Chcesz schudnąć przed Sylwestrem?
Kup Teraz a 30 dniową dietę otrzymasz za darmo!
Tylko 137 zł TRIZER + indywidualna dieta
Forum Strona Główna -> PROZA -> Współpasażer cz. 2.
Napisz nowy temat  Odpowiedz do tematu Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat 
Współpasażer cz. 2.
PostWysłany: 11 Sie 2015 22:42
daniela j. jarszak

 
Dołączył: 16 Sty 2010
Posty: 1003
Przeczytał: 28 tematów

Pomógł: 3 razy
Ostrzeżeń: 0/2





Współpasażer cz. 2.





- Daleko pan jedzie? – zapytałam, by się upewnić jak długo skazana będę na tę dziwną i dość nagłą obecność.

- Do Poznania. Jadę tam na badania, bo widzi pani jestem chory na raka. To już kolejny przerzut. Zaczęło się od jelit, następnie przerzut na mózg, stąd moje problemy z równowagą, jak zdołała pani już chyba przyuważyć. Potem zajęło mi nerki, żołądek. Jestem cały oprzyrządowany - w tym miejscu zaczął fachowo wymieniać rurki i worki do których jest podłączony po resekcji co poniektórych narządów.

- Dlatego jestem taki nieporadny i niepewny. Boję się, że w każdej chwili mogę upaść i całkiem stracić świadomość. W tej pierwszej klasie było mi dość wygodnie. A i z pamięcią też mam już coraz większe problemy. I muszę coś koniecznie z tym zrobić. Przecież nie mogę ze Starogardu Gdańskiego wciąż dojeżdżać do Poznania.

- Dlaczego aż tam? Przecież Gdańsk jest zdecydowanie bliżej – zapytałam wstrząśnięta i poczułam, iż moje ciało tym bardziej jeszcze chciałoby uciec. W mysią dziurę, co najmniej. Nie wiem, czy potraktowałam ów fakt bardziej jako zły omen, czy też wyniszczająca choroba zarzucała i na mnie te swoje macki i to mnie ostatecznie tym bardziej przeraziło.

- Taka współczesna odmiana niewidocznego trądu – pomyślałam niespodziewanie - niby nie zakaźna, a masz człecze wrażenie, iż pochłania cię energetycznie i pożera stopniowo i tak nieubłaganie jak ów rak ciało swojej ofiary.

Jednym słowem, atmosfera robiła się coraz bardziej zagmatwana, a wręcz zawiesista, przy tym tak naszpikowana medycznymi terminami, których wolałoby się nigdy nie usłyszeć. Tak jakby siedzący obok mężczyzna odkręcił taki specjalny kurek pełen słów nie do przełknięcia, gdyż wciąż musiał mówić o tej straszliwej chorobie. O jej porażających objawach i o tym jak się obecnie czuje. Na domiar złego, opisywał to w takich detalach, iż trzeba było mieć wybitną odporność, a także cierpliwość, by znieść w miarę mężnie ów potok, tej szczególnie tragicznej w opisie, wypowiedzi.

- Widzi pani, nie od początku mieszkałem w Starogardzie. Miasto, z którym byłem związany zawodowo, to Jastrzębie Zdrój. Niezły paradoks! Zatrute pyłem węglowym, a Jastrzębie Zdrój. To tam straciłem swoje zdrowie. W kopalni, w której pracowałem od 18-tego roku życia. A pochodzę, istotnie z okolic Starogardu Gdańskiego. Tam się urodziłem. W PGR-rze. Rodzice emigrowali z Polski centralnej i wschodniej za chlebem jak wielu i jakoś tam sobie radzili. Nie było nam źle na początku, bo każdy miał swój kawałek ziemi, swoje warzywa, ziemniaki, kawałek sadu, mógł też uchować co się dało, a więc kury, kaczki, gęsi, indyki i świnie. Mleko też nam dawali za darmo, żyło się więc całkiem, całkiem dostatnio, choć nie za bogato. Za to jednak dzieciaki miały co roku bezpłatne wyjazdy na kolonie letnie, a zimą na tzw. zimowiska. W ramach tego wysyłano nas w bardzo ciekawe miejsca w Polsce, na przykład nad morze, albo nawet i w góry. Była to dla nas naprawdę wielka frajda! Każdy też miał pracę. A jak nawet nie chciał iść, to zawsze coś dla niego znaleźli. Tak więc człowiek nie musiał się o nic martwić, a jeśli jeszcze był zaradny, to hulaj dusza - w tym miejscu mój rozmówca zamyślił się i oddalił zupełnie, tak jakby zawisł na tej tak bardzo kruchej nitce wątpliwej, a na pewno odległej już przeszłości.

- Hodowaliśmy też króliki. Było to wówczas moje główne zajęcie. A mieliśmy ich gdzieś tak ze sześćdziesiąt. Żeby pani wiedziała, jakie smaczne mięso z nich było, że palce lizać! Tyle że musiałem codziennie dwa duże worki koniczynki im narwać, liści sałaty, jeśli była, czy też kapusty i mleczu przede wszystkim, bo to lubiły najbardziej. Niestety, mimo że miałem brata bliźniaka, ten jakoś zawsze wymigał się od obowiązków, taki był rozrywkowy. I to zostało mu do dziś. Choć teraz bardzo smutnie to wygląda. Bo wie pani, jak się PGR-y rozpadły, to podobnie jak ojciec i wielu, wielu innych, zaczął pić.

Poczucie niepewności jutra, zagrożenie, zrobiło swoje. Ludzie się całkiem zagubili. Ojciec zaczął robić się coraz bardziej agresywny, jak to po wódce. Brat mu sekundował, a ja nie, więc wszystko skrupiło się na mnie i na Bogu ducha winnej i spracowanej matce.

- Koniec, końców, nie wytrzymałem tego, spakowałem się więc i uciekłem na Śląsk za robotą. Jeszcze w Starogardzie chodziłem do Technikum, ale nie miałem wyjścia. Ojciec coraz częściej podnosił rękę nie tylko na mnie, ale i na matkę. Tego było już za wiele. Na szczęście, siostra wyjechała do Niemiec, a za nią matka. Spokojnie więc mogłem się zająć swoim życiem. Pełen nadziei zaciągnąłem się do kopalni. Pracowałem oczywiście, na dole. Było ciężko, co tu dużo ukrywać. Nie mówiąc o tym, że co pewien czas któryś z nas ginął. Wypadkowość w kopalniach zawsze była duża, ale o pojedynczych wypadkach raczej się nie mówi. Niemniej, dawałem jakoś radę. Później poznałem Ankę. Urodził się nam syn, potem jeszcze jeden syn i córeczka. Najstarszy ma obecnie dwadzieścia jeden lat, młodszy Bartek trzynaście i Kasia, jedenaście lat.

I byłoby całkiem znośnie, gdybym nie zaczął chorować, bo wie pani, kopalnia, to zwyrodnienie kręgosłupa przede wszystkim, następnie zwyrodnienie oraz zapalenie stawów, wreszcie pylica i promieniowanie. Mało ludzi o tym wie, ale przy wydobywaniu węgla pojawia się zazwyczaj metan, tym samym byliśmy dodatkowo i stopniowo napromieniowywani.

- Jakże to? Tylko w Jastrzębiu występuje ten problem? – zapytałam zdumiona.

- Nie, nie tylko w Jastrzębiu, proszę pani, ale i w innych kopalniach także, chociażby w kopalni miedzi. Tam to dopiero mają z tym problem, gdyż tego radu wydobywa się u nich o wiele więcej.

- Tak więc zacząłem chorować na to wszystko, dodatkowo przyplątały mi się polipy na jelitach, które potem zezłośliwiały i dlatego trafiłem do Poznania. Do znakomitego ponoć profesora, ale jak pani widzi, nie najlepiej to wygląda. Miałem już kilka serii chemii. Jeżdżenie co dwa tygodnie, teraz ze Starogardu, zabiera mi dosłownie cały dzień. A trwa to już trzy lata. A nie daj Boże, gdyby mi się coś stało, to nie wiem co z dziećmi.

- Nie pojmuję, dlaczego pan znalazł się w Starogardzie?

- A bo znowu musiałem uciekać, proszę panią. A że nie miałem dokąd, to w strony rodzinne.

- Uciekać? Teraz, w tych czasach? Przed czym, szanowny panie, musiał pan uciekać?

- Żeby ratować dzieci?

- Tym bardziej nie rozumiem.

- Nie wspomniałem, że mieszkaliśmy z żoną w maleńkim miasteczku pod Jastrzębiem, no i ona zaczęła bardzo pić. Zaczęło się niewinnie, ale potem, co ja z pracy czy z sanatorium wracałem, to ona coraz bardziej pijana była. No i kurator powiedział mi, że tak będzie lepiej dla dzieci. Wystąpiłem więc o rozwód. Dla ich dobra. Bo to już nie matka była, tylko wrak człowieka. Najgorsze, że wszyscy nas tam znali...

- Ale dlaczego zaraz uciekać? Chciała je panu odebrać?

- A gdzie tam chciała! choć gadała i gada, że je kocha bardzo i tęskni, ale pani, co to za kochanie, jak ona w majakach tak tylko gada i nic więcej. Z jakimś tam drugim pijanym gachem siedzi i niewiele już ogarnia ten świat, który dla niej samej o wiele za trudny.

- To od nich musiałem uciekać. Od nich. To Oni chcieli mi je zabrać!

- Jacy oni, może pan wyjaśnić bliżej?

- Państwo, droga pani. Państwo! Do sierocińców, kochana. Moje dzieci do sierocińców!?

- Niby za co mieli by je panu odebrać, bo jak rozumiem, sąd wskutek opinii kuratora przyznał je panu, czy tak?

- Tak, ale kurator nie przewidział, że aż tak poważnie się rozchoruję i przejdę na rentę. I tak dziewięć już lat jestem sam z moimi dziećmi. Kasia miała dwa latka jak to się zaczęło. A teraz na dodatek to ukrywanie się. Może gdybym miał spokój, to bym aż tak bardzo nie chorował? A tak te ciągłe nerwy i ustawiczne napięcie, jakbym zbrodnię co najmniej, jaką popełnił.

– Więc wszystko zostawiłem jej, jako że chory ojciec nie może opiekować się dziećmi, spakowałem się czym prędzej i uciekłem wraz z nimi jak najdalej, czyli w strony rodzinne. Innej alternatywy nie miałem. W każdym razie nic innego nie przychodziło mi do głowy. W moim stanie i do tego z dwa i pół tysiąca złotych górniczej renty.

- Jak można się było spodziewać, widzę zdziwienie w pani oczach! Proszę jednak powiedzieć, co by pani zrobiła na moim miejscu?



cdn.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez daniela j. jarszak dnia 17 Kwi 2016 12:58, w całości zmieniany 22 razy
Zobacz profil autora
Współpasażer cz. 2.
Forum Strona Główna -> PROZA
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)  
Strona 1 z 1  

  
  
 Napisz nowy temat  Odpowiedz do tematu  


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001-2003 phpBB Group
Theme created by Vjacheslav Trushkin
Regulamin