Forum Strona Główna -> PROZA -> Dłonie w kieszeniach
Napisz nowy temat  Odpowiedz do tematu Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat 
Dłonie w kieszeniach
PostWysłany: 12 Kwi 2007 13:07
Gość

 





Być może naprawdę się odwróciła, by zapamiętać. Albo była to jedynie moja wrodzona próżność.
Potem świat nie był już enigmatyczny. Zatracił niepowtarzalność. Kiedyś żyliśmy, jakby w dłoniach płonął żywy ogień. Lecz rytm rozmył się w ciszy, szept się zapomniał wykrzykując jej imię. Czas odmierzamy stratami: utratą ulubionego długopisu, pracy, zdolności kredytowej. Melancholia tłumaczy przyczynę, skutek, entropię, lub zupełne odrętwienie. Schizofrenia daje z kolei nieskrępowaną możliwość bycia aspołecznym.
I tak koło się zamyka. Pełen obraz niweluje poezję. Gdzie jest dwuznaczność? Sensu nie ma. Ani tam na zewnątrz, ani tutaj we mnie. Gdy motyl spóźnia się z metamorfozą sens jest oczywisty. W którymś pudle na strychu, za drzwiami piwnicy. Popiół osiadł na twoim nosie. Iluzja się rozmyła, a panegiryk wywrócił. Najmniejsze szczegóły ulegają
katastrofom. Nie cofniemy niczego mówiąc i chodząc wstecz. Motyl nie żyje, bestia wyszła na fajkę. Kerouac rusza w drogę, a ja zaczynam się leczyć. Dłonie w kieszeniach, ale czy w ogóle chciałem aby tam spoczywały? Ludzie popełniają błąd żyjąc w przekonaniu, że rola szatniarza w fabryce wieszaków jest zbyteczna, ponieważ prozaiczne czynności nie podlegają kontroli.
Światła zgasły poprzez uchylone drzwi. Pokój, zachmurzony płucami palacza, już mnie nie potrzebował. Przeszedłszy korytarz wybiłem rytm myśli na schodach. Noc, z grudniowym wyrazem twarzy, zaglądała przez okno zostawiając rześki oddech na szybie. Być może kiedyś z każdej myśli wyrośnie drzewo i zamiast piosenki zatańczy w ustach dziewczyny, której namiętność nocą bywa uciążliwa, niczym choroba. Cmentarz niedaleko, księżycowy park w oczach zapełnia się ludźmi i dialogami, podczas gdy ja bez nastroju, bez pogody. Nastrój stanął do góry nogami czekając na oklaski. Udręka kochania, jak punkt widzenia bez odniesień. Miłość usiadła na huśtawce i macha nogą. Byłem obok, martwy, nie znaleźli nawet skarpetek.

- Przestań chrzanić – wtrącił Jegomość.
- W jakim sensie?
- Talmudycznym, kurwa. Po prostu zamilknij i nie zanudzaj czytelników ckliwymi dygresjami – rzekł na bezdechu. – Mamy sprawę do załatwienia.
- Jak zwykle – westchnąłem rozczarowany.
- Słuchaj, to już nie moja wina, że autorowi brakuje inwencji. Miejmy to
z głowy...ok ?
- Ok – raptowne zaćmienie. – Dlatego motyle w żołądku smakują, jak cukierek. Myśli z rana są gładkie niczym porcelana. Muszę upominać się
o każdy oddech, zaskoczony przez pragnienie i umierający z tegoż powodu. Dichromatyczna wizja tej, która nie istnieje. Motyle w żołądku! Nie zapomnij oddychać!
Jegomość cisnął papierosem o chodnik.
- Cholera jasna Henryk, co ja powiedziałem?
- A, tak! Przepraszam. Ale to wszystko przez to – dodałem – że czuję się, tak cholernie amerykańsko. Powietrze pachnie Nowym Jorkiem jesienią, chmury kształtem przywołują naiwne przesłanie ze Spielberga – czy ktoś namalował logo Marlboro pod zachodem Słońca? - Ptaki nagle w locie, kiedy półmrok przybywa wraz ze wschodnim wiatrem, niczym latawiec. Ujęty w cudzysłów odległego wspomnienia, wytatuowanego aż do szpiku.
- Doskonale wiem, o czym mówisz – skupił myśli na rozżarzonym końcu papierosa. - Niestety nie ma na to rady, choćbyś nie wiem ile irańskich filmów obejrzał, to zawsze pozostaje. Ten ułamek Ameryki, mały kamyk
z Appalachów. Zaszczepiony tak głęboko, że nawet pocztówka z Montany przywołuje wspomnienia, niczym dom, który opuściliśmy jako dzieci – zerknął na mnie, gdy kontemplowałem swoje uczucia poprzez jego słowa – mam już dość! – warknął. Pokaż to zawiadomienie! – rano otrzymałem listem poleconym wiadomość z Instytutu Genetyki Narodowej. Wręczyłem mu notę, aby się uspokoił.
– To dość enigmatyczna wiadomość – stwierdził.
- Mnie to mówisz?
- No, tak, tak, ale...rzecz w tym – podrapał się po głowie. Całe szczęście, że nie występowaliśmy w telewizji. – Piszą o twoim ojcu. Standardowo, same ogólniki; „...zmiany organizacyjne dokonane na przełomie lat 80.
i 90. nie miały zasadniczego znaczenia. Przez cały okres służby ww. pełnił rolę aparatu metafikcyjnego.” Podejrzewamy, iż ma pan wrodzone akta sprawy odziedziczone po ojcu.

- Co to może oznaczać?
- Prawdopodobnie twój ojciec był alpejskim pasterzem, lecz niewykluczone, iż został po prostu jednym z wielu przeciętnych piłkarzy przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych...
- Kiepska sprawa – należycie puentując ruszyliśmy w drogę.

Instytut znajdował się w chińskiej dzielnicy, gdzie znajdowało się kilka budek z orientalnym żarciem, w dodatku wietnamskim (ale Chińczycy stanowili bardziej wpływowe lobby, stąd nazwa). Budynek instytutu, z racji na toporne, nienaturalne kształty oraz mocno zachwiane proporcje mógł równie dobrze być tajnym laboratorium fizyki eksperymentalnej, lub UFO zatopionym w magmie. Nie zdziwiłbym się, gdyby architektem był pawian na odwyku.
Do gabinetu inspektora prowadzącego, niejakiego Ramireza, skierowała nas pani z informacji grożąca petentom maczetą. Biurko, krzesło, komputer i szafka na dokumenty spełniały rolę skromnego wystroju pomieszczenia. Ramirez mroczny, postawny facet inwigilował rozmówców zza biurka przy pomocy bujnej brody oraz tępego urzędniczego spojrzenia. Wyglądał, jak sprzedawczyni za kolorową szybką kiosku. Kazał nam usiąść. Był w trakcie rozmowy telefonicznej.


- Nie! Kto dzwonił? Wczoraj w nocy? Z Sierra Leone? O, tak...powiedział, że może pan zadzwonić w sprawie tej wykałaczki, którą pan miał... nie wiem, nic nie wiem. Zaraz...nie mam pojęcia, co Wajda robi w Oregonie?! Mówił coś o żelazie? Nie wspomniał o żadnej nadwyżce. Tamta wykałaczka...nie wiem...staram się pomóc...twoja matkę też! – rzucił słuchawką na tyle energicznie, iż aparat zleciał z hukiem na podłogę. – Sekretarka za chwilę to sprzątnie – oznajmił spokojnym głosem zachęcającym do rozmowy.

- Pan...? – zwrócił się do mnie niby pytaniem.
- Henryk. Henryk Pstrąg.
- Pstrąg... – udawał zaćmienie pamięci – oczywiście Pstrąg. Sprawa numer BTX 116273682. No tak.
- Co się stało? Może mi pan wyjaśnić, w jakim celu zostałem wezwany? - spytałem zmieszany, szczerze zmieszany, co nie zdarza mi się często.
- Spieszę z objaśnieniem – wyciągnął paczkę meksykańskich papierosów, po czym zapalił jednego, poczęstowawszy nas uprzednio. – Chodzi o to, że pana ojciec pracował w Kontrwywiadzie Narracyjnym...
- Gdzie?
- ...Kontrwywiadzie Narracyjnym...widzi pan, są ludzie, jakby to powiedzieć... powiedzmy, że facet nie ma własnego charakteru pisma, więc używa cudzego...ale nie, wtedy wkracza Urząd Ochrony Pióra...
- Do czego pan zmierza inspektorze? – Jegomość starał się pobudzić zwoje mózgowe Ramireza zadając pytanie pomocnicze.
- ...ujmę to w ten sposób, są osoby, którym kiepsko wychodzi auto-narracja.
- Auto-narracja??
- Tak, widzi pan. Normalny, przeciętny człowiek idąc ulicą potrafi opisać, scharakteryzować codzienne zdarzenia, zjawiska, na przykład piękną kobietę, dym papierosowy uginający się pod ciężarem deszczu i tak dalej. Ale są tacy, którzy nie potrafią sobie takich spraw opowiedzieć, ubarwić, interpretować. Przez to w ich życie zakrada się pustka, depresja, melancholia. A to prowadzi do kłamstw intelektualnych, niedopowiedzeń, tajemnic nawet zapalenia wyrostka robaczkowego. Nie wolno lekceważyć takiego stanu rzeczy, czy raczej stanu psyche. Wtedy wkraczamy. Kierujemy sprawę do KN.
- A oni robią...co? – kolejne pytanie pomocnicze od Jegomościa.
- Nasz człowiek, agent dostaje takiego delikwenta i mu pomaga. Podpowiada, sugeruje, określa, kategoryzuje zjawiska dla takiego osobnika, obiektu.
- Jaki ma to związek z moim ojcem?
- Otóż pana ojciec rozpracowywał pewnego faceta, nazwijmy go Pan A., choć naprawdę nazywał się Franciszek Michalski zamieszkały na Siwym Polu przy ulicy Koczowniczej 17. Był to ciężki przypadek. Otępiały, mimo fascynujących zjawisk, jakie miały miejsce wokół niego. Fatalny przypadek. Ojciec bardzo się starał, ale bez rezultatów. Doszło do tego, iż pewnego razu przekroczył granicę, pogwałcił etykę zawodową stając się absolutnym narratorem życia Michalskiego. Narratorem zarówno wewnętrznym, jak i zewnętrznym.
- Mój Boże...to źle? – twarz Ramireza straciła przyjazne oblicze.
- Nietzsche chodził na spacery, lecz mimo to wracał do domu – rzekł alegorycznie. - To bardzo poważne przestępstwo federalne, co gorsza niezwykle niebezpieczne zarówno dla agenta, jak i obiektu – sięgnął do szuflady po magnetofon, po czym zaczął grzebać w stercie taśm – trwało to jakiś czas. – Przepraszam, ale nasze archiwum jest równie przejrzyste, jak pięciodniowy zarost – dodał zakłopotany. – Jest!

Wyciągnął pudełko opatrzone nazwiskiem mojego ojca; Eustachy Pstrąg. Przyznam, niecodzienne to uczucie dowiedzieć się, o agenturalnej przeszłości rodzica.

- Pozwolą panowie, iż zaprezentuję kilka taśm, które powinny rzucić nieco światła na zaistniałe fakty. Pierwsze nagranie zawiera narrację
w wykonaniu obiektu, z początku działalności agenta Pstrąga.
Taśma ruszyła, cichym, delikatnym szumem przerywanym trzaskami wynikającymi z kiepskiej jakości sprzętu.

Agent; Eustachy Pstrąg.
Obiekt; Franciszek Michalski.
Data; dwunasty listopad, rok tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty ósmy.
Rozdział pod tytułem; Moje życie.

Obiekt wychodzi z domu zabierając ze sobą samurajski miecz z siedemnastego wieku. A wezmę ten dopierdolec, zajebak obusieczny, może się przydać na mieście – opisuje ów miecz. Następnie,
w absolutnej ciszy, przemierza drogę do sklepu. Z oddali widzi znajomego; Aleksander Filipiński, emigrant z Andaluzji. Witają się.


- Siema Aleks – konwersację inicjuje obcokrajowiec.
- Siema – respons obiektu.
- Widziałeś Krysię? – zapytanie.
- Tę sukę chrząszcza? – odpowiedź w formie pytania.
- No – stwierdzenie przepełnione frustracją.
- Nie widziałem – milczenie - nie chcę mi się o tym gadać. Muszę lecieć. Nara.
- Nara.

Ramirez zatrzymał taśmę.
- Wydaję się, iż komentarz jest zbędny - spojrzał na nas znakiem zapytania w oczach. Potwierdziliśmy milczeniem. – A teraz nagrania, gdy agent złamał przepisy i przejął całkowicie rolę narratora wyżej wymienionego obiektu – taśma ruszyła.

Agent; Eustachy Pstrąg.
Obiekt; Franciszek Michalski.
Data; piętnasty grudzień, rok tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty ósmy.
Rozdział pod tytułem; Rękawiczki.

Obiekt podróżuje tramwajem linii numer trzy.


Kiedyś śnieg kłębiąc się wściekle padał z ogromu nieba. Dzień za dniem. Słońce czasami zaglądało do nas przed południem. Okna skute lodem, co poprzysiągł kwiatom wieczną zimę. Spaliśmy we dwoje, we troje w jednym łóżku. Obtuleni kocami, leniwe godziny przed kominkiem, słuchający babcinych opowieści.
Teraz za oknem brytyjska pogoda, nieoczekiwana w styczniu. Babcia nie czuła się najlepiej. Moja wizyta poprawiła jej nastrój, a już samo to dawało trudną do opisania satysfakcję. Chociaż nie wiem, czy jej uśmiech nie był na pokaz, abym się nie martwił. Po tym, jak zaparzyłem herbaty siedzieliśmy rozmawiając o wszystkim
i o niczym. O moich studiach, życiu uczuciowym mojej siostry, czy też sprawach zdecydowanie ogólnych. Kiedy byliśmy przy stanie naszego państwa stwierdziłem, iż byłoby lepiej, gdyby Polacy mieli niemiecką dyscyplinę we krwi.

- To prawda – odparła. - Za Niemców – refleksyjna pauza - to był porządek. Chociaż tyle dobrego – zawiesiła głos. Wróciły wspomnienia
i emocje, które starała się ułożyć w spójną całość. - Gdy nadjeżdżali – kontynuowała próbując uspokoić ton głosu - uciekaliśmy z rodzeństwem na pola. Leżeliśmy z twarzami w ziemi, w błocie, czasem aż do zmierzchu. Jeśli nie zdążyliśmy uciec brali do kopania rowów, okopów, czy innej pracy – zacisnęła dłonie na filiżance z herbatą. – Miałam trzynaście lat, gdy zawieźli mnie do pracy przy rowie. Dali łopatę i kazali kopać. Przynosili wody, ale wlewali do niej bimber, żeby mężczyznom lepiej się pracowało – uśmiechnęła się nerwowo. – Ale mnie, dziecku, szybko zabrakło sił przez ten alkohol. Dłonie miałam zdarte do krwi – spojrzała na nie, jakby chciała się upewnić, czy już się zagoiły. – Krew lepiła się do łopaty, to było straszne. Do dziś pamiętam ten lepki dotyk drewna i odrętwiały ból – napiła się herbaty. – Pilnowali nas Polacy, byli gorsi od Niemców, jakby chcieli im się w ten sposób podlizać. Słaniałam się na nogach, kiedy przyjechał jakiś generał, w każdym razie ważny Niemiec, na inspekcję. Przechodził obok każdego, przyglądał się, oceniał postępy w pracy. Gdy doszedł do mnie dostrzegł zakrwawione ręce. Ochrzanił pilnujących nas Polaków, kazał przynieść mi wody, po czym zdjął swoje eleganckie, skórzane rękawiczki i oddał je mnie. Wszyscy patrzyli na niego osłupiali, nawet Niemieccy żołnierze. Do dziś pamiętam jego twarz. Wyglądał na dobrego człowieka – herbata ostygła. Babcia odstawiła szklankę, do której dolałem trochę ciepłej wody z czajnika. – To były fest rękawiczki.

Ramirez wcisnął pauzę.
- Co pan na to... ? – triumfował udowodniwszy swoje.
- Absolutnie – odparłem – różnica jest klarowna.
- W takim razie jeszcze drugie nagranie, dla pewności.
- Czy to konieczne? – Jegomość chciał mi oszczędzić przykrości.
- Niestety, w przeciwnym razie mogliby panowie zaskarżyć naszą decyzję, powołać się na kruczki prawne. Wyleciałbym z roboty – nie zgłaszaliśmy sprzeciwu. - Kontynuujmy zatem.

Agent; Eustachy Pstrąg.
Obiekt; Franciszek Michalski.
Data; trzydziesty grudzień, rok tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty ósmy.
Rozdział pod tytułem; Wiśnie.

Obiekt leży na łóżku paląc papierosa. Wspomina wczorajszą wizytę u babci, która to wizyta przywołała wspomnienia dotyczące ojca. Wywołało to ogromne wzruszenie oraz reminiscencje w umyśle obiektu.


Świt nadszedł innego dnia. Zima marszczyła brwi. Neurony w rękach powoli wracały na miejsca po doznanym szoku termicznym. Moja siostra wyszła. Zamknąłem za nią drzwi, po czym udałem się do pokoju gościnnego.
W zakamarkach kuchennej szafki znalazłem ostatnią talię kart po dziadku (babcia rozdała pozostałe po rodzinie). Karty, chińskiej produkcji, były obrzydliwie plastykowe. Tasowanie stwarzało nie lada trudności.
Jak zwykle graliśmy z babcią w durnia piątkowego, była to gra lekka
i przyjemna. Poza tym moje umiejętności karciane były zawsze skromne. Miałem niespotykany talent do zapominania reguł.
Kolejne partie upływały w miłej, beztroskiej atmosferze. W większości rozdań staraliśmy się grać na remis. Kiedy dobierałem kolejną kartę, a ta okazała się być dwójką kier (w danej partii bez żadnej siły rażenia), skrzywiłem twarz zdegustowany. Poczułem, jakby skóra na twarzy była na mnie zbyt mała. Babcia dostrzegła moje cierpienie, po czym zaaplikowała mi maść nagietkową, którą to stosowała na wszystkie, niemal dolegliwości. Był to wynalazek medycyny na miarę ziół Bittnera, równie wysoko przez nią cenionych. Gdy tak smarowałem twarz czerwoną od mrozu, słońca oraz wiatru stwierdziła;
- Nie wygląda to źle. I tak najbardziej widoczna jest ta blizna – wskazała bliznę z dzieciństwa. Wtedy to szalejąc w mieszkaniu (pod okiem taty
i babci) zakończyłem ów dzień czołem na kaloryferze. Rana nie była poważna, ani szczególnie bolesna, jednak ślad pozostał do dziś. Najbardziej widoczny i charakterystyczny aspekt mojej osoby. – Pamiętam, jak żeś wtedy grzmotnął – kręciła głową, niedowierzając, że skończyło się dość wesołą anegdotą. – Twój tata też miał podobną. Gdy był mały szalał po całej izbie – mieszkali wtedy na wsi, bodajże w Polanowie – a któregoś razu wbiegł do obory, nie pamiętam czy gonili się z Jurkiem, czy wbiegł tak sam z siebie. W każdym razie potknął się i rozciął sobie skórę na brodzie – uśmiechnęła się pokazując obrazowo miejsce obrażeń – nie mogłam mu tego opatrzyć, nie pozwalał. Gdy tylko minął pierwszy ból on chciał się dalej bawić. Twój tata to był miglanc – uwielbiałem anachronizmy babci. – Kiedyś wołałam; Michałek! Obiad! Ale nie mogłam go znaleźć. Spytałam Jurka - Gdzie Michał? - Jak to gdzie?! – odparł, po czym rozradowany wskazał na wiśnię. - Michał wdrapywał się na drzewo, objadał wiśniami i czytał – mieliśmy strych pełen książek. Różnych, nie wiem, o czym opowiadały - dodała. Zawsze brał którąś i czytał z nogami zwisającymi z gałęzi.
Babcia zawsze przywołuje różne wspomnienia o ojcu. Wplata je w rozmowę tak naturalnie, iż zdają się być oczywistym elementem krajobrazu, logicznym następstwem wypowiadanym zdań. Ale ze wszystkich opowieści tę pierwszą naprawdę usłyszałem. Widziałem go na tamtym drzewie, miałem wrażenie, że jestem obok. Emocje, ton jej głosu przywoływały zapach wiśni. Być może dostrzegłem nawet tytuł jednej z książek. Tymczasem babcia opowiadała dalej, a ja coraz wyraźniej słyszałem melodię tej historii.- Siedział tam i czytał. Te wszystkie książki – jej spojrzenie zawędrowało ku bliżej ku nieokreślonemu miejscu. Jestem pewien, że w tamtej chwili ona także była z nim na tej gałęzi. I choć wiem, iż to wspomnienie należy do niej, to musiałem je wziąć. Pożyczyć w pewnym sensie. Wydaję mi się bliższe niż jakiekolwiek z tych, które sam zgromadziłem.

Nagranie dobiegło końca. Ramirez zgasił kolejnego papierosa.

- Nie wiem, co powiedzieć – bełkotałem.
- Różnica jest diametralna – dorzucił mój przyjaciel.
- Widzą panowie, jak znacząco agent Pstrąg przekroczył swoje kompetencje. Dalej historia potoczyła się błyskawicznie oraz w sposób drastyczny. Otoczenie obiektu, jak i on sam dostrzegł zmiany behawioralne. Przestał pić, zaczął czytać książki. Zaniepokojona rodzina wysłała go na leczenie psychiatryczne, na którym przebywa po dziś dzień. Agent Pstrąg został wysłany na placówkę do Władywostoku, gdzie zginął
w zamieszkach literackich, znanych jako Noc rękopisów...
- Jezu Chryste. Co prawda powiedzieli, że ojciec zginął na służbie, ale jako zwykły komiwojażer. Nie agent KN! W liście kondolencyjnym napisali; wyruszył nagi w sercu, w płaszczu, we śnie. Podróżował, podróżował
i umarł. Z godnością pracownika Emway Ltd.
- Przykro mi – Ramirez był człowiekiem mrukliwym i niejasnym, lecz zdolnym do empatii. – W niektórych przypadkach dział epistolograficzny przesadza z liryką. Bardzo mi przykro z powodu całej sytuacji. Niestety pana ojciec nie żyje, a zgodnie
z rozporządzeniem ministra Żubra, zwanym ustawą Tuż za rogiem możemy oskarżyć pana za przewinienia ojca i skazać na pięć do dziesięciu lat więzienia.
- Dziesięć lat! Za co? Przecież niczego nie zrobiłem!
- Przykro mi, takie przepisy. Przegrana sprawa.
- Nie można niczego zrobić? – do tej pory Jegomość starał się dystansować.
- Właśnie...dlatego panów wezwałem, choć powinienem był skierować sprawę bezpośrednio do sądu.
- Słuchamy?
Ramirez wstał. Zamknął drzwi, odłączył telefon. Wyjrzał przez okno, po czym spuścił żaluzje.
- To dość kłopotliwa sprawa – pocił się obficie, nawet jak na latynosa. – Jestem raczej nieśmiały i małomówny, szczególnie w stosunku do dam. Chciałbym, aby pan mi pomógł, to znaczy postąpił, jak pański ojciec...
- Mam zostać narratorem...
- Ciszej! Błagam! Tak, wiem...proszę o wiele, ryzykując życia nas obu, ale...jest pewna kobieta...nie mam się czego chwycić – Rozdygotanymi rękoma wyjął z biurka butelkę whisky, rozlał na trzy szklanki oraz na biurko. Wypił dwie kolejki nim zdążyliśmy zwilżyć usta. – Nie postępowałbym w ten sposób, gdybym miał jakiekolwiek wyjście... człowiek zawsze jest egoistą, zawsze jest subiektywny. A ja nie mam pojęcia, co począć. Zjadłbym własny łokieć, jeśli tylko zwróciłaby na mnie uwagę, wymówiła moje imię...
- To musi być niezwykła kobieta...
- Absolutnie...
- Pozwoli pan inspektorze, że wyjdziemy na chwilkę, aby się naradzić...
- Oczywiście.
Po chwili staliśmy z przyjacielem na korytarzu rozważając opcje.
- Straszny z niego ponurak – zauważyłem.
- Filantrop recydywista – dodał Jegomość – nie cierpię takich typków.
- Ja również...miejmy to z głowy.
- W porządku.

Narrację miałem rozpocząć następnego dnia. Ramirez miał się spotkać
z kobietą w niewielkiej knajpie na rogu San Rosa i Adwokackiej. Dostaliśmy pokój w hotelu na przeciw. Zaopatrzeni w najnowszy sprzęt; ołówki samonośne, maszynę do pisania mieliśmy rozpocząć narrację.

Agent; Henryk Pstrąg.
Obiekt; Ramos Ramirez
Data; ósmy kwiecień, rok tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty dziewiąty.
Rozdział pod tytułem; Kołysanie bez drzwi.

Godzina siódma. Obiekt czeka w umówionym miejscu. Nadchodzi kobieta. Wiek; około trzydziestu pięciu lat. Wygląd; kręcone, czarne włosy opadają powabnie na pełen dekolt. Szczupła talia idealnie współgra z okrągłymi biodrami.

Pod gwiazdami, pod linią latarni. Dokoła dziewczyna i chłopak...pół oddechu, jedno słowo za nią. Słowa przechodzą w szept, stara się chwycić jej dłoń.
Po kolacji para udaje się do hotelu, pokój 24. Zgodnie z planem dokładnie przez ścianę z pomieszczeniem zajmowanym przez grupę operacyjną.


Nie było to tak trudne, jak podejrzewałem. W pewnym momencie Jegomość rozkojarzył się na tyle, by usiadłszy w fotelu czytać Becketta. Kontynuowałem zadanie na własną rękę.

Obiekt wraz z kobietą siedzieli na krawędzi łóżka.

- Gorąco tu, nieprawdaż? – spytała retorycznie.
- To przeminie - dorzuciłem bez przekonania zastanawiając się, czym można by się upić dzisiejszego wieczora - niczym dni bez pogody miną noce bez nastroju, gdy autobus na przystanku – nie odpowiedziała.
Kiwasz głową na pierwszy dzień bez wiosny. Audycja w radiu szarym, jak piasek irytujący w każdej przestrzeni pod łóżkiem, jakby mniej perspektyw. Ale to minie, niczym sen po obiedzie wino nie jest, ani trzeźwe, ani pijane, ani bardziej poetą. Z tamtego pokoju dobiegnie nas dźwięk, gdy szminka na kieliszku, po czym przeminie, jak ostatni śnieg. Spacerując niedaleko spojrzysz na beztroskie gwiazdy.
- Dłonie w kieszeniach i powiedziałbym głośno jaka jest urocza, gdy telewizor wciąż gra w ciszę... – wzdychała ciężko - wieczór ciepły.
Naprzód szaleńcze spojrzenie! Z zegarka na biust. Poranek, tak dosadnie mroźny, niczym początek nie ma dziur. Szczęście w paru słowach...

Ich usta wreszcie się spotkały, to dawało mi parę minut na papierosa. Przynajmniej tak mi się zdawało, gdyż Ramirez domagał się dodatkowej narracji wewnętrznej.

Patrzyłem na jej biust i myślami widziałem piękne, jędrne piersi. Gdy zdjęła stanik myślałem naocznie. Jej uroda mogłaby wywołać chaos
w szklance brytyjskiej herbaty. Wreszcie mój idealizm przyniósł rezultaty. Czułem, jak neurony zmieniają położenie.

Obiekt zasnął wraz z partnerką...

Gdy się obudziłem wciągała na siebie dżinsy.
- Podniecasz mnie nawet wtedy, gdy się ubierasz – rzekłem zapaliwszy papierosa. – Nie wymyśliłbym cię piękniejszej.
- To będzie ostatni raz, jutro o tobie zapomnę – dopinała rozporek.
- Przestań...twoja obojętność jest bezcelowa – dym drażnił nozdrza. – Zrozum, normalnie od frazesów boli mnie gardło, ale naprawdę jesteś...cudowna.
- Za dobrze mi z tobą – złożywszy bluzkę podeszła do łóżka i pocałowała mnie, tak wyraziście jak żadna przedtem. – Mogłabym cię pokochać, za mocno i za wyraźnie, abym była w stanie to znieść.

Byłem zbyt zmęczony i pochłonięty kształtami jej ciała, by zdobyć się na sensowną kontrargumentację. Paradygmat sytuacji był klarowny. Wyszła. Leżałem, spokojny
i syty, mimo wszystko. Papieros. Palce żółkły stękając reumatycznie. Bez zmysłów, bez dotyku, ponieważ samotność jest lepsza. Na poduszce jej policzki, twarz, pierś odciśnięta na prześcieradle, stopa zawinięta w kołdrę. Jakże mało koherentny jest ludzki umysł. Czyż to nie zabawne? Tyle tu kwiatów, tyle deszczu. I ja w tym wszystkim, w całym tym świecie. Gdzieś między dobranoc, a do widzenia.

Kropka. Sprawa zakończona. Obudziłem Jegomościa.

- Skończyłeś wreszcie? Jak mu poszło?
- Baza zdobyta, ale nie ma happy endu.
- Jak zwykle. Co się stało?
- Stało się nic – prawie się obraził za tę ripostę.
- Mam nadzieję, że nie przelałeś mu do głowy tych swoich pseudo lirycznych rozterek...
- Starałem się pozostać powściągliwym obserwatorem.
- Miejmy nadzieję. Chociaż szczerze w to wątpię, zważywszy, ile ci to zajęło. Przepisywałeś odezwę gettysburską?
- Nie moja wina, że ma taki uniwersalny charakter – próbowałem ratować się przed oskarżeniami Jegomościa, który jak zwykle krytykował, nie kiwnąwszy palcem w całej sprawie. - Poza tym ściąganie, plagiat to wyraz zaufania, jakie okazujesz drugiemu człowiekowi.
- Jasne, posłuchaj siebie...jakbyś tłumaczył rybie smak kurkumy –
z grymasem ignorancji zapalił papierosa. – Ale nieważne, liczy się każdy skrót.

Chcieliśmy, jak najszybciej opuścić miasto. Przetrawić wszystkie zdarzenia, aspekty
i architekturę. Ale nim miało to nastąpić udaliśmy się w miejsce, gdzie zaczyna się każda historyczna podróż, czyli na przystanek autobusowy.
Deszcz spadł z nieba i wylądował na ulicy przede mną, moim przyjacielem oraz jakimś bezrobotnym we flanelowej koszuli. Milczenie było bardzo inteligentne, nigdy
z nikim nie rozmawiało o przeczytanych książkach. Stało z boku, bezwiednie pozostając odzwierciedleniem słów, które na coś czekają.

- Czemu deszcz spada z nieba a nie z drabiny? – zwróciłem się do przyjaciela.
- Trudno, na poczekaniu wysnuć jednoznacznie wnioski odnośnie percepcji – odparł po chwili namysłu.
- Przepraszam – bezrobotny zwrócił się do nas. – Może przypadkiem wiedzą panowie, jak stoi półdolarówka? – nawet nie próbował wpasować się w naszą rozmowę. Niezwykle odważny człowiek. Od razu wzbudził nasz szacunek.
- Pół dolarówki nie mają kursu – uciął Jegomość. Zachował się dość niegrzecznie, tym bardziej, że mogła wywiązać się z tego rozmowa o wiele ciekawsza od tej, która nastąpiła.
- Nie mają kursu? – mężczyzna starał się zachować zimną krew. Imponował mi coraz bardziej.
- Nie, nie mają. Nie miały i mieć nie będą – mój towarzysz mógłby się od gościa wiele nauczyć.
- Cholera pytam się tylko czy coś podrożała? Nie proszę, abyś wzrokiem stwierdził, czy powietrze jest zimne, czy nie...
- Przecież mówię panu. Nie! Nie podrożała. W dalszym ciągu kosztuje pół dolara.
Facet gapił się w monetę na dłoni.
- A mówili, że to taka pewna i rentowna inwestycja.
- Pewna nadal jest, ale czy rentowna?

Bezrobotny opluł nas wzrokiem, po czym odszedł gotyckim krokiem. Po chwili żałował swego zachowania. Myślał sobie, ”W końcu co ja mogę wiedzieć? Jestem bez pracy” Męczyło go to przez jakiś czas do wieczora. Następnego ranka, gdy wiązał buty pomyślał, ”Cholera jasna i co dalej? Że co ja teraz? Że niby jak?” Po czym udusił się szczypiorkiem. Szkoda. Imponował mi. Niczym rozżarzona iskra
w pustym żołądku. Niektórzy nie wychodzą rano po gazetę. Zostają w mieszkaniach, domach i pokojach przykryci kamieniami. Boją się, że jeśli zostaną tu za długo zostawią po sobie zbyt wiele śmieci.
Sartre odnalazł piekło w innych, ja przestałem rozglądać się za niebem.

- Ten autobus chyba nie ma zamiaru przyjechać? – zauważył Jegomość.
- Chyba nie – wyjrzałem za przystanek szukając dobrego satyryka.
- Spójrz – kolega trącił mnie łokciem. – Pod Żabką. Tam siedzą te chuje
z Freiburga!
- Czemu od razu tak dosadnie? Nie było to zbyt miłe...
- Pieprzony relatywista. Chuje cię mierżą? – rzekł oburzony. – A zło zawarte w tobie już mniej, co?
Dłonie w kieszeniach
Forum Strona Główna -> PROZA
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)  
Strona 1 z 1  

  
  
 Napisz nowy temat  Odpowiedz do tematu  


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001-2003 phpBB Group
Theme created by Vjacheslav Trushkin
Regulamin