Chcesz schudnąć przed Sylwestrem?
Kup Teraz a 30 dniową dietę otrzymasz za darmo!
Tylko 137 zł TRIZER + indywidualna dieta
Forum Strona Główna -> PROZA -> Nasza podróż do Hiszpanii, czyli opowieść o Romanie...17.
Napisz nowy temat  Odpowiedz do tematu Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat 
Nasza podróż do Hiszpanii, czyli opowieść o Romanie...17.
PostWysłany: 02 Sie 2015 20:24
daniela j. jarszak

 
Dołączył: 16 Sty 2010
Posty: 1003
Przeczytał: 28 tematów

Pomógł: 3 razy
Ostrzeżeń: 0/2





Nasza podróż do Hiszpanii, czyli opowieść o Romanie...17.





Po powrocie do Polski poszłam do nieopodal mieszkających Bronchitków i spokojnie wyłuszczyłam, ważąc każde słowo, a zatem objaśniając jak najstaranniej, że ich syn wreszcie stanął na nogi. Ma bowiem tam, w tej Hiszpanii, piękne mieszkanie, dobrze zarabia, że go tam kochają, szanują. I że jest tam tak cudownie i on się tym wciąż zachwyca. Więc nie można tam być nieszczęśliwym, skoro samo piękno i ciepło wokół, więc musi tam być i on szczęśliwy! O czym, zresztą cały czas solennie zaświadczał. Bo i tak w istocie było, choć nie było, ale o tym wiedzieliśmy tylko my, że nie do końca było. A i oczywiście, serdecznie ich pozdrawia, choć nie pozdrawiał serdecznie, acz Hiszpanią wciąż się zachwycał.

Cóż miałam powiedzieć, kiedy jego piękna i dobra matka powoli gasła? Z tej wieloletniej zgryzoty, smutku i tęsknoty oraz niespełnienia, dostała raka płuc. I znikała w oczach z dnia na dzień, niczym paląca się woskowa, pięknie rzeźbiona świeca. Ucieszyła się oczywiście na te wiadomości, ale już tylko na miarę smutnej i bardzo słabej przyswajalności jakiejkolwiek informacji. Pożałowała też bardzo pani Bronchitkowa, iż nie dane jej było, tam, do niego, to jest do tej pięknej, cudownej Hiszpanii, pojechać.

- Szkoda, że mnie nie zaprosił, że nie doczekam już tego – mówiła z taką żałością, że trudno było patrzeć - a tak bym chciała zobaczyć jeszcze to hiszpańskie niebo i słońce, lecz przede wszystkim Jego. Może będzie jeszcze z niego człowiek…

- Ależ, powiedział właśnie, że was oczekuje, że zadzwoni wkrótce i zaprosi – łgałam jak tylko mogłam.

Natomiast Bronchitek w swojej dumie, nie powiedział nic. Po raz pierwszy, bo przedtem na wspomnienie Romka tylko klął i wypierał się go jak tylko mógł. Wkrótce rozchorował się na chorobę Burgera. Ucięli mu całkowicie jedną nogę, potem drugą i gdzieś może w miesiąc po śmierci Pięknej i Dobrej Heleny, odszedł i on.

Docent powiadomiony o chorobie rodziców, zdążył jeszcze do matki zadzwonić, ale na pogrzeb nie chciał już przyjechać. Wyrzekł się definitywnie Polski, zrzekł się też spadku na rzecz jedynej siostry. Co tu dużo mówić, bardzo pazernej siostry. Miał tego dokładną świadomość i tym większy ból, że tak naprawdę nie ma już do kogo wracać. Czasem pytał jeszcze o dzieci, ale one zasiliły najgorszy autorament gdańskiego Przymorza. I wskutek matczynych instrukcji bardzo znienawidziły ojca. Włącznie ze śliczną córką. To jasne, że nie powiedziałam mu tego, ale widocznie przeczuwał. Tak więc, nie wrócił już wcale.

Od czasu do czasu dzwonił do nas. Potem opowiadał, że zdarzyło się, niestety tak, że musiał znowu nocować na plaży, że stracił wszystko, a potem zaopiekowała się nim piękna Marija, samotna matka wychowująca syna. Widać, nie był nasz Docent najlepszym przykładem dla jej latorośli, bo Marija po niedługim czasie wyrzuciła go z domu. Na Dolores, która miała go ściągnąć do Argentyny, także nie mógł liczyć, albowiem ta nie odezwała się wcale. I do Hiszpanii także nie wróciła.

Zatem jako bezdomny i bez pracy oraz żadnej ochrony prawnej, nie mówiąc już o zasiłku, bo jego umowa o pracę okazała się ostatecznie fikcją, wędrował tu i tam, aż wreszcie wylądował w stanie skrajnego wyczerpania w San Sebastian. Teraz cieszył oczy Oceanem Atlantyckim, czym znowu zachwycał się jak dziecko, a może jak artysta, bo widać, coś w nim jednak było z artysty, gdyż nawet dzisiaj koledzy z kapeli bardzo wysoko oceniają jego grę na gitarze i pomysły kompozytorskie. Zresztą, ponoć matka była też bardzo uzdolniona, ale rzekomo zdusił w niej wszelkie talenty, despotyczny i nieprzejednany Bronchitek. Kazał jej bowiem sprzedawać kwiaty w jego kwiaciarni, którą miał w ajencji i nic ponadto. Przynajmniej robiła najpiękniejsze bukiety, jak powiadali ludzie, a i sama była pięknym kwiatem, dopóki życie nie wyżłobiło na niej zbyt drastycznych śladów swojej brutalnej i jakże paskudnej, obecności.

O czym myślał Docent, tam, nad brzegiem Wielkiego Oceanu? Pewnie wciąż tęsknił, skoro dzwonił do nas. Wcześniej jeszcze, gdy jako tako mu szło, zapraszał nas ponownie i nie jeden raz. A teraz powiedział, że znowu wszystko jest w porządku. Zresztą, dzwonił tylko wtedy, gdy miał w miarę stabilną sytuację. Kłopoty zazwyczaj skrywał, jeśli już, to mówił o nich po fakcie, ale wtedy był rozbrajająco szczery. Dumę zostawiał gdzieś daleko za sobą, no bo skoro był już na prostej? Może ów, wcześniej tak niechlubny fakt, miał podkreślać tym większe jego bohaterstwo. Że wciąż podnosił się, niczym Chrystus umęczony? Albo i Feniks nawet. Nie wiem.

Ale teraz znowu uspokoił nas, bo powiedział żebyśmy się nie martwili, gdyż w San Sebastian zaopiekował się nim jakiś klasztor.

- Tym skończonym bezbożnikiem, punkiem i anarchistą - roześmiał się z lekką goryczą do słuchawki.

A może tak mi się tylko wydawało? Może wdzięczność do zakonników wzięła nad nią górę? To jest nad goryczą. Trudno zawierzyć słuchawce telefonicznej, zwłaszcza kiedy jest nośnikiem informacji aż z tak olbrzymiej odległości.

Niemniej, od tej pory Roman dzwonił nieco częściej, aniżeli zwykle. Tak jakby zupełnie odmieniony i szczęśliwy, że dali mu pracę, opiekę i dobre słowo. Opowiadał zadowolony, że już dawno nie był taki happy, że jest ich ogrodnikiem i pomocnikiem w każdych innych praktycznych działaniach. Przy tym, z właściwym tylko jemu przejęciem i zaangażowaniem, opowiadał także był, że go bardzo tam lubią, co szczególnie podkreślał, jak na Lwa zodiakalnego przystało. I że jest im ogromnie wdzięczny, ponieważ wyciągnęli go z dna; dali mu wikt i opierunek, i tę szczególną łaskawość, a tym samym, nowe życie.

Uczuć religijnych ani światopoglądowych nie ujawniał, jeśli je w ogóle jeszcze jakiekolwiek posiadał, a my nie pytaliśmy o to. Już samo życie wystarczająco egzaminuje człowieka. Każdego człowieka, zresztą.

Wystarczyło nam, że był tak bardzo zadowolony. Wyrósł wszak na kanwie niezgody i buntu. Czy cokolwiek zostało w nim jeszcze z tej anarchistyczno-punkowej mierzwy? Czy po tak trudnych doświadczeniach i szaleństwach narodziło się cokolwiek nowego, wartościowego? I czy wpływ ojców zakonu i świątobliwych braci zneutralizował chociaż w części, bądź całkowicie, bardzo wątpliwej jakości poprzednie zapędy naszego, w gruncie rzeczy nieskomplikowanego, i nie zdolnego do specjalnych intryg, bohatera? Szczodrego z natury i choć skłonnego do przesady i tragizowania, ale dobrotliwego. I przy tym, w swej prostocie bardzo naiwnego. Nie wiem? Nie potrafię odpowiedzieć. Trudno to dzisiaj ocenić. Jeśli w ogóle, zwłaszcza że na tym ślad się urwał.

Minęło już dobrych kilka lat od tamtej pory, a Roman, nasz punkowy Docent i kolega, już nigdy więcej nie zadzwonił. Natomiast jego telefon tak jakby w ogóle przestał istnieć, jako że wciąż uparcie milczy. Nie wiemy więc, czy Roman, punkowy Docent, wytrwał w nowej roli, czy się zupełnie zatracił? I przepadł na amen. A może penetruje już niebo z tamtej perspektywy? Ten jeszcze jeden kolorowy ptak i łowca szczęścia za wszelką cenę.


.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez daniela j. jarszak dnia 15 Sty 2016 16:31, w całości zmieniany 13 razy
Zobacz profil autora
Nasza podróż do Hiszpanii, czyli opowieść o Romanie...17.
Forum Strona Główna -> PROZA
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)  
Strona 1 z 1  

  
  
 Napisz nowy temat  Odpowiedz do tematu  


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001-2003 phpBB Group
Theme created by Vjacheslav Trushkin
Regulamin