Forum Strona Główna -> PROZA -> Galerie, galerie, fantasmagorie i jeden taki czytelnik.
Napisz nowy temat  Odpowiedz do tematu Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat 
Galerie, galerie, fantasmagorie i jeden taki czytelnik.
PostWysłany: 19 Kwi 2016 23:25
daniela j. jarszak

 
Dołączył: 16 Sty 2010
Posty: 1005
Przeczytał: 19 tematów

Pomógł: 3 razy
Ostrzeżeń: 0/2






Galerie, galerie, fantasmagorie i jeden taki czytelnik…





Czasem wychodzę na tak zwaną galerię na gdańskim Przymorzu, w słynnym falowcu na Obrońców Wybrzeża i patrzę.


- Galerię? – zapytała zdziwiona malarka spod krakowskiego Miechowa - Tutaj galeria? W jakiejś bliżej nieokreślonej, bo do tysięcy podobnej, klatce? I w dodatku tak wysoko? Jakim sposobem? – drążyła temat gdzieś tak w środku nocy, gdy chciała wyjść na papierosa po udanym wernisażu w Gdańskim GTPS-esie. Czyli w galerii z prawdziwego zdarzenia. Niedużej, ale jednak galerii. Ale tutaj? W jakimś dziwacznym, bo długim jak tasiemiec i połamanym do tego bloku? Nie mieściło się w głowie uhonorowanej kolejną wystawą, artystce. Tak właśnie mówimy: galeria, która ciągnie się na przestrzeni 860 metrów. Nota bene, z widokiem na dość ekskluzywną, handlową Galerię Przymorze. A więc balkon, ani loggia to to nie jest. Zresztą balkony są od strony pokojów, czyli od południowo-wschodniej części tego super multi domu, a od północno-zachodniej ciągnie się nasza słynna galeria właśnie. Znana między innymi z rozpaczliwych skoków w niebo, czyli głową prosto w dół. Raz i na zawsze. Bo i tak bywało też. A więc galeria charakterystyczna dla tak zwanych gdańskich falowców.

I jest to żywa galeria. Bo tu także toczy się życie. Prawdziwe życie, a chociażby i namiastka jego, ale jednak! Tu wychodzi się ze swoich dziupli, spotyka sąsiadów, gawędzi z nimi, bo ta specyficzna bardzo, zawieszona między niebem i ziemią wąska przestrzeń wymusza ten, szczególnego rodzaju, kontakt. Widok na zielone wzgórza widniejące z jednej strony oraz na fragment morza i wstęgę lasu wzdłuż niego, a wreszcie na Hel z drugiej strony, dodaje lekkości a wręcz uwzniośla. Niebo, które nieustannie króluje nad naszymi głowami, niebagatelnie wpływa na nastrój, który choć przez ten moment zdaje się być niepowszedni, bo zależny od mozaiki tworzącej się nad głowami. Codziennie innej, a więc zawsze, śmiało można powiedzieć; uświęconej, bo niepowtarzalnej, jedynej w swoim rodzaju. Wystarczy zamknąć za sobą drzwi a z nimi wszelkie codziennostki, utarczki, niedostatki, zagwozdki, przyczynki, zarzewia i zwyczajności, by wejść w zaczarowany świat. Świat osnuty coraz to innym niebem, inną jego fakturą, nasyceniem barw, albo i pierzastości lub niepokoju od czasu do czasu, bo gnanego wiatrem, przetykanego deszczem, a czasem mżawką kapryśną, lub subtelną jak mrugnięcie czasu na pustynnej ziemi, albo też wyjątkowo delikatnym ażurem ze śniegu, czy też nieco grubszym, bo gradowym wzorem. A gdy tak jeszcze ze słońcem ów cud się przemiesza, jest to zjawisko nadzwyczaj fascynujące i piękne. I gdy tęcza ubarwi nadzieją ów koloryt jedyny taki, to uwierzcie, nie ma tu najmniejszej przesady. No, bo gdzie się tak chmury przewalają intensywnie wraz z wiatrem i pomrukiem nieodległego morza, jak właśnie tutaj, na jego obrzeżach. I cóż lepiej czyści firmament ten, jeśli nie bryza, czy sztormowa zawierucha. I wszechobecna, choć bardzo tajemna a nawet podstępna dla niektórych, wilgoć. Czysta magia? I cóż można takiej przeciwstawić, czym bardziej jeszcze zachwycić i zauroczyć?


***


Pamiętam, że w pięćdziesiątych latach i z początkiem sześćdziesiątych nadzwyczaj zaczarowanym światem były biblioteki, zubożałe bardzo po wojennych zniszczeniach, potem radio z tym zielonym, cudownym magicznym okiem. Radio, które przenosiło w inny wymiar, bo w niesamowity świat baśni, to jest słuchowisk, opowieści i muzyki nade wszystko. No, a potem telewizja! Telewizja potrafiła w jednym momencie zaczarować cały kraj. Wystarczył Festiwal Piosenki w Opolu, Sopocie, albo Teatr Telewizji Kobra, Wielokropek, lub też Czterej pancerni i pies, czy historia kapitana Klossa. Zamierało wówczas wszelkie życie w wielkich miastach, miasteczkach i wsiach. Obumierał nawet świat przestępczy, czyli tak zwany pół i ćwierć światek. Taka wtedy cisza zalegała na ulicach i podwórkach, iż miało się wrażenie, że nawet i zaświatek wsłuchał się w fabułę snującą się akurat z tej magicznej, gadającej oraz migającej obrazami, skrzynki. Zaświatek, czyli te niżej wibrujące, zawieszone między Niebem a Ziemią, pośmiertne byty.

A bo to jakakolwiek dusza widziała wcześniej takie oto zjawisko, o które raczej trudno było tam, po drugiej stronie? Ano najpewniej, nie! I nie byłoby w tym nic osobliwego, gdyby tak przyszła ona sobie do domu razem z żywymi pooglądać to i owo. A co się musiałaby ona wówczas nadziwować, to sam jeden Pan Bóg tylko wie. Albo i sam diabeł. Bo że magia bardziej jakoś ludziom kojarzy się z diabłem, aniżeli z Bogiem, to chyba oczywiste. Wtedy jednak, czyli na samym początku, to się nam wszystkim wydawało, żeśmy co najmniej gwiazdkę z nieba dostali. No, ale im dalej w czas…

No właśnie, tak się to powyrabiało, iż urozmaicaliśmy te obrazy oraz przekazy coraz więcej i więcej, iż człowiekowi nadmiar w tym względzie tak już nadojadł, że wymyślił inną skrzynkę, w której wedle życzenia można sobie zaistnieć niemal zupełnie. Gdzie można wybierać, co się chce, kiedy się chce i jak się chce. I powtarzać, kopiować, kasować, wyrzucać, skreślać, czytać, zapisywać, przepisywać, a nawet pieklić się do woli, to jest oburzać, kłócić i dyskutować oraz bajerować kogo się da i ile się da, upiększać, zniekształcać, oglądać, a i słuchać też. Malować i bzikować. I tak bez liku i specjalnego krzyku, bo zazwyczaj w zupełnej ciszy, w swoim jakimś tam kątku, czy też wielokątku. Bowiem tak każdy sobie, choć razem, ale zupełnie z osobna, czyni to od lat. W końcu mamy ten XXI wiek. I kto tylko może, rozpaczliwie, czy też trwożliwie od czasu do czasu nawiązuje kontakt z innymi, równie oddzielonymi od najbliższej, to jest tej najistotniejszej i nie tak dawno jeszcze, najdroższej reszty. I tak zapadł się człowiek zupełnie, a zaczęło się niewinnie od magicznego, zielonego oczka.


***


W moim, konkretnym przypadku było tak: gdy pojawiło się w naszym domu radio, miałam tak może z pięć lat. I tak mnie to zielone oko wzięło i urzekło, a wręcz uwięziło, iż podchodziłam co rusz, jakby to była żywa maleńka istota nie z tego świata; przystawiałam swoje małe, piwno-czarne dziecięce oczka i marzyłam. Aż pewnej nocy patrząc w ten zielony duży punkt tak intensywnie, zobaczyłam, że ni stąd, ni zowąd ożył on obrazem. Że stoją oto konkretne osoby i śpiewają, w związku z czym nadspodziewanie wydobył się tak donośny dźwięk i rozbrzmiał po całym mieszkaniu. Jak się okazało, zupełnie uśpionym mieszkaniu. Zachwycona tak bardzo i zauroczona, nie do razu dostrzegłam za moimi plecami matkę. Pojawiła się obok mnie nie wiadomo skąd i tak jakoś bardziej delikatnie, aniżeli zwykle, wzięła mnie w ramiona i zaniosła do łóżka.

- Nic, nic córeczko. Nic się nie stało, chodź do łóżeczka. Śpij spokojnie. Zmruż oczka i śpij.

Nie pamiętałam przecież momentu, kiedy wstałam z tego łóżka, czy też łóżeczka i jak się tam w ogóle przy tym radiu znalazłam. Przecież był środek nocy, jak zdążyłam się zorientować. Nocy, która była wtedy intensywniej, aniżeli zwykle, rozświetlona, rozsrebrzona i nadzwyczaj spokojna i taka przy tym czarowna, że aż piękna. W strudze odbitej zza okna poświaty zdziwiona ujrzałam, że wszyscy domownicy smacznie już spali. Prócz mnie i rozbudzonej matki, która włosy miała rozpuszczone jak zazwyczaj we śnie. Dopiero tam je bezpiecznie uwalniała z koków lub ciasno plecionych warkoczy i koszyczków oraz codziennych powinności. Przytuliła mnie mocniej aniżeli zazwyczaj i położyła obok siebie na sienniku, w drewnianym łóżku zrobionym przez ojca i starannie pomalowanym olejną farbą beżowo-brązowego koloru. Następnie roztarła moje zmarznięte stópki i szczelnie okryła grubą pierzyną z gęsiego puchu, oraz czule i przeciągle gładziła mnie po moich, także długich włosach. Kiedy zasnęłam, nie wiem?

Po wielu długich latach zrozumiałam, iż to potężna siła wyobraźni jaką uruchomiło we mnie radio, tej właśnie nocy, wyciągnęła mnie z łóżka. Musiałam je włączyć, kiedy wszyscy pogrążeni byli w głębokim śnie i tym samym jego dźwięk obudził moją matkę. Najbardziej czujną istotę w domu. A ostatecznie, także i mnie. Ale co zobaczyłam, nim się obudziłam, to zobaczyłam. Za sprawą Księżyca być może też, Ojca a może tak naprawdę Matki iluzji i wszelkich podświadomych mechanizmów. Księżyc, Luna, różnie go zowią w zależności od kraju i kultury. Doświadczyłam więc w najczystszej postaci lunatyzmu, który był moim udziałem ten jeden jedyny bodaj raz. Mrugnęło do mnie cudowne, zielone oko, co wzmocnił zapewne Srebrzysty Glob i oto pojawił się lunatyzm, który był przedsionkiem prekognicji zarazem. Bo oto tej nocy, w tym wspaniale migającym intensywnie jasnozielonym zielonym oku, ujrzałam obraz. Prawdziwy obraz śpiewających z wielkim zapałem artystów. Kolorowo ubranych, kołyszących się w rytm fokstrota, jeśli dobrze pamiętam. Innymi słowy, ujrzałam oto nic innego jak zalążek telewizji, która nie poprzestała na małym, ale zawłaszczyła potem naszą wyobraźnię zupełnie, to jest na amen. Stała się więcej aniżeli wyrocznią, religią, tworem opiniodawczym i opiniotwórczym niemal ostatecznym. Ten hegemon zagarnął nie tylko wyobraźnię, ale umysły i co najgorsze, serca a nawet i dusze.


***



Ciasno więc zaczynało być w swoich ciałach, swoich dotychczasowych miejscach, krajach, ciasno w rodzinach, ciasno z ludźmi których się dotąd kochało, albo przynajmniej uważało, jak to mówili kiedyś, czyli szanowało. Miast lżej, coraz ciężej zaczynało być na sercu. Dusza także rwała się do czegoś, co już niby znała z ekranu, czym już była przesycona nierzadko, lecz coraz bardziej uparcie tęskniła za czymś, co było na dotknięcie niemal metra, czy dwóch, a jednocześnie wciąż było niedostępne, bo za zimną, migoczącą zimnym światłem, szybą. To rozdarcie tym bardziej pogłębiało ludzkie dramaty, drążyło niczym kret korytarze, nierzadko wyuzdane chcenia, dążenia i pragnienia, które drażniły swoją niemożnością pochwycenia tego raz i na zawsze. I wreszcie urzeczywistnienia. W naszych ówczesnych realiach na pewno to zderzenie było nad wyraz bolesne, nawet jeśli nie do końca uświadomione! A więc wszystkie te obrazy i ciągoty mamiły, kusiły, rozogniały, irytowały tym więcej, im były realniejsze w widzie telewizyjnego mirażu i najzwyczajniejszego w świecie montażu. Czyli ordynarnie wręcz narzucającego nam swoją konieczną obecność. Panoszącą się coraz bardziej i coraz dotkliwiej. Wciskającą się także w jedyną, niczym dotąd nie skażoną prywatność, to jest nawet nasze sny i marzenia. I tak oto pojawiła się nowa hybryda. Paskudna hybryda pod hasłem: być i nie być zarazem. To doskwierało. Żeby tak zanurzyć się choć troszeczkę w tym Nowym i Niesamowitym. Podryfować bezkarnie w ten świat kolorowy, zamorski lub choćby troszeczkę zamiejscowy, fantasmagoryczny, bajkowy, egzotyczny, nierzadko zmysłowo piękny, absolutnie romantyczny i zazwyczaj z happy Endem. Stamtąd. Gdziekolwiek zresztą by to nie było, byle dalej od Tutaj i Teraz. Które coraz bardziej uwierało, kąsało, mierziło. Jego autentyczna i jedyna niepowtarzalność bladła wraz z porażająco bladym i zimnym światłem bijącym z tysięcy a potem milionów ekranów.


. ***


Internet, następne Supermamidło, super iluzoryczny świat na niby. Świat na dzień dobry i dobranoc. Bez cienia rzeczywistych, to jest normalnych w miarę doznań i relacji. Bez marzeń z pogranicza snu chociażby z poprzednich egzystencji i wreszcie, jawy. Także z tamtego jeszcze czasu i przestrzeni, gdzie ptaki, drzewa i wiatr na przemian z deszczem i słońcem wyznaczały rytm codzienności. Czas się rozprzestrzenił, ale jednocześnie straszliwie zagęścił. Nasycił marzeniem niejedną głowę, ale także grozą i dotąd nieznanym lękiem. Wynikającym z poznania, z ciekawości. Był to zarazem następny i następny stopień do piekła. Nasycił także lękiem niemożności w obliczu ogromu niewiarygodnych coraz bardziej możliwości. Co, podobnie jak w obcowaniu z telewizją, rodziło dodatkowe kompleksy, uzmysławiało nijakość a także marność pojedynczego losu, uwikłanego w taką, nie inną historię i czas. Co tym bardziej jeszcze wyostrzało pogoń za mirażem lekkiego, pięknego i łatwego życia. Zabarwionego niekończącym się romansem i przygodą w ramach oczywistej wygody i przynależnego każdemu w końcu, luksusu. I nie zachwianej pewności, że tylko tak być powinno. Wystarczyło odwrócić się plecami od doskwierającej prozy dnia codziennego, od całej Najbliższej reszty. I klikać, klikać bezustannie i bezmyślnie zazwyczaj…

O skutkach nie ma co się rozpisywać. Bo i o czym? O degrengoladzie zmysłów i odczuć? O paraliżu permanentnym umysłów, czy też o dosłownym zesztywnieniu ciał pogrążonych w świecie bez świata tak naprawdę. O zupełnej niemocy serc bijących już tylko w rytm pulsującego, bardziej jeszcze ostrego i mniej przyjaznego światła laptopów i ekranów. Co bardzo dotkliwie wyznaczyło samotność poszczególnej istoty, bez względu na rozległość wirtualnych kontaktów i czatów. Czatów w imię Czarta chyba już tylko, albowiem błogosławieni są ci, którym nie dano było zetknąć się z tą krwiożerczą i rozpustną Bestią. Błogosławieni w zaciszu czterech ścian i bliskich, a od czasu do czasu, a może nawet o wiele częściej, błogosławieni w tym w obcowaniu z niebem, lasem i prostym gołębiem, a chociażby zupełnie nie charyzmatycznym z ptaków, to jest wroną, czy zwyczajnym szpakiem, wróblem albo i wrzaskliwym gawronem. Nie mówiąc o całej sferze ptactwa kolorowego i pięknego, ubarwiającego świat dźwiękiem jakiego żadna, nawet najbardziej wymyślna technologia, nie była w stanie podrobić, czy naśladować choćby i w maleńkim przybliżeniu.

Zdaje się jednak, iż nadszedł wreszcie czas zadumy, że coś znowu tak rozpaczliwie pragniemy złapać i dogonić. Że super nowoczesny i wirtualny świat kolejny raz nas zwyczajnie nabrał, omamił, oszukał i ostatecznie zawiódł. Podstępnie też dowiódł, że bez niego, to tylko umrzeć, że inaczej to już się nie da. Że powrotu na pewno już nie ma. Teraz to już tylko Apokalipsa, albo Armaghedon. Bo wbrew naszym wyobrażeniom, te dwa określenia całkiem co innego znaczą. W każdym razie w jednym i drugim wypadku to ostateczna, choć o różnym finalnym wydźwięku, Cezura. Za którą, tacy jakimi jesteśmy obecnie, nigdy już nie będziemy, jeśli w ogóle będziemy. Przynajmniej większość z nas. Jednakże dość tych fatalizmów. Zostały wszak ponadczasowe książki. Najbezpieczniejsza z magii. Może to ta o bezpośrednio boskiej, a nie lucyferycznej proweniencji. Kto wie? Może dlatego tak wielu o nich zapomniało? To jest o książkach. I zapomniało, jak to jest zanurzyć się po oczy, uszy i pachy w te, chociaż miraże, to pomimo wszystko w miarę bezpieczne opowieści i historie.

Niektórzy, co bardziej świadomi a i zasobni, ratują się ostatnim tchem od sztuczności tego świata, od wszelakich elektronicznych i technicznych zależności. Zostają więc im koncerty na żywo, wystawy w galeriach właśnie, teatralne przedstawienia i wszelkiego rodzaju happeningi, uliczne występy i propozycje. Oraz wspólne obcowania na działkach i takich galeriach właśnie, jak chociażby ta na gdańskim Przymorzu. Jako bodaj ostatnim już przyczółku prawdy ludzkich spotkań i wzajemnych relacji. I najzwyczajniejszych tęsknot za wspólnym byciem i obcowaniem ze sobą. Bo teatr, koncerty, wystawy, nie sztuczny to niby, ale i tak w jakiś sposób udawany świat. Wykoncypowany, wykreowany. A przecież bodaj każdy, gdzieś tak w cichości ducha, chciałby choćby od czasu do czasu zaistnieć jak najbardziej spontanicznie i bez żadnych dodatkowych wybrzuszeń i naleciałości. Zostały jeszcze książki i gazety. Reporterskie bieżące opisy jak jest, lub przynajmniej jak być powinno. Bez zbędnych uwzniośleń i kombinacji. Nawet jeśli racja jest spowita tanią i zakręconą ideologią, podszyta walką, to i tak jest bardziej spontaniczna, jeśli się nawet myli ta racja. Ale w odwodzie zawsze jest druga i następna, następna jeszcze racja. W każdym razie jest w czym grymasić i wybierać. I odczuwać w miarę normalnie. Bo burzyć się, przeciwstawiać, radować i tak dalej i tak dalej.


***


A propos książek i gazet. Na samym wstępie wspomniałam, iż nierzadko wychodzę na naszą galerię popatrzeć na świat rzeczywisty i pogawędzić co nieco z ludźmi, którzy są jacy są. To znaczy uśmiechnięci i bardzo życzliwi. Podobnie jak ja, nierzadko wystają tam oparci o balustradę i prowadzą zwyczajne Polaków rozmowy, to jest o wszystkim i o niczym. I czuć najwyraźniej, jak zatrzymują tak jakby świadomie czas. Udają, że już nigdzie i nigdy im się nie spieszy. Pewnie żeby nie zdziczeć zupełnie w tym oddzieleniu. Zresztą, jaką mają alternatywę? Podobnie i ja zanurzam się z rozkoszą w tym, co akurat widzę. I tak jakoś już jest od zawsze chyba, że obserwuję ludzi z podobnym zachwytem jak niebo, o którym rozpisałam się być może ponad miarę. Z niemniejszą też pasją obserwuję dzieci wracające ze szkoły, czy kobiety objuczone siatkami z pobliskiego marketu, lub nawet z odświętnymi torebkami a czasem i kapeluszami. Tym razem wracają nabożne i tak jakoś odświeżone z kościoła. Coraz ich mniej, ale jednak. Mężczyzn to już w ogóle prawie jak na lekarstwo. Cóż począć, zawsze byli o wiele bardziej krnąbrni, albo po prostu może bardziej rozsądni. Ale wracając do tematu, to z lubością a nawet i tęsknotą za przeszłym, spoglądam na młodzież taką czasem z Ipodem, czy telefonem przy uchu, albo też i papierosem, lub ukradkiem także z butelką piwa w ręku. Podobnie obserwuję ptaki buszujące w pobliskich drzewach, to jest lipach, platanowcach, czy olbrzymich, smukłych topolach opasujących starannie zadbane zbiorniki na śmieci. Różnego rodzaju śmieci. A więc makulaturę także. Mnóstwo tam gazet i czasem książek starych, pożółkłych. Choć to wielki rarytas, ale zdarza się. Rarytas…



. ***



Otóż, pojawia się tam dość często taki żywy Rarytas. Jest to Coś, a raczej Ktoś, kto budzi w człowieku niezwyczajną refleksję, jak też zatrzymuje absolutnie na sobie uwagę, mimo że powtarza się to dość regularnie, bo niemal codziennie jak rytuał. Ów fakt powoduje też wszelkie zapomnienie od tego, co przed chwilą jeszcze nurtowało głowę, czy duszę kolebiącą się jeszcze w człowieku jako tako. Wynędzniałą, przesyconą nadmiarem okrutnych, wandalicznych i krwawych nierzadko wrażeń. Umęczoną beznadzieją i beznamiętną egzystencją, pomimo tragicznych coraz bardziej wydarzeń. I specjalnie organizowanych akcji pod znakiem gróźb i w ostateczności bombowych zamachów oraz różnorakich mordów, napadów i gwałtów i to w imię Boga nierzadko. Może właśnie dlatego. Wirtualny świat, pomimo całej pomysłowości i starań nie był nigdy w stanie zapewnić odpowiedniej dawki adrenaliny. Ma się bowiem wrażenie, że przez to ludzkość jest cały czas na haju i jednocześnie na permanentnym głodzie, wymyśla więc coraz ohydniejsze „zabawy” i każe innym i sobie doświadczać najbardziej ekstremalnych prób.

- Sąsiadko, niech pani tylko spojrzy! Jest! Znowu przyjechał. I znowu na jakiś dłuższy moment zatrzyma nam czas. Skurczybyk jeden, a niech go!

Rzeczywiście, jak zwykle postawił swój starej daty rower naładowany torbami z rzeczami ze śmietników. Ubrany schludnie, i pomimo że dość przypadkowo, to jednak w miarę starannie i z niejakim gustem, bezdomny. Nasz Bezdomny.

- Ot, profesor się znalazł! Znowu pobuszuje, pobuszuje i zatopi się dogłębnie w lekturze, jak codziennie! Chyba, że deszcz siarczysty, albo śnieg mu na to nie pozwoli. Że też z choinki się taki wziął i urwał. Sokół jeden! I że starcza mu cierpliwości? No, ja bym nie mógł tak godzinę, albo i więcej bez siadania. Zimno, nie zimno, a ten swoje! Toż palce by mi zgrabiały przy takim czytaniu gazet. Zobaczcie, z jakim pietyzmem, jak starannie je rozkłada! Jak celebruje, skurczybyk jeden.

- Stołeczek by mu się jaki przydał. Mam taki maleńki, składany. Może mu zwyczajnie dać?

- Widzi, sąsiadka sama, że on raczej na honornego wygląda. Nie wiem, czy by go to nie upokorzyło. Z takim, to nie wiadomo jak gadać. Czytać pod śmietnikiem godzinę co najmniej, albo i więcej gazety, które tam wyszpera, to ci dopiero heca! To oczywiste, że nie ma domu, bo przecież tam mógłby je czytać i segregować. Ma przynajmniej chociaż ten wehikuł. Stary, ale ułatwia mu życie. Ten jego rower. Na makulaturze za wiele nie zarobi. Grosze, ale zawsze coś. Na bułkę starczy może. Zdumiewające, że nigdy nie widziałem go pijanego. Zawsze czyściutki. Powiedziałbym nawet, że na swój bezdomny sposób, elegancki nawet.

- No, bo skoro tyle czyta codziennie! Gazety tam różne wyrzucają, bądź co bądź. Szmatławce, ale i miesięczniki porządne też. Co by nie rzecz, to ma w czym wybierać. Przekrój ludzi jest tu najprzeróżniejszy, od wykształconych, artystów, po motłoch. No, bez obrazy, mówię jak jest. Aczkolwiek tego motłochu, to się już zupełnie nie czuje. Świat, pomimo wszystko, wciąż postępuje naprzód.

- Żeby pani widziała, jak on się cieszy na książkę, jeśli jaką wydłubie czasem. Toż ma dopiero świętowanie, ucztę jakich mało! Jakże on ją wtedy pieści, wygładza, przytula do piersi i ociepla tym swoim marnym, szczupłym o wiele za bardzo i dość żylastym, ciałem. A swoją drogą, to ciekawe ile on może mieć lat? Bo stary jeszcze nie jest. Nie sądzi pani, że zawstydza nie jednego z nas, tą swoją pasją i zainteresowaniem? Wiecznie głodny świata, jego praw zapewne i tego, co się w nim aktualnie przewala i kłębi.

- Może szuka tam nadziei? Ocalenia?

- Może i tak, ale póki co, to pani, gdy tak patrzę na niego od kilku lat, to właśnie On nieustannie budzi ją we w mnie. Który mam przecież wszystko, ale nie wiem, który z nas czuje się w tej chwili bogatszy.

W tym momencie galeria zniknęła na moment w oparach papierosowego dymu. No właśnie! - pomyślałam. Kto z nas jest tak naprawdę bogatszy, szczęśliwszy?

Nie ma już jaskółek na naszym niebie, nie ma prawie wróbli, jedynie czasem małe synogarlice i wrony. Jedna z nich przysiadła na chwilę na zbiorniku z makulaturą, widocznie dostatecznie oswojona z tym niezwyczajnym czytelnikiem, bo przechyliła swój łepek i zapatrzyła się na zaczytanego tak intensywnie mężczyznę, który nigdy nikogo wtedy nie widzi, prócz liter śmigających mu przed oczami.

Przykucnął w pewnym momencie, widać zabolały go nogi i czytał, czytał namiętnie dalej, w absolutnym zapamiętaniu. Następnie, z niemal nabożną czcią, bardzo starannie poskładał te wszystkie przeczytane gazety, spakował do wynędzniałej torby i spokojnie odjechał do następnego i następnego zbiornika z makulaturą, których w ponad osiemsetmetrowym bloku jest przecież bardzo wiele.

A czarno-popielata wrona spojrzawszy w dół, także poderwała się do lotu i poszybowała w niebo w kierunku, w którym zmierzał, bodaj jedyny taki na Ziemi, Czytelnik.


.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez daniela j. jarszak dnia 02 Maj 2016 6:41, w całości zmieniany 46 razy
Zobacz profil autora
Galerie, galerie, fantasmagorie i jeden taki czytelnik.
Forum Strona Główna -> PROZA
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)  
Strona 1 z 1  

  
  
 Napisz nowy temat  Odpowiedz do tematu  


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001-2003 phpBB Group
Theme created by Vjacheslav Trushkin
Regulamin