Chcesz schudnąć przed Sylwestrem?
Kup Teraz a 30 dniową dietę otrzymasz za darmo!
Tylko 137 zł TRIZER + indywidualna dieta
Forum Strona Główna -> ROZWAŻANIA O LITERATURZE I SZTUCE -> "Nowy brutalizm". SARAH KANE i Inni...
Napisz nowy temat  Odpowiedz do tematu Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat 
"Nowy brutalizm". SARAH KANE i Inni...
PostWysłany: 11 Cze 2009 16:14
Administrator
ADMIN

 
Dołączył: 28 Maj 2005
Posty: 6577
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 13 razy
Ostrzeżeń: 0/2
Skąd: Gdańsk





Joanna Chojka

"Nowy brutalizm"




Teatrolog z Uniwersytetu Gdańskiego opowiada o głośnym ostatnio w teatrze kierunku "nowego brutalizmu"

KRZYSZTOF GÓRSKI: Jaki teatr kryje się za głośnym ostatnio pojęciem "nowy brutalizm"?

JOANNA CHOJKA: "Nowy brutalizm" czy też "nowy realizm" kojarzy nam się przede wszystkim z agresywnym językiem teatralnym, który został wprowadzony na scenę przez reżyserów niemieckich, na przykład przez - znanego również w Polsce - Thomasa Ostermeiera. Wypracowanie tego języka było odpowiedzią na pojawienie się, głównie w Wielkiej Brytanii, tekstów dramatycznych, które szokowały obrazami przemocy. Takich jak "Zbombardowani" Sarah Kane czy "Shopping & Fucking" Marka Ravenhilla. W istocie jednak każdy z tych autorów operuje własnym kodem, porusza inne tematy, trudno więc mówić o konkretnym nurcie. "Nowy brutalizm" to raczej klisza wymyślona przez krytyków dla oswojenia okrucieństwa świata pokazywanego we współczesnych dramatach.

Czemu ma służyć to nagromadzenie przemocy we współczesnych sztukach?

- Różnie tłumaczy się sens tej "estetyki plugastwa". Dla jednych nagromadzenie obrazów przemocy w teatrze służy tylko kokietowaniu widowni wychowanej na kinie akcji. Dla innych jest to próba wyrażenia ekstremalności naszego świata. Podejmowana jednak nie po to, by epatować okrucieństwem w czystej postaci, tylko po to, by spod jego powierzchni wydobyć resztki tlącego się tam człowieczeństwa. Sarah Kane każe swoim bohaterom przejść przez najgorsze piekło, wydaje ich na okrutne cierpienia - przypominające tortury, jakim byli poddawani chrześcijańscy męczennicy - by na końcu mogło paść ludzko brzmiące słowo: dziękuję. To słowo, które wypowiada okaleczony Ian do ofiary swojego gwałtu, daje cień nadziei na odrodzenie się między nimi "normalnych" relacji.

Co Panią dotyka w sztukach Sarah Kane?

- Wierzę w teatr, który chce mówić prawdę o nas, nawet jeśli jest ona trudna do przyjęcia. Dla Kane nihilizm był formą romantyzmu. Co prawda, formą ekstremalną, ale tylko w takiej postaci romantyzm może dziś funkcjonować w naszej rzeczywistości. Jej twórczość jest w gruncie rzeczy głęboko humanistyczna, jest wołaniem o człowieka. Nie trzeba jej


interpretować w kategoriach sztuki realistycznej, tworzącej obraz świata w skali 1:1. Za przylgnięcie do Kane łatki czołowej brutalistki odpowiedzialna jest estetyka prapremierowej inscenizacji Jamesa MacDonalda, który wystawił "Zbombardowanych" w konwencji realistycznej. Realizm w teatrze nigdy nie będzie prawdziwy. Jaki sens ma "realistycznie" pokazana scena wysysania oczu czy obgryzania ludzkich kadłubków przez armię szczurów? To są obrazy poetyckie, a nie realistyczne. Kane tworzy metaforę rzeczywistości, która uległa "zbombardowaniu".

"Brutalistów" łączy również to, że w większości urodzili się na przełomie lat 60. i 70., a w twórcze życie zaczęli wchodzić w ostatniej dekadzie XX wieku. Przypomnijmy - to wojna w byłej Jugosławii, dominacji mass mediów, kultura gier wideo, epoka coraz większej brutalizacji kultury... Czy właśnie to pociągnęło za sobą intensyfikację przemocy w dramacie?

- Pewnie, że to wszystko miało ogromny wpływ. Z drugiej jednak strony, tragedia antyczna nie wydaje mi się mniej brutalna od dramaturgii lat 90. minionego wieku. Wystarczy spojrzeć na "Bachantki" Eurypidesa. Czy rozrywanie ludzkiego ciała na strzępy, i to z woli boga, jest mniej okrutne od patroszenia Hipolita w "antycznej" sztuce Kane "Miłość Fedry"? Idąc dalej tym tropem, pierwsze dramaty fekalne wcale nie wyszły spod ręki Austriaka Wernera Schwaba, bo sceny defekacji znajdziemy choćby u Arystofanesa. Przez całe stulecia, mniej więcej od baroku do połowy wieku XIX, teatr traktowany był jako enklawa sztuki wysokiej, do której nie miał prawa wtargnąć żaden brud, żadna pospolitość, łajdactwo. Nie podejmując drażliwych problemów współczesnej rzeczywistości, teatr sam skazał się na zepchnięcie na margines zbiorowego życia. Czas, by go stamtąd wyciągnąć, przywracając mu zapomnianą funkcję "zmagania się ze światem".

Joanna Chojka przygotowuje próbę czytaną "Zbombardowanych" Sary Kane w ramach przeglądu teatralnego "Terror" w klubie Żak (Gdańsk, ul. Grunwaldzka 196/197). Odbędzie się ona w niedzielę o godz. 20. Dzisiaj w ramach imprezy o godz. 19 spektakl "Matryca-Hardware" z Teatro La Terrorismo Suka Off. Bilety 20 i 30 zł, 15 zł - studenci Alternatywnej Szkoły Teatralnej Żak. Próba czytana: wstęp za okazaniem gazetki teatralnej "ŻAK.ART." (5 zł). Sponsorzy: PZU SA, Poczta Polska, Plus GSM. Patronat: Gazeta Wyborcza

Rozmawiał Krzysztof Górski

Gazeta Morska

17 grudnia 2001

[link widoczny dla zalogowanych]!rozmowy/jchojka.htm

.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Administrator dnia 11 Cze 2009 16:25, w całości zmieniany 1 raz
Zobacz profil autora
Powrót brutalistów
PostWysłany: 11 Cze 2009 16:15
Administrator
ADMIN

 
Dołączył: 28 Maj 2005
Posty: 6577
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 13 razy
Ostrzeżeń: 0/2
Skąd: Gdańsk





Powrót brutalistów


"Terrordrom Breslau" w reż. Wiktora Rubina w Teatrze Polskim we Wrocławiu. Pisze Roman Pawłowski w Gazecie Wyborczej.

«"Terrordrom" według Tima Staffela we wrocławskim Teatrze Polskim. Nowe wcielenie brutalistycznego teatru w świetnym spektaklu Wiktora Rubina.

Pamiętacie brutalistów? Do niedawna wydawało się, że ich teatr atakujący społeczeństwo konsumpcyjne Zachodu przeminął razem z dekadą lat 90. Po 2001 roku tematy, którymi się zajmowali, takie jak przemoc w rodzinie, alienacja młodego pokolenia czy tożsamość seksualna, zeszły na dalszy plan, przysypane gruzem z World Trade Center.

I oto nieoczekiwanie brutaliści wracają, aby zabrać głos w sprawie przemocy globalnej. Mark Ravenhill, autor najbardziej znanej brutalistycznej sztuki "Shopping and Fucking", swój nowy dramat "Produkt" poświęcił wojnie z terrorem. Miejsce narkomanów i prostytutek zajęli na scenie producent filmowy i aktorka, którzy omawiają scenariusz hollywoodzkiego filmu o romansie zachodniej bizneswoman i islamskiego terrorysty.

Ravenhill, który kiedyś demaskował miraże konsumpcyjnego społeczeństwa, dzisiaj demaskuje miraże masowej kultury, która pod pozorem rozrywki przemyca polityczną propagandę. W miarę jak producent opowiada akcję filmu, jasne się staje, że to zlepek zachodnich klisz na temat Bliskiego Wschodu i wojny w Iraku: Arabowie nie rozstają się tutaj z długimi nożami, a bizneswoman jest rozdarta pomiędzy miłością do terrorysty a miłością do demokracji.

Przemoc w Breslau

Forpocztą powracającego brutalizmu jest także wrocławski spektakl "Terrordrom Breslau" w reż. Wiktora Rubina, oparty na głośnej książce niemieckiego prozaika Tima Staffela "Terrordrom". Powieść inspirowana dwoma legendarnymi filmami lat 90. - "Nienawiścią" Matthieu Kassowitza i "Urodzonymi mordercami" Oliviera Stone'a - ukazała się w 1998 roku, kiedy fala brutalizmu w zachodniej kulturze osiągnęła swoje apogeum. Przedstawia epidemię przemocy na ulicach futurystycznego Berlina, opanowanego przez bandy tureckich i wietnamskich imigrantów. Jeden z bohaterów, dziennikarz z telewizyjnego show, wpada na pomysł wydzielenia w mieście tytułowego terrordromu, który byłby połączeniem getta i reality show. W terrordromie chętni mogliby używać przemocy bezkarnie, a telewizja zarabiałaby na transmitowaniu walk w płatnym kanale.

Przedstawienie Rubina do pewnego momentu przypomina dawne spektakle brutalistów. Akcja rozgrywa się w living roomach klasy średniej, tematem jest kryzys więzi emocjonalnych i upadek rodziny. Dziennikarz Tom (Mariusz Zaniewski), który w swoim programie walczy z przemocą na ulicach, sam używa jej w domu. Trudno się dziwić, że jego syn Feliks (Mariusz Kiljan) bardziej od kopania piłki lubi zabawy z bronią. Podobnie jak u brutalistów relacje między bohaterami są oparte albo na seksie, albo na przemocy, albo na jednym i drugim. Sprzyja temu różnorodność preferencji seksualnych: Lars (Adam Szczyszczaj), który rozsyła po mieście anarchistyczne manifesty, jest homoseksualistą, jego kochanek Hakan (Krzysztof Zarzecki) jest biseksualny, w jednej ze scen kopuluje nawet z kanapą.

Do zepsutego świata ze sztuk Mayenburga czy Ravenhilla dochodzi jednak kontekst polityczny, którego nie było u brutalistów. Rubin odczytał powieść Staffela jako proroctwo tego, co stało się z przemocą w XXI wieku. Pokazał, jak w rękach mediów i polityków przemoc staje się dzisiaj instrumentem kontrolowania i manipulowania społeczeństwem. Manipulacją była już sama akcja promująca przedstawienie, w której użyto przemyślnej socjotechniki: Wrocław był przez wiele dni bombardowany doniesieniami o rzekomej bombie podłożonej pod Dworcem Świebodzkim (gdzie miała odbyć się premiera), na ulicach pojawiły się wlepki i napisy podpisywane przez tajemniczego "V". Akcja okazała się tak przekonująca, że kiedy teatr zapowiedział, że w ramach promocji kamienice wokół wrocławskiego rynku spłyną krwią (chodziło o barwne projekcje), w lokalnej rozgłośni rozdzwoniły się telefony od mieszkańców przekonanych, że artyści będą niszczyć zabytki.

Eskalacja strachu

Zarówno "Produkt" Ravenhilla, jak i "Terrordrom" Staffela i Rubina dotyczą tego samego mechanizmu strachu: trzeba najpierw zdefiniować wroga i wykreować zagrożenie, aby potem zaproponować sposoby jego rozwiązania, tak jak z Saddamem Husajnem uczynił prezydent George Bush. Podobnie działa Tom, który swój podupadający talk-show chce uratować, pokazując przemoc i jej ofiary. Oglądalność błyskawicznie skacze o kilkaset procent. Nie szkodzi, że "ofiary" to w gruncie rzeczy podstawieni aktorzy, którzy inkasują po wyjściu ze studia honorarium. Liczy się sukces programu.

Proroctwa Staffela Wiktor Rubin wpisał w polski kontekst, w jego przedstawieniu akcja rozgrywa się w realiach Wrocławia (terrordrom ma zająć teren wrocławskiej Starówki), są także odniesienia do bieżącej polityki: zaproszeni do studia telewizyjnego "socjolodzy" mówią o przemocy językiem Romana Giertycha, mowa jest o upadku tradycyjnych wartości i zerowej tolerancji.

Najciekawsza jest tu przenikliwa diagnoza polityczna: według Rubina żadna z sił politycznych nie ma dobrej recepty na przemoc. Nie mają jej konserwatyści, którzy proponują powrót do tradycyjnej rodziny, gdy tymczasem to właśnie normalna, wcale nie patologiczna rodzina jest w spektaklu gniazdem przemocy. Nie mają liberałowie, którzy wszystko chcą rozwiązać za pomocą wolnego rynku. Terrordrom, w którym każdy walczy z każdym, to przecież metafora wolnorynkowej gospodarki: wchodzisz na własne ryzyko, państwo nie ingeruje w twoje sprawy, musisz sam sobie wywalczyć przestrzeń do życia. Pytanie tylko, czy warto.

Nowy teatr epicki

"Terrordrom" Rubina przynosi ciemniejszy obraz niż brutalistyczna dramaturgia, tam światłem w tunelu była miłość, tutaj tunel kończy ściana. W finale bohaterowie rysują sprayem na scenie napis "Przeżyć to żadna frajda", który jest ironiczną odpowiedzią na liberalne hasła rozwoju.

To nowe wcielenie brutalizmu jest jednocześnie ciekawsze teatralnie niż na ogół naturalistyczne sztuki z lat 90. Rubin odnowił model teatru epickiego z brechtowskim dystansem, aktorzy zwracają się tu wprost do publiczności, często wychodzą z ról i mówią we własnym imieniu, jak Zarzecki, który opowiada o własnym strachu przez odrodzeniem się faszyzmu w Polsce. Nie ma głębi przeżywania i psychologii, przemoc i seks pokazywane są symbolicznie, zamiast krwi na scenę pryska keczup ze zgniecionego gyrosa. Kontrapunktem dla powagi tematu jest ironia, aktorzy narzekają na kryzys teatru zaangażowanego, aby za chwilę obalać dwie lodówki symbolizujące dwie wieże WTC.

To dopiero trzecie przedstawienie w karierze młodego reżysera z rocznika '78, ale poziomem intelektualnym, świadomością artystyczną i inwencją przebija propozycje wielu bardziej doświadczonych twórców. Czy to początek kariery na miarę Grzegorza Jarzyny?»

"Powrót brutalistów"

Roman Pawłowski
Gazeta Wyborcza - Wrocław nr 274

24-11-2006

[link widoczny dla zalogowanych]


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
Pięć sztuk, które wstrząsnęły Polską
PostWysłany: 11 Cze 2009 16:17
Administrator
ADMIN

 
Dołączył: 28 Maj 2005
Posty: 6577
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 13 razy
Ostrzeżeń: 0/2
Skąd: Gdańsk





Pięć sztuk, które wstrząsnęły Polską


Czekając na "Osobistego Jezusa" Przemysława Wojcieszka, nową premierę w Teatrze im, Modrzejewskiej w Legnicy, dokonałem subiektywnego wyboru najlepszych dramatów Polsce po 1989 roku. Są to teksty politycznie niepoprawne niezależnie od tego, jaka frakcja jest u władzy. Rodzą wątpliwości, a nie objawioną prawdę. Tętni w nich puls naszego parszywego świata - pisze Łukasz Drewniak w Dzienniku.


"Młoda śmierć"

Nieżyjący już dziennikarz Grzegorz Nawrocki zaszokował tym dramatem polski teatr. Bo nikt przed nim w połowie lat 90. nie miał odwagi, żeby w tak drapieżny sposób pokazać nowe pokolenie Polaków, które dorastało już w wolnym kraju. "Młoda śmierć" miała zaczynać się od zdania nastoletniej bohaterki: "Zerżnęłam tego ch..a!", bo autor widział ją jako rodzimą odpowiedź na nowy brutalizm. Kilka scenek-migawek z życia młodzieży utrzymanych w konwencji naturalistycznej, prawie stenograficznych zapisów tego, jak się dziś mówi, jak rozumie świat I jak łatwo się w nim zabija. Bez powodu. Z nudów. Z niezrozumiałej agresji. Nawrocki próbował odkryć, co młodzi zabójcy mają w głowach. Wstrząs, jakiego doznawali widzowie, polegał na tym, że odpowiedzi nie było. Śmierć niczego nie wyjaśniała, była niepotrzebna, tak samo jak życie, słowa i uczynki straconej generacji. Tekst Nawrockiego wystawiała z powodzeniem Anna Augustynowicz w Szczecinie, były jeszcze realizacje w Kaliszu i Legnicy. Wystawienie dziś "Młodej śmierci" mogłoby się skończyć dla odważnego teatru niewesoła Donosiciele napisaliby protest, gdzie trzeba, a prokuratorzy IV RP ciągaliby reżysera i aktorów po sądach.


"Pielgrzymi"

Dramat [na zdjęciu] Marka Pruchniewskiego zawsze przypomina mi się w sierpniu, kiedy telewizja bombarduje reportażami o kolejnych pielgrzymkach na Jasną Górę. Wydaje się, że cała Polska gdzieś idzie Bohaterowie Pruchniewskiego wybrali jednak wariant zmotoryzowany: autobusową podróż po europejskich sanktuariach. Zamiast metafizyki, wyciszenia i żarliwej wiary oglądamy kłótnie parafialnej gromady, biedę, brud, pot i głupoty narodowe Skazani na przebywanie ze sobą w często psującym się autobusie rodacy to nasze społeczeństwo w mikroskali. Pruchniewski z groteskową werwą daje panoramę postaw, międzyludzkich klinczy. Jakby wszystkie polskie grzechy jechały tym autokarem do świętych miejsc Europy. I na nieszczęście - wróciły. Jest w tej sztuce miejsce na cud, dobroć, choć chwilową przemianę bohaterów. "Pielgrzymi" doczekali się dwóch realizacji - w Legnicy wystawił tę sztukę Paweł Kamza pod tytułem "Wesele raz jeszcze", a w Teatrze TV kapitalnie sfilmował tę historię Maciej Dejczer.


"Kąpielisko Ostrów"

Najlepszy dramat Pawła Huelle sporo zawdzięcza Czechowowskim inspiracjom. Gorące lato, do pięknego domu w ogrodzie zjeżdżają się członkowie inteligenckiej rodziny z tradycjami, żeby zastanowić się, co dalej z tym miejscem - sprzedać, remontować? I co począć z ojcem, który zwariował, ma 20-letnią kochankę, wrócił do malowania. Huelle pokazuje braci, którzy się nie znoszą, knują przeciwko sobie Z Polski inteligenckiej robi się Polska cwaniacka. Każdy bohater chowa w sobie jakąś zadrę lub nałóg. Nie ma bezgrzesznych, nie ma niewinnych. Wszyscy myślą o pieniądzach. Nie przypadkiem dom chce kupić szemrany biznesmen z sąsiedztwa. W tej niepokornej sztuce pastelowe barwy ledwo przykrywają smród i robaczywą duszę codzienności. Nawet finał ma w sobie perfidną dwuznaczność, bo czy można okraść łajdaka i posłużyć się jego pieniędzmi dla ocalenia wartości, tradycji, pamięci? Prapremiera "Kąpieliska Ostrów" odbyła się w Lublinie w Teatrze Osterwy, ale piękny spektakl w Teatrze TV wyreżyserował Maciej Englert


"Od dziś będziemy dobrzy"

Akcja dramatu Pawła Sali dzieje się w zakładzie poprawczym ojców franciszkanów. Zakonnicy próbują zresocjalizować młodych zabójców i złodziei. Pokazać im, że istnieje dobro, miłość, odpowiedzialność. Ale zdeprawowane dzieciaki rządzą się własnymi prawami. Oszukują duchowych opiekunów, dręczą najmłodszych i najsłabszych kolegów. Matkę zastępuje im znajoma kurwa z osiedla. Nie dowiemy się, dlaczego bili, kradli, zabijali. W spektaklu, który z udziałem chłopaków z osiedla zrealizował we Wrocławiu Łukasz Kos, jeden z franciszkanów tracił w finale wiarę, bezradny i wściekły rzucał na podłogę zakonny habit Zło było silniejsze od dobroduszności.


"Made in Poland"

W swojej najlepszej jak dotąd sztuce Przemysław Wojcieszek opowiadał o rewolucji, której nie będzie, o proteście z blokowisk, który nie rozleje się na cały kraj. Oto blokers Boguś golił sobie łeb na łyso i tatuował na nim gotykiem "Fuck Off". Niszcząc osiedlowe samochody, nawoływał do powstania niedopasowanych, odrzuconych, wyplutych z polskiej rzeczywistości. O jego duszę walczyli ksiądz i nauczyciel pijaczek. Bo Boguś nie był zły. Tylko trochę się pogubił w rzeczywistości. W autorskim spektaklu Wojcieszka z legnickiego Teatru Modrzejewskiej Eryk Lubos udowadniał, jak mało dzieli chuligana od ministranta. Że nie ma konfliktu pokoleń, bo matka i syn blokers słuchają tej samej muzyki. W sztuce Wojcieszka nawet źli windykatorzy długów mają dobre serca. Tryumfuje miłość i miłosierdzie Potrzebowaliśmy takiego optymizmu. Zwłaszcza teatr.»

"Pięć sztuk, które wstrząsnęły Polską"
Łukasz Drewniak


Dziennik nr 120/08.09

08-09-2006


[link widoczny dla zalogowanych]


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
NOWY BRUTALIZM - SARAH KANE
PostWysłany: 11 Cze 2009 16:19
Administrator
ADMIN

 
Dołączył: 28 Maj 2005
Posty: 6577
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 13 razy
Ostrzeżeń: 0/2
Skąd: Gdańsk





SARAH KANE



Sarah Kane; ur. 3 lutego 1971 w Essex, zm. 20 lutego 1999 w Londynie, angielska dramatopisarka.

Jej kontrowersyjna twórczość zajmowała się tematami takimi jak: śmierć, seks, przemoc i choroba psychiczna i była pełna krwi, cierpienia i perwersji. Została uznana za autorkę przekraczających wszelkie normy sztuk teatralnych. Sarah Kane została przedstawicielką nurtu teatralnego nazywanego nowym brutalizmem (ang. in-yer-face theatre).

Przez większość swego życia chorowała na psychozę maniakalno-depresyjną i zmarła śmiercią samobójczą.

Twórczość

* Zbombardowani (Blasted, 1995)
* Miłość Fedry (Phaedra's Love, 1996)
* Skinhead (Skin, 1997)
* Oczyszczeni (Cleansed, 1998)
* Łaknąć (Crave, 1998)
* Psychoza 4.48 (4:48 Psychosis, 1999)



[link widoczny dla zalogowanych]


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
"Miłości, moja miłości, dlaczego mnie opuściłaś"
PostWysłany: 11 Cze 2009 16:20
Administrator
ADMIN

 
Dołączył: 28 Maj 2005
Posty: 6577
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 13 razy
Ostrzeżeń: 0/2
Skąd: Gdańsk





Sara Kane

"Miłości, moja miłości, dlaczego mnie opuściłaś"

[link widoczny dla zalogowanych]


Napiętnowana mianem skandalistki, której sztuki epatują barbarzyńskim okrucieństwem i przemocą, dopiero po śmierci doczekała się uznania. Dziś krytycy jej sztuki wymieniają obok dzieł największych twórców XX-wiecznego teatru: Samuela Becketta, Harolda Pintera i Edwarda Bonda. Ba, znajdują nawet podobieństwa między Kane a Szekspirem!

Londyński szpital King's College, położony w dzielnicy Southwark na południowym brzegu Tamizy należy do najlepszych placówek medycznych w Wielkiej Brytanii. Ostatnio otrzymał trzy gwiazdki za jakość usług.

Pacjenci przebywają w przestronnych pawilonach, mają do dyspozycji zamykane na klucz szafki oraz szpitalne radio, które nadaje pozdrowienia od bliskich.

Ponieważ miejsce na rzeczy osobiste jest ograniczone, dyrekcja szpitala zaleca wziąć ze sobą tylko najpotrzebniejsze rzeczy, takie jak: paczka chusteczek higienicznych, monety do telefonów i automatów z napojami, dwie zmiany bielizny, książki, przybory do pisania, krzyżówki, włóczkę i druty. Wszystko pozostałe pacjent otrzyma na miejscu.

Życiem duchowym pacjentów zajmuje się departament opieki duchowej i kapłańskiej. Do dyspozycji pacjentów i ich bliskich pozostaje szpitalna kaplica św. Łukasza (nabożeństwa w każdą środę o 16.30) oraz czynna całą dobę międzywyznaniowa sala modlitw. Również przez całą dobę dyżurują kapłani Kościoła anglikańskiego. Kapłanów innych wyznań, w tym rzymskokatolickiego i kościołów wolnych, można wzywać w razie potrzeby przez centralę.

18 lutego 1999 roku na oddział im. Brunela przyjęto pacjentkę Sarah Kane, lat 28, zawód dramaturg, miejsce pracy Bush Theatre, Londyn. Leczona w Maudsley Hospital na depresję. Rozpoznanie: przedawkowanie środków uspokajających.

Panna Kane połknęła w domu 150 tabletek przeciwdepresyjnych i 50 nasennych. Uratowała ją koleżanka, z którą wynajmowała mieszkanie.

Dwa dni później nad ranem nową pacjentkę znaleziono w łazience. Powiesiła się na haku na drzwiach toalety, na sznurowadle wyciągniętym z własnych butów sportowych. Miała na to półtorej godziny, na tyle zostawiono ją bez opieki.

Pragnący zachować anonimowość psychiatra, u którego denatka w przeszłości leczyła depresję, powiedział dziennikarzom, że panna Kane była pacjentką wysokiego ryzyka, która według obowiązującego w Wielkiej Brytanii prawa powinna zostać zatrzymana, jeśli będzie usiłowała opuścić salę szpitalną. Ale dochodzenie wykazało, że pielęgniarki z oddziału, na którym przebywała panna Kane, nie zostały poinformowane, że wymaga ona całodobowej opieki i kontroli.

Ojciec panny Kane oświadczył dwa dni po śmierci córki, że rozważa wystąpienie na drogę prawną. "Chcę odpowiedzi na pytanie, dlaczego moja córka nie otrzymała należytej opieki, aby to samo nie stało się z czyjąś córką" - powiedział dziennikarzom.

Wobec braku dowodów czyjejkolwiek winy dochodzenie umorzono.

"Śniło mi się, że poszłam do lekarki, która powiedziała, że zostało mi osiem minut życia. Czekałam w pierdolonej poczekalni pół godziny"

Jej kariera literacka trwała tylko cztery lata. Przez ten krótki czas Sarah Kane napisała pięć sztuk, które wstrząsnęły posadami brytyjskiego teatru, a z nim teatru na świecie. Opisała w nich sceny gwałtu i przemocy, których nikt przed nią nie odważył się pokazywać w teatrze.

W porównaniu z jej dramatami doniesienia prasy brukowej i telewizyjne relacje na żywo z miejsc zbrodni wydają się niewinną igraszką. Jedna ze sztuk zawiera sceny gwałtu homoseksualnego i kanibalizmu. W innej tłum linczuje głównego bohatera, obcinając mu genitalia i smażąc je na grillu. W jeszcze innej psychopatyczny morderca amputuje młodemu homoseksualiście język, ręce i nogi, a jego partnerowi podrzyna gardło.

Napiętnowana mianem skandalistki, która epatuje scenami barbarzyńskich okrucieństw i przemocy, Sarah Kane dopiero po śmierci doczekała się uznania. W nekrologach gazety brytyjskie nazywały ją "najstraszniejszym, najbardziej niepokojącym głosem generacji", "moralistką o niekiedy odpychającej surowości i zjadliwym dowcipie", "zawzięcie odważną".

Dzisiaj krytycy, którzy przedtem odmawiali jej prawa do tworzenia i wystawiania tych barbarzyńskich sztuk, wymieniają je obok dzieł największych dramaturgów XX-wiecznego teatru: Samuela Becketta, Harolda Pintera i Edwarda Bonda. Ba, znajdują nawet podobieństwa między Kane a Szekspirem!

Londyński Teatr Royal Court, w którym w 1995 roku odbyła się prapremiera jej pierwszej sztuki "Zbombardowani", w ubiegłym roku poświęcił pamięci Sary Kane cały sezon. A w Polsce w ostatnich dwóch miesiącach miały miejsce prapremiery jej dwóch sztuk: "Oczyszczonych" wystawił we wrocławskim Teatrze Współczesnym Krzysztof Warlikowski, a "Psychosis 4.48" reżyserował w Teatrze Polskim w Poznaniu i warszawskich Rozmaitościach Grzegorz Jarzyna.

W internecie powstały witryny poświęcone życiu i twórczości Sary Kane. Na jednej z nich pod adresem [link widoczny dla zalogowanych] internauci mogą głosować na najlepsze ich zdaniem teksty Kane. Prowadzi ostatnia sztuka, "4.48 Psychosis" ukończona kilka tygodni przed śmiercią, przez wielu uważana za rodzaj pożegnalnego listu autorki.

Jest również plebiscyt na ulubione sceny ze sztuk Kane. Wśród propozycji:

- sen z "4.48" o lekarce, która daje bohaterce osiem minut życia, trzymając ją wcześniej przez pół godziny w poczekalni;

- wers z "Oczyszczonych": "Kochaj mnie albo zabij mnie";

- scena kastracji Hippolytusa z "Miłości Fedry";

- fragment didaskaliów z "Oczyszczonych": "Tinker obcina ręce Karlowi. Karl schyla się, żeby je podnieść, ale nie może, bo nie ma rąk";

Jeden z gości witryny oburzony jej barwnym opracowaniem graficznym zostawił krytyczną notatkę: "Czy ta strona nie mogłaby być mniej kolorowa!".

"Dobry Boże, dobry Boże, co mam robić?"

Sarah Kane, rocznik 1971, miejsce urodzenia Kelvedon Hatch. Matka nauczycielka, ojciec dziennikarz w Daily Mirror. Oboje są głęboko wierzącymi ewangelikami. Kane, znana dzisiaj jako autorka przekraczających wszelkie normy sztuk teatralnych, jest w dzieciństwie gorliwą chrześcijanką. Marzy o pracy misjonarza, jej główna lektura to Biblia. To jednak tylko pozorna sprzeczność, bo - jak powie później w jednym z wywiadów - nie ma bardziej okrutnej książki na świecie. "Jest pełna gwałtu, okaleczania, wojny i epidemii".

Kane straci wiarę wiarę, kiedy skończy 17 lat.

- Moje chrześcijaństwo było rodzajem dziecinnego lunatyzmu - powie Aleksowi Sierzowi, krytykowi teatralnemu, który pisze o niej książkę. Później jej ulubionym autorem stanie się Samuel Beckett, a ulubionym cytatem - słowa Hamma, bohatera "Końcówki", o Bogu: "Drań! Nie istnieje!".

- Była bardzo żywym dzieckiem - wspomina jej ojciec Peter Kane. - Sprowadzała do domu inne dzieci, często zapłakane, potrzebujące przytulenia. Kochała ludzi.

W szkole Kane interesuje się teatrem, reżyseruje amatorskie przedstawienia Czechowa i Szekspira. Chce zostać aktorką: po szkole wyjeżdża na studia do Bristolu, na wydział teatralny tamtejszego uniwersytetu. Tam podejmuje pierwsze próby dramaturgiczne i po raz pierwszy występuje na scenie w sztuce "Zwycięstwo" współczesnego brytyjskiego autora Howarda Barkera. To ponura, okrutna literatura, pokazująca ciemną stronę kapitalistycznego raju, Kane jest nią zafascynowana.

W Bristolu Sarah prowadzi dzikie życie towarzyskie. Ma romanse z kobietami, szaleje w klubach. Na uniwersytecie wyrabia sobie opinię trudnego studenta. Jeden z profesorów oskarża ją o pisanie pornograficznych esejów. Kane na następne zajęcia przynosi stos pornosów i rzuca mu je na biurko.

W 1992 roku kończy dwuletnie studia. Pisze cykl trzech monologów i wystawia je pod wspólnym tytułem tytułem "Sick" ("Chory"). Spektakl opowiadający o "gwałcie, rozstroju pokarmowym i seksualnej tożsamości" (jak informuje notatka w programie) jedzie na festiwal teatralny w Edynburgu. Pokazują go w jednym z zatłoczonych pubów, jednak bez wielkiego powodzenia. Później Sarah niezadowolona z tego pierwszego dramatu, skasuje go z pamięci z komputera.

Ważniejszy dla niej okaże się inny spektakl, który ogląda na festiwalu. To "Mad" ("Obłąkany") grupy Grass Market Project. Szef teatru Jeremy Weller od kilku lat wystawia eksperymentalne przedstawienia z udziałem aktorów i amatorów, w których zaciera się granica między fikcją a rzeczywistością. W "Mad" obok aktorów grających role psychicznie chorych biorą udział prawdziwi chorzy i ich bliscy. Siadają razem w kręgu, jak na terapeutycznym spotkaniu, i rozmawiają o najintymniejszych i najbardziej ekstremalnych przeżyciach związanych z chorą psychiką.

Sarah wychodzi z teatru wstrząśnięta. Swoje uczucia po latach opisze Sierzowi:

- "Mad" zabrał mnie do piekła. Ten spektakl podziałał na mnie jak szczepionka. Byłam chora przez kilka dni po jego obejrzeniu, ale ten zastrzyk ochronił mnie przed znacznie poważniejszą chorobą".

W Edynburgu decyduje, jaki teatr chce uprawiać: teatr, który wstrząsa.

"Piszę dla zmarłych nienarodzonych"

Po wakacjach Sarah Kane wstępuje na uniwersytet w Birmingham, na magisterski kurs pisania dramatów. Znów jest outsiderką. Chce mieć zajęcia z pisarzami: Haroldem Pinterem, Howardem Bakerem, Edwardem Bondem, tymczasem uczą ją zwykli nauczyciele akademiccy.

Pisze potajemnie pierwsze sceny swej pierwszej pełnospektaklowej sztuki "Blasted" ("Zbombardowani"). Na koniec roku wystawia ją z kolegami. Przedstawienie ogląda Mel Kenyon, agentka literacka z Londynu. Jest przerażona i długo nie może wyrzucić z pamięci niektórych obrazów ze spektaklu. Później zaproponuje Kane, że zostanie jej agentką.

Bohaterem sztuki jest Ian, dziennikarz brukowej prasy, alkoholik umierający na raka. Do pokoju w luksusowym hotelu w Leeds sprowadza dawną dziewczynę, aby była przy nim w ostatnich chwilach. W nocy gwałci ją, poniża i ośmiesza.

- Chciałam napisać sztukę o nierówności sił pomiędzy młodą, naiwną dziewczyną i starszym mężczyzną - opowie później Kane.

W marcu 1993 roku pierwotny pomysł zostaje jednak zarzucony. Sarah ogląda w telewizji relację z oblężonej Srebrenicy. Na ekranie stara kobieta patrzy w kamerę i płacze: "Proszę, niech nam ktoś pomoże! Zróbcie coś!".

- Nagle straciłam całe zainteresowanie dla sztuki, którą pisałam. Chciałam teraz napisać o tym, co właśnie zobaczyłam w telewizji. Później powoli doszło do mnie, że mój dramat jest właśnie o tym: o gwałcie, do którego dochodzi pomiędzy ludźmi, którzy się znają, a nawet pozornie kochają.

Kane pisze drugą część sztuki, w której wybuch bomby przewraca sytuację do góry nogami. Do pokoju wpada Żołnierz, a razem z nim jeszcze gwałtowniejsza przemoc, przy której sensacyjne artykuły Iana o zboczeńcach atakujących prostytutki paskiem od spodni są śmieszne. Luksusowy hotel zamienia się w scenę wojny domowej. Żołnierz terroryzuje i gwałci Iana, potem wysysa mu oczy, zjada je i strzela sobie w łeb.

Za tę scenę na autorkę spadnie najwięcej oskarżeń o epatowanie barbarzyństwem. Tymczasem Kane wcale jej nie wymyśliła. Zaczerpnęła ją z książki Billa Buforda o przemocy na brytyjskich stadionach piłkarskich. Buford opisał przypadek policjanta, który podawał się za kibica Manchester United i został zdemaskowany. Jeden z kibiców wyssał mu oko, odgryzł, wypluł na podłogę i tak go zostawił.

- Jedyną przyczyną, dla której "Blasted" wstrząsa bardziej niż gazeta, jest to, że usunęłam wszystkie nudne kawałki - powie w wywiadzie.

Ale "Zbombardowani" nie są tylko lustrem przemocy współczesnego świata, ale sztuką o przetrwaniu. W finale do oślepionego i poniżonego Iana wraca zgwałcona dziewczyna i karmi go zdobytym na mieście jedzeniem. Pada deszcz. Ian dziękuje.

"To nie jest świat, w którym chcę żyć. To nie jest życie, w którym chcę trwać"

W styczniu 1995 roku po próbach czytanych dramat trafia na małą scenę Teatru Royal Court w Londynie specjalizującego się we dramaturgii współczesnej. Reżyseruje James MacDonald.

Teatr nie robi niczego, aby uprzedzić wiszący w powietrzu skandal. Przed wejściem w ostatniej chwili ktoś zawiesza ostrzeżenie, że sztuka zawiera gwałtowne sceny.

Na widowni liczącej sześćdziesiąt parę miejsc są prawie sami krytycy. Pierwsze głębokie westchnienia słychać już po pierwszej kwestii, którą wygłasza Ian, wchodząc do pokoju hotelowego: "Srałem już w lepszych miejscach". Gdy bohater zmusza swoją partnerkę do miłości oralnej, na widowni rozlegają się śmiechy i komentarze. Jedna z dziennikarek wychodzi. Finałowa scena, w której oślepiony Ian masturbuje się i defekuje, przyjmowana jest w grobowym milczeniu.

Kiedy zapala się światło, krytycy wybiegają z teatru, aby nadać korespondencje. Pierwszy jest Jack Tinker z "Daily Mail". Z budki telefonicznej na Sloane Square dyktuje recenzję, która nazajutrz ukaże się pod tytułem "Budzące wstręt święto sprośności". Zadaje w niej pytanie, dlaczego teatr odważył się wystawić ten "pozbawiony wartości dramaturgicznej tekst" i sugeruje, że dotowana scena marnuje pieniądze podatnika. Tinker dzwoni też do działu krajowego swojej gazety, skandal wokół "Blasted" trafia na pierwszą stronę.

Charles Spencer z "The Telegraph" także zawiadamia swój dział informacji. W mediach po świętach panuje cisza, którą trzeba czymś zapełnić. "Niczym nieuzasadniona rzeź" - dyktuje z sąsiedniej budki.

Następnego dnia o 7.30 Anne Mayer, odpowiedzialna w Royal Court za kontakty z mediami, odbiera w domu pierwszy telefon w sprawie "Blasted". Od tej chwili telefon nie milknie. W teatrze zastaje tłum reporterów poszukujących autorki "tej wstrętnej sztuki". Kilka dni później odkryje jednego z nich pod własnym biurkiem.

Niemal wszystkie londyńskie gazety zamieszczają w porannych wydaniach recenzje sztuki, w większości miażdżące. Najczęściej powtarzane przymiotniki: "wstrętna", "odrażająca", "niepokojąca", "przygnębiająca", "ohydna". "The Evening Standard" donosi o "czystym brutalizmie", "The Spectator" nazywa "Blasted" wstrętną parodią sztuki.

Tylko kilku recenzentów w miejsce epitetów używa argumentów. Należy do nich Michael Billington z Guardiana, pisze, że sztuka jest nieudana, bo nie wiadomo, kto z kim walczy na ulicach Leeds. Najmocniej dramatu broni John Peter z "The Times", który widzi w nim portret społeczeństwa ulegającego samodestrukcji. "Dramaty o przemocy zmuszają nas do zakwestionowania wartości. Potrzebujemy takich moralnych prób. Teatr jest żywy tylko wtedy, jeśli uderza".

Reszta mediów oddaje uderzenie. Dziennikarze liczą widzów wychodzących z przedstawień. "The Evening Standard" donosi 19 stycznia, że do tej pory zrobiło to osiem osób. Gazety zamieszczają wywiady z tymi, którzy wyszli, i z tymi, którzy zostali do końca. Niejaki James mówi "Guardianowi", że widział już bardziej szokujące spektakle, "ale ta sztuka jest po prostu wulgarna". Andrew, 25-letni student, który obejrzał przedstawienie do końca, uważa, że dramat jest edukacyjny i można się z niego "dowiedzieć wiele o moralnej degradacji".

Wszyscy szukają Sary, nawet dziennikarze w redakcji "Daily Mirror", w której pracuje jej ojciec. Nie przychodzi im do głowy, że to może jego córka.

Tymczasem Sarah ranki spędza w swoim mieszkaniu w Brixton, wieczorem jest na przedstawieniu w Royal Court. Któregoś dnia na jej domowy adres nadchodzi nieoczekiwana przesyłka. To list od Harolda Pintera, jednego z największych dramaturgów brytyjskich. Pinter przesyła jej gratulacje, bierze "Blasted" w obronę i pisze, że w Kane stawia czoło "najbardziej aktualnym, prawdziwym, groźnym i bolesnym problemom współczesności". Nadchodzi też list poparcia od Edwarda Bonda, który 30 lat wcześniej przeżył podobny atak mediów po premierze sztuki "Ocaleni", w której była scena ukamienowania noworodka w wózku. "Dziwna, prawie halucynacyjna jakość" - pisze o "Blasted".

W ten sposób jej marzenie o zajęciach z Bondem i Pinterem spełnia się, choć teraz to nie ona jest studentką.

Bilety na potępioną sztukę są nie do zdobycia. "Blasted" grane tylko przez trzy tygodnie staje się najbardziej dyskutowanym, a zarazem najmniej znanym spektaklem w brytyjskim teatrze. Kiedy schodzi z afisza, nazwisko 23-letniej autorki jest na ustach wszystkich. Jedni odmawiają jej talentu, inni porównują "Blasted" z "Królem Learem" Szekspira i "Końcówką" Becketta.

Sarah czuje, że została źle zrozumiana.

- Dla mnie "Blasted" to sztuka o kryzysie egzystencjalnym - opowie kilka lat później. - Jak udaje się nam przetrwać, kiedy życie staje się bolesne i nie do wytrzymania. To naprawdę sztuka pełna nadziei, ponieważ bohaterowie próbują wydrapać swoje życie z ruin.

Podczas pisania "Blasted" Sarah miała przed oczyma fotografię powieszonej na drzewie kobiety z Bośni.

- Moja sztuka jest tylko cieniem rzeczywistości, która jest znacznie trudniejsza do zniesienia. Łatwiej oburzać się na jej reprezentację w teatrze niż na rzeczywistość, bo łatwiej jest zrobić coś ze sztuką: zakazać, ocenzurować, zabrać teatrowi dotacje. Ale co można zrobić z tą kobietą powieszoną w lesie. Zabrać jej subwencję?




"Kiedyś potrafiłam płakać, lecz teraz nie jestem w stanie"

Sarah Kane ze swoją łamiącą normy i konwencje twórczością nie jest osamotniona. Od początków lat dziewięćdziesiątych w brytyjskim teatrze narasta fala nowej, gwałtownej dramaturgii, która szokuje eksperymentalną formą, wulgarnym językiem i odważną tematyką dotykającą spraw seksu, przemocy, konsumpcji.

W 1991 roku na scenie londyńskiego Teatru Bush (w którym Kane dostanie wkrótce pracę doradcy literackiego) odbywa się prapremiera sztuki Philipa Ridleya "Pitchfork Disney" o dwóch 28-letnich braciach bliźniakach, którzy usiłują pozostać dziećmi, karmiąc się czekoladą i tabletkami nasennymi. Pełen czarnego humoru spektakl zawiera sceny jedzenia karaluchów i wymiotowania.

Rok później Anna Reynolds i Moira Buffini wystawiają w Londynie monodram "Jordan" oparty na prawdziwej historii dziewczyny, która pod wpływem zdegenerowanego otoczenia zabiła własne roczne dziecko. Akcja rozgrywa się w celi więzienia.

W 1994 roku, kiedy Kane pracuje nad "Blasted", w Glasgow wystawiają teatralną adaptację powieści Irvine'a Welsha "Trainspotting" przedstawiającej brutalny i ponury świat narkomanów z Edynburga. Na tych samych motywach Danny Boyle nakręci rok później wstrząsający film, który trafi do kin na całym świecie, stając się symbolem nowej fali w brytyjskim kinie.

A rok po premierze "Blasted" wybucha skandal, kiedy Royal Court realizuje sztukę młodego autora Marka Ravenhilla "Shopping and Fucking" ("Kupowanie i pieprzenie") o beznadziejnie pustym życiu młodej generacji Brytyjczyków opartym na konsumpcji i mechanicznym, odczłowieczonym seksie.

Ten kierunek w teatrze krytycy ochrzczą terminem "in-yer-face", czyli "prosto w twarz". Na kilka lat teatr staje się nowym rock and rollem.

Kane na zamówienie londyńskiego teatru Gate specjalizującego się w tłumaczeniach dramaturgii europejskiej pisze współczesną wersję mitu o Fedrze, drugiej żonie Tezeusza, która zakochuje się w swoim pasierbie. Gdy on odrzuca jej miłość, macocha oskarża go o próbę uwiedzenia i doprowadza do śmierci.

W ciągu jednego wieczoru Sarah czyta "Fedrę" Seneki i zasiada do pracy nad zupełnie nową sztuką, którą zatytułuje "Miłość Fedry". Z antycznej tragedii zachowuje tylko ekstremalne tematy: miłość, nienawiść, zemstę, samobójstwo i śmierć. Ale przenosi je w realia współczesnego wielkiego miasta.

Hippolytus, obiekt uczuć macochy, jest u Kane znudzonym bogactwem i konsumpcją nastolatkiem, który spędza dni na oglądaniu telewizji i masturbacji. To prototyp jej późniejszych bohaterów ogarniętych rozpaczą i niemocą, niezdolnych do prawdziwych uczuć.

- Jesteś trudny - mówi do niego Fedra. - Ponury, cyniczny, gorzki, gruby, dekadencki, zepsuty. Przez cały dzień nie wstajesz z łóżka, przez całą noc oglądasz telewizję, tłuczesz się po domu z zaspanymi oczami i bez żadnej myśli. Cierpisz. I za to cię uwielbiam.

W sztuce znów nie brakuje szokujących fragmentów - Kane zupełnie nie przejmuje się histerią, jaką wywołał poprzedni dramat. Wszystko, co teatr antyczny ukrywał w kulisach, pokazuje na scenie. Fedra kocha się z Hippolytusem, Hippolytus uprawia miłość z księdzem, który odwiedza go w celi. W finale tłum kastruje oskarżonego o gwałt chłopca, a następnie rozrywa jego ciało na kawałki. Zanim to się stanie, jego ojciec Tezeusz opętany atmosferą przemocy gwałci własną córkę, która usiłuje ocalić brata.

Prasa znów nie szczędzi epitetów. "Potrzeba tu nie krytyka, ale psychiatry" - pisze Charles Spencer, który prowadził krucjatę przeciwko Kane po "Blasted". Kate Bassett na łamach "The Times" chwali sztukę, zarzucając jednocześnie autorce, że nadmiar scenicznej przemocy nie szokuje, bo jest niewiarygodny.

Pisarka odeprze później zarzuty jedną metaforą: "Czasem musimy zejść do piekła w wyobraźni, aby nie trafić tam w rzeczywistości".

"Kochaj mnie albo zabij mnie"

Jej następny krok w stronę piekła to scenariusz dziesięciominutowego telewizyjnego filmu "Skin", który pisze w 1997 roku dla Channel 4. To niemal dokument z życia londyńskich skinów, którzy urządzają pogrom na weselu czarnej panny młodej i białego pana młodego. Sarah zna ich z własnego podwórka, mieszka przecież w Brixton, czarnym przedmieściu Londynu znanym z zamieszek na tle rasowym.

Ale do filmu utrzymanego w konwencji reportażu dodaje drugie dno: główny bohater, Billy, który szczyci się swastyką wytatuowaną na pięści, zakochuje się w czarnej dziewczynie z naprzeciwka. Któregoś dnia trafia do jej mieszkania i już nie wychodzi: dziewczyna za pomocą brutalnego seksu zmienia go w ofiarę. Bije go, poniża, karmi z miski jedzeniem dla psów, przywiązuje do łóżka, wydrapuje tatuaże.

Miłość przechodzi w przemoc, nienawiść splata się z seksem, kat zamienia się rolą z ofiarą. Emisja filmu zostaje przesunięta z 21.30 na 23.30. Kiedy parę lat później Paweł Wodziński, reżyser z warszawskiego Towarzystwa Teatralnego, będzie chciał wydobyć kopię z archiwów Channel 4, dostanie odmowę. "Wszyscy nabrali wody w usta" - mówi Wodziński.

W maju 1998 roku nową sztukę Kane "Cleansed" ("Oczyszczeni") wystawia Royal Court. Temat miłości zderzonej z gwałtem przybiera w niej najbardziej ekstremalną formę. W instytucji, która jest skrzyżowaniem campusu uniwersyteckiego z obozem koncentracyjnym, przebywa grupa sterroryzowanych ludzi. Obozem rządzi demoniczny lekarz, a zarazem narkotykowy dealer, który poddaje swoje ofiary torturom przekraczającym wszelkie wyobrażenia. Kane daje mu nazwisko krytyka, który najgłośniej oskarżał ją o nurzanie się w brudzie, zmarłego dwa lata wcześniej Jacka Tinkera.

Jednemu z bohaterów Tinker obcina kończyny, innemu podcina gardło, kolejnego doprowadza do samobójczej śmierci przez powieszenie. Ale nawet w największej rozpaczy i bólu jego ofiary nie porzucają nadziei i wciąż kochają. Jeden z bohaterów, Karl, kiedy nie może wyznać miłości, bo nie ma już języka, tańczy przed swoim kochankiem.

Prasa powoli zmienia front. Przemoc już tak nie razi, zwłaszcza że pokazywana jest w sposób umowny: rolę krwi grają czerwone taśmy, a szczury, które w sztuce wloką odcięte kończyny, są zrobione z plastikowych toreb. W recenzjach pojawiają się nowe przymiotniki: wizja miłości według Kane jest "niezapomniana", "gorączkowa", "oślepiająca". Benedict Nightingale w Timesie porównuje "Oczyszczonych" z "Kolonią karną" Kafki, ktoś inny wskazuje na inspiracje z "Tytusa Andronikusa", pełnej bestialskich morderstw i obcinania rąk tragedii Szekspira. Już tylko nielicznym przechodzą przez gardło i komputer zdania w rodzaju "ta niegrzeczna uczennica, która desperacko stara się zaszokować znudzoną i coraz bardziej ospałą publiczność".

Doceniają, ale czy rozumieją?

Kane podczas pisania "Oczyszczonych" trzyma na półce książkę Rolanda Barthesa o miłości, w której ten wybitny krytyk literacki porównuje sytuację odrzuconego kochanka do sytuacji więźnia w Dachau.

- Stopniowo rozumiałam, że Barthes ma rację. To wszystko polega na zatraceniu siebie. Kiedy obsesyjnie kochasz, tracisz poczucie własnej tożsamości. I kiedy obiekt twojej miłości odchodzi, nie masz się na czym oprzeć. To może cię całkowicie zniszczyć.

W "Oczyszczonych" Grace szuka w obozie Tinkera swego brata Grahama, narkomana, którego kocha kazirodczą miłością. Kiedy dowiaduje się, że zmarł, wpada w rozpacz i postanawia upodobnić się do niego. Najpierw zakłada jego rzeczy, potem poddaje się operacji zmiany płci. Dopiero z doszytym penisem i amputowanymi piersiami osiąga spokój.

Po kilku przedstawieniach aktorka grająca rolę Grace ulega kontuzji. Sarah, która zna każdą linijkę tekstu, w ciągu godziny opanowuje skomplikowany układ taneczny i tego samego wieczoru występuje na scenie. To jej pierwsza od studiów rola. I ostatnia.

- Nie miałam poczucia, że gram w swojej sztuce - powie później swemu przyjacielowi Markowi Ravenhillowi. -Napisał ją ktoś, kto ma nadzieję.

"Miłości, moja miłości, dlaczego mnie opuściłaś"

Kiedy latem 1997 roku Mark Ravenhill, wschodząca gwiazda brytyjskiej dramaturgii, przeczytał "Oczyszczonych", było porażony zapisaną w tej sztuce wiarą w zbawienną siłę miłości.

- Powiedziałem jej wtedy: "Sarah, to wspaniałe, bardzo w stylu Pucciniego". Zaśmiała się: "No tak, jestem zakochana".

Kilka miesięcy później Kane reżyserowała "Woyzecka" Buchnera w Teatrze Gate w Londynie. Z ponurej historii poniżanego żołnierza, który w rozpaczy zabija swą żonę i wpada w obłęd, Sarah usunęła każdą najmniejszą odrobinę nadziei.

- Powiedziałem jej, że nigdy nie widziałem nic bardziej przygnębiającego - opowiada Ravenhill. "No tak, już nie jestem zakochana" - odparła.

To mniej więcej wtedy według Ravenhilla Sarah Kane przestała kochać życie. Rozpoczął się trwający kilkanaście miesięcy okres coraz krótszych momentów euforii i coraz dłuższych okresów depresji.

Sarah ucieka od siebie, także w pisaniu. W sierpniu na festiwalu w Edynburgu odbywa się premiera "Crave" ("Łaknąć"), którą pisze pod pseudonimem Marie Kelvedon, od miejscowości, w której się wychowała. Nie chce być Sarą Kane, autorką barbarzyńskich dramatów, wymyśla więc fikcyjną biografię, którą zamieszcza w programie:

"Marie Kelvedon ma 25 pięć lat. Wychowała się w Niemczech w bazie brytyjskiej armii i wieku 16 lat wróciła do kraju aby zakończyć edukację. Została wyrzucona z college'u Świętej Hildy w Oksfordzie po pierwszym semestrze za akt niewypowiedzianego dadaizmu w szkolnej stołówce. Publikowała opowiadania w różnych europejskich pismach literackich, wydała także tom poezji "Onzuiver" ("Nieczysty") w Belgii i Holandii. Debiutowała w Edynburgu w 1996 roku urządzając spontaniczny happening w okienku do wydawania potraw przed publicznością w liczbie jednego widza. Po ukończeniu Holloway (prestiżowy wiktoriański college w Londynie) pracowała jako kierowca taksówki, technik podczas trasy koncertowej zespołu Manic Street Preachers oraz jako spiker BBC. Obecnie mieszka w Cambridgeshire ze swoim kotem o imieniu Grotowski".

Dramat "Crave" złożony z czterech równoległych monologów jest poematem o miłości. Tym razem na scenie nie ma przemocy, bohaterowie siedzą nieruchomo na krzesłach i mówią swoje kwestie. W usta jednego z nich Sarah wkłada hymn o miłości, swoją "Pieśń nad pieśniami":

"Chcę grać z tobą w chowanego i dawać ci moje ubrania i mówić że lubię twoje buty i siedzieć na stopniach kiedy bierzesz kąpiel i masować ci kark i całować twoje stopy i trzymać cię za rękę i jeść z tobą i nie zwracać uwagi kiedy jesz moją porcję ( ) i mówić ci jak bardzo kocham twoje włosy twoje oczy twoje wargi twoją szyję twoje piersi twój tyłek twoją ".

Krytycy piszą, że "Crave" jest najbardziej budującą sztuką Sary Kane.

Ona sama tak nie uważa.

- Miałam więcej nadziei w wieku 22 lat.

Latem 1998 roku trafia po raz pierwszy na oddział psychiatryczny szpitala Maudsley w Londynie. Swoją chorobę opisze w ostatniej sztuce "Psychosis 4.48", którą ukończy kilka tygodni przed śmiercią:

"Symptomy: brak apetytu, bezsenność, brak chęci komunikowania się, brak popędu seksualnego, w rozpaczy, chce umrzeć.

Diagnoza: Patologiczny smutek".

W sztuce podaje listę leków, które przyjmuje. Setralina, 50 mg. Zopiclon, 7,5 mg. Melleril, 50 mg. Lofepramina, 70 mg, zwiększone do 140 mg, potem 210 mg. Citalopram, 20 mg. Prozac, 20 mg, zwiększone do 40 mg.

Na końcu listy jest sto tabletek aspiryny i jedna butelka bułgarskiego Cabernet Savingon, rocznik 1986. "Pacjentka obudziła się w kałuży wymiocin i powiedziała: > Kto się kładzie z psami, ten wstaje z pchłami<. Ostry ból brzucha. Innych reakcji nie zaobserwowano".

Nawet w depresji nie traci wisielczego poczucia humoru.

"Nie pragnę śmierci, żaden samobójca jej nie pragnął"

Biografowie Sary Kane przeprowadzą kiedyś drobiazgowe śledztwo, szukając w jej życiu zapowiedzi samobójczego końca.

Jej ulubionym zespołem był Joy Division, nowofalowa grupa z Manchesteru, której wokalista Ian Curtis popełnił w 1980 roku samobójstwo.

Lubiła czytać wiersze amerykańskiej poetki Sylvii Plath, która otruła się gazem w wieku 30 lat.

Przed śmiercią pracowała nad teatralną adaptacją "Cierpień młodego Wertera" Goethego, opowieści o młodym samobójcy.

I co z tego? Wielu młodych ludzi czyta Plath i Goethego, i zostaje przy życiu.

To nie lektury ją zabiły.

W ostatnich miesiącach budzi się codziennie tuż przed świtem. Tę godzinę rozpaczy opisze w "4.48 Psychosis":

"Jest mi smutno

Przyszłość jest beznadziejna i nic tego nie zmieni

Jestem znudzona i zniechęcona wszystkim

Jestem nieudolna, wszystko robię źle

Jestem winna, spotyka mnie kara

Pragnę odebrać sobie życie ( )

O czwartej czterdzieści osiem

gdy odwiedzi mnie desperacja

powieszę się

wsłuchana w oddech Osoby, którą kocham".

Po śmierci Kane pojawią się plotki, że pisarka zostawiła w rękopisie sztukę, która jest jej listem pożegnalnym. Brat Sary, Simon, który pilnie strzeże jej rękopisów i szczegółów z prywatnego życia, dopiero w sierpniu publikuje oświadczenie, w którym ogłasza istnienie piątej, niepublikowanej sztuki "4.48 Psychosis". Ale odrzuca wersję o pożegnalnym liście. "Jest to uproszczenie, niesprawiedliwe zarówno dla sztuki, jak i dla mojej siostry i jej motywów pisania".

Simon chce, aby dramaty Sary były cenione za ich literacką wartość, a nie z powodu tragicznej biografii autorki. Ale kiedy rok później "4.48" wystawia Royal Court, wszyscy patrzą na dramat przez pryzmat tego, co zdarzyło się nad ranem w łazience szpitala King's College.

Artykuły, które ukazują się po premierze, są jak wieńce składane na grobie. A kiedy rok później Royal Court wznawia "Blasted", krytycy składają autorce łzawy hołd. Recenzje zaczynają się od słów "Myliłem się", "Pięć lat temu zbyt ostro potraktowałem pannę Kane". Charles Spencer, który w 1995 roku przewodził nagonce na "Blasted", w roku 2001 kończy recenzję zdaniem, które brzmi jak inskrypcja na kamieniu nagrobnym: "Mogę tylko przeprosić ducha Kane, że źle ją potraktowałem za pierwszym razem. Niech odpoczywa w spokoju".

- Kane, która przez całe życie broniła się przed etykietą "kobiety-pisarza", po śmierci była bezsilna wobec innej etykiety "pisarza-samobójcy" - twierdzi Aleks Sierz. "The Times" w artykule wspomnieniowym w ubiegłym roku umieścił nazwisko Kane w panteonie tragicznie zmarłych artystów obok Jamesa Deana, Marilyn Monroe, Janis Joplin i Kurta Cobaina.

Czy zostanie na zawsze jedną z postaci, które żyją dzięki czarnej legendzie?

David Tushingham, który zamieścił jej dramat w swej antologii młodego teatru brytyjskiego zanim jeszcze stała się sławna, jest innego zdania:

- Kariera Sary Kane jako pacjentki szpitala dla psychicznie chorych była krótsza i mniej wyjątkowa niż jej kariera jako dramaturga. Jedyną niezwykłą rzeczą, jaką posiadała, był jej talent.

"Odsłońcie zasłony!"

Dlaczego młoda, wykształcona, biała kobieta z klasy średniej wiesza się w łazience luksusowego szpitala?

Dlaczego nie rozwiązuje krzyżówek, nie dzwoni pod numer szpitalnego kapłana, nie robi na drutach, nie czeka do środy na nabożeństwo w szpitalnej kaplicy, nie czeka na pozdrowienia od bliskich w szpitalnym radiu, nie dzwoni do rodziny ze szpitalnego automatu, wrzucając przygotowane na ten cel drobne monety?

Na co była chora Sarah Kane?

Jej agentka w pośmiertnym wspomnieniu powiedziała, że cierpiała na egzystencjalną rozpacz.

Jej lekarze nazywali to depresją.

Ludzie cierpiący na choroby psychiczne dzielą się na tych, którzy tracą kontakt z rzeczywistością, i tych, którzy mylnie ją interpretują.

Sarah należała do trzeciej kategorii: ludzi, którzy są do tego stopnia świadomi rzeczywistości, że muszą zadać sobie śmierć.

W swoich sztukach zapisała zło, którego jest na świecie tak wiele, że ludzie przestali je w ogóle dostrzegać. Ona je widziała w jaskrawym świetle reflektorów.

Ktoś zapytał, jak mogła to wszystko przetrwać.

Odpowiedziała: "Nie przetrwałam".

Korzystałem z książki Aleksa Sierza "In-Yer-Face Theatre: British Drama Today", Faber and Faber 2001 i materiałów zamieszczonych na stronie internetowej autora [link widoczny dla zalogowanych] a także z artykułów wspomnieniowych Marka Ravenhilla ("Theater Heute" 4/99), Pauli Bardell (http://englishculture.allinfoabout.com), Petera Lathana (http://www.britishtheatreguide.info).

Dziękuję za pomoc w dotarciu do materiałów: Michałowi Lachmanowi z Uniwersytetu Łódzkiego, Teatrowi Polskiemu w Poznaniu, Teatrowi Współczesnemu we Wrocławiu i teatrowi Rozmaitości w Warszawie.

Fragmenty "Oczyszczonych" cytuję w tłumaczeniu Krzysztofa Warlikowskiego i Jacka Poniedziałka, fragmenty "4.48 Psychosis" w przekładzie Klaudyny Rozhin, fragmenty "Miłości Fedry" i "Crave" w przekładzie własnym.
Śródtytuły pochodzą ze sztuk "4.48 Psychosis" i "Oczyszczeni"

Roman Pawłowski


Gazeta Wyborcza/Wysokie Obcasy
28 września 2001

[link widoczny dla zalogowanych]


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
PostWysłany: 11 Cze 2009 16:23
Administrator
ADMIN

 
Dołączył: 28 Maj 2005
Posty: 6577
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 13 razy
Ostrzeżeń: 0/2
Skąd: Gdańsk





TEATR

Spektakle

SARAH KANE, "OCZYSZCZENI"


Spektakl w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego, Teatr Współczesny we Wrocławiu, Teatr Polski w Poznaniu, Teatr Rozmaitości w Warszawie,

grudzień 2001/styczeń 2002

Przedstawienie Krzysztofa Warlikowskiego zostało zrealizowane jest przy współudziale trzech teatrów, które od kilku sezonów zaangażowały się w promowanie na swoich scenach najnowszego dramatu zachodniego. Utwór Sary Kane to jeden z najważniejszych tekstów należących do nurtu nowego brutalizmu. W OCZYSZCZONYCH psychopatyczny doktor Tinker "W sanatorium, skrzyżowanym z obozem koncentracyjnym, prowadzi na swoich ofiarach eksperymenty, które okrucieństwem dorównują eksperymentom doktora Mengele." - notował Roman Pawłowski. - "Manipuluje ich emocjami, okalecza ciała, doprowadza do samobójstw. Jednak na samym dnie bólu i rozpaczy, poddani niewyobrażalnym torturom ludzie zachowują zdolność do miłości, która ratuje ich przed całkowitym unicestwieniem." ("Gazeta Wyborcza", 19.12. 2001). Historia OCZYSZCZONYCH dotyka najbardziej drastycznych stron ludzkiego istnienia. Jest pełna fizycznej i psychicznej przemocy. Toczy się wśród ludzi szukających swojej seksualnej tożsamości. Warlikowski eksponuje jednak przede wszystkim wątek braku miłości i potrzeby zrozumienia i współodczuwania. Przedstawienie rozpoczyna się od wielkiego monologu o miłości pochodzącego z innego dramatu Kane ŁAKNĄĆ.

"Monolog Renate Jett (która będzie jeszcze wracać w roli jednoosobowego chóru, śpiewając piękne songi Pawła Mykietyna) jest w istocie prologiem, który ma, jak sądzę, znaczenie kluczowe: zaprzecza całemu fizycznemu i metafizycznemu okrucieństwu, jakie wypełnia całą resztę przedstawienia." - pisał Janusz Majcherek. - "Ten hymn miłości jest zarazem hymnem wiary i nadziei, im trudniejszych w dzisiejszym świecie, tym bardziej upragnionych. (...) Myślę, że w takiej właśnie perspektywie można to przedstawienie czytać: między Pieśnią nad pieśniami, Hymnem o miłości a Księgą Hioba." ("Teatr" 2002, nr 1-2)

Spektakl należy do najważniejszych zdarzeń scenicznych w ostatnich sezonach. Teatr Sary Kane, uważany przez niektórych za "realizm kloaczny", objawia w tej realizacji wielką, poetycką i metafizyczną siłę.

"Kiedy przed dwoma sezonami Peter Zadek wystawił w Hamburgu 'Oczyszczonych', po scenie walały się sztuczne kończyny amputowane przez Tinkera." - pisał Roman Pawłowski. - "Warlikowski całą przemoc zapisaną w tekście zmienił w teatralną metaforę. (...) Umowna jest scenografia Małgorzaty Szczęśniak, która salę gimnastyczną połączyła z wnętrzem szpitala. W tej wyobrażonej rzeczywistości nic nie zdarza się naprawdę - aktor, któremu amputowano ręce, chowa je za plecami, inny wiesza się, trzymając się rękami sznura. Uderzeniami w ludzkie ciało są uderzenia w bokserski worek. Tak przemoc ze sfery rzeczywistości przechodzi w sferę psychiki. I staje się jeszcze bardziej nie do zniesienia, bo to jest przemoc w nas." ("Gazeta Wyborcza", 19.12. 2001)

OCZYSZCZENI są najwybitniejszym do tej pory spektaklem zrealizowanym przez Warlikowskiego.

"To przedstawienie, w którym Warlikowski w pełni ukształtował własny styl, oczyścił go (nomen omen), doprowadził do artystycznej perfekcji." - pisał Janusz Majcherek. - "On już nie jest młodszy zdolniejszy; to po prostu wybitny reżyser. Znalazł sposób na tę piekielną dramaturgię, która w lekturze zdaje się przerastać możliwości sceniczne. Tymczasem Warlikowski doskonale zrozumiał, że dosłowności opisu należy przełożyć na metaforyczne znaki i że Sarah Kane to w istocie poetka, która wymaga poetyckiego ujęcia w teatrze. I co dla mnie najważniejsze: że wyraźnie pokazał, iż nie obchodzi go sama teatralność, czysty artyzm, sztuka dla sztuki; niejako przepuścił ból Sarah Kane przez samego siebie i swoich aktorów. Przy całym pięknie formalnym jest to przedstawienie niejako poręczone osobiście i dlatego tak dotykające widzów." ("Teatr" 2002, nr 1-2)

Poruszenie wywołują także efekty pracy, jaką Warlikowski przeprowadził z aktorami występującymi w OCZYSZCZONYCH.

"(...) grają fantastycznie, wszyscy." - notował Piotr Gruszczyński. - "Warlikowski doprowadza ich do głębokiego uczestnictwa we wspólnym przeżyciu, przeprowadza przez odmienne stany świadomości z intensywnością umożliwiającą pociągnięcie za nimi widzów. Precyzyjnie i bez 'pierieżywania'. Chłodno i ostro. Jak brzytwą po oczach." ("Tygodnik Powszechny" 06.01.2002)

Największe emocje wzbudza Stanisława Celińska - tancerka z peep-showu "(...) która jest namiastką miłości dla mężczyzn, tymczasem sama potrzebuje tego uczucia niczym powietrza." - zaznaczał Roman Pawłowski. - "Celińska pokazuje, jak w odpychającej prostytutce, ruszającej się jak automat w kabinie, rodzi się kobieta spragniona kontaktu z drugim człowiekiem." ("Gazeta Wyborcza", 19.12. 2001). Janusz Majcherek opisując niezwykłe, pełne poświęcenia aktorstwo Celińskiej przyznawał:" (...) to już nie jest ofiarność, to jest ofiara, a nawet, nie waham się powiedzieć jakiś nowy akt całkowity." ("Teatr" 2002, nr 1-2)

__________________________
Sarah Kane, OCZYSZCZENI. Koprodukcja Teatru Współczesnego we Wrocławiu, Teatru Rozmaitości w Warszawie i Teatru Polskiego w Poznaniu.
Przekład: Krzysztof Warlikowski, Jacek Poniedziałek, reżyseria: Krzysztof Warlikowski, scenografia: Małgorzata Szczęśniak, muzyka: Paweł Mykietyn, reżyseria świateł: Felice Ross. Występują: Stanisława Celińska, Małgorzata Hajewska-Krzysztofik, Mariusz Bonaszewski, Redbad Klynstra, Jacek Poniedziałek, Thomas Schweiberer, Tomasz Tyndyk, Renate Jett. Muzyk: Fabian Włodarek.
Premiera: 15 grudnia 2001 roku w Teatrze Współczesnym we Wrocławiu, 9 stycznia 2002 roku w Teatrze Polskim w Poznaniu, 18 stycznia 2002 roku w Teatrze Rozmaitości w Warszawie.


[link widoczny dla zalogowanych]


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
Thomas Ostermeier
PostWysłany: 12 Cze 2009 2:10
Administrator
ADMIN

 
Dołączył: 28 Maj 2005
Posty: 6577
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 13 razy
Ostrzeżeń: 0/2
Skąd: Gdańsk





Thomas Ostermeier

W tle zawsze są pieniądze


[link widoczny dla zalogowanych]

(c) GRAŻYNA MAKARA/AG


Rozmowa z Thomasem Ostermeierem, reżyserem, dyrektorem artystycznym Schaubühne am Lehniner Platz w Berlinie

Thomas Ostermeier (1968), jeden z najwybitniejszych młodych reżyserów teatralnych. Był wolnym słuchaczem Wyższej Szkoły Sztuk w Berlinie na Wydziale Aktorskim, ukończył reżyserię w Wyższej Szkole Teatralnej im. Ernsta Buscha, studiował biomechanikę Meyerholda w moskiewskim GITIS. W latach 1996 - 1999 był szefem artystycznym berlińskiego Baracke, który stał się główną sceną pokolenia młodych niemieckich twórców i widowni. Od 1999 r. jest dyrektorem artystycznym Schaubühne am Lehniner Platz w Berlinie. Współpracował z Einarem Schleefem przy realizacji "Fausta", wyreżyserował m.in. "Schopping and Fucking" Ravenhülla, "Ogień w głowie" von Meyenburga, za który otrzymał III nagrodę Festiwalu Kontakt, a także "Śmierć Dantona", "Norę".

Rz: Co to dziś dla pana znaczy być niemieckim artystą?

THOMAS OSTERMEIER: To ktoś taki, kto powinien pamiętać, że obecna sytuacja Niemiec jest trudna, bo kraj przeżywa ekonomiczny kryzys, szaleje bezrobocie i - jak w całej Europie - trwa dyskusja między konserwatystami i liberałami o wyjściu z gospodarczego dołka. Musi wiedzieć, że przyszły ciężkie czasy dla artystów i teatru. Ma więc walczyć o dotacje, dyskutować na temat podatków, bo one także wpływają na przedstawienia. Mając świadomość wielkiej tradycji niemieckiego teatru, powinien znaleźć sposób umożliwiający rozmowę o współczesnym społeczeństwie. A także zainteresować sztuką teatru młode pokolenie, by wspierało nas kupnem biletu i publiczną dyskusją, do jakiej nie mogą go sprowokować inne media. W ten sposób udowodnimy, że jesteśmy potrzebni, jak kino, telewizja, gazety. Tylko wtedy teatr ma rację bytu, nasza praca sens, a instytucje, w których pracujemy, mogą liczyć na publiczne dotacje.

W Polsce ogromnym nakładem publicznych środków został odbudowany Teatr Narodowy. Padają pytania, jaki powinien być, ale brak odpowiedzi. Czy w dobie integracji europejskiej jest to także problem niemieckich artystów?

Kiedy trzy lata temu przyszedłem do Shaubühne, teatru o wielkich tradycjach, oparliśmy nasz program na trzech hasłach: teatru wielkomiejskiego, współczesnego, bo chcieliśmy się zająć nową estetyką i dramaturgią oraz międzynarodowego, europejskiego. Taki wybór ma historyczne korzenie. W czasach Bismarcka nasz Teatr Narodowy był częścią procesu unifikacji 330 państw i państewek niemieckich. Teraz Niemcy są zjednoczone i mamy inne wyzwania - integrację europejską, zagadnienia związane z globalnymi problemami. Mniej ważny jest język reżysera i aktorów, ważniejsze, czy mówią o problemach ludzi żyjących w wielkich światowych metropoliach, a te są bardzo


podobne w różnych częściach kuli ziemskiej. Dlatego zapraszamy do nas artystów polskich, w tym Grzegorza Jarzynę, francuskich, australijskich, a także włoskich. To nasz pomysł na teatr współczesny.

Istnieje w niemieckim teatrze konflikt między konserwatystami a twórcami, którzy chcą przełamywać stare konwencje, czy też dominuje zasada liberalnej poprawności?

Kiedy przedstawialiśmy nowy program Shaubühne, rozgorzała w mediach prawdziwa bitwa. Z oburzeniem cytowano moje krytyczne wypowiedzi na temat starszego pokolenia. Burzę mamy już za sobą. Jednak konflikt, choć skrywany, wciąż się tli. Bo generacja sześćdziesięciolatków, uważająca się za bardzo liberalną, najlepsza jest w zdobywaniu władzy i trzymaniu się jej kurczowo. Siłą rzeczy naszym celem musiało być znalezienie miejsca dla młodszych i walka o zarządzanie instytucjami artystycznymi. W tle zawsze znajduje się konflikt o pieniądze.

Czy pojawienie się autorów określanych mianem brutalistów wywołało w Niemczech, jak w Polsce, napięcia i kontrowersje?

Kiedy zaczynaliśmy grać Sarah Kane, Marka Ravenhülla, Mariusa von Mayenburga mówiło się tylko o skandalu. I bardzo dobrze. Żywy i twórczy teatr zawsze wywoływał kontrowersje. Wystarczy przypomnieć reakcje na premierę "Nory" Ibsena czy "Lulu" Wedekinda. Problem leży gdzie indziej. W dzisiejszych czasach coraz trudniej o skandal, o naprawdę prowokacyjne zachowania. Publiczność przyzwyczaiła się nawet do przemocy i seksu na scenie. A przecież nie chodzi o to, by nimi epatować, bo to jedynie zewnętrzne przejawy tego, co interesuje nas we współczesnych zachowaniach społecznych. Dlatego staramy się iść głębiej, pytać, skąd tyle przemocy i seksu, jaki niepokój skrywają, jakie tęsknoty mają zastąpić.

Czy są rzeczy, których nie zdecydowałby się pan pokazać na scenie?

Kiedy zaczynam przygotowywać przedstawienie, nie zastanawiam się, co mam pokazać, a czego nie, i co wypadnie prowokująco. Interesuje mnie tylko wiarygodne sportretowanie współczesności i niechowanie głowy w piasek przed problemami, z jakimi boryka się obecnie wielu z nas. Kiedy chcemy o czymś szczerze porozmawiać, nie możemy się oszukiwać. Wtedy nie może istnieć tabu, ani dla społeczeństwa, ani dla teatru.

Dlaczego zdecydował się pan na studia w szkole we wschodnich Niemczech?

Bez wschodnich korzeni, bez spuścizny po Brechcie współczesny teatr niemiecki byłby bardzo ubogi. Zachodnia tradycja była dla mnie zbyt artystowska, mieli wywodzić się z niej geniusze, ale dla mnie byli to artyści, którzy zapomnieli, dlaczego są na scenie. Bardziej od teatru psychologicznego interesowało mnie dotarcie do pokładów podświadomości i próba wyrażenia jej. Te pytanie stawiali sobie Stanisławski, Meyerhold, Brecht. O ich metodach pracy więcej mogłem dowiedzieć się od profesorów uczących wschodniej tradycji.

Schaubühne am Lehniner Platz w Berlinie jest jednym z najsłynniejszych europejskich teatrów. W tym roku obchodzi 40-lecie. Na jego deskach wystawiali m.in. Konrad Swinarski, który otworzył scenę "Testamentem psa". Tu największe dzieła, w tym "Oresteję", pokazał Peter Stein; wielokrotnie inscenizowali też Robert Wilson, Luc Bondy oraz Andrzej Wajda. Od sezonu 1999/2000 dyrekcję artystyczną sprawują najzdolniejsi twórcy młodego pokolenia - Thomas Ostermeier i Sasha Waltz. Teatr jest twórcą New European Writing Theatre Network, do której należą także The Royal Court Theatre in London, Teatro della Limonaia we Florencji oraz Theatre de la Colline w Paryżu. Promują one najnowszą dramaturgię - m.in. Jon Fosse'a, Sary Kane, Marka Ravenhülla.

Rozmawiał Jacek Cieślak



Rzeczpospolita
22 lipca 2003


[link widoczny dla zalogowanych]!rozmowy/wtle.htm


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Administrator dnia 12 Cze 2009 2:19, w całości zmieniany 1 raz
Zobacz profil autora
"Shopping & Fucking"
PostWysłany: 12 Cze 2009 2:15
Administrator
ADMIN

 
Dołączył: 28 Maj 2005
Posty: 6577
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 13 razy
Ostrzeżeń: 0/2
Skąd: Gdańsk





"Shopping & Fucking"

w Teatrze Słowackiego


[link widoczny dla zalogowanych]

Ostermeier potraktował sztukę Ravenhilla ostro - groteską i slapstickiem. Bohaterów - bez sentymentalizmu. Wykonanie bardzo konsekwentne, ale wynik niezbyt porywający.



Widownia wyglądała na usatysfakcjonowaną: żywe reakcje, brawa i okrzyki, tłum na spotkaniu z reżyserem. Ja miałam wrażenie obcowania z fragmentem historii współczesnego teatru. Dramat Ravenhilla parę lat temu coś zapoczątkował, wybił jakieś okna (o tym mówił po spektaklu Ostermeier). Niewątpliwie "chwyta publiczność za kark i potrząsa" (jak pisał Aleks Sierz, autor książki "In-Yer-Face Theatre"), ale rezultat tego potrząsania niewielki.

Rodzina zastępcza

Ravenhill tworzy obraz czwórki młodych mieszkańców wielkiego miasta. Coś ich łączy ze sobą - seks, narkotyki, wspólne mieszkanie, pragnienie, żeby ktoś się nimi zaopiekował. Na początku słyszymy historyjkę o tym, że Mark kupił sobie Lulu i Robbiego w supermarkecie, ale czy to prawda, nie wiadomo. Tworzą coś w rodzaju rodziny zastępczej, rozchwianej i niezbyt udanej. Bytują gdzieś na marginesie - w pustawym mieszkaniu, bez pracy, bez pieniędzy, bez rodziny.

Czwartym w kwartecie jest Gary, prostytutka i złodziej. Piątą postacią jest Brian, człowiek z zewnątrz, pracodawca - starszy, łysawy okularnik w garniturze. To u niego Lulu stara się o rolę w reklamie, to on każe jej sprzedawać narkotyki, potem - odzyskać pieniądze, bo Robbie pochopnie rozdał dragi w klubie.

Energiczne trzy godziny

Spektakl Ostermeiera trwa ponad trzy godziny. Bardzo energiczne trzy godziny. Ustawiony na proscenium Teatru im. Słowackiego obskurny pokoik (dwie ściany, okno, drzwi, obdarta wersalka, telewizor i kupy śmieci) to jedyna scenografia, ale nie jedyne miejsce akcji. Aktorzy wychodzą i wchodzą też pomostem będącym przedłużeniem sceny w stronę bocznego wyjścia, schodzą też (a raczej zbiegają czy zeskakują) na widownię. Parę rzędów krzeseł ustawionych jest na scenie.

Realizm jest nieustannie podważany; nie ma czwartej ściany, nie ma nawet trzeciej. Podważany jest też aktorstwem i sposobem budowania scenicznego świata. Nie znamy motywacji bohaterów, ich sytuacja socjalna nie jest przedmiotem analizy. Pokazują się nam w krótkich scenach, w działaniu. Nie wiemy, skąd się tu wzięli i dlaczego. Nie o taki realizm tu chodzi.

Nosiciele własnych neuroz

Zresztą oni też nie wiedzą. Nie dają sobie rady z rzeczywistością, w której tkwią siłą inercji. Są nią nieustająco zadziwieni, jak dzieci, a jedno zadziwienie szybko ustępuje następnemu. Ten wszechogarniający infantylizm podkreślony jest aktorstwem - apsychologicznym, przerysowanym, ekspresyjnym.

Juli Böwe (Lulu), drobna, szczupła blondynka


zachowuje się jak dziecko usiłujące bawić się w panią domu: ceremonialnie wnosi tace z celofanowymi obiadami, objaśnia uroczyście, jakie to egzotyczne danie przyniosła. Ssie kciuk i zwija się w kłębek na kanapie. Bruno Cathomas (Robbie), rozbiegany i niezdarny, wciąż skądś spada, przewraca się, nie potrafi bez wypadku rozłożyć szpitalnego łóżka, na którym Lulu opatruje mu zranioną głowę. Thomas Bading (Mark) z wciąż tym samym kurczowym uśmiechem na twarzy daje się ponosić zdarzeniom. Gary (Andre Szymanski) jest zaczepny i agresywny, ale skupiony wyłącznie na sobie.

Choć bohaterowie nieustannie wczepiają się w siebie, pozostaje wrażenie, że są pojedynczymi, silnie egotycznymi nosicielami własnych neuroz. I to wydało mi się w spektaklu najciekawsze.

Konsekwentny, ale nużący

Reżyser i aktorzy starannie eliminują wszelkie pokusy wzruszenia się bohaterami. Ich "Shopping & Fucking" jest upiorną farsą, w której nauczyciel (Brian), równie monstrualnie infantylny (jego ulubionym bohaterem jest Król Lew) jak jego uczniowie, ale dysponujący władzą, uczy ich życia. Czyli posiadania pieniędzy. Spektakl kończy się sceną, gdy Lulu i Robbie pod dyktando Briana nieśmiało nucą patetyczny motyw Vangelisa z "Conquest of Paradise", wznosząc w górę papierowe kubki. Na scenie zostaje pluszowy Król Lew.

Spektakl jest w swej poetyce konsekwentny, ale nużący. Owszem, świat jest obrzydliwy i chaotyczny (i to, co widzimy na scenie, i w ogóle). Diagnoza słuszna, ale cokolwiek płaska. Gdzieś w budowaniu tej bezlitosnej obrzydliwości zagubili się ludzie, z takim poświęceniem grani przez aktorów. W nadekspresji zatarły się sensy wielu scen, a w rezultacie miałam wrażenie oglądania "sposobu na Ravenhilla" a nie "sposobu na pokazanie rzeczywistości", co, jak rozumiem, było celem Ostermeiera.

Ale dobrze że była okazja zobaczenia legendarnego spektaklu. W medialnych dyskusjach na temat brutalności teatru (i współczesnej sztuki w ogóle) często gubi się miarę i sam przedmiot. Warto sprawdzić więc, o czym się mówi, pisze i na co się napada, czy co gloryfikuje.

Shaubühne am Lehniner Platz w Berlinie, Mark Ravenhill "Shopping&Fucking", reżyseria - Thomas Ostermeier, scenografia - Rufus Didwiszus, kostiumy - Marion Münch, muzyka - Jörg Gollasch, występ gościnny w Teatrze im. Słowackiego 15 czerwca 2002 r.

W nadekspresji zatarły się sensy wielu scen, a w rezultacie miałam wrażenie oglądania "sposobu na Ravenhilla" a nie "sposobu na pokazanie rzeczywistości"

Joanna Targoń



Gazeta w Krakowie
17 czerwca 2002

[link widoczny dla zalogowanych]!Zagranica/shopingi.htm


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Administrator dnia 12 Cze 2009 2:16, w całości zmieniany 1 raz
Zobacz profil autora
"Nowy brutalizm". SARAH KANE i Inni...
Forum Strona Główna -> ROZWAŻANIA O LITERATURZE I SZTUCE
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)  
Strona 1 z 1  

  
  
 Napisz nowy temat  Odpowiedz do tematu  


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001-2003 phpBB Group
Theme created by Vjacheslav Trushkin
Regulamin