Forum Strona Główna -> PROZA -> Nasza podróż do Hiszpanii, czyli o Romanie...cz. 16.
Napisz nowy temat  Odpowiedz do tematu Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat 
Nasza podróż do Hiszpanii, czyli o Romanie...cz. 16.
PostWysłany: 02 Sie 2015 5:36
daniela j. jarszak

 
Dołączył: 16 Sty 2010
Posty: 1005
Przeczytał: 19 tematów

Pomógł: 3 razy
Ostrzeżeń: 0/2





Nasza podróż do Hiszpanii, czyli o Romanie...cz. 16.






Mieszkanie było bardzo nowoczesne i ładne. Posadzki marmurowe, przestronne, jasne pokoje z widokiem na imponujące góry i Morze Śródziemne. Dość przyzwoity salon z aneksem kuchennym. A w dole oczywiście lazurowy prostokąt, wypełniony wodą, czyli basen.

Czym prędzej wyskoczyliśmy na balkon, oszołomieni i widokiem i wschodzącym coraz wyżej słońcem. Z tym niesamowitym, bo liliowo-różowym poblaskiem zanurzonym w najczystszym, jaki można sobie tylko wyobrazić, głębokim, bo porannym błękicie morskiej toni. Widok był tak fascynujący, że nie chcieliśmy zauważyć stosów śmieci i butelek, ani poczuć odpychającego odoru nieświeżego alkoholu, a raczej jego resztek wyzierających z całego tabunu szklanych, i nie tylko szklanych, opakowań. Począwszy od Jacka Daniel’sa, następnie Martinii, Malagi, do najtańszej bodaj Sangrii.

Tak oto dostąpiliśmy raju stricte Docentowego. Pełen asortyment znakomitych alkoholi, nie mówiąc o puszkach i butelkach po piwie, także najprzeróżniejszych marek, zaświadczał o tym w całej rozciągłości. Alkohol tam bowiem był stosunkowo tani, a wina nasączone słońcem oraz ciepłem, oczywiście przedniej jakości. I olbrzymiej różnorodności.

Mimo potwornego zmęczenia, nie bylibyśmy w stanie usnąć, ani w tym odorze, ani w tumanach kurzu i śmieci. I z powodu nadmiaru wrażeń także. Toteż wszyscy wzięliśmy się błyskawicznie do generalnych porządków, ściągania z wysokości męskich majtek, które miały być atrapą żyrandolu, i odświeżania intensywnego pomieszczeń. Następnie wyprowadziliśmy kilka wielkich wózków z pobliskiego Intermarche, które zalegały w mieszkaniu, gdyż w taki sposób Roman robił zakupy, a następnie poszliśmy po sprawunki. Zrobiliśmy obiad ze świeżych owoców morza, których w markecie było pod dostatkiem i udaliśmy się na kilkugodzinny wypoczynek.

Około osiemnastej byliśmy już na nogach, spodziewając się naszego gospodarza i bądź co bądź, kolegi mojego męża z dziecinnych lat.

Dzwonek do drzwi zadzwonił bardzo intensywnie. Raz, drugi i trzeci. Ucieszyliśmy się więc, i z przygotowanym obiadem w lśniącym oraz pachnącym mieszkaniu, stanęliśmy na baczność jak do salutu.
Docent wszedł, przeciągle rozejrzał się po nas wszystkich, też: raz, drugi i trzeci, potem po mieszkaniu i rzekł:

- No, kurwa, a jednak to prawda! Gdyby nie to wysprzątane mieszkanie, to nadal miałbym wątpliwości. Bo wyobraźcie sobie, że w pracy cały dzień przekonany byłem, że to delirka. I kurwa, wpadłem w taką panikę, gdy zacząłem szukać kluczy! Se myślę, co jest grane, gdzie są moje klucze do mieszkania? I do ostatniej chwili zachodziłem w łeb, co się z nimi stało? I jak tu do was dzwoniłem, to byłem tak przerażony, czy aby na pewno jesteście realni, a ja nie zgubiłem tych cholernych kluczy.

Potem zaczęły się wzajemne wyjaśnienia, tłumaczenia. Uściski i opowieści. Cały dwutygodniowy pobyt był bardzo, ale to bardzo zróżnicowany i to pod każdym względem. Atrakcji turystycznych opisywać nie będę, bo można je znaleźć w każdym dobrym przewodniku. Docent, oczywiście przechwalał się, że teraz wreszcie dobrze zarabia, co udowodnił niebawem wjeżdżając do mieszkania z wielkim wózkiem pełnym jedzenia i następną dostawą alkoholi.

Opowiadał też, nad wyraz szczęśliwy, jak to można bezkarnie trawkę i hasz sobie popalać; jak kokaina, to dobra jego koleżanka i jak pokochała go ognista i piękna Dolores, ale akurat wyjechała do rodziców do Argentyny, i jak go w pracy kochają i szanują, bo nie tylko, że jest znakomitym fachowcem, ale i najwięcej wypić może. Co bardzo, ale to bardzo imponuje hiszpańskim companierom.

- Oj, Docent, Docent, uważaj, wszystko ma swoje granice, obyś znowu nie przeholował. – ale gdzie tam, Docent, jak zwykle wszystko wiedział lepiej. Bo oto wkrótce zostanie kierownikiem i dopiero będzie tutaj rządził!

I tak w kółko! Gdy jednak opadły z niego już wszystkie laury, które sobie tak skrupulatnie i codziennie nakładał; poddawał się straszliwym wspomnieniom i nostalgii. Wspomnieniom bolesnym i po stokroć przeklinanym. Gdyż była to zasadnicza treść jego życia. Cierpienie. Tym intensywniej więc chełpił się Hiszpanią, a przy okazji wyklinał nie tylko piękną Cynthię, ale i swoją ojczyznę i matczyznę, czyli Polskę i popisywał się hiszpańskim, tak jakby wstydził się przepięknego polskiego języka.

Żeby zabić starą, nieszczęśliwą miłość, trzeba było za wszelką cenę stworzyć i nadbudować sobie nową. I ugniatać, wyrabiać ją niczym ciasto na pachnący i pożywny chleb. Albowiem, chleba naszego powszedniego i miłości daj nam Panie… Tak też i Docent nieustanie zaczął wmawiać sobie tę nową, cudownie egzotyczną i niepowtarzalną miłość, gorącą i namiętną jak krew Cyganki i stałą jak lazurowe, hiszpańskie niebo. I z uporem wbijał i wciskał ją nieustannie i boleśnie wręcz, w całe swoje jestestwo, by w ogóle przetrwać. Zwłaszcza na obczyźnie, choćby i najpiękniejszej, była to jedyna możliwość, żeby nie zgubić swojej tożsamości i nie zatracić się zupełnie, gdy większość lat przeżyło się zupełnie gdzie indziej. I trzeba przyznać, że substytut wybrał bardzo godny i piękny, bo jasnym było aż nadto, że zżera go straszliwa nostalgia, do której nie chce się wcale przyznać, że rozpacz wciąż rozdziera mu duszę, że brakuje mu też, tej jego dobrej i pięknej matki, a nawet przygan okrutnego ojca. A przede wszystkim Cynthi i dzieci, co za wszelką cenę chciał z siebie wyrwać niczym dziki kąkol wijący się wokół kłosów, pośród złotych łanów pszenicy.

Brakowało mu wreszcie, polskiej ziemi i obyczajów. I polskich twarzy i mowy ... i krajobrazu zapewne też.

Toteż na co dzień, trudno było z nim wytrzymać. Miotany skrajnościami, wyizolowany zupełnie, na własne głównie życzenie, z czego zapewne mgliście, ale jednak zdawał sobie sprawę, w obłędzie tym szukał niezmiennie towarzysza do nocnej biesiady i wypitki. Tak wiele miał do zgłuszenia w sobie, ale też i do wybaczenia, a tego przecież zupełnie nie umiał. Potrzebował wreszcie zapomnienia całkowitego, ale tego też kompletnie nie potrafił. Zmęczyło to mojego męża, który uciekł stamtąd po tygodniu.

Nam zaś szkoda było ferii, wędrowaliśmy więc gdzie się tylko dało i ile się dało. Z Romanem też rozmawiałam długo. Choć bardziej słuchałam, bo tego potrzebował szczególnie. Chodził potem z nami na spacery, głównie wzdłuż plaży, bo to lubiliśmy najbardziej i nawet nie pił. Zamiast swoimi, cieszył się moimi dziećmi i Oktawią, której wyprawiliśmy wspólnie szesnaste urodziny. Kupiliśmy też w Tarragonie wspaniałą i wymarzoną hiszpańską gitarę. I tak pełni fantastycznych wrażeń, między innymi z pobytu w Barcelonie, wróciliśmy w pół zadowoleni do domu. Bo jednak bardzo smutni i przejęci losem i niewyobrażalną samotnością naszego kolegi. Jego raną, która była wciąż niezagojona i tak bardzo żywa. I choć udawał, że jest inaczej, bo i co rusz przybierał dobrą minę do złej gry, to jednak nie był w stanie nas oszukać.




cdn.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez daniela j. jarszak dnia 19 Cze 2016 17:46, w całości zmieniany 12 razy
Zobacz profil autora
Nasza podróż do Hiszpanii, czyli o Romanie...cz. 16.
Forum Strona Główna -> PROZA
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)  
Strona 1 z 1  

  
  
 Napisz nowy temat  Odpowiedz do tematu  


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001-2003 phpBB Group
Theme created by Vjacheslav Trushkin
Regulamin