Forum Strona Główna -> PROZA -> Niemcy cz.4.
Napisz nowy temat  Odpowiedz do tematu Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat 
Niemcy cz.4.
PostWysłany: 26 Sie 2015 15:34
daniela j. jarszak

 
Dołączył: 16 Sty 2010
Posty: 1004
Przeczytał: 27 tematów

Pomógł: 3 razy
Ostrzeżeń: 0/2





Niemcy cz. 4.




I przeczucia mnie nie zawiodły! Niemcy, naprawdę czegoś od nas chcieli. A mianowicie, prosili o możliwość zaparkowania w naszym ogrodzie samochodu. I to na całe trzy tygodnie, gdyż wybierają się do Sztokholmu promem, a stamtąd rowerem a raczej tandemem przez Finlandię do Tallina i z powrotem.

- Oczywiście, zapłacimy. Niestety, nie udało nam się na parkingach hotelowych znaleźć miejsca - przekonywali usilnie.

- Zapłacić? Ależ, w żadnym wypadku! Olu, podkreśl im to wyraźnie. Chyba nie znają nas Słowian, nas Polaków. Płacić za zwyczajną, ludzką przysługę? Jeszcze czego!

Jak się potem okazało, nie wypływali oni tego wieczora promem do Szwecji, tylko następnego.

- No, dobrze! A gdzie zamierzacie nocować?

- Kak gdie? Ano, w pałatkie!

Jakże byłam szczęśliwa, że przypomnieli mi ten rosyjski radosny, zwyczajny, bo dla beztroskich wagabundów, a nie ze szkolnych akademii i uroczystości komunistycznych. Czyli, że nocować będą w namiocie. Bo pałatka, to nic innego jak namiot, po rosyjsku.

-Tolka, gdie w pałatkie? – dopytywałam cierpliwie, na co Carmen i Uwe nie umieli rzeczowo odpowiedzieć. Wynikało z tego, że gdzieś za naszym płotem i na dziko.

- No, nie! Tak nie może być! Przenocujecie w naszym ogrodzie. Działka duża, przestronna, bo dwunastoarowa. Miejsca u nas dosyć. A i poczujecie się bezpieczniej. A poza tym mamy lody i ciasto; może jesteście głodni? Zapraszamy na kolację!

Czy byli zdumieni? Raczej nie. Może lekko zaskoczeni. Ale, że wdzięczni, to było widać, zwłaszcza że udowodnili to przynosząc jakieś pewnie nadreńskie wino, zdobione pięknie obrazkiem Matki Boskiej z dzieciątkiem na ręku. Ślicznej, w biało-błękitnej sukience z delikatnymi, czerwonymi aplikacjami i też w mocno błękitnej i bardzo zgrabnej butelce.

Nie pozostawaliśmy zatem dłużni i postawiliśmy na stół mołdawskie, wyborne wino z rozmodlonym mnichem na obrazku.

- Prosto z Monastyru, jak widać! - roześmieliśmy się wszyscy na te świątobliwe bardzo akcenty i w takim oto radosnym podnieceniu upłynął nam długi, bardzo ciepły i przyjemny sierpniowy wieczór.

Niemcy, oczywiście opowiadali o sobie. I jak się domyśliłam, pochodzili z Lipska. Ach, ta niezawodna intuicja!

- Olu, toż to Łużyczanie najpewniej i stąd tacy serdeczni. Sami o tym nawet nie wiedzą, dlaczego.

No, ale Wermacht, SS i w najgorszym wypadku Gestapo, to niby skąd? Zza Łaby, czy też zza Menu li tylko? O co to, to nie! Nie daj się zwieść! A ci ludzie paleni żywcem w stodołach w Zamojskim i na Podlasiu oraz na Białorusi? No i Żydzi w Majdanku, Treblince i Auschwitz etc... – dumałam chwilami, powściągając serdeczne emocje, zaprawione gościnnym zwyczajem.

Nie było jednak specjalnie czasu, ani przestrzeni na dociekliwsze rozważania, takiego zwłaszcza, gatunku. Zrobiło się bowiem lekko, wesoło i beztrosko zarazem, jak dawno nie było, wyłączywszy zawsze rozkoszne towarzystwo Ignasia i Halinki.

Carmen, odpowiedziała uprzejmie, że jest nauczycielką, która w bardzo twórczy i oddany sposób pracuje z dziećmi. Nierzadko na łonie przyrody. Uwe, z niemniejszym poświęceniem opiekuje się starymi ludźmi w Domu Opieki.

- No, tak! Mają zapewne wiele do zrekompensowania - dumałam w skrytości ducha - Widać, jakieś tam sumienia posiadają jeszcze i nieświadomie neutralizują błędy, albo i nawet większe przewiny swoich niechlubnych, być może, antenatów. Kto wie, któż to wie, jak naprawdę było?

Słowo: zbrodnia nie było w stanie zagościć w moim myślach w tym szczególnym konstrukcie czasowo-zdarzeniowym. Natomiast, by zapewne zmniejszyć ewentualne napięcie towarzyskie, przypomniałam sobie i inne jeszcze opowieści moich rodziców z czasów II wojny. O tych, co poniektórych dobrych Niemcach z Wehrmachtu, co to dzieciom dawali czasem czekoladę, albo częstowali cukierkami i pokazywali zdjęcia rodziny oraz próbowali tłumaczyć, że oni muszą tu być, choć tak naprawdę, to nie chcą tej wojny i tak bardzo tęsknią za żonami i swoimi dziećmi. Uśmiechali się przy tym przepraszająco i grubo tłumaczyli z wrednej obecności tak daleko od własnych siedzib.

A propos, rodowych siedzib, to rodzice Uwego pochodzili z okolic obecnego Lwówka Śląskiego, a Carmen wspomniała, iż jej rodzina pochodzi z okolic Jeleniej Góry i że jeszcze z rodzicami odwiedzała te tereny i nowych gospodarzy. I o dziwo, byli oni tam nadzwyczaj dobrze i z wielkim zrozumieniem przyjęci, nie dziwi jej więc nasza gościnność i naturalna, w ich opinii, życzliwość. Bo, tacy po prostu już jesteście, wy Polacy.

Gaworzyliśmy tak jeszcze dość długo, między innymi o tym jak nasi Niemcy lubią czytać książki, a my z Olą o tym jak lubimy je pisać; gdy nagle zerwał się mocny wiatr. Wcześniej jednak nasi Niemcy rozstawili namiot pod starą, częściowo uschłą śliwą. Bo tam było w miarę sucho, gdyż nim się pojawili, zdołałam podlać niemal cały ogród, a chciałam by nasi goście uniknęli nadmiernej wilgoci, więc pod śliwą było najdogodniej. Gdyby jednak nie fakt, że zerwał się ni stąd, ni zowąd, ten paskudnie niebezpieczny wiatr.

Na moment struchlałam. Nie tak dawno jeszcze, wskutek wiatru właśnie, zerwał się dość okazały konar, na szczęście nikogo obok nie było! A teraz ta pałatka, z niemiecką do tego, zawartością. Spojrzałam na męża i córkę z niepokojem. Halinka z Ignasiem już dawno byli w domu, gdyż Halinka panicznie boi się burzy.

- Jak tak będzie dalej, to to drzewo niechybnie zwali się na nich – powiedziałam po polsku do swoich najbliższych. Do tego jeszcze zaczęło grzmieć, a w oddali niebo zaczęło coraz bardziej jaśnieć, przecinane od czasu do czasu, rozjaskrawionymi błyskawicami.

Schowaliśmy się w naszej małej altanie, w której miejsca dla gości już nie starczało i z coraz większym niepokojem obserwowaliśmy zachowanie aury.

- Idzie czas, jak widać, wielkiego oczyszczenia. Takiego napięcia w atmosferze dawno już nie było. Zobacz, jak przyroda odzwierciedla nasze nastroje. To się dopiero dzieje! – zagadnął, niby od niechcenia, mój mąż.

- O, tak! Przypadków wszak nie ma. Ale zobacz, oni wcale nie są bezpieczni pod tą śliwą. I co teraz mamy zrobić?

- Nie martw się, to wędrowcy przecież! Czyż nie chwalili się, że zjeździli całą Europę i nie tylko, a teraz będą penetrować Północ, to muszą być nieźle zaprawieni. Jakoś nie widać po nich najmniejszego lęku. Tam pod Moskwą, wielu z nich, którzy w ogóle przeżyli, nieźle się uodporniło, nie uważasz? Mają więc to chyba już we krwi.

- Ale rozstawili tylko tropik, a zapowiada się na wielką burzę! Coś trzeba z tym zrobić!

Mąż, niebawem odwrócił się na bok, przytulił do ściany, syty gorącym letnim dniem a także specyficznymi, bo dość odmiennymi wrażeniami i zaczął w najlepsze chrapać. Ola, podobnie, zasnęła snem kamiennym, a błogim.

Wtem, jak nie zerwie się wichura, ale już naprawdę potężna, jak nie zaczną ogromne krople deszczu rozcinać nabrzmiałą przestrzeń i uderzać z niezwykłym impetem w dach naszego małego domku.

- No, to się zaczęło dziać!

- Psia maść! Ni stąd, ni zowąd zaczęłam myśleć językiem ojca. Jeśli przodkowie naszych Gości Specjalnych byli tylko w Wehrmachcie i nikomu krzywdy szczególnej nie zrobili, to najwyżej ich nieco podtopi ta ulewa straszliwa. Ale jeśli nie daj Boże byli w SS, albo i gorzej, to jak nic piorun w samo drzewo uderzy i po ślicznej, niemieckiej pałatce, nie mówiąc już o tej ludzkiej, albo i niezbyt ludzkiej, reszcie!

Co i rusz zaglądałam do okna i pilnie obserwowałam sytuację. A to zrządzenie Losu! Moi rodzice nie przespali niejedną noc ze strachu przed Niemcami, a ja ze strachu o... Niemców.

Że też Los potrafi się tak czasem z człowieka naigrywać, odwracać te swoje karty, a może najzwyczajniej w świecie wymierza sprawiedliwość?

Tak czy owak, gdzieś tak w środku nocy, nasi goście wychynęli na zewnątrz i podczas największej ulewy zabezpieczyli tropik namiotem. Słychać było tylko stukanie i przytwierdzanie śledzi do podłoża. Ponieważ tej doby zrobili 900 km, musiało to być dla nich nadzwyczaj wyczerpujące. Po czym zrobiło się cicho. Pewnie posnęli dostatecznie umęczeni i szczęśliwi, że oto są bezpieczni. Że rozszalałe błyskawice nie straszą już przez okazałe okna ich tropiku.

Upłynęło niezbyt wiele czasu, gdy pioruny z dojmującymi błyskawicami pomknęły gdzieś nad Półwysep Skandynawski.

Ulewa ustała wreszcie, ustępując pola nocy, by ta jako i zwykle dokonała swojego dzieła. To jest otuliła swą nieprzeniknioną czernią i wyciszyła wszelkie stworzenie. Dopiero tuż przed świtem Księżyc powoli, acz bardzo ostrożnie, wychylił swą okrągłą twarz, i mrugnął porozumiewawczo, że już wszystko w najlepszym porządku! Że najgorsze mamy poza sobą.

Toteż, ja także odwróciłam się na bok, całkiem już wyciszona i rozluźniona jak chyba nigdy dotąd i najspokojniej w świecie, usnęłam.

Tym razem nie śniło mi się nic.


.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez daniela j. jarszak dnia 24 Cze 2016 22:51, w całości zmieniany 23 razy
Zobacz profil autora
Niemcy cz.4.
Forum Strona Główna -> PROZA
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)  
Strona 1 z 1  

  
  
 Napisz nowy temat  Odpowiedz do tematu  


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001-2003 phpBB Group
Theme created by Vjacheslav Trushkin
Regulamin