Forum Strona Główna -> PROZA -> Niemcy cz. 3.
Napisz nowy temat  Odpowiedz do tematu Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat 
Niemcy cz. 3.
PostWysłany: 25 Sie 2015 21:58
daniela j. jarszak

 
Dołączył: 16 Sty 2010
Posty: 1006
Przeczytał: 15 tematów

Pomógł: 3 razy
Ostrzeżeń: 0/2





Niemcy cz. 3.





Wzajemne świętowanie zaczęło się od spokojnego, rodzinnego posiłku. Obfitego zgodnie z przynależnym Zielnym Świętem. Toteż wszelkie płody, jak zwykle letnią porą, królowały na naszym stole i barwiły go kolorami lata. Oraz zachwycały swoimi naturalnymi smakami i sokami Matki Ziemi. Jednakże nie oszukujmy się, że nie było grillowania. Było, a jakże! Lecz tym razem w gronie bardziej aniżeli rodzinnym.

Bowiem, Halinka i Ignaś Michnikowie, nasi wieloletni działkowi sąsiedzi, to takie iskry boże bez których nie może obejść się ani dzień, ani niemal żaden posiłek! Innymi słowy, to dwa ochronne duchy, anielskie eminencje co najmniej i to w niepokaźnych, bo całkiem drobnych ludzkich ciałach. Los, pomimo rozlicznych i nierzadko bardzo trudnych doświadczeń, otacza nas swoimi skrzydłami, co jest wielkim darem łaski; dla naszej, co tu ukrywać, dość niezwyczajnej rodziny, bo o co najmniej artystyczno-ezoterycznych aspiracjach, zmagającej się przy tym świadomie od lat z materią w jej najgęstszym przejawie, to jest z uprawą ziemi. A chociażby po to, by nie stracić kontaktu z rzeczywistością, by zachować równowagę i przejawić w oparciu o to tym większą harmonię.

I nie oszukujmy się: by jakoś w miarę znośnie przetrwać czasy niepewności i ewentualnego niedostatku.

Jednakże nie ma co owijać w bawełnę; przy tak górnolotnych aspiracjach niełatwo jest współistnieć w otoczeniu ludzi mających za ambicje życie bez specjalnych ambicji i wariactw. I dziwactw, które w mniemaniu tegoż otoczenia właśnie, są naszym bezsprzecznym udziałem.

Ale temat ów wymaga osobnej opowieści a nie krótkiego opowiadania; jako że zbyt nasączony jest oceną, niezrozumieniem, wydumaną nierzadko spekulacją, a nawet i potępieniem.

Cóż, za inność, za górnolotne marzenia zazwyczaj płaci się, wprost proporcjonalnie do wysokości tych lotów, wysoką cenę.

A Halinka i Ignaś, to artyści pierwszej wody. Ich dusze są na wskroś piękne, wrażliwe i czyste. Z powiewem tej wiecznej świeżości, o niemałej wewnętrznej przestrzeni, toteż na codzień radosne, wyzwolone ze zbędnych przesądów i ocen. A jeszcze do tego żyją ze sobą całe, nie takie znowu krótkie życie i wciąż się kochają. I to jeszcze jak kochają!

Ignacy Michnik, pułkownik w stanie spoczynku, znakomity dyrygent Wojskowej Orkiestry Polskiego Lotnictwa, również tej od wielkich krajowych festiwali i wspaniałych parad, a także emerytowany nauczyciel muzyki oraz jego, nie mniej artystycznie utalentowana, żona: taki śpiewający, radosny wciąż szczygiełek, nie tylko dodają nam splendoru swoją, pełną życia i wigoru, radością; ale i chronią przed ciemnogrodem, obskurantyzmem i niezrozumieniem, który czasem wychynie gdzieś spoza płota i doskwiera nadto boleśnie.

Ignaś, przedwojenne jeszcze pokolenie, o wiele za wcześnie osierocony, bowiem zaznał jako dziecko aż nadto bólu wojny; podobnie jak jego piękna żona, jest wyjątkowym człowiekiem. Wybitnie przy tym praktycznym, pomysłowym i zaradnym, i nie przesadzę, jeśli dodam, że o znamionach absolutnego geniuszu. Zapewne wynika to po części z tego, iż bardzo szybko musiał się usamodzielnić i jeśli doszedł, do czego doszedł, to dzięki nie tylko wybitnym zdolnościom, ale i samozaparciu, czyli niezwykłej determinacji oraz miłości do muzyki, tudzież do ludzi i świata w ogóle.

A przecież na własnej skórze, szczególnie poprzez rodzinne tragedie, jak mało kto, poczuł niemieckiego buta. Może przez to właśnie tragiczne doświadczenie cechuje go tym większa pokora i mądry dystans do świata i to specyficzne poczucie humoru. Niemniej, humor humorem, ale przez skórę czuć, że tyle miałby jeszcze nam do opowiedzenia. O tamtych strasznych czasach okupacji, o ucieczkach przed wrogiem, o okrutnej walce jego rodziny o przetrwanie i potwornej samotności wynikłej z nagłego osierocenia. Nie przypadkiem, po tym co przeżył, zmaga się z chorobą. Serce ma wszak określoną wydolność.

Jednak każda chwila pomiędzy bólem, pomiędzy ucieczkami Stamtąd, raduje go dosłownie najmniejszym przejawem istnienia. A więc coraz rzadszym lotem trzmiela i ważki, spokojem wszechobecnej zieleni, rozsłonecznionym błękitem naszego wspólnego działkowego firmamentu; wreszcie wspólną obecnością i celebrowaniem niemal codziennym wzajemnych spotkań i zielonych posiłków, jak zwykle zaprawionych lekkością i humorem. W czym niezgorzej celebruje te chwile i zachwyca, zwinna i delikatna niczym sarenka, Halusia.

A my, oczywiście wiemy, a raczej domyślamy się, co by się stało, gdyby Ignaś zaczął opowiadać to swoje tragiczne dzieciństwo. Dobrze, że choć Halinka miała je szczęśliwe, więc opromienia mu jego bolesną przeszłość, którą pozostawił daleko za sobą, a raczej wyparł i rozmyślnie zamienił na zupełne tu i teraz, bo gdyby…

Dzień, jak wspomniałam, zaczął się nad wyraz słonecznie, radośnie. Oleńka pomogła w przygotowaniu posiłku, Halinka z Ignasiem jak zwykle, niczym żywe cząsteczki ubarwiające letnie dni, przemykali między kwiatami i drzewami owocowymi. Do taktu wtórował im, a to motyl biały, a to paź królowej, albo spasiony bąk nabrzmiały dostatecznie nektarem i przypominał, że to kanikuła w najlepszym rozkwicie, że oto czas błogiego odpoczynku i lenistwa niewyobrażalnego wreszcie. Zwłaszcza, że upały olbrzymie rozlały się na nasz kraj, jak bodaj nigdy dotąd. Bywało wszak i to nierzadko, że temperatura w słońcu sięgała czterdziestu i więcej stopni. Nie było zatem większego usprawiedliwienia dla błogiego lenistwa i nic nie robienia.

Już się też i Olga wzięła i rozłożyła spokojnie na leżaku, z książką w ręku jak zawsze, już i ja zamierzałam pójść w jej ślady niechybnie, gdy zza płotu dał oto się słyszeć głos:

- Danielko, Danielko! Jesteś potrzebna bardzo! Jacyś ludzie za płotem pytają o informację. A my ani w ząb nie wiemy, jak im to im wytłumaczyć. Znasz może niemiecki?

- Niemiecki? Halinko, Kochana ty moja! Ja miałabym znać niemiecki? O co to, to nie i nigdy nie! Język odwiecznego wroga i oprawcy? Niedoczekanie! Nie wiem czyje, ale niedoczekanie! – i masz babo placek – a taki był spokój przed chwilą. Jeszcze tylko Niemców brakowało! A to se Matka Boska z nas zakpiła. Że też się włóczą po tej Polsce, po Gdańsku zwłaszcza, kiedy się da i ile się da! Nie mogli by chociaż święta naszego, bardzo szczególnego, uszanować, protestanty, odszczepieńcy jedne? Ale co im tam jakieś polskie i do tego katolickie, święto!

- Hola! Hola! A od kiedy ty taka katolicka i świątobliwa jesteś? – tu się z lekka pobiczowłam po sumieniu, sparszywiałym zanadto codziennością zachłanną.

- Jakby jednak nie patrzeć, jakie by nie było to święto, to jednak nasze, polskie!- wykłócałam się dalej sama ze sobą.

- A przede wszystkim, chyba mnie kara spotkała – odmówiłam moim znajomym artystom spotkania gremialnego, to za karę pan Bóg Niemców spuścił mi na kark. Wszak dwóch tylko. Onego i oną. Ale tych za stado Polaków wystarczy przecież. No, bo ta ich paskudna przeszłość gwarantująca ciężar gatunkowy jakich mało! Że też sami diabli gości takich nadali. I to żeby akurat dzisiaj! A bo to wiadome, co to takie chcą, bo jakoś wątpię, żeby tylko o drogę pytali… bo absolutnie jakoś mi na to nie wygląda...

- Olu, przecież ty znasz niemiecki - olśniło mnie nagle - ONI czegoś od nas na pewno chcą, bo machają, machają tymi rękami! ( już chciałam powiedzieć łapami, ale się szybko ugryzłam w język), a ja niczeiwo nie panimaju. A Halinka, jak widzę, tym bardziej. Ja tylko wiem, że klaine prosiątko po polu galaufen i nic ponadto!

- I czego oni, tak naprawdę potrzebują? – pytałam zniecierpliwiona naszej tłumaczki, co nam z nieba spadła – i zaciekawiona coraz bardziej, bo Niemcy te, ani na groźnych specjalnie, ani na żadnych odszczepieńców, czy dziwolągów nie wyglądali raczej. W dodatku, takie jakieś to to nieduże, niepozorne wręcz, a nawet bardzo zwyczajne i ludzkie. Uśmiechnięte od ucha do ucha i emanujące życzliwością.

- Carmen i Uwe – poprzez Olgę, wyciągnęłam z nich najbardziej podstawowe dane.

- Do you speek english?

- No!

- Pa ruski gawaritie?

- Da, niemnożka! – zaszwargotali twardo miękkie i płynnie brzmiące słowa. Miało się wrażenie, jakby papierem ściernym przeciągnęli po tych śpiewnych słowiańskich spółgłoskach i samogłoskach.

- Aaa…eta charaszo! Zachaditie, pażałujsta! – i nie mam pojęcia, kiedy rozpuściła się cała moja niechęć i wszelkie dotychczasowe uprzedzenia.

Coś w tym stylu jak w tej anegdocie, w której to przyszła babcia do odpowiedniego urzędu, czyli ZBOWID-u prosząc, by przyznano jej emeryturę wojenną.

- Ale za co babciu? Co wyście takiego w czasie wojny robili?

- Partyzantom pomagałam!

- Babciu, a skąd wiecie, że to partyzanci byli?

- A bo w lesie mieszkali, z karabinem latali i czasem przychodzili do mnie głodni. To i pomagałam!

- I co ci partyzanci babciu, mówili?

- Nicht schießen! Hande hoch! Halt ! I takie tam insze…

- Babciu, przecież, to byli Niemcy. Pomagaliście Niemcom!

- A może z NRD-eee? – odpaliła babcia, bez najmniejszej konsternacji.


Takoż i ja sobie natychmiast wykoncypowałam i gestu gościnnego nie poskąpiłam tym bardziej. Żeby przez Niemców, jacykolwiek by zresztą nie byli, gościnność własną w sobie tłumić i ściskać jak dojrzałe jabłko? Toż i tak się sokami z człowieka, wcześniej czy później, wyleje!





cdn.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez daniela j. jarszak dnia 24 Cze 2016 22:42, w całości zmieniany 25 razy
Zobacz profil autora
Niemcy cz. 3.
Forum Strona Główna -> PROZA
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)  
Strona 1 z 1  

  
  
 Napisz nowy temat  Odpowiedz do tematu  


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001-2003 phpBB Group
Theme created by Vjacheslav Trushkin
Regulamin