Forum Strona Główna -> PROZA -> Nasza podróż do Hiszpanii, czyli o Romanie...cz. 15.
Napisz nowy temat  Odpowiedz do tematu Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat 
Nasza podróż do Hiszpanii, czyli o Romanie...cz. 15.
PostWysłany: 22 Lip 2015 10:45
daniela j. jarszak

 
Dołączył: 16 Sty 2010
Posty: 1006
Przeczytał: 15 tematów

Pomógł: 3 razy
Ostrzeżeń: 0/2





Nasza podróż do Hiszpanii, czyli o Romanie...cz. 15.





I w tym momencie przestaliśmy się zupełnie martwić, gdzie jest Docent. I czy w ogóle jest. Na chwilę choć zapomnieliśmy o tej naszej hiszpańskiej zgryzocie, gdyż ulice tej schludnej nad wyraz i dobrze oświetlonej mieściny, urzekły nas i otuliły opieką jakiej dawno nie zaznaliśmy. Autokar nam tego nie zapewnił. Jeśli już, to umęczył, wymiętosił i zostawił jak najgorsze piętno w naszej pamięci. Wyzwoleni wreszcie z tego ograniczenia, szukaliśmy drogowskazu do Mayami Playa, a że go nie było, chłonęliśmy to, co zostaliśmy na dany moment, a mianowicie przejaw ludzkiej obecności i piękna.

Odmienność stylu architektonicznego, pełnego lekkości, harmonii i jasnych barw, absolutnie oczarowała nas wszystkich. Weszliśmy zatem na środek dość przestronnej i chyba głównej ulicy i zaczęliśmy śpiewać. Była około trzecia nad ranem, czyli jeszcze dostatecznie ciepło i tak jakoś przytulnie, a przede wszystkim zupełnie pusto wokół.

Czyli, że dość kameralnie, albowiem byliśmy tam tylko my. I ani jednego żywego ducha. W żadnym też oknie nie zauważyliśmy najmniejszej reakcji. Nie poruszyła się bowiem ani jedna z żaluzji, bądź firanek. Toteż w tym upojeniu szczególną wolnością i nowością oraz radością z dotarcia do jakiejkolwiek osady; w plątaninie małych uliczek, pomieszały nam się kierunki, iż kompletnie nie wiedzieliśmy, w którą stronę się kierować, by dotrzeć do interesującego nas miasteczka. Jednakże pełni radości, iż dotarliśmy wreszcie do Hospitalet Inn, zachowywaliśmy się dość beztrosko i śpiewaliśmy nadal.

I nagle, na przeciwko nas, wyjechał wóz policyjny. A my, kompletnie nie zrażeni, że maszerujemy samym środkiem jezdni, ucieszyliśmy się tak bardzo, że zamiast przygany, wzbudziliśmy sympatię patrolujących policjantów. Wyrecytowaliśmy znowu, oczywiście na samym wstępie, że my to Polonia, a potem nazwę: Intermarche i że nasz companiero Polacco w hotelu obok, a my tak bardzo pragniemy się tam dostać, ale tę akurat kwestię wyśpiewaliśmy na jednym tchu, lekko i gładko po polsku. Tak więc, panowie pełni kurtuazji i jak zdołaliśmy zaobserwować, zadowoleni a także dumni ze swojej szczególnej przydatności, która wspaniale urozmaiciła nużącą nocną służbę, zawieźli nas pod wskazane miejsce. Z naszej strony oczywiście, nie obyło się bez wylewnego i serdecznego muchos gracias, jako że wdzięczność nasza nie miała granic. A według opisu miejsca i tylko kilku słów, w które wtajemniczył nas Gumiś, oraz fotografii, którą nam dał, niechybnie trafiliśmy do celu. Tak może około 3.30.

Ostatnią zagadką jaką mieliśmy rozwiązać, był sam Roman. Był że on na miejscu, czy też nie? Czułam, że dzieci wolałyby w tym momencie nie mieć już swojej racji i żeby jednak tym razem szaleństwo ich matki wzięło górę. Pal licho całą resztę i niesnaski, byleby tylko już w końcu był!

Kierując się informacjami ze zdjęcia, ano bo Gumiś nie umiał nam wytłumaczyć, pod jakim numerem dokładnie Docent mieszka, jedynie opisał, że okno to on ma na pierwszym piętrze i to na wprost basenu, próbowaliśmy niestrudzenie zlokalizować tę niesłowną Gadzinę. Czyli Romcia M., punkowego Docenta.

Zaczęliśmy więc od wystawania pod oknem i nieśmiałych okrzyków. Romana, niestety nie zdołaliśmy zbudzić, ale świt za to tak. I to dość szybko. Dostatecznie już zdesperowani musieliśmy użyć nadzwyczajnej sztuki, żeby drzeć się tak, iżby obudzić naszego ukochanego Romka, a nie postawić na nogi Bogu ducha winnych autochtonów, bądź innych, bardziej przyzwoitych od naszego Docenta, cudzoziemców.

Jednakże, pomimo opanowania wszelkich arkanów budzenia ala' Romeo Julię, żadne błagalne wykrzykiwania nie odniosły efektu, co dzieci w końcu jednak skwitowały z wyższością, ale i bolesną rezygnacją, że pewnie czeka teraz biedak w Tarragonie i się zamartwia. Bo przecież nasz autokar tam się nawet nie zatrzymał, gdyż Mama oczywiście, wymyśliła to awaryjne wyjście w ostatniej chwili, że ma chłopak teraz nie lada szkopuł. A jeszcze należało wziąć pod uwagę fakt ( o czym bezlitośnie przypomniały), iż on najpewniej od razu z Tarragony pojedzie do pracy. I dopiero będzie! Wszak pracował bliżej Tarragony, aniżeli Mayami Playa. Więc możemy tak nie spać cały następny dzień i wciąż sobie czekać. I czekać… przy założeniu, że ten wagabunda tam w ogóle jeszcze jest! A nie w jakimś Maroku, czy Honolulu.

Zapomniałam oczywiście dodać, że od dłuższego czasu telefon Docenta także był głuchy.

- Jaki szkopuł, jaki szkopuł? - broniłam swoich racji jak tylko mogłam, ale coraz mniej zapalczywie, bo ni stąd ni zowąd, wraz ze świtem zrobiło się tak zimno, że nie szło wytrzymać. Dzieciom kazałam wejść w śpiwory, oparły się więc o murek przy budynku i zaczęły zwyczajnie przysypiać. A ja, oczywiście w ferworze działania, nie czułam zupełnie trzydziestosześciogodzinnej, męczącej nad wyraz jazdy, ani długiego nocnego marszu. Byłam nadzwyczaj ożywiona, gdyż przyświecało mi w tej chwili jedyne i najważniejsze zadanie, to jest wyciągnąć Romka z pościeli.

- Przecież, już dawno by się obudził, gdyby tam był. Bo wygląda na to, że to jest jednak jego okno. Z tego jasno wynika, że go tam po prostu, nie ma! – tym razem zwątpił mój mąż.

- Ależ powinien tam być! Pewnie śpi jak suseł. Gumiś powiedział też, że tu na parterze mieszkają Polacy. Ojciec z synem, bardzo porządni, i żebyśmy w ostateczności zwrócili się do nich. Jest już po piątej, zapewne będą musieli wkrótce wstawać do pracy. Może spróbujemy zadzwonić nieco później, gdy będą na nogach.

Tak też uczyniliśmy. Przyjęto nas z wielkim zdziwieniem, ale życzliwie.

- Oczywiście, że Roman jest. Był tu u nas wieczorem, ale że nie był specjalnie trzeźwy, to pewnie nie może się dobudzić. Oj, pani, czysta z nim kalebania, ale oczywiście, pokażę wam gdzie jest jego mieszkanie - powiedział uprzejmie młodszy z dwóch naszych rodaków.

Jak się okazało, to dzwoniłam nawet i pod numer Romka, pomimo dwóch wejść do budynku. Z przodu i z tyłu. I nie wiadomo, które należało do tej klatki, w której właśnie mieszkał. Numeracja tam była zupełnie inna aniżeli u nas i o wiele bardziej skomplikowana. Niemniej, jakimś psim węchem, dzwoniłam dokładnie pod jego numer, wcale go nie znając.

- Ale trzeba mieć sen! – uświadomiłam sobie dość dobitnie dopiero w tej chwili, o dziwo wcale nie senna, lecz rozbudzona niczym skowronek.

- A może nocą wyjechał do Tarragony? Tak nam przynajmniej obiecywał - tym razem powątpiewałam ja.

Zamiast jednak mnożyć pytania, zadzwoniliśmy. Nie od razu, ale po dłuższej chwili coś szczęknęło w zamku i ukazał się przed nami skacowany, rozkudłany, rozespany i mało przytomny Roman M. czyli punkowy Docent. Z czerwoną jak burak i zakapiorowatą gębą.

- Co, co się dzieje? Co to za żandarm? Kim jesteście i o co tu w ogóle chodzi? Tak o świcie, kurwa i bez żadnego pardonu? A ty Michał co? nie możesz spać? Z kogutem się założyłeś na wyścigi: kto pierwszy dzisiaj, kurwa, budzi? Jeszcze ci ta twoja wieś ze łba nie wywietrzała?

Wybitnie przemęczeni, musieliśmy wyglądać jak cienie samych siebie. Lub co najmniej maszkary, albo też odbicie w przydymionym i niewyraźnym lustrze. Zapomniałam uprzedzić, iż z powodu zimna założyłam na siebie długi, skórzany, ciemnoniebieski płaszcz, który mógł się skojarzyć bardzo jednoznacznie.

I tak oto zostałam żandarmem.

- To wy??? A skąd, żeście się tu kurwa, wzięli? Jakim cudem? Tak z kosmosu żeście, kurwa, ni stąd ni zowąd, spadli!? Co jest grane? Przecież nikt nie zna mojego adresu, co się tu u diabła dzieje? A może mi się to kurwa śni? A ta panienka, to skąd się tu wzięła i co to za jedna?- tu spojrzał, mrużąc i tak dostatecznie nierozbudzone oczy, na Oktawię.

- I gdzie ja w ogóle, do kurwy nędzy jestem? – wyklinał dalej nie rozumiejąc, co się naprawdę dzieje. – nie, to chyba naprawdę jakiś zły sen!

Ale to nie był sen. Docent nie miał czasu na dyskusje, bo przypomniał sobie nagle, że przecież musi iść do pracy. A raczej przypomniał mu o tym Michał, jego sąsiad. Tak więc, gdy nasz bradiaga, co nieco już ochłonął, przywitał się wreszcie, kazał rozgościć, rozdysponował pokoje, zostawił klucze i poszedł. Nie było go niemal cały dzień.




c.d.n.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez daniela j. jarszak dnia 15 Sty 2016 16:59, w całości zmieniany 13 razy
Zobacz profil autora
Nasza podróż do Hiszpanii, czyli o Romanie...cz. 15.
Forum Strona Główna -> PROZA
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)  
Strona 1 z 1  

  
  
 Napisz nowy temat  Odpowiedz do tematu  


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001-2003 phpBB Group
Theme created by Vjacheslav Trushkin
Regulamin