Forum Strona Główna -> PROZA -> Nasza podróż do Hiszpanii, czyli opowieść o Romanie cz. 10.
Napisz nowy temat  Odpowiedz do tematu Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat 
Nasza podróż do Hiszpanii, czyli opowieść o Romanie cz. 10.
PostWysłany: 20 Maj 2015 22:08
daniela j. jarszak

 
Dołączył: 16 Sty 2010
Posty: 1006
Przeczytał: 6 tematów

Pomógł: 3 razy
Ostrzeżeń: 0/2





Nasza podróż do Hiszpanii, czyli opowieść o Romanie... cz. 10.





Gdy przyjechała po raz pierwszy do Malagi, była oszołomiona ciepłem w środku zimy, niebem rozsłonecznionym, jakiego nigdy dotąd nie widziała. Czyste, białe obłoki, leniwie przesuwające się po rozbłękiconym pejzażu nad jej głową, wlały w nią nie tylko świeżość dotyczącą percepcji, ale i otuchę, jakiej już dawno nie odczuwała. Monotonia związana z niemożnością wyjścia z patowej sytuacji, brak nadziei, dostatecznie ją udręczyły i wypaczyły odbiór rzeczywistości.

Zapomniała o otaczającej przyrodzie. Pięknej, mazurskiej przyrodzie. Stała się ona nadto spowszedniałym i poszarzałym tłem. Nie rozumiała tych zdziwaczałych snobów, tej całej „warszawki” bezkarnie grasującej po pobliskich lasach. Biegających za grzybami, zapamiętale łowiących ryby, wiosłujących z zapałem w swoich kajakach pośród nenufarów pobliskich jezior. Irytowały ją, te całe nienasycone, mieszczańskie hordy. I te żłopiące, gdzieniegdzie piwo, obce watahy ordynusów z innej, czyli nie mazurskiej, ziemi. Ta ich pewność siebie i udawana wielkomiejskość, drażniły ją, nawykłą dostatecznie do spokoju i zastanego ładu i niczym wcześniej nie zakłócanej, ani nie zaśmiecanej przestrzeni. Wkurzały brawurowe popisy warszawskich, zazwyczaj kierowców, kończącymi się nierzadko tragicznymi wypadkami. Spokojny, mazurski pejzaż coraz częściej znaczyli przydrożnymi krzyżami, ci młodociani siewcy spustoszenia i śmierci.

Jakże więc głęboko wreszcie odetchnęła, wyrwawszy się z zakłóconego, a przez to coraz mniej dostrzeganego otoczenia, które nasyciło jej dzieciństwo najpiękniejszymi i najczystszymi wspomnieniami. Gdzie motyl był motylem, biedronka wywoływała dziecięce inkantacje szczęścia i powodzenia, ślimak pokazywał rogi, żeby dać mu sera na pierogi, a połyskające niebieskawym odblaskiem żuczki, skradające się pośród jaskółczego ziela, leśnych fiołków i przytulii, okraszały spokojnie i leniwie płynące dni. Kukułki wyznaczały rytm pór roku, a lilie wodne przypominały o boskim planie. Szczególnie podkreślanym w babcinych, tych maryjnych zwłaszcza, modłach.

Smak poziomki, ukrywającej się pomiędzy listowiem a mchem, na skraju lasu przyległym do ukwieconych, liliowo-tęczowych polan, na zawsze pozostał w pamięci. Nie zastąpi jej zapewne słodycz, nasłonecznionej obficie, hiszpańskiej truskawki, ale zawsze przeniesie, choć na chwilę, do kraju, gdzie wszystko było jeszcze wyraziście czyste i niczym nie skażone.

Zawieziono ją do maleńkiej osady u podnóża Betyckich Gór, z widokiem na Morze Śródziemne. Po horyzont rozlane intensywnym lazurem, który od czasu do czasu, przecinały wielkie, białe ptaki. Ależ była urzeczona tym nadzwyczajnym pejzażem i tą nadspodziewaną rozległością, oraz jasnym, niebiesko-ciepłym pięknem. Ni stąd, ni zowąd znalazła się w Andaluzji. Jakże to wszystko cudownie, wręcz magicznie brzmiało. Andaluzja! Jakby przeniosła się w czasie. Gdzie cała groza jej poprzedniej niemożności zniknęła raz i na zawsze. Jak zły, koszmarny sen, który nigdy już nie wróci. Gdyby nie dzieci, które najmocniej wiązały ją z przeszłością, zapewne by tak chciała. By koszmar ten nigdy więcej się już nie powtórzył. Chce przecież żyć tak kolorowo i pięknie.

Niebywałe! Kąpać się w błękitnym, do granic wyobrażeń, cieple. Jakie to romantyczne – pomyślała odgarniając zmęczone i zwichrzone, nadto długą podróżą, włosy. Raz jeszcze, dość intensywnie przetarła zamglone znużeniem oczy. A może to co widzi, jest tylko złudnym snem? To całe jaskrawe złoto słonecznego światła. Nie rażącego zanadto, którego ciepło wlewało się w nią z wielką łaskawością i łagodnością andaluzyjskiego mikroklimatu. Płynąca od strony pobliskiego morza, dość osobliwa rześkość, wymieszana z bardzo delikatnym zapachem jodu, ożywiła ją tym bardziej i uradowała.

- Naprawdę, warto było zaryzykować, choćby dla tych wrażeń i widoków. To nie to samo, co widziała w telewizji i na najpiękniejszych pocztówkach. Tyle doznań naraz! Niezła z niej szczęściara. Bo i cóż ona tam, na tych Mazurach widziała? Ciągle to samo i tak samo, a tu proszę, raj dla oczu i zmysłów.
Żal się jej zrobiło, że nie widzą tego dzieci i schorowany, mało sprawny mąż.

- Ach, gdyby teraz mogli być tutaj z nią. I razem z nią sycić oczy tym nieobjętym żadnym słowem, ani myślą, zachwytem. Na chwilę przeniosła się do Polski. Dzieci pewnie jeszcze w szkole, mąż coś tam dłubie przy domu, a teściowa pewnie już pitrasi obiad. Może kapuśniak, albo krupnik na skrzydełkach z kurczaka, jak obiecała przedwczoraj jeszcze. Poczuła jego zapach, tak była głodna i zarazem zmęczona wrażeniami i nadzwyczaj nużącą podróżą.



cdn.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez daniela j. jarszak dnia 19 Cze 2016 15:19, w całości zmieniany 16 razy
Zobacz profil autora
Nasza podróż do Hiszpanii, czyli opowieść o Romanie cz. 10.
Forum Strona Główna -> PROZA
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)  
Strona 1 z 1  

  
  
 Napisz nowy temat  Odpowiedz do tematu  


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001-2003 phpBB Group
Theme created by Vjacheslav Trushkin
Regulamin