swoich jeźdźców. Zalśnił długi gocki miecz, gwałtownie wyszarpnięty z pochwy, król daje znak ręką... Tak niby powinno być, ale nie było. Zaczął się bowiem niezwykły show.

Prof. Wolfram (oczywiście za źródłami) opisuje to tak:

W pięknym rynsztunku, przystrojony w królewskie insygnia, na wspaniałym rumaku bojowym wykonał przed bitwą dżigitówkę – kunsztowną popisową przejażdżkę z oszczepem, typową dla wschodnich nomadów. Udowodnił swoją zręczność, a wszyscy, zarówno wrogowie, jak i przyjaciele, patrzyli na wspaniałe przedstawienie...

Przymykam oczy i widzę: po obu stronach nerwy napięte do ostatnich granic, a młody król wykonuje cyrkowy, woltyżerski numer – żongluje włócznią, zmienia chody konia, z niesłychaną dezynwolturą okazując, iż z niego mąż nad męże. W tej chwili (pięknie opisała ten moment Hanna Malewska w powieści 'Przemija postać świata") każdy z wojowników chciał być Totilą. A ja – tylko obserwatorem tej zdumiewającej sceny.

A potem 6 tys. Gotów uniesionych fantazją młodego bohatera runęło z kopyta na łuk korpusu Narsesa. Nie doszli. Łucznicy armii wschodniego Rzymu rozstrzelali ostatnią szarżę Ostrogotów. Ktoś powie: Boże, cóż to za polska historia – na koniach, bez broni, w dym i na pohybel. Temu odpowiem, że lud Ostrogotów zwiał wiatr historii, a my dalej trzymamy się mocno.


[link widoczny dla zalogowanych]

O GOTACH (PRAWIE) WSZYSTKO:

[link widoczny dla zalogowanych]
[link widoczny dla zalogowanych]
[link widoczny dla zalogowanych]
[link widoczny dla zalogowanych]
[link widoczny dla zalogowanych]
[link widoczny dla zalogowanych]
[link widoczny dla zalogowanych]
[link widoczny dla zalogowanych]
[link widoczny dla zalogowanych]


.


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
HANNA MALEWSKA
Forum Strona Główna -> GIGANCI LITERATURY
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)  
Strona 1 z 1  

  
  
 Napisz nowy temat  Odpowiedz do tematu  


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001-2003 phpBB Group
Theme created by Vjacheslav Trushkin
Regulamin