Chcesz schudnąć przed Sylwestrem?
Kup Teraz a 30 dniową dietę otrzymasz za darmo!
Tylko 137 zł TRIZER + indywidualna dieta
Forum Strona Główna -> PROZA -> Wyzwolona
Napisz nowy temat  Odpowiedz do tematu Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat 
Wyzwolona
PostWysłany: 02 Sty 2016 22:57
daniela j. jarszak

 
Dołączył: 16 Sty 2010
Posty: 1000
Przeczytał: 10 tematów

Pomógł: 3 razy
Ostrzeżeń: 0/2





Wyzwolona





Sylwester ten był jakich wiele w podwarszawskich i zapewne nie tylko podwarszawskich klimatach. W domach nowobogackich parweniuszy, w ich prawie że sielskich ogrodach i drzewach bardzo leśnych. Istot, wzajemnie się akceptujących, bo opartych nierzadko na wzajemnej wymianie interesów i wszelkich sąsiedzkich zależnościach. I autentycznych przyjaźniach także. Oczywiście, niemal wszyscy to przesiedleńcy ze stolicy. Zgnębionej pośpiechem i terkotem współczesności.

Sylwester o tyle inny, gdyż zdecydowano, iż będzie on przebierany, to znaczy kostiumowy. A wszystko po to, by przebić nudę corocznej i tak samo niezmiennie atrakcyjnej zabawy, z tym wciąż nieodłącznym rytuałem życzeń o północy, połączonej jak co roku ze strzelaniem fajerwerków, tudzież korków z szampana i szalonej jak zwykle zabawy do białego rana. No, bo w końcu ileż w można w kółko i to całkiem prywatnie demonstrować swoją tożsamość, choćby i najuroczyściej wystrojoną w zwiewne tiule, brokaty i szykowne garniturki, fraki, czy też staranne, wszelakiego rodzaju, współczesne tużurki.

Zatem gości czekała tym razem przymusowa przebieranka. Jednakże Gospodarze zdawali sobie sprawę, że łamiąc schematy mogą się spodziewać, iż oczekiwania te mogą zostać nie do końca spełnione. Tak więc na wsiakij słuczaj przygotowali kilka strojów do wyboru. Tym nie przygotowanym. O dziwo jednak, ale ambicjom wszelkim stało się zadość. Każdy bowiem puścił wodze nie tylko fantazji, ale zapewne wbił się przy okazji w swoje niezrealizowane dotąd marzenia, a może nawet i karmiczne uwarunkowania. Bądź próbował „puścić oko” do tego, co nieuchronnie się działo i na co tak naprawdę jednostkowo nie mamy żadnego wpływu. Toteż było tam dwóch Arabów, dwie Indianki, i tylko jedna na szczęście Cyganka, co zaraz po północy wróżyła każdemu bardzo ochoczo, pomimo że to blond włosa i jasnooka piękność. Obyło się więc bez rywalizacji o ewentualnego klienta. I walki o tego samego gadzio w tym szczególnym przypadku. Był li też Murzyn i Czarna Szansonistka z Nowego Orleanu. Zadziorny Pirat, który na co dzień pełni rolę misiowatego oraz ciepłego ojca rodziny i dość spolegliwego męża. Wreszcie Mnich dostojny, zdaje się, że jakiś tam ojciec z paulinów albo brązowych braci franciszkanów, który wystarczająco ogniście w tańcu tulił bezgrzeszną z wyglądu Białogłowę, być może dobrze sytuowaną mieszczkę, lubo też szlachciankę nawet. Była tam również pięknie podświetlona Panna Choinka, choć orzekła na samych już wstępie, że ona ani jodła, ni świerk, tylko chuinka jest. Nie choinka, tylko chuinka właśnie. Czyli tak jakoś trochę genderowo się zrobiło przez moment. Byłże i sam Kapitan Żeglugi Wielkiej z kordzikiem u boku, jak cała reszta tryskający humorem i twórczą nieustannie weną. Recytował ówże, między szalonymi tańcami i przekąską, znanego przed i powojennego poetę polskiego, niezwykłego humorystę o niepolskich korzeniach. O kim mowa, łatwo domyślić się można. Był i sam Diabeł nawet, co to uwodził, a uwodził niewiasty piękne i mniej nadobne także. A i kibice także zaszczycili towarzystwo wielorakie swoją, śmiałą w tej konfigurcji, obecnością! Jednakże wszyscy w parach. Nawet jeśli ona była z Legii, a on z Polonii, czy też Arki Gdynia, to przyszli, rzecz jasna, za ręce trzymając się jak na przyzwoite małżeństwo przystało.

Natomiast jedna postać wyróżniała się szczególnie. Dość, że była taka jakaś za duża, za postawna, to była sama, bez żadnego męskiego dopełnienia ani wsparcia. W dodatku z przerwą w zębach, taką samą jak u Gołasa. Wiesława, nota bene, znakomitego aktora. A co najistotniejsze, strojem i nie tylko, tak jakoś odstająca od reszty. Bo dość, że ona jedna, bez partnera, to do tego jeszcze chłopka w bardzo zgrzebnym odzieniu. W chuścinie, jakimś stareńkim kubraku. Spódniczynie i trepach.
By ożywić i odświeżyć coroczny rytuał, zaproszono do tego, znającego się od lat i wystarczającego hermetycznego już grona, nową parę. Byli to bardzo dawni znajomi gospodarzy. Z jakichś tam wspólnych artystycznych dokonań z odległej dość przeszłości, ale jednak. I mimo, że nie z Anina, Radości, Józefowa, czy też Miedzeszyna, ale zwyczajnych blokowisk na Żoliborzu, byli samo przez się jakoś tam nobilitowani. No bo bądź, co bądź, artyści w końcu! Samo już to określenie wystarczająco syci wyobraźnię i jest doskonałą pożywką dla snobizmu tak zwanej klasy średniej.

Warszawka, szczególne ma upodobania i lubi się bawić. Na różne sposoby. Może musi odreagować cierpienia starej i prawdziwej Warszawy. Kto wie? Mieszkać, pracować na tak straszliwym Cmentarzysku, to wielka odwaga. Tak czy owak, nieznani obecnie w tak zwanym Środowisku dawni artyści, zaproszeni zostali przez naprawdę sympatycznych i życzliwych światu Gospodarzy, na Sylwestra 2015/ 2016.

Już na samym wstępie, jak to zwykle w takich sytuacjach bywa, nastąpiła wzajemna, starannie ukrywana obserwacja i wstępnie pobieżna ocena, potem wspólny drink, by łatwiej jeszcze było się pooglądać, bez podejrzeń już prawie żadnych i przejść do rytuału bliższego zaznajamiania się.

Ona była całkiem nawet ładna, i nieco oryginalna. On mniej, ale za to wystarczająco przystojny i dość młody. Przy tym bardzo tajemniczy a zatem i mało dostępny. W dodatku nie pił w ogóle, nie czarował rozmową. Ona za to za niego i za siebie. Tryskała humorem i energią. Bo nowe zawsze ją pociągało i fascynowało. Ludzie, zdarzenia i miejsca, a zwłaszcza wszelkie takie udawanki i przebieranki. Bawiło ją także obserwowanie ludzkich zachowań, rozpaczliwych prób ukrywania się pod różnymi maskami. Wszelkie defilady ego smuciły ją raczej, ale tak czy owak miała niezły ubaw, albo też następną i następną lekcję do przerobienia, z czego doskonale zdawała sobie sprawę. Toteż i doskonale wpasowała się w swoją rolę. Zazwyczaj przychodziło jej to z łatwością. I prawie jak Pocahontas co najmniej, dość błyskawicznie zyskała przychylność pozostałych i urzekła swoją lekkością i zwiewnością przemykania się w tańcu pomiędzy wszystkimi. Towarzystwo męskie zwłaszcza, zwróciło na nią szczególną uwagę, bo wszak nowa! A każdy nowy podbój podbija wartość samców, z czego także zdawała sobie sprawę. Przy czym Diabeł miał najwięcej roboty. Na szczęście, kobiety także zdążyły ją zaakceptować i polubić. Przynajmniej na to jedno zdarzenie na pewno, bowiem była na tyle już mądrą, by nie mniejszą uwagą obdarzać kobiety właśnie. Coś na zasadzie: och, siostry wy moje nieszczęsne, wszystkie!

Co najważniejsze, naprawdę kochała dostrzegać te pozytywne zachowania oraz cechy w ludziach i natychmiast nazywać je po imieniu. Wiedziała jak bardzo wszyscy są złaknieni tej eleganckiej prawdy o sobie. Bo czyż pozytywne, nie jest w swej istocie szlachetne, a więc i eleganckie zarazem? Zresztą, cóż jej szkodziło uskrzydlać innych, gdyż sama doskonale wiedziała jak to jest. A że przy tym przychodziło jej to łatwo, to czemu nie? Tak więc nie szczędziła miłych i zasłużonych słów nikomu. Nie miała co do tego wątpliwości, że zasłużonych. Jakże się wszyscy cieszyli i jak ją za to kochali. Nie tak jak On, który taki tajemniczy stał z boku. Pociągający, tą tajemniczością właśnie. Owszem, kochał ją na swój sposób, a nawet posiadał. Niemniej ona i tak zaskarbiała i zagarniała sobie tę miłość od innych tylko dla siebie. Że on na tym potem korzystał, to już całkiem osobna sprawa. I nie była w tym wcale wyrafinowana. Tak się jakoś składało, że czynienie innym rzeczywistej i nieudawanej, ale za to z jak najlepszą intencją podanej, przyjemności, w następstwie rozlewało się potem na nią samą i to niemal w dwójnasób. Więc niech się dzieje teraz, potem i zawsze – myślała, usprawiedliwiając już po fakcie, siebie samą. W końcu, wszystko działo się tak spontanicznie.

Co, zresztą absolutnie nie wyłączyło jej uwagi, tak więc nadal pilnie nasłuchiwała, co w trawie piszczy, bo a nuż coś boleściwie gdzieś zakwili, i a nuż, da się temu jakoś zaradzić.

No i zakwiliło. Albowiem duża, postawna Chłopka, oczywiście pochwalona autentycznie, nie uwierzyła, że dobrze tańczy, że jest naprawdę interesującą osobą. Że dzieli się ciekawymi myślami, aczkolwiek dodatkowa prawda była taka, iż czyniła to nadzwyczaj ostrożnie, niepospiesznie, jakby się bała odrzucenia, oceny, i w najgorszym przypadku, druzgocącej krytyki.

- Ależ ja nie umiem w ogóle tańczyć, jestem głupia, nic a nic nie potrafię… - i tu rozpoczęła dość długą wyliczankę, co robi źle i czego naprawdę nie umie.

- Możesz mi powiedzieć, kto tak bardzo intensywnie mówi przez ciebie, komu zawdzięczasz całą tę rozkoszną listę twojej niemocy i głupoty ? - śmiało wychyliła się, prawie że Pocahontas.

- Jak to komu, przecież Jemu! Nie widzisz, że ja jedna jestem tu sama, tzn. bez pary? Gdyby nie nasza wspaniała gospodyni, czyli Weronika, nie było by mnie tutaj. Dzięki niej w ogóle tańczę, choć nigdy nie potrafiłam, bawię się wreszcie, cieszę się, bo jestem już Wyzwolona…. Rozumiesz, wyzwolona wreszcie! – i tu zaczęła całą swoją opowieść o drodze przez mękę, to jest do wolności swojej własnej – Wiesz, byłam przedtem nikim – wciąż mówiła i mówiła, postawna i Siermiężna bardzo Chłopka – nigdy zawodowo nie pracowałam, a jak widzisz tutaj, to sami architekci, lekarze, piloci, negocjatorzy, artyści, nauczyciele akademiccy, a ja kto? Gospodyni domowa od zawsze! Bo to On mi nie pozwalał nigdy pracować, by mieć wciąż władzę nade mną. Pieniędzmi też rządzi, bo to jego. Zarobione! A bo to raz rękę na mnie podniósł? Nie mówiąc o ustawicznej krytyce, upokarzaniu. Prawda, że jestem nudna? Takich kobiet jak ja jest tysiące i nie chwalą się tym specjalnie. Gdyby jednak nie nasza wspaniała Weronika, to nie leczyłabym się w poradni, nie byłabym pod tak znakomitą opieką. Miałam naprawdę, wielkie szczęście! I dzięki temu jestem już naprawdę wolna. I wreszcie, jak sama widzisz, bardzo szczęśliwa!

Po czym, ruszyła z kieliszkiem wina w ręku w posuwisty tan. Ten i ów lub ta i owa jej w tym dzielnie towarzyszyli, by nie odczuła swej odrębności. Czasami, a nawet więcej niż czasami pląsała jednak sama. Przy tym śmiała się w głos, wygłupiała. W zasadzie jak wszyscy zresztą, poukrywani pod przebranymi różniście postaciami. Mogli więc częściej wpadać sobie w ramiona, obsypywać się komplementami, obściskiwać, cieszyć się wzajemną pomysłowością i przemyślnie ukolorowionym innością, sprytem. Przebranie samo w sobie jakby usprawiedliwiało takie bardziej wylewne zachowania, choć każdy doskonale wiedział , kto jest kto. Jedynie ci nowi byli nieco bardziej skryci. On ubrał się w milczenie jak mógł najlepiej, a ona w rozdawaną szczodrze wszem i wobec serdeczność. Takiej fasady się raczej nie spodziewali. Oni, pomimo wszystko, znali się od lat, jak łyse niemal konie… a tu nagle taki wysyp namiętnej niemalże szczodrobliwości i w słowach i w gestach. Albo ona jest szalona, albo cwana. A on, czort jego znajet? Jakiś taki za bardzo nieśmiały, a może nawet wycofany, a może zdominowany nadto przez wątpliwą już nieco i podstarzałą dostatecznie piękność w stylu i przebraniu Pocahontas.

Pierwsza do ataku przystąpiła Cyganka. Przymusiła wręcz Nieśmiałego Milczka do tańca, który mimo wielu oporów, dał się porwać w ramiona Ślicznej blond Cyganeczki. Następną w kolejce była Siermiężna wielce, ale za to wyzwolona już Chłopka. Była niewolnica, i to o wiele bardziej, aniżeli Isaura. Ta nie odpuściła już milczącemu Przystojniakowi. Adorowała go coraz bardziej namiętnie, z domieszką specyficznej i opiekuńczej bardzo energii i tej, szczególnego rodzaju, pieczołowitości w uwodzeniu następnego widać, Adonisa. W jej mniemaniu na pewno! A Nowemu ów fakt niewątpliwie sprawiał niejaką przyjemność, choć Siermiężna bardzo Chłopka to była, czy Cyganka, ale że w ogóle i że tak bardzo!

Weronika, stała z boku, podobnie jak Nowa czyli prawie Pocahontas, przebrana za Indiankę. Tyle, że bez warkoczyków, ale za to z piórem we włosach. Uśmiechnęła się smutno do swej Czerwonej Siostry, choć pewnie z całkiem innego plemienia. Bez względu na dzielący je czas, znały się dostatecznie dobrze. Obie wiedziały, dlaczego On wcześniej stał i wciąż milczał. Co miał tak naprawdę do ukrycia. I na co czekał.

A Wyzwolona, nawet nie domyśliła się, że wpadła oto w sidła następnego sprawcy, który podobnie jak ona, też się leczył gdzieś tam na Muranowie w odpowiedniej Poradni. Ona jako skrajnie bezradna ofiara, a on jako wyjątkowo bezwzględny i niebezpieczny kat. Dopiero tutaj, w ten szczególny dzień, który miał zakończyć stare i rozpocząć nowe, spotkali się po raz pierwszy.

- I co teraz? – Pocahontas spojrzała na Weronikę.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez daniela j. jarszak dnia 07 Sty 2016 20:08, w całości zmieniany 10 razy
Zobacz profil autora
PostWysłany: 03 Sty 2016 16:23
Administrator
ADMIN

 
Dołączył: 28 Maj 2005
Posty: 6577
Przeczytał: 3 tematy

Pomógł: 13 razy
Ostrzeżeń: 0/2
Skąd: Gdańsk





Nader udatnie spisane. Klimat- rustykalny, osobowości - krwiste, wydarzenia - zacnie podane na tacy wspomnień, jak turban z raków pod beszamelem. Jestem Za a nawet - nieprzeciw! Uściski, Danielo Luba!


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
PostWysłany: 06 Sty 2016 22:09
daniela j. jarszak

 
Dołączył: 16 Sty 2010
Posty: 1000
Przeczytał: 10 tematów

Pomógł: 3 razy
Ostrzeżeń: 0/2





Sławkowi Szlachetnemu, dziękuję serdecznie za wgląd i ocenę. I oczywiście pozdrawiam ogromnie ciepło i serdecznie.

Daniela. Smile


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
Wyzwolona
Forum Strona Główna -> PROZA
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)  
Strona 1 z 1  

  
  
 Napisz nowy temat  Odpowiedz do tematu  


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001-2003 phpBB Group
Theme created by Vjacheslav Trushkin
Regulamin