Forum Strona Główna -> PROZA -> Mała wielka wojna
Napisz nowy temat  Odpowiedz do tematu Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat 
Mała wielka wojna
PostWysłany: 11 Gru 2016 0:36
daniela j. jarszak

 
Dołączył: 16 Sty 2010
Posty: 1006
Przeczytał: 15 tematów

Pomógł: 3 razy
Ostrzeżeń: 0/2





Mała, wielka wojna.




Wspominać tamten czas jest szalenie trudno. Zbierałam się całe lata, by zamknąć to chociażby w poezji i nic. Jest już kolejny grudzień. Obecnie mamy 2016 rok. Od tamtego, to jest 1981 minęło ich tyle. Rok w rok uroczyste obchody, wspomnienia tylu uczestników i obserwatorów mimowolnych, tamtych jakże znamiennych, obrosłych już w wielką legendę, wydarzeń. Powstały niezliczone reportaże emitowane w telewizji polskiej i zagranicznej. Zapis czasów heroicznych, świetlanych dążeń i nie wiadomo jakich oczekiwań. Albo też cichego przyzwolenia na dzianie się takie nie inne, jako że większość, według moich ówczesnych odczuć, nie miała zielonego pojęcia, o co tak naprawdę w tym wszystkim chodzi. Dała się zwyczajnie porwać fali historii, a także zbiorowej histerii tamtego okresu.

- Daniela, dzieje się strasznie dużo się w Stoczni. Strajk. Jest wielki strajk! Robotnicy zbuntowali się, chcą podwyżek. Niejaki Wałęsa stoi na ich czele, co ja ci będę mówił. Sama musisz to zobaczyć. Koniecznie! Ja cały czas tam jestem. Robię zdjęcia. Łatwo nie jest. Namierzają nas z helikopterów. Chcą wyłapać wszystkich, ale nie damy się – wykrzykiwał do mnie w biegu, pod klatką na gdańskiej Zaspie, Andrzej. Andrzej Zinkiewicz, wielki idealista i społecznik. Kochany przez zaspiańską młodzież.

Wcześniej, 13 grudnia 1881 ogłoszono stan wojenny. To była niedziela. Nie muszę sprawdzać żadnych kalendarzy wstecz. Tej daty nie zapomnę do końca życia. Obudziłam się w niedzielę wyjątkowo wcześnie rano. Bardzo niespokojna. Obudziłam też, najszybciej jak tylko mogłam, męża.

- Miałam straszny sen. Okropny sen. Wpadli jacyś ludzie do mieszkania Wałęsów i wynieśli trumnę z Lechem. Dziwne, dziwne to jakieś wszystko i straszne!

- A ty znowu swoje! Sen mara, Bóg wiara - ziewając, przeciągnął się leniwie mąż.

- Aresztowali Wałęsę, rozumiesz! Taki obraz wróży jakieś straszne zmiany. Dzieje się coś naprawdę niedobrego. To naprawdę nie jest zwyczajny sen, czuję to przez skórę. Stało się coś okropnego! Lepiej wstań i włącz telewizor.

Z ekranu uderzyła nas, jak grom z jasnego nieba, prawda. Prawda jakiej nikt z nas się nie spodziewał. Dzieci miały zaledwie sześć, oraz cztery i pół roku, a ja 27 lat. Mąż niewiele więcej. Wszystkie poprzednie lata, wciąż straumatyzowani tragedią drugiej wojny światowej, rodzice, karmili mnie jej okrucieństwem. Tego było aż nadto. Ich nieprzejednanie w bólu i rozpaczy po najbliższych, prześladowało mnie całe dzieciństwo, młodość i w miarę dorosłe już życie. A teraz znowu wojna! Szok, niewyobrażalny szok. Jak to możliwe? I cóż w końcu takiego zrobiliśmy, że ogłoszono stan wojenny? Głowy mieliśmy wtedy pełne ideałów. I nie najgorszych pomysłów. Przede wszystkim jednak, chcieliśmy tylko prawdy i nic więcej. Chyba przecież po to żyjemy wszyscy na tej Ziemi, by ją ostatecznie rozpoznać. Przebić się przez gęstą materię nie jest łatwo. Ale przecież chyba warto szukać nieustannie, by pojąć istotę bycia. I jego sens. A za to przecież karać nie należy, a cóż dopiero wszczynać wojny. Upadlać się nawzajem i sobie wzajemnie zagrażać? I to w imię czego?

Przytuliłam mocniej, aniżeli zwykle, dzieci. Byliśmy owładnięci dziwną niemocą, tak jakby ktoś, ostatecznie już, sparaliżował nam wolę. I to tak, że nie wchodził w rachubę nawet co niedzielny spacer nad morze. Siedzieliśmy wówczas cały dzień w domu zdumieni, a także oszołomieni całą sytuacją. Nie było do czego, do kogo się odnieść. Nie było najmniejszego wówczas substytutu pocieszenia. Szklana skrzynka, to jest telewizor, można powiedzieć, że oniemiała zupełnie. Podobnie radio. Komunikaty spikerów w wojskowych mundurach, a wcześniej postać generała Wojciecha Jaruzelskiego, obezwładniały tym bardziej. Mąż, wcale nie wyglądał na macho, ani na zapowiadającego się bohatera przyszłości, tak dalece teraźniejszość wydała się być niezrozumiała. Poza tym prowadził swoja prywatną walkę. Walkę z SM. Za wcześniej też było na jakiekolwiek spekulacje.

Nie pamiętam, jak dotarła do mnie informacja o aresztowaniu Wałęsy, ale że dość szybko, to pewne. Mieszkał na przeciwko nas, w tym samym podwórku. Tym razem z jego okna ziało pustką i niesamowitą, niemal grobową, ciszą. I w zasadzie, znikąd żadnej informacji co do szczegółów wydarzenia. Jednakże, najbardziej godnym podziwu emisariuszem był właśnie Andrzej. Był wszędzie tam, gdzie wówczas być nie powinien. Zapalony i bardzo przejęty tym, co się stało.

- Pod Stocznię, musisz iść pod Stocznię i zobaczyć jak to naprawdę wygląda tam, na miejscu. Tam dzieje się nowa historia! Nie można przegapić takiego momentu. O dzieci się nie martw, nic ci się nie stanie, choć nie ukrywam, że jest gorąco. A nawet bardzo gorąco.

Co do tego, że było bardziej, aniżeli gorąco, nie miałam najmniejszych wątpliwości. Pracowałam wówczas na gdańskiej Starówce. Na Ogarnej. Tam miałam Pracownię Teatralną. I tam udało mi się wyreżyserować spektakl pod znamiennym tytułem Postulat 22. Dotyczył oczywiście wydarzeń sierpniowych i nie tylko. Za kanwę scenariusza posłużyła mi poezja strajkowa i to, co rozgrywało się wokół. Wtedy i w grudniu 1970. Młodzi aktorzy byli rozgorączkowani i pełni entuzjazmu, jak nigdy dotąd. Cudem więc wystąpiliśmy na Ogólnopolskim Festiwalu i publiczność oniemiała. Nikt w Polsce wówczas nie miał dokładnie pojęcia, co tak naprawdę działo się na Wybrzeżu w owym czasie. Tak więc, gdy wnieśliśmy z widowni na scenę, na drzwiach Janka Wiśniewskiego, publiczność była w szoku. Na widowni zawisła brzemienna w zaskoczenie, oraz dziwny niepokój, cisza. I trwała dość długo po zakończeniu spektaklu. Takiej konfrontacji z rzeczywistością nikt się wówczas nie spodziewał. W tym miejscu należy dodać, że Wajda wykorzystał tę scenę o wiele później w swoim filmie: Człowiek z żelaza. Pieśni strajkowe, które wówczas wykorzystaliśmy, oraz zdobyte wtedy cudem taśmy z rozkazem Kociołka, by strzelać do stoczniowców, które podkreślały w spektaklu wagę zdarzeń i prawdziwe ich oblicze, wstrząsnęło widownią bardzo.

Dlaczego wystąpiliśmy gdzieś tam w Polsce? Ano bo nikt się do końca nie spodziewał, z czym naprawdę przyjedziemy. Prawdziwą jednak premierę mieliśmy mieć właśnie 13 grudnia 1981 w Gdańsku. Chcieliśmy w ten sposób budzić sumienia tych, którzy zapomnieli o takich podstawowych kategoriach. Tych, których totalitarny system pochłonął niemal zupełnie. Ale nie zdążyliśmy. Ogłoszenie stanu wojennego, dokładnie w dniu planowanej premiery, odebrało nam taką możliwość bezpowrotnie. Jednakże do pracy można było jeszcze jeździć. Oczywiście, zintensyfikowano wówczas podsłuchy, i wszelaką filtrację, toteż trzeba się było bardzo pilnować; by wszystko grało w dzienniku zajęć, bo każdy pretekst był dobry, by wylecieć z pracy. Pilnowałam się, jak mi się wydawało, dość mocno. Jednakże prasa warszawska bardzo mocno zareagowała na mój spektakl podczas festiwalu i de facto, było już po mnie. Zresztą, Służby Bezpieczeństwa już dawno miały mnie namierzoną, bo od czasów szkoły średniej jeszcze, a potem studiów, ale to całkiem osobna historia, choć mająca niebagatelny, niestety, wpływ na mój ówczesny i obecny los.

A był on nieubłagany. Kto za tym stał ostatecznie, rozstrzygnie historia w dość, zapewne, odległej przyszłości. W tamte konkretne dni było tak, że gdy kończyłam pracę na Starówce właśnie i próbowałam dostać się do domu, nie było takiej możliwości. Wszystkie ulice bardzo szczelnie obwarowane były przez ZOMO. To znaczy, odcięto nam każdy wylot w kierunku dworca. Nie rozumieliśmy dlaczego. Najważniejszym imperatywem dla młodej matki jest wrócić jak najszybciej do domu, do dzieci wymagających jej opieki. Dla młodzieży wracającej ze szkół, to wrócić czym prędzej na obiad, ludzi pracujących w tych okolicach, także. To automatycznie rodziło w nas wszystkich bunt. Bardzo uzasadniony bunt. No, bo jakim prawem odcina się komuś możliwość powrotu do domu?

Reakcja mogła być tylko jedna. Opór niosący ze sobą niepowstrzymany gniew. Coraz bardziej narastający i niebezpieczny. Osaczenie wzbudzało, zwłaszcza w młodych ludziach, coraz większą agresję. Wcześniej, jako dzieci, na szkolnych akademiach wyśpiewywaliśmy o wolności zdobytej poprzez krew właśnie i życie wielu robotników, a teraz nam się jej odmawiało? Ludziom zwyczajnym, ludziom pracy właśnie? Tym, którzy w mozole odbudowali z wojennych ruin ten kraj? I im dzieciom także, dla których aż z takim uporem ich rodzice odmawiali sobie wielu przyjemności, by uczynić ich życie jak najbardziej znośnym? I by było ono w miarę godne, bo przecież oparte na obiecywanej, ponoć świetlanej wolności i nade wszystko sprawiedliwej równości. Nie, to się nikomu nie mieściło w głowie. Stan wojenny w imię czego? W imię jakich przesłanek, wartości? Zniewolenie, za chęć poprawy losu? Za dążenie go obiecywanego, sprawiedliwego w miarę, podziału dóbr? I do samostanowienia o swoim losie?

Opór werbalny, to pierwszy przejaw buntu. Okrzyk jednego człowieka przeradzał się, niemal natychmiast, w rozwścieczony krzyk rozszalałego tłumu. Co tym bardziej prowokowało stojących murem, skrytych za plastikowymi, wielkim tarczami, ZOMO-ców. Rozogniona do granic możliwości fala, z obydwu stron, zaczęła na siebie napierać coraz mocniej. Oni mieli pałki, broń palną, armatki, a my nic prócz gniewu i bezsilności. I w związku z tym, coraz bardziej narastającego oporu. I wreszcie aktów agresji. Rozglądano się więc za kamieniami, za czymkolwiek, czym można było rzucić w służby ZOMO. Jednak trudno było o coś takiego na uporządkowanych ulicach Gdańska. Rozglądano się więc pospiesznie po różnych zakamarkach i starych podwórkach, między wiekowymi kamieniczkami i szukano jakichkolwiek atrybutów do walki wręcz.

Nie trzeba było długo czekać, gdy w odwecie użyto armatek wodnych, jednakże nic już nie było w stanie powstrzymać, rozgorzałego z wściekłości, tłumu. Skandującego coraz donośniej: Mordercy, Faszyści, Gestapo! Efekt był taki, że tym razem użyto petard, a potem gazów łzawiących i armatek wodnych. Kilka osób raniono, tłum zaczął się rozbiegać w potwornym popłochu, jednakże nie było dokąd uciekać, gdyż niemal wszystkie wyloty ulic były zamknięte. Chowaliśmy się więc po bramach i po sklepach. W tym potwornym poczuciu zagrożenia i potwornym zgiełku, do jednego ze sklepików na ulicy Piwnej, do którego wpadłam z grupką ludzi, by się ukryć choć na chwilę, wprowadzono młodego chłopca z dziurą w głowie po petardzie. Z potężnej i przerażającej bardzo rany lała się krew. Olbrzymia czerwona, ziejąca dziura wymagała natychmiastowego opatrunku. Trzeba było błyskawicznie porwać koszulę, by w ogóle zatamować upływ krwi.

W następne dni, idąc do pracy, brałam ze sobą wielką zamszową torbę na ramię, a w niej odpowiednio przygotowane, jałowe opatrunki. Wszak moja szkoła średnia, to Liceum Medyczne. Wybierając studia zmieniłam profil zawodowy, jednak w tym momencie byłam bardzo wdzięczna za ukończenie takiej, nie innej, szkoły. Przydatność w tej szczególnej chwili, to bardzo istotny sprawdzian, którego nigdy nie zapomnę. Któregoś jednak, obfitującego w podobne zdarzenia dnia, kiedy ulicę spowijały tumany gazu łzawiącego, kiedy nie wiadomo już było gdzie uciekać, a ulice zalane były wodą z armatek, coraz mniej wyraźniej zaczęły do mnie dochodzić odgłosy walczącego, i wykrzykującego hasła w imię prawdy, sprawiedliwości i godności, tłumu. Odgłosy wystrzałów także zupełnie zamarły w pewnym momencie. Poczułam, że osuwam się w splątanej i przerażonej zarazem ciżbie, zupełnie zwiotczała. Gdy się ocknęłam po pewnym czasie i w zupełnie innym już miejscu, nade mną ujrzałam twarz przyjaciela ze studiów, Janusza Bracławicza.

- Jeszcze trochę, a umarłabyś. Niewiele brakowało, a zadusiliby cię parszywcy – Janusz był galicyjskim szlachcicem z pochodzenia, i wraz z bratem bliźniakiem, Romanem, szlachetnym bardzo z natury, wojownikiem. Obaj posługiwali się przepiękną polszczyzną. Nigdy nie słyszałam epitetów w ich ustach. Pomimo, że obaj byli zawsze w centrum wydarzeń, ocierali się więc o najgorsze, to intensywnie krzewili nowe idee w elegancki zawsze sposób i z nieprzejednaną przy tym pasją poprawiania świata. Z wielkim oddaniem i południowo-wschodnim temperamentem, zapalali w sercach Polaków nowe nadzieje. I nowe wizje. Aczkolwiek przestrzegali, że nim to nastąpi, czeka nas drapieżny i pazerny kapitalizm, jako przejściowa i okrutna cena za przemiany. Obaj byli szefami radiowęzłów w swoich zakładach pracy, więc mieli gdzie wyrażać swój sprzeciw wobec zastanej rzeczywistości. Bywało też, że obaj nie jeden raz ryzykowali życiem, ratując innych z pożogi tragicznych wydarzeń. Pamiętam również, iż pewnego razu, a było to 1- maja, wpadł do mnie właśnie Janusz Bracławicz, na Zaspę znienacka.

- Daj, proszę, kij od szczotki!

- Nie rozumiem, po co ci kij? I do tego jeszcze od szczotki!

- Jak to po co? Nie mogłem z Gdyni jechać z transparentem jawnie aż tutaj!

– W tym miejscu wyjął zza pazuchy flagę biało- czerwoną.

Następnie uroczyście przymocował ją do kija i wybiegł na podwórko. A tam wrzało okrutnie. Nieprzebrane chmary ZOMO-ców, przygotowane na 1-majową demonstrację pod blokiem Wałęsy, biegały i biły na oślep kogo popadnie. Nie dało się na to patrzeć spokojnie. Nie mogłam i ja. Patrzeć obojętnie z góry i nie robić nic?!

Zatem, spokojnie kazałam dzieciom założyć sandały, uspakajając je wcześniej, że jak zwykle wychodzimy na spacer. Wszak to święto i tyle. Powiecie, że to szaleństwo i absolutny brak odpowiedzialności? Gdybym tak wtedy czuła, nie zrobiłabym tego na pewno. Ale czułam zupełnie inaczej. Czułam zbyt głęboko przynależne nam prawo, by zignorować wewnętrzny imperatyw, tak silny, że wykraczał poza wszelki lęk i jakiekolwiek obawy. Czułam, a raczej przeczuwałam, iż nic nie ma takiej mocy, jak racja mająca u podstaw godność człowieka, kimkolwiek by nie był.

- Co robisz, co ty robisz najlepszego!? – wykrzykiwał przerażony mąż- Zostaw przynajmniej dzieci!

- Bo, co? Bo nie mają prawa do słońca, świata i powietrza dzisiaj? Właśnie dzisiaj?! A to niby dlaczego?

- Szalona, jesteś po prostu szalona i nieodpowiedzialna! – wykrzykiwał.

A ja byłam po prostu spokojna i opanowana jak bodaj nigdy dotąd. Wyszłam pewnym krokiem z klatki i skierowałam się na plac. Tym razem już z bliska widziałam, jak bije się moich sąsiadów bliższych i dalszych, a także innych nieznajomych. Za to tylko, że tam byli. Wałęsa był wówczas na wolności. Jak można się było domyśleć, wszyscy chcieli zobaczyć go w ten dzień z bliska, na balkonie. Było oczywistym, że tam będzie innym dodawał otuchy. Jednakże dostać się pod słynny już balkon, było absolutnie niemożliwym. Władze już wcześniej zadbały o to, by do tego nie doszło. Żadnych demonstracji i tyle! Żadnego krzepienia serc. Nie bacząc jednak na sytuację, trzymając mocno dzieci za ręce, parłam spokojnie pod balkon, a raczej loggię, gdzie widać było rozwieszony wielki ręcznik biało-czerwony z napisem SOLIDARNOŚĆ. Obok niego stała cała rodzina Wałęsów z dziećmi. Lech uważnie obserwował całe zajście.

W pewnym momencie podbiegł do mnie jeden z bijących zaciekle napotkanych ludzi, ZOMO-wców, i wściekły przypadł do mnie i się zamachnął.

- No, bij! Proszę, bij!!! - krzyknęłam z taką mocą, że nie wiadomo kiedy, ręka powoli mu opadła, rozdziawił usta, gdy ja mu dalej:

- Żeby człowiek nawet w święto pracy nie mógł wyjść przed własny dom? Do tego już doszło!? I tego właśnie, chcesz mi zabronić!? Mojego prawa do Święta Pracy!!! Do spaceru? A więc bij, jeśli masz odwagę!

Zgłupiał, i wreszcie bardzo zaskoczony, oraz zmieszany, zaczął się oddalać w kierunku resztek uciekinierów. Nie wiem, czy on, czy to jego koledzy dopadli kilku cywilów. Młodych w miarę ludzi, którzy w wielkiej panice zdołali dobiec do przyległych zarośli, ale zaraz potem zostali złapani i dotkliwie pobici potężnymi pałkami. Widok był okrutny. Dzieciom kazałam patrzeć w drugą stronę, następnie zostałam sama z nimi na placu. Podeszliśmy spokojnie pod balkon Wałęsów i staliśmy tam jakiś czas. Byliśmy jedynymi, którym udało się w ogóle tam podejść. Czułam więc ogromną wdzięczność z ich strony. Lech z Danutą pomachali mi i pozdrowili pełni uznania. Żaden z ZOMO-ców nie miał odwagi podejść bliżej, a w chwilę potem plac zupełnie opustoszał, pomimo przedpołudnia. Nie pozostał na nim już nikt. Tłum rozbiegł się w popłochu, a oddziały ZOMO wycofały się ostatecznie. Po pewnym czasie Janusz wrócił bardzo zziajany, rozemocjonowany i wściekły, że bije się ludzi w ich święto. I to na podwórku, tylko dlatego, że mieszkają obok Wałęsy. Nieco potem oddał mi kij, nałożył nań szczotkę, a flagę z namaszczeniem zwinął i schował za pazuchę. Następnie, wypiliśmy spokojnie herbatę, prowadząc przy tym, zakazane Polaków, rozmowy.

I to właśnie Janusz, wcześniej na gdańskiej Starówce uratował mi życie. Z trudem wywlókł mnie w okolice kościoła św. Katarzyny i tam po pewnym czasie docucił. Gdy się ocknęłam wreszcie, moje serce już tylko bardzo mnie bolało. I długo, długo jeszcze potem. Ale przeżyłam ów dzień. Niestety, nie miał takiego szczęścia, tego właśnie dnia, jeden z bardzo młodych członków mojego zespołu, Piotr. Piotr, który mieszkał na Rajskiej. Chciał tylko wrócić do domu z próby i nigdy tam nie dotarł. Został zagazowany.

Z trudem doczołgał się do swojej kamienicy i tam umarł na schodach. Matka nigdy nie doczekała się dzwonka powracającego, jak zwykle o tej samej porze, syna. Syna, którego nie ma w żadnych rejestrach ofiar tamtego czasu. Do jakiego nieba uleciała wtedy jego dusza? O jakie niebo walczyliśmy wówczas, my wszyscy, wtedy?

Potem, rozwoziliśmy już ulotki. Gdzie się tylko dało, ryzykując wiele, a wcześniej na ulicach, idąc z gitarą, śpiewaliśmy pieśni strajkowe. Bardzo piękne i poruszające serca, pieśni. Nie było w nas lęku. Zrozumiałam wtedy, że tylko wielki bunt, a także dotkliwy ból, zwłaszcza po stracie,
może być kastratem wszelkiego lęku.

- Uwaga, Zaraz nas zatrzymają! - krzyknął ktoś, tym razem w autobusie PKS, na rogatkach Gdańska.

- Dokumenty poproszę!

- Ależ, proszę bardzo! – spokojnie wyciągnęłam dowód osobisty.

- I to wszystko, co pani wiezie?

- Nie, nie wszystko! W mankietach spodni wiozę do Kościerzyny ulotki, gdyby pan chciał wiedzieć – funkcjonariusz ZOMO spojrzał w dół na moje zawinięte u dołu spodnie i się uśmiechnął.

- No, no! Proszę, tu sobie nie żartować. Nie czas teraz i miejsce na to – następnie zajął się kontrolą innych pasażerów.

Czy mi wówczas nie uwierzył, czy nie chciał uwierzyć, że mam ulotki w mankietach, nie wiem? Ale że tam były, to oczywiste!

Dodawaliśmy ludziom otuchy, na miarę swoich sił i możliwości. Słowem, pieśnią i czynem, jeśli tylko wymagała tego sytuacja. Mnie osobiście, nigdy nie interesowały trybuny, ani krzykacze. Oraz spektakularne widowiska dla samego efektu. Jednakże trudno było być obojętnym na jawną ludzką krzywdę. Ból i poniżenie. Racje polityczne i inne, nie mają wówczas znaczenia. Krzywda, jest po prostu krzywdą. Nie byłam członkiem Solidarności, by jednak wiedzieć, co mam robić. Nie bałam się ryzyka, tam gdzie należy nieść po prostu wsparcie i ewentualną, konkretną pomoc. Najłatwiej jednak jest budzić świadomość. Spotykaliśmy się więc w moim domu regularnie i dość tłumnie, choć po cichu. Tak się nam przynajmniej wydawało. Bo przecież mieliśmy w naszej klatce, na ulicy Pilotów, dokładnie pod dwudziestką, małżeństwo SB-ków. Gdzie ich zresztą, wtedy nie było? Niemniej, w rocznicę wystawialiśmy świece za okno. Na znak pamięci ofiar grudnia 1970 i nie tylko. Rozmawialiśmy, czytaliśmy zakazane czasopisma, zdobyte z wielkim trudem. Między innymi Punkt. Śpiewaliśmy zakazane pieśni i czytaliśmy zakazaną poezję.

Andrzej Zinkiewicz, nota bene, prezes PTTK na Zaspie, oraz obaj Bracławicze, byli dodatkową kopalnią wiedzy na temat tego, co się aktualnie działo. I młodzież, która była bardzo aktywna, choć przecież nie wszyscy. Była grupa, która uważała, że należy bawić się w ten trudny czas w Janosików i odbierać bogatym komuchów i dawać biednym. Ale to także osobny całkiem koloryt zdarzeń, godny specjalnego opisu.

- Idź sama koniecznie pod Stocznię, tam się dopiero dzieje!

Andrzej przeczuwał moje reporterskie zacięcie i wiedział, że nie usiedzę spokojnie, choć rodzina była dla mnie jednym z najważniejszych priorytetów.

I poszłam, a raczej jakoś tam dojechałam zimowym, późnym popołudniem. Wokół było zupełnie biało, zewsząd zalegała niemała ilość śniegu, mróz także był niemały, no i oczywiście stan wojenny. A w zasadzie, jego początki. Do stoczni im. Lenina w Gdańsku, nie było najmniejszych szans się wówczas dostać. Dotarłam jednak z niemałym mozołem na Aleję Zwycięstwa, dokładnie po drugiej jej stronie. Pod sam most prowadzący prosto do Stoczni. Jednak był on zamknięty kordonem Oddziałów ZOMO. Natomiast od strony ulicy Błędnik, to jest od strony Dworca PKP, stały oddziały Wojska Polskiego. Skąd się wzięli ci wszyscy protestujący tam ludzie, nie miałam pojęcia, ale że zebrał się olbrzymi tłum, skandujący buntownicze hasła, to obraz, który tam zastałam. Ludzi przybywało coraz więcej. I coraz głośniej skandowano te same frazy: Solidarność, a potem Faszyści, Mordercy, Gestapo!

Było to bardzo zastanawiające. Polacy nie umieli określić po swojemu wroga po przeciwnej stronie barykady. Widać, nie mieli takich doświadczeń na przestrzeni dziejów, by wygenerować o wiele bardziej adekwatne do sytuacji określenia. Mordercy i owszem, ale gestapo, faszyści? Nie miało to żadnego odniesienia do tego, co się wówczas naprawdę działo. Byliśmy wszyscy tak skażeni historią Drugiej Wojny Światowej i nakarmieni zbrodniczymi działaniami gestapo oraz faszystowskich Niemiec, iż było to jedyne, co przychodziło, wszystkim bez wyjątku, do głowy. Pewnie miało to oddać skalę okrucieństwa, jakie nam się wtedy jawiło, bo wynikającego z działań współbratymców w końcu. A to przecież o wiele bardziej boli. Że właśnie, nie kto inny, ale brat na brata rękę podnosi. Może, w ten oto sposób, chcieliśmy poruszyć ich serca? Poprzez odwołanie się także do resztek sumienia, porównując do najokrutniejszego wroga w dziejach historii nowożytnej. Trudno to ocenić nawet dzisiaj, a cóż dopiero wtedy. Nie było czasu na myślenie, bowiem energia tłumu jest zbyt nieopanowana i nieprzewidywalna, by znaleźć choćby moment na najdrobniejszą refleksję.

Miało się wrażenie, że wskutek rozszalałych, rozedrganych do apogeum emocji, śnieg wokół topi się w błyskawicznym tempie. Na tle granatowego, coraz bardziej, nieba i latarni ulicznych, widać było buchającą parę z setek rozwrzeszczanych ust. Wzniesione buntem do góry ręce, cięły tym bardziej zmrożone niebo. Stada wron i gawronów złowieszczo i z potężnym wrzaskiem ulatywały w górę, by osiąść na pobliskim drzewie, czekając co przyniosą następne, coraz bardziej rozemocjonowane i szalone, chwile. W tej coraz intensywniej narastającej i rozchełstanej wściekłości. I od czasu do czasu, wtórowały złowrogim krakaniem, ale tego w zasadzie nikt chyba nie słyszał. Cała uwaga bowiem skupiona była na wrogich oddziałach. Nikt też chyba nie pomyślał wówczas, co to znaczy być w skórze tego, po przeciwnej stronie szeregu. W końcu, bądź co bądź, Polaka także. A jednak niezaprzeczalnego wroga. Całkiem niewykluczone, że jeszcze gdzieś tam przedwczoraj, mówiąc nie dosłownie, jedni i drudzy, pili w jakimś barze wspólnie piwo. I nikt z nas pewnie, w owym czasie, nie chciałby pełnić takiej służby w obronie kraju. Inna pozycja, inny punkt widzenia, oznaczał jedno. Bezwzględny opór oraz walkę! Pomijając jakiekolwiek konsekwencje. Albowiem, w takich skrajnych sytuacjach, nie myśli się o niczym takim jak moralne oblicze tego, w czym się akurat uczestniczy, nie mówiąc już o ewentualnych skutkach. Nie ma też miejsca na empatię, ani na wyobraźnię, co oznacza racja stanu, służba i obowiązek oraz autentyczna wiara w idee. Nie ważne z jakiej perspektywy się na to patrzy. Winna się liczyć intencja w każdej sytuacji. Chyba, że jej przesłanki są jak najbardziej nikczemne i podłe. Ale w takich okolicznościach, ten po drugiej stronie ma je zawsze jak najgorsze. A szczytne cele i idee dotyczą zawsze tej drugiej strony. Tej Mojej, tej Naszej strony.Tak było i teraz. I tak jest zawsze.

Nie dało się wtedy myśleć inaczej, i choć poszłam w charakterze obserwatora, absolutnie uległam presji tego niezwyczajnego zgromadzenia. Toteż namiętnie wykrzykiwałam, powtarzające się i wciąż te same, hasła. Aż do bólu oskrzeli, płuc i gardła. I wreszcie podrażnienia strun głosowych. Po raz kolejny, podczas tych wszystkich pamiętnych dni, poznałam siłę, zbuntowanego, rozjuszonego do granic możliwości, tłumu. A zarazem jego bezwład oraz nieprzejednane szaleństwo. Tłumu, który niczym skołtuniona szaleństwem oporu falanga, pęczniał coraz bardziej, nafaszerowany, intensywnie napędzającą się, złością. Przechylał się to w jedną, to w drugą stronę. Przy tym usytuowany w miarę bezpiecznie, bo nie zbyt blisko kordonów milicji oraz wojska. Gdy bunt sięgnął zenitu, gdy już i sam tłum zmęczony był niekończącym się oporem, dowódca ZOMO wydał rozkaz zaatakowania. Nie było wtedy, Boże zmiłuj się. Rozwścieczeni obelgami ciżby, funkcjonariusze ze szczytnieńskiej, słupskiej szkoły i nie tylko, ruszyli do natarcia. Przeciw śniegowych kulom, gdzieniegdzie znalezionym kamieniom i zbiorowej histerii. Nie miało znaczenia wtedy, że uzasadnionej, czy też może nie. Nie wiedzieć kiedy, ruszyły pałki w ruch i niewyobrażalne dotąd, bo napędzane wcześniejszą wściekłością tłumu, okrucieństwo. Reakcja mogła być tylko jedna, to jest natychmiastowe rozpierzchnięcie się w potwornym popłochu, wszystkich, zgromadzonych wcześniej w jednym celu, ludzi. Oraz rozpaczliwa ucieczka, co nie było łatwe. Nie sprzyjały temu zimowe paltoty i kurtki, zaspy śnieżne, bowiem kto mógł skierował się w kierunku nieodległego wzgórza i lasu. To jest w górę, w kierunku ulicy 3-go Maja, oraz Placu Zebrań Ludowych i wreszcie Cmentarza Żołnierzy Radzieckich. Śnieg był trudny do pokonania. Ludzie zapadali się po kolana i z trudem próbowali się z niego wydobyć. Nie ułatwiała tego, śliska miejscami, nawierzchnia. Przewracali się więc, podnosili i biegli przerażeni dalej i dalej. Nie wszystkim się jednak udało. Kilku z nich, bardzo młodych ludzi, zostało pochwyconych przez ZOMO-ców i bardzo dotkliwie skatowanych. Potem zawleczono ich i porzucono przy wylocie mostu, pod filarem z lewej strony, patrząc z Alei Zwycięstwa w kierunku Dworca.

Skąd mogę o tym wiedzieć? Wszak powinnam uciekać jak najdalej, ale jako jedyna nie zrobiłam tego. Wstąpił we mnie inny rodzaj niezgody na to wszystko. Czy po to tu jechałam, by się bać i potem uciekać jak zwykły tchórz? Krzyczeć każdy może. I co dalej? Nie wiem, skąd wzięła się we mnie wówczas taka pewność i niewzruszona postawa. I ten dziwny rodzaj odwagi. Tak więc, idąc spokojnym i pewnym krokiem, przecięłam linie biegnących ZOMOW-ców i podeszłam do oficerów Wojska Polskiego. O ile dobrze pamiętam, było ich dwóch na pewno.

- Panowie, panowie – mówiłam spokojnym bardzo i pewnym głosem – do braci będziecie strzelać, do własnych braci, Polaków? Szłam tak bardzo pewnym i dość zdecydowanym krokiem wzdłuż szeregu żołnierzy i podobnie mówiłam do nich.

Wszyscy byli oszołomieni, zdezorientowani. Czas niemiłosiernie przyspieszył. Księżyc świecił wyjątkowo jasno, a po iskrzącym się od mrozu śniegu lała się krew katowanych, młodych chłopców. Tych, którzy nie zdążyli uciec. W pewnym momencie rozwścieczony dowódca i rozkazodawca tej masakry, podbiegł do oficerów Wojska Polskiego.

- A wy, co do jasnej cholery! Ruszać do ataku, na co czekacie, do kurwy nędzy. Nie widzicie, co się dzieje?

- Właśnie widzimy, i to dokładnie. Odpierdolcie się od nas czym prędzej, jak wam życie miłe!

Nie usłyszałam sensownej odpowiedzi, tylko wściekłe warknięcie, albo jej po prostu, nie pamiętam. Dziwne, ale nikt z ZOMO- ów nie zwrócił na mnie wówczas najmniejszej uwagi. Miałam wrażenie, że oficerowie W.P. osłonili mnie swoim ciałem. Dla służb ZOMO, było zapewne czymś niewyobrażalnym, żeby około 27-letnia, mała kobieta, mogła się nie bać. I nie uciekać jak wszyscy inni. Jeżeli tak się nie stało, mogło to znaczyć tylko jedno, iż była zawoluowaną w tłumie personą ze służb specjalnych, a w każdym razie tajnych. I tak mi się wówczas udało. Czy myślałam o tym wtedy w taki właśnie sposób? I czy liczyłam na ewentualne ocalenie? Nie, nie było ani sekundy na spekulacje w podobnym tonie. Powodował mną znowu wewnętrzny imperatyw. I to wszystko. A wtedy nie ma miejsca na lęk.

Jak wspomniałam, czas intensywnie przyspieszył. Tumult zrobił się tak nieprzewidzianie straszny, iż trudno było dokładnie określić godzinę zdarzenia. Działo się to jednak gdzieś tak pomiędzy dwudziestą, a dwudziestą pierwszą, kiedy w końcu i ja skierowałam się w kierunku ulicy 3-go Maja. Miałam świadomość zbliżającej się, coraz bardziej, godziny policyjnej. Nie mogłam jednak udać się w kierunku Wrzeszcza, a potem Zaspy, do tego jeszcze zupełnie sama i w dodatku pieszo, by nie wzbudzać jakichkolwiek podejrzeń. Jedyne, co mogłam wtedy zrobić, to być konsekwentna i w dalszym ciągu opanowana. Sytuacje krytyczne, patowe powodowały zawsze we mnie stoicki spokój. Problemy należy rozwiązywać, a nie poddawać się im destrukcyjnym oddziaływaniom. Nawet jeśli tak bardzo boli to, co się akurat widzi i przeżywa. Udałam się więc spokojnie w kierunku Dworca PKP. Zatrzymałam się w pewnym momencie, by z góry obserwować, co się tam dzieje. Musiałam dokładnie oszacować sytuację, jako że wciąż słychać było pojedyncze okrzyki buntu, strzały. Jednak, to co zobaczyłam patrząc z góry na dworzec, wzbudziło tym razem we mnie, niebywałą wściekłość. Na peronie, na jednej z ławek siedziała para staruszków. Widać było wyraźnie, że to podróżni, czekający na pociąg. Gdzieniegdzie snuli się inni podróżni. Widać było ich zmęczenie dniem, wydarzeniami i być może tym bardziej niecierpliwym oczekiwaniem na pociąg. Wtem na obydwa perony wbiegli rozwścieczeni ZOMO-wcy i nie bacząc na nic, rzucili się na czekających spokojnie ludzi na obydwu peronach. Wszystko działo się błyskawicznie. Nie mogłam uwierzyć, że dwoje staruszków, siedzących spokojnie na ławce, zostanie tak dotkliwie skatowanych. Krzyczało wtedy we mnie wszystko. Nie tylko nie mogłam nic zrobić, ale nie mogłam także zawrócić, ani iść w kierunku dworca, gdyż czekało mnie dokładnie to samo. Byłam bez wyjścia. Stałam tam przez jakiś czas oszołomiona, ale zupełnie spokojna. Zostało mi tylko jedno. Ponownie zebrać wewnętrzne siły i iść śmiało przed siebie. Niczego się nie obawiając, jako że innej alternatywy wówczas nie miałam, jak tylko spokój i ufność, że to najlepsze wyjście.

Skierowałam się więc śmiało na schody prowadzące do dworcowego tunelu. Wtem na przeciwko mnie pojawił się szeregowiec ZOMO. Nie miałam wątpliwości, że był pod wpływem środków dopingujących. Miałam wrażenie, że ma pianę na ustach. Jego oszalałe, błędne spojrzenie, oraz przeskakiwanie schodów, mimo że biegł pod górę, nie pozostawiały cienia wątpliwości. Niewątpliwie był w szale wściekłości i potężnej agresji.

- Przepraszam, przepraszam pana bardzo! – musiałam bardzo zdecydowanym, mocnym, a zarazem nad wyraz spokojnym tonem, wybić go z jego niesamowitego amoku.

- Co, że co? O co chodzi? - wykrzyknął zupełnie wybity ze swej roli.

- Proszę mi powiedzieć, czy te schody prowadzą na dworzec, bo muszę się tam koniecznie dostać. A nie bardzo wiem, jak. Będzie tak pan, uprzejmy?

- Tak, tak! Na dworzec – odpowiedział i pobiegł dalej. Czy wiedział dokąd?

Wyglądało na to, że zupełnie nie. W oddali stało jeszcze tylko wojsko. Po bohaterskim, niedawno jeszcze, tłumie, nie został nawet ślad, prócz może tej krwi i wklęsłych od butów tropów na śniegu.

Idąc tunelem patrzyłam na bitych ludzi, ale udawałam, że mnie to absolutnie nie dotyczy. Czasem ponownie zadawałam podobne pytanie i szłam pewnym krokiem dalej. Zamiast zbliżać się do domu, do Zaspy, coraz bardziej się od niej oddalałam. Na peronie i w tunelu rozgrywały się dantejskie sceny, nie mogłam więc iść do kolejki SKM. Wyszłam zatem, nie wiadomo jakim cudem, z tunelu na Podwale Grodzkie. Tam spotkałam setki żołnierzy i ZOMO-wców formujących się w regularne szeregi. Oficerowie poszczególnych jednostek dawali hasła do odwrotu. Zewsząd tylko mundury i ani jednego cywila, oprócz mnie. Wszyscy oni ustawieni byli twarzą w kierunku Stoczni. Domyśliłam się natychmiast, że w okolicy Placu Trzech Krzyży dojdzie do zgrupowania wszystkich jednostek. Myśleć musiałam błyskawicznie. Nie bacząc na to, co się dzieje, natychmiast wmieszałam się w sam środek szeregu żołnierzy. Nikt ani myślał reagować. Jeżeli tak zrobiłam, to widać, miałam takie prawo. A może domyślali się prawdy i w ten właśnie sposób mnie chronili? To nie był czas na rozmowy, czy jakiekolwiek domysły. Bezpieczniej było wówczas wiedzieć jak najmniej. Tak więc, wyrównałam do wojska krok i śmiało już maszerowałam wraz z nimi.

Pod pomnikiem zaczęło się zdawanie raportów, co gdzie i jak. Przybrałam minę osoby świadomej całej tej sytuacji. Mój granatowy, wełniany płaszczyk, na szczęście nie wzbudzał specjalnej uwagi. Podobnie, ciemna w miarę karnacja i prawie czarne włosy. Po zdaniu raportów sytuacja się nieco rozluźniła. To oczywiste, że myślałam wtedy tylko o jednym: by jak najszybciej dostać się do domu, do moich dzieci i męża. Dochodziła dziesiąta. Od domu dzieliło mnie około sześć kilometrów. Komunikacja była wówczas niemal całkowicie sparaliżowana. A ja utknęłam po drugiej stronie mostu, pod samą Stocznią tym razem, w powodzi ZOMO i Polskiego Wojska. W samym centrum sił wroga.

W dalszym ciągu, przyoblekając twarz w pewność siebie, z niezmąconym spokojem zapytałam jednego z oficerów, jak w tej chwili dotrzeć najszybciej na Zaspę, i czy mógłby mi wskazać, w jakim kierunku mam się udać.

- Proszę się udać tam, na most, a potem w prawo, na główną ulicę.

- Dziękuję, dziękuję bardzo! – odpowiedziałam najgrzeczniej jak tylko potrafiłam, podczas gdy w środku krew we mnie buzowała. Po tym, co zobaczyłam wcześniej. Poza tym doskonale wiedziałam, gdzie mam się udać. Do godziny policyjnej było zaledwie około 15, albo może 10 minut. Na moście prawie nikogo już nie było. Gdy doszłam do jego wylotu, pod filarem zobaczyłam tych kilku młodzieńców, skatowanych wcześniej na moich oczach, w potężnej kałuży krwi, odbijającej się intensywnie od wyrazistej bieli śniegu. Nieprzytomnych. W każdym razie, nie dawali najmniejszych znaków życia. Nie mogłam się zatrzymać na dłużej, bo by zatrzymano wówczas i mnie. Upłynęło około półtorej, albo i dwie godziny od momentu, gdy zostali pobici. Pod stopami coraz wyraźniej chrzęścił śnieg. Jak wspomniałam wcześniej, był dość solidny mróz. O tej porze tym większy. Czy ci chłopcy byli tylko nieprzytomni, czy zasnęli już na zawsze, wskutek mrozu, jeśli wcześniej nie zostali pobici na śmierć, tego nie wiem? Nie było wtedy telefonów komórkowych, ani nawet telefonów w domu. Nie było kogo powiadomić. Restauracje, bary już pozamykano.

Zresztą, do Wrzeszcza droga była zbyt daleka. Szłam więc pospiesznie Aleją Zwycięstwa, ale nie za szybko, by nie zwracać nadmiernej uwagi służb, gdy te pojawią się znowu, by strzec porządku i godziny policyjnej. Nie miałam pojęcia, jak zmieszczę się w czasie niezauważenie, gdy wtem, niczym widmo, pojawił się autobus miejski. Do przystanku było bardzo daleko, ale kierowca, nie bacząc na to, zatrzymał się przede mną i otworzył drzwi. I tak przez cały Wrzeszcz aż do Zaspy, a potem pewnie i dalej zbierał nas pojedynczych, czasem w grupach, pogubionych, oszołomionych i zapóźnionych. Taka to była wtedy solidarność i takie były czasy.

Gdy wróciłam wreszcie do domu, dzieci spały spokojnie i do dzisiaj nie mają pojęcia, jak było wtedy naprawdę i za co ich matka dostała wilczy bilet i do dzisiaj ma złamany życiorys, niecałe 900 złotych renty, bo przedwcześnie zachorowała min. na serce, bo ileś lat zawodowego zmagania, i bardzo wytężonego trudu, nie zostało zaliczonych w poczet jej rzeczywistej, ciężkiej pracy, gdyż długo potem nie mogła pracować jawnie. Dlaczego zapomniano o niej i wielu takich, choć wykształciła dla tego kraju czworo wspaniałych dzieci, które szukają teraz chleba za granicą, a ona, podobnie jak wielu jej wspaniałych kolegów artystów i nie tylko, rozpaczliwe walczy o przetrwanie? Nie była przecież nawet członkiem Solidarności, tylko zwykłym, obywatelem. Rzeczypospolitej Polskiej.

Nie mogą też wiedzieć, gdzie podziały się dusze tych młodzieńców, których, całych we krwi, porzuconych na śniegu na pastwę losu, widziała tylko ich matka, bo chciała po prostu wiedzieć, jak było naprawdę. W jakie niebo uleciały te, i im podobne dusze, wierzące w nową, lepszą przyszłość? I dlaczego nie za długo potem, wszystkie jaskółki wyprowadziły się z dzielnic miasta, tudzież z Zaspy. Gdzie to wszystko uleciało? I dlaczego na zawsze już? I to wraz z nadzieją, jakiej się wtedy tak wszyscy namiętnie uczepili?





.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez daniela j. jarszak dnia 14 Gru 2016 0:31, w całości zmieniany 20 razy
Zobacz profil autora
Mała wielka wojna
Forum Strona Główna -> PROZA
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)  
Strona 1 z 1  

  
  
 Napisz nowy temat  Odpowiedz do tematu  


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001-2003 phpBB Group
Theme created by Vjacheslav Trushkin
Regulamin