Forum Strona Główna -> PROZA -> Ruda
Napisz nowy temat  Odpowiedz do tematu Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat 
Ruda
PostWysłany: 07 Lut 2015 11:05
daniela j. jarszak

 
Dołączył: 16 Sty 2010
Posty: 1004
Przeczytał: 6 tematów

Pomógł: 3 razy
Ostrzeżeń: 0/2





R u d a



- I co?

- I nic, z Rudą koniec.

- Już ci wierzę, kończysz z nią od lat, a potem i tak zawsze wracasz do tej relacji.

Irena miała rację, na tyle lat uwikłać się w znajomość nic nie wnoszącą, błahą i nijaką... Mój Boże, tyle bezsensownych rozmów w miejsce tylu nie przeczytanych książek, nie obejrzanych filmów, straconych zachodów i zenitów Słońca. Tyle zgubionych wiatrów i deszczów, które powinny studzić rozpaloną głowę i rozgrzaną nierzadko do czerwoności twarz. Tyle zmierzchów, świętojańskich robaczków i śpiewu świerszczy oraz cykad poszło w pizdu. W to bezsensowne blablanie bez ładu i składu. W bezmyślne ploteczki, co u siostry, kolejnej rzekomo-koleżanki i cioteczki.

Zośka zdumiała się skąd u niej te klęte wulgaryzmy i wszelkie werbalne idiotyzmy. No tak… tak jakoś zawsze się składało, że kiedy tylko Ruda wyciągała ją na rozmowy, to coś w niej się indorzyło, czupurniało, prymitywniało, obsuwało, a nawet pluło nie wiadomo dlaczego i po co. Żadna to przenośnia, gdyż dosłownie przybywało jej ni stąd, ni zowąd śliny w ustach i musiała pluć i pluć dookoła.

- No, wieesz, co ty tak plujesz? To tak nieelegancko – mówiła niby oburzona Ruda, dość ostentacyjnie pokazując swoją kulturalną wyższość nad głupią Zośką.

- Pluję? – odpowiadała zdumiona Zośka – rzeczywiście pluję. Ciekawe czemu?

Potem pomyślała, że ona pewnie w ogóle tak pluje, tylko o tym nie wie; gdyż, o zgrozo! nawet nie kontroluje siebie samej i swoich najprostszych reakcji. Wkrótce jednak okazało się, że pluje zasadniczo tylko przy Rudej. Przecież jej bezdenna głupota i prostactwo wytatuowane w grymasie jej, nigdy tak naprawdę nie uśmiechniętych ust, prowokowały już od dawna, żeby ją opluć, ale Zośce nigdy nie przyszło to nawet do głowy. Albowiem, ta z kolei słynęła z innego rodzaju głupoty. Otóż z tego ustawicznego, uświęconego stanu przebaczania wszechwszsytkiemu i wszechwszystkim. Tudzież Rudej, którą znała od dziecka.

Ale przecież ciężko tak żyć, gdy głupota pod pachę z drugą głupotą wędruje. Tak łeb w łeb. I to od dziestu już lat. A Ruda, jak to ruda, była cwana. Nad wyraz cwana i do szpiku kości fałszywa i przebiegła. Przymilała się jak kocica, głaskała po zakurzonych i nie docenionych zakamarkach ego, tego i tamtego. Łechtała, łechtała… i by się do takich zosiek, iz i małgosiek, jacków i rafałów…dobrać, miała najprostszy w świecie sposób. Otóż, w najmniej oczekiwanym momencie zaczynała się kajać, spowiadać z grzechów z całego niemal swojego marnego życia. Taka była wówczas przekonywująca, że aż prawie autentyczna. I to aż do bólu uszu słuchającego. Toteż kajanie się Rudej, było w stanie uśpić najbardziej czujną i buddyjską nawet czujność.

- Widzisz, jaka ze mnie zła matka. To moja wina, że Olek jest taki… gdybym miała dla niego więcej czasu, to nie musiałabym teraz kilkanaście tysięcy wydać na tego, pożal się boże, adwokata. Wszystkie moje oszczędności poszły na tego złodzieja i łajdaka. Najlepszy na Wybrzeżu, też mi coś! Tak naprawdę palcem nie kiwnął. Za każdą wizytę, z której przeważnie nic nie wynikało, kazał sobie słono płacić, ale przecież Olek jest niewinny. On dealer, złodziej i do tego napastnik jeszcze!? Nigdy w życiu!!! Ale przecież to moja wina, tylko i wyłącznie, że do tego doprowadziłam…

I tu następowała tyrada za tyradą. Najpierw, bowiem trzeba było zachwycić się jej nadzwyczajną szczerością, bo nikt tak się przecież nie kajał się jak Ruda; a potem trzeba było jej współczuć i koniecznie „reanimować” , bo ona taka nieszczęsna, zagubiona i taka załamana! A najgorsza to jest ta jej Matka, która najlepiej, żeby znalazła się jak najgłębiej pod ziemią. Taka to suka! A teraz jeszcze dodatkowo goni się z tym obleśnym Ryśkiem od siedmiu boleści...

- No, powiedz, sama powiedz, kto to widział, żeby tak na stare lata zwariować? Kochanka - utrzymanka mieć i pławić się w seksie jak jakaś najgorsza zdzira. Żal patrzeć. Mówię ci, Ona wszystko robi, żeby pozbyć się nas z domu i całe mieszkanie mieć wyłącznie dla siebie. I tego pożal się boże przydupasa. Niby taki nawiedzony, bioenergoterapeuta, a przecież Matka to już jego trzecia kobieta. Z ostatnią się jeszcze nie rozwiódł! Wielce mi święty, nawet ubikacji po sobie umyć nie potrafi, chodzi i pierdzi po całym domu jak jaki zwierz nieobyty i ohydny, a ta mu jeszcze nadskakuje i każdym słowem pieści. Taka dla niego słodka i milutka, że sam już ten fakt o pomstę do nieba woła! A my co? Na boczny tor, bo Mamusi miłości się zachciało!?

A matka? A matka jest prostą, ale za to bardzo piękną kobietą. Elegancką, i mimo że chłopka z pochodzenia, to emanuje niepospolitą delikatnością i urodą. Subtelne rysy, nadzwyczaj gładka cera, a także sposób bycia czynią ją wyjątkową. Ma swoje lata i owszem, ale nawet kobiety na ulicy zwracają na nią uwagę.

A Ruda? A Ruda, szara, nijaka. Ni to chłopka ni paniusia, z tym sztucznie przyklejonym uśmiechem na pokaz, z kompleksem brzydszości, gorszości i szarości. Wiecznie też w pretensjach, żalach, plotkach i ocenach. A raczej scenach, gdyż do takiej kategorii zaliczyć można jej życie.

- Zobacz, jakie parszywe jest to moje życie, nic mi się w nim nie udaje, wszystko mi się pieprzy, każdy chce mnie tylko oszwabić, oskubać. Włącznie z Nią, to jest matką.

A matka jak dotąd ofiarna, bo opiekująca się rzadkim draniem, mimo że powalonym trwałym niedowładem kończyn, mężem, wyżywającym się na niej dzień w dzień, była typowym przykładem Penelopy perfekcjonistki, jako że opieka nad sparaliżowanym wymusza perfekcję i nadzwyczajną pedanterię. Inaczej się nie da. Zwłaszcza nad t a k i m sparaliżowanym. To jest nad Ojcem Rudej, którego ta równie nienawidziła i obchodziła z daleka, niczym morowe powietrze. Wiadomym jest, iż choroby układu nerwowego przebiegają w bardzo indywidualny sposób. Jeden SM-owiec jest potulny i łagodny jak baranek, skąpany w permanentnej euforii, szczęśliwy, że ktokolwiek z nim jeszcze jest, inny genialny jak Stephen Hawking, a inny jeszcze, prymitywny i głupi. I właśnie z tej drugiej, to jet wybrakowanej serii, był mąż Matki i zarazem dawca nasienia, gdyż do tego wyłącznie ograniczała się jego funkcja w tej specyficznej rodzinie.

Ustawiczne przekleństwa, wyzwiska, tresura jaką serwował swojej żonie każdego dnia i tak nie były w stanie zmusić jej, by ta oddała go w diabły do jakiegokolwiek hospicjum czy też innego przytułku. A gdy raz do roku zawoziła go do zakłado-sanatorium gdzieś pod Warszawę, rozkwitała wówczas na nowo, jednakże całą swoją energię wkładała w remont mieszkania, ustawiczne upiększanie go, oraz opiekę nad ukochanym wnukiem, nie mówiąc już o pracy zawodowej, wreszcie na przyprowadzanie go do szkoły i ze szkoły, potem na angielski; następnie wyprowadzała wielkiego psa na podwórko, i tak w kółko.

Choć był to pies, a raczej kaprys Rudej i Rudej było też dziecko. Bo Ruda, typowa wielbicielka, pokroju „dupcia”, gdańskiego, alternatywnego świata muzycznego, zaszła w ciążę i wyszła w końcu za jednego z takich niedorobionych perkusistów za mąż. Jednakże uganianie się za cud chłopakami, muzykami, to nie to samo co małżeństwo z jednym z nich. Nie pomogło podnoszenie stanu świadomości poprzez wspólne jaranie itp… Jeśli już, to tym bardziej podziurawiło mózg dość wątpliwej faktury z uwagi na obciążenie chorobą i niewątpliwie wyjątkowo uporczywym i nieznośnym charakterem ojca.

Tak też Ruda uciekła od niezrealizowanego nigdy perkusisty …i wróciła do Matki. Ta dobrotliwie przyjęła ją z dzieckiem około rocznym i miała teraz jeszcze jedną osobę do opieki, bo Rudej w domu w zasadzie nigdy nie było, gdyż zajęta była wciąż bujnym życiem towarzyskim, a przy okazji szukaniem mężczyzny i zapewne wynikłym z tego faktu rywalizowaniem. Z matką i każdą inną w miarę atrakcyjną kobietą. A Zośce także niczego nie brakowało. Była od Rudej starsza, ale kochali się w niej młodsi mężczyźni także.

- Szlak mnie Zośka trafia, że masz takie piękne piersi! Dlaczego ty? Bo na moje purchawki na pewno nikt nie poleci. Do tego jeszcze masz młodszego i wciąż zakochanego w tobie męża i żadnego problemu z facetami, a ja? A ja wciąż nic.

Zośka popatrzyła litościwie i nie powiedziała nic. Będzie jej tłumaczyć, że to nie kwestia piersi? Tak a propos, to Zośkę zaczęły ją wkrótce boleć, te piersi i wykryto u niej guzy. Był to dla niej szok, popadła w depresję, następnie poddała się dwóm operacjom, ale Ruda nie miała o tym zielonego pojęcia, bo orbita Rudej dotyczyła tylko Rudej… Niemniej Zośka chciała, żeby i Ruda miała tego swojego męża i normalne w miarę życie. Dlatego życzyła jej dobrze, a gdy Ruda wciąż się uskarżała, ta cierpliwie jak zwykle, tłumaczyła jej, pocieszała i podobnie jak matka napominała, żeby przestała żyć tylko na zewnątrz. Że pora wziąć odpowiedzialność za swoje życie, że nie sztuką jest oskarżać wszystko i wszystkich dookoła. I najwyższa już pora na wewnętrzną migrację, jeśli chce uzdrowić jako tako swoje życie. Że dziecko, że rodzina jest bardzo ważna, a zwłaszcza dziecko, które cały czas potrzebuje jej uwagi, że winna wesprzeć matkę w opiece nad ojcem i synem. Że przede wszystkim powinna poszerzyć swoje horyzonty umysłowe i przestać w kółko biadolić, oskarżać i nękać otoczenie. Ale Ruda wolała imprezki, romanse i koleżanki, oraz wszelkie słowne tyradki i przepychanki.

Dziecko rosło, więc kupiła mu komputer. Prawdopodobnie też dlatego, że chciała być o wiele lepszą mamusią od swojej Bardzo Strasznej Matki. A przy okazji miała też święty spokój, a i matka mniej narzekała, bo choć nieduże ono jeszcze było, to dziecko, nie zawracało już nikomu głowy i gitary. Bowiem zupełnie zapadło się w świat gier, przemocy i wirtualnych miraży. Oraz pasaży.

Tak więc dziecko rosło, a Rudej zmniejszały się szanse na zwabienie właściwego partnera. Dość, że żony coraz bardziej zaczęły się upominać o swoich mężów, których uwodziła bez najmniejszych skrupułów, to ostatni z nich, partner „najdłuższy”; to jest czasowo najdłuższy, był dobry, kiedy był trzeźwy, a że rzadko był trzeźwy, więc zazwyczaj nie był dobry, a przy tym bywał bardzo wulgarny i chamski. Uciekała więc Ruda za granicę od tego badziewia, od matki, ojca wrednego, i wreszcie od syna, który wskutek ciężkiego uzależnienia od komputera był coraz bardziej agresywny, rozżalony na matkę i zaczął coraz częściej na Rudą podnosić słowo, a i rękę. Zwłaszcza w obronie babki, którą ta lżyła kiedy tylko popadło. Ojciec wziął w końcu i umarł, syn popadł w konflikt z prawem, a Matka Rudej zakochała się jako świeża i piękna wdówka w bioenergoterapeucie, w dodatku z wyższym wykształceniem. Ba!

- I widzisz? taka prostaczka, a jakiego chłopa sobie znalazła, a ja? – miotała się Ruda, niczym ogień na gasnącej zapałce wraz z powiewem małego wiaterku…

Iście, dla Matki, prościuchniej, acz eleganckiej kobiety, to nadzwyczajny ukłon i uśmiech Losu. Za lata poświęceń, to niewątpliwie wspaniała nagroda. Za schorowanego, nieznośnego tetryka, za wycierania tyłka także i wnukowi, za pielęgnowanie psa, który bardziej przypominał bydlę, aniżeli zwykłego psa. Za znoszenie kaprysów córki i jej wiecznie awanturniczych akcji, szczególnie w momencie, gdy trzeba było się dołożyć do czynszu za mieszkanie i tym podobne. Bo zasadniczy problem polegał na tym, że Matka była pracowita jak mało kto, i pomimo że była o pokolenie starsza, to nawet na emeryturze zawsze gdzieś tam dorabiała, a Ruda i owszem, wysypiała się do południa i jakoś nigdy nie mogła znaleźć pracy, a jeśli już, to nigdzie na dłużej nie mogła zagrzać miejsca.

A Ryszard przynosił kwiaty, prowadzał Matkę na koncerty do Filharmonii, do teatru i ponoć ją kochał. I kocha nadal.

I wtedy to już na dobre rozszalała się niezadowolona ze wszystkiego Córka, to jest Ruda, i nie ukrywała, że szlak ją trafia także wtedy, gdy oglądając Pytanie na śniadanie, czy też inne Śniadanie na pytanie w polskiej TV, widziała, jak dobrze się powodzi celebrytom i celebrytkom, jakie mają wypasione domy i fury, oraz ciuchy…. czego już absolutnie nie mogła zdzierżyć... a przede wszystkim tego, że Ewelina czyli Matka tak się błaźni i ośmiesza tą wielce spóźnioną miłością.

- Jak ona śmie, tak się łajdaczyć!

Ile jej się wtedy natłumaczyła Zośka, że Ewelina ma wreszcie prawo do normalnego życia i normalnej miłości, że długoletnia wstrzemięźliwość doczekała się w końcu rekompensaty i wygląda to, jak wygląda. Czyli jak najbardziej naturalnie. Że to Matka w końcu, a nie jakaś tam durna koleżanka - wycieranka i wymaga szacunku, nie tylko za sam fakt, że nią jest, ale także za jej poświęcenie i uwagę jaką obdarzyła również jej syna i za schronienie jakie im udzieliła, choć nie musiała… I że nie można w nienawiści kopać jej grobu i życzyć „by znalazła się wiele metrów pod ziemią” itp...

- Ale ty nie rozumiesz, moja droga, że ONA nie ma prawa tego robić, to też moje mieszkanie! Nie ma prawa wprowadzać tu tego bubka.

Nie, tego Zośka nie chciała rozumieć, jednak wciąż miała cierpliwość, nadal więc próbowała pogodzić córkę z matką, co jej zajęło ostatecznie kilka lat życia. Jak się okazało, nadaremnie. W efekcie tych działań dowiedziała się potem, że Matka jest schizofreniczką, że ona, czyli Zośka też nią jest, i że koleżanki Rudej też są złożone z samych niemal wad i niedoskonałości. I faceci też, że się tylko na nich zawodzi…

Oburzona kolejny raz na cały świat, na matkę, Ruda znowu wybywała do Danii, Holandii na saksy, na co też ustawicznie narzekała. Po jakimś jednak czasie, jak zwykle zmęczona bardzo i zniesmaczona, wracała do staruszki Polski. Tej, nie rokującej jej nigdy i niczego dobrego. Na chwilę więc pokorniała i znowu była pełna kajań i następnej dawki „życzliwości”, by następnie, w najmniej oczekiwanym momencie, znowu eskalować rozpasane emocje, wybuchać i rzucać kalumniami. Najlepiej do tego nadawała się Matka; bo raz, że była tuż pod ręką, a drugi raz, że w końcu zaczęła wymagać od córki nieco samodzielności i jako takiej stateczności...

Zośka miała już dość nieobliczalności Rudej i coraz mniej adekwatnych do rzeczywistości, reakcji. Wreszcie uzmysłowiła sobie, że Ruda nigdy tak naprawdę nie zadzwoniła do Niej. Nigdy nie zapytała jak się czuje, co u niej słychać. Zawsze było tak, iż poprzez Zośkę, Ruda zawsze dzwoniła tylko do siebie. Tej narcystycznej siebie. I zawsze doskonale wiedziała kiedy Zośkę komplementować i uwodzić, by uzyskać to czego chciała; by wreszcie zwalić na Zośkę swoje wszystkie brudy, pełne kiście urazów, zawiści i nienawiści. A do tego całe worki plotek i ploteczek.

- Kiedy byłaś ostatnio w bibliotece? – pytała Zośka bezradnie proponując wiele ciekawych rozwiązań i lektur, a nuż ją co oświeci i przestanie wreszcie tak nienawidzić wszystkich i wszystkiego wokół, ale Ruda jak zwykle tylko obiecywała, obiecywała, nie trafiła tam jednak nigdy, choć piękną bibliotekę miała nieopodal.

Gdyż zwyczajnie nie lubiła wysiłku, wolała raczej prowokować, kiedy trzeba łasiła się, uwodziła, by tylko wyegzekwować dla siebie to, co najlepsze. Taki skrajny typ biorcy. I biada, jeśli tego nie otrzymała. Zawsze też i wszędzie zwracała na siebie nadmierną uwagę, by energia płynęła wyłącznie na jej konto. Nawet w publicznych miejscach próbowała ją zagarnąć tylko dla siebie. Nie, to nie typ Sokratesa okupującego Agorę, by dzielić się wiedzą. To skrajne przeciwieństwo. Typ modliszki, wampirki dającej się zauważyć po to tylko, by wyssać wszystkie soki z naiwnego delikwenta, czy też delikwentki. A powiedz jej tylko, że masz problemy, że jesteś chory, chora, absolutnie nie będzie mieć dla ciebie czasu. I natychmiast ulotni się jak zły duch ze smugi złocistego światła, jak zwyczajny eter, czy nawet kamfora. To u niej najbardziej pewne, przy całej niestabilności emocjonalnej i zapatrzeniu wyłącznie w siebie.

- Powiesz, że jestem okrutna, albo mściwa, ale nie mogę inaczej. Ruda jest po prostu toksyczna. Mam jej naprawdę i serdecznie dosyć!

- Ależ, nie raz już tak mówiłaś, Zosiu - Irena uśmiechnęła się nieznacznie z odcieniem lekkiego politowania.

Słuchałam uważnie i po raz pierwszy zobaczyłam u Zośki zacietrzewienie, którego wcześniej nigdy nie spostrzegłam. Była przy tym tak zdecydowana i pewna siebie jak nigdy.

- Brawo Zocha! – pomyślałam w skrytości ducha. Najwyższa już pora na zupełny remanent! Idiotyzmem jest bowiem, tkwić bez końca w tak wątpliwych układach. Bo, co? Bo się znamy od zawsze? Świnie też, które się hoduje, zna się zazwyczaj od urodzenia, a pereł przed nimi się nie sypie.

- Nie mam już najmniejszych wątpliwości – broniła się Zośka - Przecież wiemy o tym wszyscy, którzy znamy ją od lat. I wciąż się wikłamy, nie tylko ja jedna. Wszak wiesz... – tu bezpośrednio zwróciła się do mnie.

- I pewnie dlatego tak plułam - kontynuowała prawie, że nawiedzonym tonem - Ale tej toksyny nie da się tak zwyczajnie wypluć, wyrzucić z siebie. To tkwi za głęboko w nas. Przynajmniej we mnie... I dopóki nie wezmę zupełnego i bardzo świadomego rozbratu z tą paskudną częścią, którą ona mi odzwierciadla, to będę tak pluła i klęła jak ostatnia kuchta. Albo i jeszcze gorzej. Potrzebuję magii unicestwiania. I tym mi w tym pomożesz, mam nadzieję. Sama nie potrafię, ale gdy to opiszesz choć w najogólniejszym zarysie, to może się uwolnię wreszcie od tej, aż tak chorej relacji. Mam dość takich konstrukcji, a najbardziej mi żal tych wszystkich, w to miejsce nieprzeczytanych książek, nie wysłuchanych koncertów, tylu wspaniałych spacerów, ścigania się z wiatrem i z nadmorskimi falami…

Obiecałam Zośce, że może opowiem to, co ona przed chwilą opowiedziała mnie. Mdła, prymitywna i banalna to historia, jakich tysiące… ale gdyby nie to, że na swojej drodze spotkałam niejedną taką rudą, czy też rudego i że umknęło mi tyle pięknych chwil, może uznałabym temat za niegodny pióra czy klawiatury.

Niewątpliwie, niegodny to być może temat i forma także, niemniej w imię godności umieszczam go tutaj dla tych wszystkich zosiek, iz, basiek i małgosiek, jurków, przemków… i ogórków… I wreszcie dla mnie samej także.

Idąc za głosem, może nie aż tak głupiej Zośki, mówię: precz z wszelką miałkością, przeciętnością, małostkowością i nijakością. Stop plotkom, pomówieniom i nieprzystojnym deliberacjom oraz konotacjom. Wreszcie nienawiści, zawiści i ludzkiej podłości. I wszelkim nieobliczalnym reakcjom.

I niechaj już nikt taki nie stanie na mojej drodze, co by bez powodu mnie nękał i złościł, bo i mnie jest żal tych wszystkich niewysłuchanych, nieprzeczytanych pięknych opowieści, pieśni ptaków i wiatru i tych wszystkich wspaniałych straconych godzin i lat. I chwil, z których niewykluczone, że najlepszy, gdybym mądrzejsza była, dla świata byłby to dar.

I niechaj mnie Zośka więcej o wiersze nie prosi, bo najwyższy już czas, żeby zaczęła je pisać sama...


.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez daniela j. jarszak dnia 10 Mar 2015 20:30, w całości zmieniany 53 razy
Zobacz profil autora
Ruda
Forum Strona Główna -> PROZA
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)  
Strona 1 z 1  

  
  
 Napisz nowy temat  Odpowiedz do tematu  


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001-2003 phpBB Group
Theme created by Vjacheslav Trushkin
Regulamin