Chcesz schudnąć przed Sylwestrem?
Kup Teraz a 30 dniową dietę otrzymasz za darmo!
Tylko 137 zł TRIZER + indywidualna dieta
Forum Strona Główna -> PROZA -> MATKA KRÓLA: JESSIE CONRAD-KORZENIOWSKA
Napisz nowy temat  Odpowiedz do tematu Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat 
MATKA KRÓLA: JESSIE CONRAD-KORZENIOWSKA
PostWysłany: 19 Wrz 2016 11:35
Administrator
ADMIN

 
Dołączył: 28 Maj 2005
Posty: 6577
Przeczytał: 3 tematy

Pomógł: 13 razy
Ostrzeżeń: 0/2
Skąd: Gdańsk





Sławomir Majewski

JESSIE CONRAD-KORZENIOWSKA






    Książki Josepha Conrada-Korzeniowskiego, stawiam na półce obok książek innego geniusza, Jamesa Joycea. Niechaj to stanowi najlepszy dowód, iż doskonale rozróżniam powinność eseisty względem pamięci o człowieku, osobie prywatnej, od powinności należnej Twórcy dzieł wiekopomnych.



„1896 – [Joseph Conrad] publikuje „Wyrzutka”. Conrad spotyka się z H. G. Wellsem. 24 Marca poślubia Jessie George i zaczyna pisać „Ocalenie” 1



Przeczytaliście? Otóż tak, tylko tyle ma do powiedzenia Internetowa strona [link widoczny dla zalogowanych] 2 (poświęcona literaturze, sztuce i twórcom epoki wiktoriańskiej) o Jessie Emmeline Conrad-Korzeniowskiej i jej wpływie na życie oraz twórczość Józefa Teodora Konrada Korzeniowskiego.

Szukałem w Internecie, szukałem w rozlicznych, opasłych tomiszczach jakichkolwiek „faktów, danych, liczb” na temat żony Józefa Conrada. A im więcej szukałem, tym mniej znajdowałem. Że się urodziła, wyszła za mąż i, jak to się ludziom czasem przydarza, umarła? Tak, to jest odnotowane. I że urodziła mu dwóch synów. I jeszcze, że swego czasu napisała memułary, które według wielu, nigdy napisane być nie powinny. Natomiast a propos Conrada, co i raz napotykam teksty w rodzaju: publikuje to, spotyka się z tym, choruje na, w roku X zaczyna pisać powieść pod tytułem, a potem żeni z tą... No, jak jej tam? Żeni się z tą, no... No, z taką jedną angielką. A, nieważne!

Wieki temu przeczytałem wspomniane memułary pt. „Joseph Conrad” 3 pióra tejże, absolutnie zbędnej Jessie, wymuszone na niej nieustającymi, męczącymi prośbami rozlicznych wydawców dzieł Conrada. Chcieli, żeby wieloletnia małżonka pisarza ukazała go nie jako pomnik ze spiżu, tylko człowieka z krwi i kości. A w dodatku by ze szczegółami opowiedziała, jak żył i zachowywał się na co dzień: o poranku w kapciach i bonżurce, przy obiedzie, w podróżach etc. Conrad jak żywy? Tak właśnie; o takiego Conrada im chodziło. A więc otrzymali, czego chcieli.

„Joseph Conrad and His Circle” (taki tytuł nosi oryginał) to żadne dzieło. Ot, typowe, rozwlekłe a miejscami po prostu zanudzające Czytelnika zbędnymi a licznymi szczegółami i szczególikami „czytadło”. O czym możemy w nim poczytać? Głównie o życiu codziennym dosyć inteligentnej angielskiej damy, zakochanej w swoim najpierw narzeczonym, wreszcie mężu, pisarzu cholernie długo „początkującym”. O życiu damy, która opisuje nie tyle stylistyczne czy tyczące formy rozterki trapiące literackiego giganta, ale jego codzienne śmiesznostki, słabostki i niekończące się, męczące całe otoczenie jego upierdliwości. Upierdliwości wynikające nie tylko z rozlicznych fizycznych schorzeń go trapiących, których nabawił się w tropikach, ale też z faktu, że Conrad pisarzem był i to niepoślednim. A jak wszem i wobec wiadomo, pisarzami niepoślednimi targają nieludzkie wątpliwości, obawy i jakże liczne: twórcza niemoc, wzloty i upadki. Z przewagą upadków.

Cóż się dzieje, gdy wyżej wymienione dopadną takiego geniusza? Wtedy geniusz zaczyna pić wódkę, zabawiając się przy tym brzydko z kobietami lekkiej konduity a przy lada okazji leje swoje połowice gdzie popadnie. Tak czyni geniusz standardowy lecz nie on, Józef Konrad-Korzeniowski, szlachcic polski, który poza herbem Nałęcz miał w sobie jak rasowy Anglik spleen i umiejętność bycia gentlemanem w każdym calu. Kiedy dręczyły go zmory niemocy nie okładał żony bykowcem, tylko skarżył się na papierze. Ot, tak na przykład:



„ Co rano zasiadam nabożnie do biurka, siedzę nad nim osiem godzin dziennie i oto cały rezultat (…) piszę trzy zdania, które skreślam przed wstaniem od biurka z uczuciem rozpaczy”, „Bywają dnie, kiedy wydaje mi się, że nie jestem w stanie ułożyć zdania, a bywają i takie, kiedy nie mogę nic wymyślić, co można by ubrać w zdanie”.



Właśnie tak prywatnie pisał do znajomych, albowiem pan Józef, gdy pisarzem wielkim nie bywał, to bywał człowiekiem prywatnym. A gdy jego duszę rozszarpywały potwory formy i stylu, odbijało się to na ciszy domowego ogniska, co wiemy ze wspomnień Jessie. I nie tylko jej.

Wielu twierdzi, iż prywatnego życia wielkich ludzi nie należy wywlekać na widok publiczny. Że niby: Sza, ani wrzasku! I z pewnością niemało w tym racji, albowiem artysta każdej profesji winien być oceniany tylko i wyłącznie przez pryzmat swych dzieł. Dzieł, a nie alkowianych zboczeń i perwersji czy upodobania do flaszki lub nierządnic (Joyce i miliony innych), kawy o śmiercionośnej zawartości kofeiny (Balzak), opium (Byron), haszysz (Rimbaud), kokaina, morfina + „pyfko” (Witkacy); marihuana, LSD, heroina (Ginsberg, Leary i inni).

A weźmy pod lupę choćby takiego Villona. Francois Villon, urodzony de Montcorbier (albo des Loges) był pospolitym oszustem, kurwiarzem, alfonsem, złodziejem kieszonkowym, włamywaczem i nożownikiem. A w dodatku mordercą; co fakt, to fakt. Ale wielkim poetą był. I to jakim poetą! Ech, ta jego „Ballade Des Dames Du Temps Jadis"? Jezu słodki! Ho, ho!



Dites-moi où, dans quel pays,

Est Flora la belle Romaine,

Archipiades, et Thaïs,

Qui fut sa cousine germaine,

Echo, parlant quant bruit on mène

Dessus rivière ou sur étang,

Qui beauté eut surhumaine?

Mais où sont les neiges d’antan?



Czy na starość, gdy patrzył na swoje pomarszczone dłonie spisujące testament na pergaminach, widział na nich krew i łzy ukrzywdzonych przez siebie? Może tak, może nie. Może miał to gdzieś; kogo obchodzą „niegdysiejsze śniegi”? Więc dlaczego dzisiaj ma nas to obchodzić? Jak nikogo dziś nie obchodzi, że owe „Panie minionego czasu” Villona-rzezimieszka, to nie żadne eleganckie damy, jakie chcielibyśmy widzieć czytając powyższe strofy, tylko wysmolone, obdarte, najczęściej niepodmyte, przedajne dziewki-złodziejki z podłych lupanarów nocnego Paryża, mrocznego imperium Wielkiego Coezre. Nam powinna starczyć wiedza, że Villon napisał „Wielki Testament”, średniowieczną perłę nad perłami i basta! Jakich czytelników jego poezji obchodzi dzisiaj, że za żywota dwukrotnie skazywano go na szubienicę za kryminalne zbrodnie? Albo to, jak mu się upiekło? Zainteresowanym wyjawię: raz osobiście interweniowała królowa Francji podpisując akt łaski, a raz osobiście Pan Bóg, gdy Villon urwał się ze stryka.

Uczynię odstępstwo od zasady nie mieszania się w życie prywatne wielkich ludzi i poproszę Czytelników, by w przypadku Jessie Conrad nie krytykowali jej samej ani jej książki; nie wolno. A nie wolno, bowiem to Ona właśnie stworzyła mu warunki do napisania tego, co napisał i tego jak napisał. A bez czego byłby autorem co najwyżej „Szaleństwa Almayera”.

Jak śmiem tak twierdzić? Ano śmiem, bo mam pod ręką zestaw dat, nieprzyjemny dla szydzących z tej „grubej kucharki” Jessie. 1895 Joseph Conrad publikuje „Szaleństwo Almayera”, w 1896 poślubia Jessie a po ślubie, chronologia jego literackich dokonań wygląda tak: 1896 „Wyrzutek”, 1897 „Murzyn z załogi Narcyza" a po nim w 1900 „Lord Jim”, otwierając listę arcydzieł, które tworzył aż do śmierci w dniu 3 sierpnia 1924 r ,.

Czyli, że w okresie blisko czterdziestolecia pan Józef nastrugał zaledwie jedną powieść (która przeszła bez echa) a po ślubie z Jessie wszystko to, co uczyniło z niego geniusza. Geniusza i największego stylistę literatury angielskiej, jak zgodnie piszą o nim krytycy literaccy całego świata.4 A propos: a to ci przewrotność losu, facet zaciągający z polska kresowym akcentem (urodził się w Berdyczowie), największym stylistą literatury angielskiej! Lecz kto go nie czytał dla smaku budowanych zdań, ten nigdy nie zrozumie na czym polega prawdziwa wielkość w literaturze.

W eseju poświęconym żonie Jamesa Joycea, Norze z domu Barnacle, wystrzępiłem sobie ozór by udowodnić, iż małżonka autora „Ulissesa” nie miała żadnego intelektualnego wpływu na powstanie czegokolwiek, co napisał małżonek. Że była jego inspiracją erotyczną? Oczywiście! Bez niej nie byłoby postaci „Molly Bloom” i genialnego monologu „Tak”. Bez jej seksualnego, wręcz opętańczego wpływu na Joycea, nie powstałaby nielicha pajda tego dzieła.



CZYTAJ CAŁOŚĆ

[link widoczny dla zalogowanych]

.


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
MATKA KRÓLA: JESSIE CONRAD-KORZENIOWSKA
Forum Strona Główna -> PROZA
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)  
Strona 1 z 1  

  
  
 Napisz nowy temat  Odpowiedz do tematu  


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001-2003 phpBB Group
Theme created by Vjacheslav Trushkin
Regulamin