Forum Strona Główna -> PROZA -> Ze wspomnień Franka
Napisz nowy temat  Odpowiedz do tematu Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat 
Ze wspomnień Franka
PostWysłany: 17 Mar 2016 17:59
daniela j. jarszak

 
Dołączył: 16 Sty 2010
Posty: 1004
Przeczytał: 27 tematów

Pomógł: 3 razy
Ostrzeżeń: 0/2





Ze wspomnień Franka





To był zdaje się 1942 rok. Czerwiec. Tak to był czerwiec. Pamiętam, że kwitły wtedy jarzębiny przydrożne i było bardzo upalnie w te dni. A służyłem wtedy u Słupskiego w Stanisławowie, w tej wiosce pod Krasnobrodem. Jak wspomniałem, było wtedy bardzo gorąco. Pszczoły się już dawno wyroiły, a wieczory były nasączone ciepłem oraz zapachem nektaru z pobliskich sadów. Miło było żyć, choć Niemcy niedaleko i wielka wojna w końcu była. Świat człowieka, zwłaszcza młodego, wołał do siebie, nie bacząc na to co się dzieje wokół. Jednak któregoś wieczora mój gospodarz tak jakoś dziwnie, bo inaczej niż zwykle, zaczął się kręcić po izbie, aż orzekł tak niby od niechcenia, że na noc na wartę musi iść.

- Jaką znowu wartę? – zapytała gospodyni.

- Ano gestapo przyjechało z Długiego Kątu, tym razem do naszego sołtysa i Żydów kazali pilnować. Po czterech chłopów na jedną chałupę. Cóż, trzeba iść, czy człek chce, czy nie. Nie ma na to żadnej rady. Szesnastu chłopa oka nie zmruży a tu ze świtem siano kosić trzeba, bo na dworcu tak jakoś parno jak już dawno nie było.

- Ale co wam te Żydy zrobili, żeby tak jak na przestępców wartę na nich nasyłać? I z czym wy na tych biedaków i za co?

- Ano, z gołymi rękami iść nie możemy. Widły kazali wziąć i tyle, że niby coś w ręku było, jakby co.

- Z widłami, czyś ty Jędruch zwariował!? A cóż to zwierzyna, nie ludzie, żeby tak z widłami na nich iść? Toż uprzedzić ich czym prędzej trza, niech biero tobołki i hajda w drogę. Tu nic dobrego ich nie czeka, jak już gestapo się za nich wzięło.

- Niechby tak Niemiec nas skontrolował, to na śmierć pośle jak nic, albo i wieś całą z dymem puści. Jak Pardysówkę za partyzantów. Cicho więc siedźta i ani mru, mru. Innego wyjścia nie ma. Bo ludzie gadajo, że Żydów oni bardzo, ale to bardzo nienawidzo. To i nam się tym bardziej dostanie, bo nasze życie też mają za nic.

- No, a te dwa chłopaki, syny Jankiela, co na służbie obok są, to co? Co z nimi?

- A no nic. Jak z Polakami, to i Polaki. A co to gestapo o wszystkim zaraz musi wiedzieć? Byleby cicho byli. Trudno, żeby zwykłych parobków posądzić o to, że Żydami są. W końcu dzieciaki to i mleko u nich pod nosem jeszcze. Nienawykłe to to do roboty takiej, ale że bida przymusiła, to i robiom jako i nasze dzieci. Może za uczciwą robotę choć dla nich Pan Bóg łaskawszy będzie.

Bardzo byłem ciekaw, co też gospodarz tam robił z innymi na podwórcu u Żyda. Pamiętam tylko, że przyszedł on w nocy do naszej chałupy ze dwa razy. Pokręcił się po izbie, pokręcił, wody z wiadra napił, albo i kubek mleka, co to gospodyni w sieni postawiła i poszedł. A na drugi dzień chcieliśmy wiedzieć, jak tam najpierw na tej warcie żydowskiej było? Żydzi z nami od lat mieszkali w spokoju i nikomu nigdy nie wadzili. Jasnym też dla wszystkich było, że Żydzi we wsi wnosili jakiś tam koloryt, choć w tych jarmułkach oraz myckach czarnych i chałatach chodzili, ale jednak było to urozmaicenie, inny trochę świat, więc komu to przeszkadzało? Tak więc pytaliśmy potem naszego gospodarza:

- Ano, powiedzcie gospodarzu, cośta na tej warcie robili i dlaczego? Po co to zaraz tak Żydów osaczać? Same Niemce nie mogły?

- A co mieliśmy robić? Stalim i tyle, skoro prikaz taki był. Nie nasza to rzecz Franek, nie nasza! Nasze wojsko rozpirzyli w pył, rząd wziął tyłek w troki i naród biedny zostawił na niełasce okupanta, to co my bidne chłopy teraz zrobić możem? A bo to się kiedy kto z nami liczył? My zawsze tylko od roboty byli i tyle! I słuchać każdego musielim, czy to Austriak, Ruski, a teraz Niemiec. I tylko dawać każdemu, co my w ciężkim pocie zdobyli; a jeszcze do tego naszych synów do wojska posyłać trzeba było. Nie zawsze do naszego, polskiego. A to do carskiego a to cesarskiego i tak w kółko. A Żydy? Wielka polityka za tym stoi, czego ani ty, ani ja nie pojmiem. Więc stalim tak i machorkę kurzylim i gadalim jako i zwykle. Ciekawiśmy byli jak Niemce daleko na froncie są i jak chłopaki w lesie sobie radzo. I tak dumalim, że wojna wojną, a jeść i żyć jakoś trzeba. Przyjdo SS-mani po kontygent, to dopiero będzie! A że duchota w powietrzu wisi, to i pewnie deszcze spaść niedługo mogą, a tu robota pilna czeka. I takie tam inne pogaduszki, co we świecie szerokim, my wiedlim, aż tu nagle z jednej chałupy wyszedł sam Jankiel, żeby się załatwić. Albo zwyczajnie przeczuwał co, i usłyszał szmery i głosy nasze spod jego mieszkania, bo choć zaspany bardzo był, to zdziwiony naszym widokiem zapytał:

- A co wy tu chłopy robicie tak w środku nocy, czego to szukacie i to z widłami jeszcze?

Z tego, co gospodarz opowiadał, to za pewny to on nie był, ten Żyd, bo nawet nie była to jego chałupa, żeby się czuł jak na swoim. Bo, jak inni jego współbratymcy, mieszkał on na komornym u chłopów, to i pokorny był. Ano, bo nic tak nie uczy pokory jak bieda właśnie i niepowodzenie. A z czego żyli? Jak to Żydzi, przeważnie handlowali tym i owym, a to bułkami a to najpotrzebniejszym sprzętem; pamiętam, że jedna z żydowskich córek nosiła taki koszyczek po okolicznych wsiach z igłami i nićmi, żeby jakoś opędzić tę ich biedę. A taka na przykład Ruchla z Długiego Kątu, co to u Łepików na kupie mieszkała, bo dzieci tam dużo było, to dodatkowo bułki z cebulą i makiem, tzw. cebulaki z Józefowa świeżutkie przynosiła i sprzedawała po dwa i po pięć groszy. Bywało, że ludzie zupy, czy mleka za to jej dali. I tak przez ten handel obnośny czy też obwoźny, bo i podwodami, czy saniami także jeździli, to i nawet przydatni byli. Czasem, co poniektóry Żyd wynajmował jaką izbę u chłopa na sklep, w którym znaleźć można było najbardziej podstawowe produkty, to jest cukier, naftę i jak to mówią: wszelkie mydło i powidło. Inny jeszcze Żyd krawcem był, jak ten Jankiel w Stanisławowie chociażby, którego chromy syn Szymon, bo dwa szpotawe kolana miał, był nawet całkiem przyzwoitym szewcem. A dzieci żydowskie, bywało, że z nami do szkoły chodziły; a i zdarzało się nawet, że pomagały, gdy myśmy czegoś nie wiedzieli. Tak więc gospodarze zdawali sobie sprawę jak jest i nie mogli się ich czepiać, ani żadnej pretensji mieć, w końcu to ludzie jako i inni. Choć niby całkiem inni.

Jednak już wcześniej, bo niedługo po śmierci Piłsudskiego, co to ponoć za żonę Żydówkę miał i przez to ich chronił, przyszedł taki czas, że ni stąd ni zowąd pojawiły się hasła; Bij Żyda, bo przez Żyda w Polsce bida i, że to niby oni wykrzykiwali, jak to: Nasze kamienice, a wasze ulice, co raczej nie cieszyło Polaków, rdzennych mieszkańców tej ziemi; a w kieleckim, to jak się chłopu jednemu nie spodobało, że u Żyda jest za drogie i nieświeże mięso, to ten wyszedł z karabinem i tego chłopa zastrzelił. Chłopi mówili, że gazety o tym nawet pisały i że to żaden wymysł, tylko najprawdziwsza prawda. I tak oto zaczęła się wówczas cała ta antysemicka rozróba. Ale do naszych Żydów we wsi, czy to w Majdanie Sopockim, Stanisławowie, czy pobliskim Józefowie, gdzie ich było pełno, nic nie mieliśmy. Może my proste chłopy i za wiele nie rozumieliśmy z tego, co się naprawdę działo, a może po prostu tak trzeba było. A lubiłem zawsze słuchać, jak dorośli gadali, bo zbierali się u gospodarza, albo obok w sklepie, to i ja tam z nimi przesiadywałem kątem, łowiąc łapczywie każdą nowinę. Tak byłem zawsze głodny wszelkich nowości. Toteż wiedziałem jak wszyscy we wsi, że dodatkowo znalazły się u nas w Stanisławowie jeszcze dwie rodziny, bo musiały uciekać z miasta. To znaczyło, że lekko im nie było, więc jak im nie współczuć? Każdy chce jakoś żyć. Każdy. Nawet i ta dżdżownica najzwyklejsza. A człowiek, tym więcej chyba?

- A nic, nic Jankielu, tak my się jakoś zeszlim i zgadalim, a że już późno to i fakt. Idźta w spokoju spać, idźta i nie turbujta się nadaremno.

- Jeśli tak, to już pójdę, bo chłodno tak jakoś. Dobrej nocy, dobrej nocy...

- Oj, głupio nam tak jakoś się zrobiło- ciągnął dalej swoją opowieść o tej pamiętnej warcie, nasz gospodarz - jak my z tymi widłami tak stalim! Ale co było robić, co było robić? A bo to my to wszystko wymyślili?

Jak dotąd Niemiec Żydów do roboty zapędzał najpierw, i nikt się specjalnie nie spodziewał czegoś gorszego, choć już słuchy chodziły, że Żydów, niedaleko w Bełżcu palą, i że jak wiatr z południa zawiał, to straszliwy swąd czuć stamtąd było, tylko że to nikomu w głowie się nie mieściło, bo i niby za co ludzi tak mordować, a co dopiero w piecach palić, i co to za piece niby miały być, żeby człowieka aż pomieścić? Psa, kota, a i świni szkoda by było, a cóż dopiero człowieka! Przechodziło to ludzkie pojęcie, a cóż dopiero nasze, dzieci w końcu jeszcze. Icek i Szloma, tak mogli mieć na imię, bo aż takich szczegółów, to nie pamiętam; a więc Icek i Szloma, co to z nami krowy pasali, normalne dzieci były, może trochę bardziej umorusane i biedne, ale dość grzeczne na co dzień. I zwyczajne. Ino oczy im jak te węgielki błyszczały, a Esterka ich siostra, co to przy rodzicach była, a nie na służbie, to nawet oczy i włosy nie za ciemne miała. Kosy u niej, to jest: warkocze długie, spojrzenie niewinne i spłoszone nieco. I jeszcze takie długie rzęsy jak firaneczki miała. Głowę szybko spuszczała na nasz widok i tyle. Inne dziewczynki żydowskie, podobnie. Chłopaki, jak trzeba, to i w klipę z nami grali. I broili od czasu do czasu, ale w granicach przyzwoitości zawsze. Jak to dzieci. A ludzie? A ludzie różnie wtedy gadali, że niby już w księdze Michaldy straszne rzeczy czytali, że ta wojna i ta tragedia to rychtyk taka, jak tam zapisane jest. I nawet o tych wielkich piecach do palenia ludzi też, nie było więc odwrotu od tego, co się wówczas działo, bo ludzie coraz gorsi byli. A i w Biblii także jak byk stało, i to w niejednym proroctwie, że Jahwe rozproszy lud żydowski po całej Ziemi i dobędzie za nimi miecza swego za jego krnąbrność i nieposłuszeństwo. Jednak za jakie to dokładnie nieposłuszeństwo, nikt we wsi nie wiedział, ani się specjalnie nie domyślał. Różne więc chłopi snuli przypuszczenia.

- Pewnie za to, że Jezusa, Pana naszego na śmierć wydali. Żaden za Nim nie stanął, nawet i święty Piotr się Go wziął i zaparł. A sami przecie krzyczeli, żeby Jego krew na ich głowy spadła, to i spadła! A że nie byle jaka to krew była, więc i przekleństwo tym większe.

- Jaki on był tam wtedy święty, ten niby święty Piotr! Apostoł i tyle. Święta, to Matka Jezusa jest! Ale żeby przekleństwo tak długo trwało? A czy to Jezus przebaczać wrogom przypadkiem nie kazał? Coś tu się chłopy kupy nie trzyma! No, bo jeśli i samemu łotrowi wziął i przebaczył.

- Nie dziwta się chłopy, że Ojciec w Niebie syna swego tak żałował, to i przekleństwo widać za grzech, takie nie inne, jako karę ludowi swemu zadał. I pokolenia jego następne wziął i tym obarczył. Bo jak się kogo szczególne miłuje, a kto cię zawiedzie, to trudno, oj trudno odpuścić takiemu! Taka zdrada najbardziej dokucza i boli. A czyż nie wybrany to naród u Boga był? Więc i może nasza litość nad Żydem daremna jest, skoro sam Bóg wie, co robi. Nie sposób sprzeciwiać się wyrokom boskim.

- A no nie sposób! Widać nie nasza, ale Jego to wola, Boga żydowskiego najpierw.

- Ale przecież żal, bo czy one co komu złego tu zrobiły, te Żydy?

- Jędruchu, powoli już świtać zaczyna. Wkrótce parobkom i dzieciom krowy w pole wyprowadzić trzeba będzie. Oj lepiej by było, żeby dzieciakom oszczędzić tego widoku, bo to wiadomo, co to będzie? Dość strachu kobity nasze i dzieciowiny mają co dnia. A to Gestapo, a to Essesmani, a i Banderowcy spokoju człowiekowi nie dają. A jeszcze te koniokrady od czasu do czasu, co się to nierzadko za partyzantów podają. Dziś i tak noc dość spokojna. Któż to może wiedzieć, co nam ranek jasny przyniesie? Co by nie rzec, dzieci i kobity jakoś oszczędzić potrza!

Niestety, nie oszczędzono nam tego. Ani parobkom, ani gospodarskim dzieciom. A tak mi się wtedy wstawać nie chciało, bo gdy Gospodarz na wartę do Żyda poszedł, trudno potem usnąć było. Dopiero gdzieś tak nad samiutkim ranem, to jest o świtaniu już prawie, usnąłem twardym, kamiennym snem. A tu już koguty we wsi powoli zaczęły piać jeden przez drugiego i budzić; nie było więc rady, trzeba było z siennika się ściągnąć i krowę z obory wyprowadzić. Ale pomimo, że już zaczęło szarzeć, to dość ciepło było. Pamiętam, że mgły powoli podnosiły się spoza pól. I ptaki także tak jakoś leniwie budziły się ze snu. Łuna czerwono-liliowa znad pobliskiego lasu, od strony Krasnobrodu, zaczęła wdzierać się coraz mocniej i zalewać poszarzałe i coraz mniej granatowe niebo, gdy wtem usłyszałem warkot niemieckich motorów. Koguty dość nagle zamilkły, tylko psy ujadały jak nigdy dotąd. Na wsi zrobił się nagle ledwo wyczuwalny rwetes i popłoch niemały, mimo wcześniejszej ciszy wokół. Pastuchy coraz nerwowiej wydawali komendę swoim krasulom i mećkom, szarpiąc i ciągnąc je tym intensywniej za powrozy, albo okładając je nerwowo kijem, czego nie mieli w zwyczaju. Krowa to żywicielka, szanować ją więc trzeba było. Gdzieniegdzie widziałem w oknach nierozbudzone jeszcze i przerażone twarze. A potem szybkie zasłanianie płóciennych firanek. I ruch na podwórkach. Widać było, że niektórzy wybiegli w popłochu, szukając ratunku. Kto wie, może wśród nich partyzanci byli, bo że nie jeden pochodził także ze Stanisławowa, to wiedzieliśmy o tym dobrze.

Szpaler Niemców zajechał wieś z prawej strony, a ja skierowałem się w lewo ze swoją, to jest krową mojego gospodarza, Andrzeja Słupskiego, na którego Jędruch wołali, prosto w pole na Jankową Górkę, to jest w stronę lasu. Zdołałem jeszcze zobaczyć, jak Niemcy skierowali się do czwartej chaty za naszą, to jest do Jankielowej. Skąd wiedzieli gdzie są Żydzi? Ano stały tam warty, które wyznaczył sołtys, któremu z kolei Niemcy zagrozili, że odbiorą mu życie albo i wieś z dymem puszczą, jeśli ich nie wskaże.

Gdyby się oni chociaż od nas nie różnili, to znaczy Żydzi, swoim zachowaniem, językiem, a i ubiorem przede wszystkim oraz profesją, to łatwiej byłoby się ich wyprzeć i gdzieś tam nawet ukryć. A tak? Nie mówiąc o tym, że bywali też w niektórych wioskach folksdojcze, którzy donosili Niemcom, niewiele więc dało się zrobić. Człowiek nie zawsze wiedział z kim miał do czynienia. Byli też folksdojcze, którzy udawali, że nimi są a współpracowali tak naprawdę z partyzantami. Różnie wtedy bywało. Ale w ten dzień, gdy gnałem krowę i zobaczyłem jak SS-mani otoczyli dom Jankiela i jak ich wyprowadzali, to Szymek choć kaleka, ładny i młody chłopak jeszcze był, a już szewc; mówił podobno gdy tak szedł:

- Zabiją nas Niemcy, jak nic, zabiją...


Potem wyprowadzali następnych z końca wsi. Byli spokojni, wiedzieli pewnie co ich czeka. Może się modlili, może płakali, nie wiem, ale gdy tak patrzyłem zdziwiony na to wszystko z góry, dopadło mnie dwóch chłopaków żydowskich. Parobków, których chłopi nocą nie chcieli wydać. Było to dwóch braci, dzieci jeszcze, bardzo wystraszonych i zziajanych. Jeden przez drugiego mówili o dwóch braciach Polakach, u których służyli, a którzy byli tak przerażeni nagłym najazdem Niemców, że o mało ich ze strachu nie wydali, ale się powstrzymali i kazali czym szybciej uciekać. Chłopcy byli młodsi ode mnie, a ja miałem wtedy czternaście i pół roku, skoro się urodziłem się 4 grudnia 1927 roku; a to, jak sobie teraz dokładnie przypominam, był 4 czerwiec 1942. Czyli pamiętna bardzo dla mnie data. Chłopaki te były tak przerażone, że nie miałem pojęcia, co im powiedzieć, jak ich pocieszyć. Dla nas wszystkich to był szok. Nie wiedzieliśmy, co to wojna. Takiej jak ta wcześniej przecież nie było. Żeby tak z osobna obławę na cywilów robić? Nie rozumieliśmy tego wcale. Podobnie jak te żydowskie chłopaki, także byłem sparaliżowany sytuacją. Co miałem im powiedzieć? I to wtedy, gdy widzieliśmy jak wyprowadzają po kolei ich rodziców, następnie rodzeństwo. Ich sąsiadów i przyjaciół zarazem. Co mogłem im wtedy zaoferować, gdy sam byłem kątem na łasce i niełasce u całkiem obcych mi ludzi? Nie powiem, źli nie byli ci moi gospodarze, ale obcy i z całkiem innej wsi. A chłopcy bardzo płakali zrozpaczeni. Jednak ja nie potrafiłem. Ojca straciłem już dawno. Matkę tak jakby też, bo od lat na służbie byłem i to jeszcze ileś kilometrów poza domem. Żeby przetrwać musiałem być twardy i pokorny zarazem. Oraz cały czas chętny do pracy i nauki. Ale tego ranka wiedziałem jedno, że muszę się z chłopcami natychmiast kierować do lasu, by chociaż oni mogli uratować swoje życie. Tylko tyle mogłem wtedy dla nich zrobić. Siedzieliśmy tam jakiś czas. Nie wiem jak długo to trwało, bo zaczynał się powoli coraz bardziej niemiłosierny upał, a czas przy tym tak się wówczas straszliwie dłużył, jak nigdy dotąd. A jednocześnie tak jakby się zupełnie skurczył i był już tylko samym strachem i niczym więcej. Zwłaszcza wtedy, gdy usłyszeliśmy gdzieś tak w okolicy polany znajdującej się nieopodal wsi, to jest blisko lasu, pojedyncze strzały. To chyba wtedy ten czas całkiem już zniknął, w każdym razie Icek i Szloma, załóżmy że się tak nazywali, wzdrygali się na każdy strzał i coraz mocniej łkali. Szlochali tak mocno i spazmatycznie, że nie wiedziałem jak mam w takiej sytuacji się zachować i nie wiem, czy dzisiaj umiałbym to zrobić.

Słońce zaczynało coraz odważniejszą wędrówkę po niebie, tak jakby zupełnie obojętne na to, co się przed chwilą wydarzyło. Może gdybym był wyspany tej nocy, a nie przejęty tą wartą i losem naszych, stanisławowskich w końcu Żydów, to może przynajmniej ja byłbym mniej obojętny w tej straszliwej chwili? Nie mam pojęcia. Dotąd nie wiem jak mogą wyglądać słowa pocieszenia w takim momencie. A wtedy? Choć niebo gorzało wówczas okrutnie, jakby na złość temu wszystkiemu co się działo, to jeszcze gzy tak mocno dokuczały, że można było się spodziewać, iż deszcz pojawi się niebawem. Prócz tych dwóch, dość małych jeszcze chłopców, niespecjalnie kto miał tych Żydów opłakiwać. Tak byli oni w swych zapatrywaniach i kulturze od nas oddzieleni, a i w sposobie życia też, a poza tym Polacy co i rusz tracili swoich. Jedynie mógł to uczynić deszcz. Jedynie Natura mogła pochylić się nad losem tych, o których pewnie i sam Bóg zapomniał. Chyba, że oni zapomnieli o nim tym bardziej, ale tego nikt z nas nie wie do dzisiaj, jak było naprawdę.

Icek i Szloma nie prosili mnie o nic. Musieliby wiedzieć o co. A przecież wtedy nie mogli wiedzieć nic, prócz tego jak uciec najdalej od swoich Oprawców. Skryli się więc w lesie. Prócz upału, bo powoli zbliżało się południe, znaleźli niejakie ukojenie w postaci chłodu. Może z wyczerpania straszliwym przerażeniem, oraz bólem i nieukojonym przez nikogo żalem, posnęli gdzieś pod paprocią, albo pod wachlarzem sosnowych gałęzi. Nie wiem, bo musiałem przecież wracać z krową do domu. Był to mój wtedy obowiązek ponad wszystko. Już nigdy potem nie dowiedziałem się, co się z nimi wówczas stało. Czy przeżyli ten straszliwy czas? Trudno powiedzieć.

Pamiętam tylko, że do wsi wróciłem niemniej wyczerpany i oszołomiony tym co się wydarzyło. Zdołałem się tylko dowiedzieć, że Żydów Niemcy zastrzelili, i że leżą zakopani w dole, wedle wsi na polanie, ale jednego nie zdołali zabić do końca. A przekonani byliśmy, że jak dotychczas, pogonią ich pewnie do pracy i na tym się skończy. Toteż musiałem zobaczyć na własne oczy, czy to prawda. Pobiegliśmy więc z chłopakami na miejsce zbrodni i faktycznie, leżał tam ranny w brzuch Żyd. Obok zasypani już w dole jego pobratymcy. W dalszym ciągu był straszliwy upał, wokół pełno much obsiadających jego ranę, które próbowaliśmy odpędzać, lecz nadaremno. A on tak straszliwie jęczał. Wnętrzności się z niego wylewały tak paskudnie. Cuchnęło okropnie. Byliśmy zdruzgotani. I tak bardzo, bardzo wtedy bezradni. I zdumieni, że można aż tak. Nie znaliśmy takich słów jak bestialstwo, no bo i skąd?

- Poślijcie po Niemców, niech mnie dobiją, poślijcie po Niemców, niech mnie dobiją, skoro wy nie potraficie... Błagam ja was, biedny Żyd... Litości, łaski waszej ja proszę, poślijcie po Niemców…

Staliśmy tak osłupiali i nie wiedzieliśmy, co się mówi w takich sytuacjach. Nikt z nas nie rozumiał, jak można dobić kogokolwiek, a jeszcze do Niemca iść, i powiedzieć mu, żeby to zrobił! Toż SS-mani od psów byli gorsi. Nawet nie potrafili dobrze zabić człowieka. Szkoda im było kuli na biednego Żyda. Niech więc kona w mękach. Taka była ich zimna i wykalkulowana logika.

Wróciliśmy do wsi, powiedzieliśmy co widzieliśmy i niedługo potem, gdy ponownie przyszliśmy na miejsce kaźni, nikogo już tam nie znaleźliśmy. Może się wykrwawił, a może zaopiekowali się nim partyzanci, bo nie jednemu wtedy Żydowi uratowali oni życie, ale czy akurat zdążyli, i zdołali, skoro tak ciężko ranny był, nie wiem? Może go schował Kukuczka, który mieszkał obok, na odludziu nieco; albo przynajmniej wezwał pomoc. Jeśli tak, nikt wtedy nie mógł się do tego przyznać, bo stawką było życie nierzadko całej wsi.


.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez daniela j. jarszak dnia 28 Kwi 2017 12:21, w całości zmieniany 34 razy
Zobacz profil autora
Re: Ze wspomnień Franka
PostWysłany: 20 Mar 2016 18:54
daniela j. jarszak

 
Dołączył: 16 Sty 2010
Posty: 1004
Przeczytał: 27 tematów

Pomógł: 3 razy
Ostrzeżeń: 0/2





To ze wspomnień mojego Wspaniałego Ojca.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez daniela j. jarszak dnia 28 Kwi 2017 12:30, w całości zmieniany 3 razy
Zobacz profil autora
PostWysłany: 31 Mar 2016 14:23
Administrator
ADMIN

 
Dołączył: 28 Maj 2005
Posty: 6577
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 13 razy
Ostrzeżeń: 0/2
Skąd: Gdańsk





Dobre.3 Tu i tam śwankuje interpunkcja ale to betka. Brawo!


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
Ze wspomnień Franka
Forum Strona Główna -> PROZA
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)  
Strona 1 z 1  

  
  
 Napisz nowy temat  Odpowiedz do tematu  


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001-2003 phpBB Group
Theme created by Vjacheslav Trushkin
Regulamin