Chcesz schudnąć przed Sylwestrem?
Kup Teraz a 30 dniową dietę otrzymasz za darmo!
Tylko 137 zł TRIZER + indywidualna dieta
Forum Strona Główna -> PROZA -> Nasza podróż do Hiszpanii, czyli o Romanie...cz. 13.
Napisz nowy temat  Odpowiedz do tematu Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat 
Nasza podróż do Hiszpanii, czyli o Romanie...cz. 13.
PostWysłany: 01 Lip 2015 19:34
daniela j. jarszak

 
Dołączył: 16 Sty 2010
Posty: 1000
Przeczytał: 10 tematów

Pomógł: 3 razy
Ostrzeżeń: 0/2





Nasza podróż do Hiszpanii, czyli o Romanie...cz. 13.





Autokar toczył się dalej po szerokiej autostradzie, w oddali majaczyły Alpy, które powoli zaczęły się rozmywać w popołudniowej srebrzysto-szarej i zimnej mgle i zostawać daleko za nami. Znużenie ogarnęło wszystkich, jedynie jeszcze młodzież przekomarzała się ze sobą, fotografowała namiętnie widoki zza szyby. Ciekawość, rozpalona odmiennością krajobrazu, utrzymywała cały czas ich uwagę w napięciu. Ale też podsycała coraz większą radość, zwłaszcza gdy uderzyła nas wszystkich fala cieplejszego powietrza. Wjeżdżaliśmy oto do Montpelier. Niebo zgranatowiało z lekkim pobłyskiem szafiru i zasnuło się głęboko-amarantową czerwienią, na którego tle, żywą, wyrazistą zielenią wybijały się palmy. Widok ten, już egzotyczny, ucieszył wszystkich. Oznaczało to bowiem niedaleką Hiszpanię. Złaknieni finału podróży i ciepła, z niecierpliwością wyczekiwaliśmy granicy.

I oto wreszcie wjechaliśmy w opłotki Półwyspu i wydawało się nam, że było wtedy tak majestatycznie, a nawet odświętnie. Że olbrzymie cienie Pirenejów, które zapraszały nas swą dostojnością i spokojem mgły, osnuwającej ich szczyty, sprawiły, iż wkroczyliśmy w zupełnie inny wymiar. A przy tym soczysta, ciemna i gęsta zieleń aż kapiąca z górskich stoków, oraz ciepłe prądy powietrza, spowodowały, iż zamknęła się za nami cała ta, nie za dobrze wróżąca otchłań i beznadzieja. Że Los sam osobiście podał nam rękę i powiedział z lekkim ukłonem do każdego z nas: voila!
To o tym, z takim namaszczeniem, mówił Roman. To ten właśnie świat z takim przejęciem podawał nam na tacy. Tylko wariat albo bardzo, bardzo zły człowiek nie chciałby się tym podzielić. A Roman widać nie taki wariat i nie taki zły człowiek, skoro wkroczyliśmy już w te bramy raju. I pomyśleć, że tuż, tuż przed nami, ta słynna Barcelona.

I była! Rozlana wielotysięcznym światłem, pomiędzy wzgórzami, na tle indygowego, późnowieczornego nieba. Kolorowym migotaniem uwodziła, zapraszała, kusiła. Niczym królowa miast, imponowała potężną rozległością, czarowała pulsowaniem wielobarwnego światła i wszelakiego dźwięku, panoszyła się, wciskała w wyobraźnię coraz dotkliwej i intensywniej. I jasnym już było, że nie być tutaj, to jakby się urodzić i nie żyć wcale. Że to jak założyć ciężkie obuwie przed lotem w niebo.

Tak właśnie, tą wczesną nocą, bo nim zostały za nami ostatnie światła, zaczęła się już powoli noc, przyzywało do siebie to miasto. Miasto nadziei i zapewne wielu architektonicznych i nie tylko, niespodzianek. Miasto Gaudiego i piłki nożnej. Fantastyczne wciąż widmo odległej rzymskiej świetności i świadek katalońskich zmagań o jego przetrwanie. Miasto Templariuszy, oraz mniejszości żydowskiej poddawanej ongiś najcięższym próbom. Miasto przepysznych mozaik, fresków i miraży. Odwieczna siedziba handlowców, kupców, wilków morskich, wspaniałych budowniczych, wreszcie różnej maści artystów, romantyków i utracjuszy. Jednym słowem, miasto marzeń.

Zafascynowani tym niemal dwumilionowym molochem, rozpostartym pomiędzy niewysokimi górami Collserols, z pyszniącym się szczytem Tibidabo, a wzgórzem Montjuic, ograniczonym rzekami Besos i Llobregat, wzięliśmy głęboki oddech, po opuszczeniu tej fantastycznej feerii świateł.
Wjeżdżaliśmy w zupełną i przepastną ciemność nasyconą gorącym i drgającym powietrzem. Wiedzieliśmy, że następnym przystankiem będzie Tarragona. Serca mojej rodziny zaczęły coraz mocniej uderzać.

- Będzie, czy nie będzie, będzie, czy nie będzie?

- Mamo, jak myślisz, Docent nie zawiedzie nas i będzie czekał w tej Tarragonie? Musimy powoli się zbierać, to już niedaleko.

- Nie, nie będzie czekał – odparowałam nagle, nie wiadomo skąd i dlaczego - i nie będziemy absolutnie ryzykować.

- Ale jak to nie będzie czekał, przecież mówił, że będzie tam o pierwszej na nas czekał.

- A jednak nie będzie!

- Skąd wiesz, przecież musimy tam wysiąść! – w tym miejscu dzieci w padły w panikę.

- Nie musimy i nie wysiądziemy. Pojedziemy dalej, aż do celu. Zapytam, oczywiście kierowcę, czy jest jakiś najbliższy przystanek obok Mayami Playa.

- Mamuś, oszalałaś, co ty w ogóle robisz! Przecież on tam pewnie już nas wypatruje i co teraz będzie? Miał przecież nawet jakiś samochód zorganizować.

- Ano miał, ale jakoś się tego nie spodziewam. I co zrobimy w nocy, w środku nieznanego, nie za wielkiego miasta? Nie wiemy, czy choć dworce mają otwarte. Możemy tam zmarznąć, a potem będziemy musieli wydać dodatkowo pieniądze na podróż pociągiem. A nie mamy ich w końcu za wiele. Nie lepiej więc od razu dotrzeć na miejsce? A przynajmniej w jego pobliże? A nuż, autostrada nie zboczy gdzieś nagle z naszej trasy?

- I teraz nam to mówisz, dopiero teraz?

- Bo dopiero teraz mam jakąś taką dziwną jasność, co robić.

- Mój, Boże, znowu te twoje przeczucia, no a my? Z nami się wcale nie liczysz?

Nigdy nie widziałam większego przerażenia na twarzach moich dzieci, jednakże byłam tak zdeterminowana, jak mało kiedy, iż prosiłam, by się natychmiast uspokoiły i spróbowały mi zaufać. Nie powiem, że przyszło im to łatwo. Ani mnie, jako że po raz pierwszy zobaczyłam jawny bunt w mojej rodzinie, a nawet nieustępliwość, której nigdy wcześniej nie zaznałam. W końcu były dostatecznie wymęczone podróżą i marzyły o jej szczęśliwym finale i solidnym wypoczynku. Jedynie mąż zachował stoicki spokój. Znał moje tego typu szaleństwa i zostawił to tak jak jest. Nie od początku tak było, ale z czasem przekonał się, że nie warto wojować z kobiecą intuicją, przy założeniu, że tym razem znowu, to ona właśnie dała o sobie znać.

Jednakże, intuicja, intuicją, ale zdałam się także na doświadczenie pilota wycieczki i kierowcy. Obaj wytłumaczyli mi, że zatrzymamy się około sześciu do dziesięciu kilometrów od celu, to jest w okolicy w Hospitalet Inn, i że nie łatwo nam będzie dostać się tam z autostrady, ponieważ mamy ciężkie bagaże, że to środek nocy i że kierowca musi specjalnie zrobić tam przystanek, co nie bardzo mu się uśmiecha. Że jest już wystarczająco opóźniony, który to argument tym bardziej przemówił do mnie, by się nie zatrzymywać w Tarragonie. Albowiem byliśmy jedynymi pasażerami mającymi tam wysiąść. Tak więc i do kierowcy trafił ów powód, bo oto ominie go dodatkowe kluczenie po mieście. Wyrzuci gdzieś nas po drodze i pojedzie dalej, czym bezsprzecznie zyska na czasie.



cdn.


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
Nasza podróż do Hiszpanii, czyli o Romanie...cz. 13.
Forum Strona Główna -> PROZA
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)  
Strona 1 z 1  

  
  
 Napisz nowy temat  Odpowiedz do tematu  


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001-2003 phpBB Group
Theme created by Vjacheslav Trushkin
Regulamin