Chcesz schudnąć przed Sylwestrem?
Kup Teraz a 30 dniową dietę otrzymasz za darmo!
Tylko 137 zł TRIZER + indywidualna dieta
Forum Strona Główna -> OCALIĆ OD ZAPOMNIENIA -> JERZY ZALEWSKI - OBYWATEL POETA
Napisz nowy temat  Odpowiedz do tematu Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat 
JERZY ZALEWSKI - OBYWATEL POETA
PostWysłany: 26 Maj 2009 11:17
Administrator
ADMIN

 
Dołączył: 28 Maj 2005
Posty: 6577
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 13 razy
Ostrzeżeń: 0/2
Skąd: Gdańsk





JERZY ZALEWSKI
- OBYWATEL POETA


Życie; z dnia 2001-01-27

W poniedziałek 29 stycznia o godz. 22.35. Program 2 TVP pokazała film dokumentalny Jerzego Zalewskiego o Zbigniewie Herbercie.
http://www.youtube.com/watch?v=sx_9aH32Tl8


Dlaczego film przez pół roku leżał na półkach, a reżysera próbowano zmusić do wycięcia kilku wypowiedzi?



Joanna Siedlecka, przystępując do pracy nad książką biograficzną o Zbigniewie Herbercie, powiedziała ŻYCIU: "Był dyskretny, powściągliwy, nieskory do mówienia o sobie i swoim warsztacie. Znamy tylko jego wielkie wiersze, niektóre na pamięć. O nim samym nie wiemy prawie nic. Wprawdzie trochę rzucił Tyrmand, potem Najder, ostatnio w 'Zeszytach Literackich' , ciągle jednak mało". Dla Siedleckiej Herbert jest tajemnicą, którą należałoby jak najszybciej i jak najdokładniej zbadać.
W protokole kolaudacyjnym (czyli kwalifikującym do emisji) filmu Jerzego Zalewskiego "Obywatel Poeta", poświęconego właśnie Herbertowi, czytamy m.in.: "Do 37. minuty film jest bardzo dobry. W drugiej części filmu rytm zostaje zakłócony zbędnymi dygresjami, wypowiedziami nic nie wnoszącymi do historii życia Poety. (...) Pojawiają się także w narracji wątki niewyjaśnione, nieczytelne dla niewtajemniczonego widza, a także budzące wątpliwości natury etycznej". Po czym następuje lista kilkunastu wypowiedzi, które należałoby z filmu usunąć. Są to m.in. wypowiedzi Jacka Trznadla czy samego poety dotyczące Czesława Miłosza i Adama Michnika.

Pod dokumentem widnieje pieczątka następującej treści: "Program 2 TVP S.A. Redakcja Widowisk Artystycznych, Publicystyki Kulturalnej i Teatru. Kierownik Redakcji Jerzy Kapuściński".
Kapuściński tytułuje Herberta "Poetą" z dużej litery, a jednocześnie odbiera mu prawo głosu.

Wojna nerwów trwała pół roku. Protokół zalecający cięcia został przesłany Jerzemu Zalewskiemu w lipcu 2000 roku. Potem TVP S.A. wydała komunikat prasowy, w którym tak oto tłumaczy swoje postępowanie: "Ze względu na obiektywizm, wiarygodność i warsztat dziennikarski, zaproponowano skróty wypowiedzi nic nie wnoszących do wizerunku życia i twórczości poety. Poproszono także o usunięcie epitetów pod adresem znanych pisarzy i intelektualistów, a także fragmentów, które urażały uczucia bliskich poety".
"Zaproponowano", "poproszono" - tyle że od spełnienia "próśb" i przyjęcia "propozycji" uzależniano emisję filmu. Jerzy Zalewski niczego w swoim filmie nie zmienił. Gdy próbował pokazać go w warszawskiej Wyższej Szkole Dziennikarskiej, TVP S.A. zaprotestowała, przypominając, że jako producent jest właścicielem praw do eksploatacji i Zalewski nie ma prawa dokonywać publicznych prezentacji na własną rękę.

W listopadzie Rada Programowa Polskiej Agencji Informacyjnej (PAI jest współproducentem filmu) zwróciła się do prezesa Zarządu TVP Roberta Kwiatkowskiego z apelem o wyemitowanie filmu Zalewskiego. Członkowie Rady Programowej PAI pisali m.in. : "Jeśli film poświęcony sylwetce Zbigniewa Herberta i jego obywatelskim zaangażowaniom został uznany przez władze TVP S.A. za kontrowersyjny, jego emisji powinna towarzyszyć dyskusja w studio lub odpowiedni komentarz. Telewizja publiczna nie zdecydowała się jednak w ogóle na przedstawienie widzom filmu prezentującego bardzo istotne opinie i wypowiedzi Zbigniewa Herberta, oceniające sytuację polityczną w naszym kraju, a także zachowania niektórych ważnych postaci polskiego życia publicznego".
Mimo monitów "Obywatel Poeta" nadal nie był pokazywany w telewizji - wybuchł kolejny spór. Zaczęto się zastanawiać, czy aby wykorzystanie głosu Zbigniewa Herberta bez zgody jego żony nie narusza jej majątkowych praw autorskich bądź dóbr osobistych. Tymczasem prawnicy firmy Jerzego Zalewskiego wcześniej wielokrotnie informowali telewizję, że wypowiedzi Herberta nie stanowią przedmiotu prawa autorskiego (telewizja ma swoich własnych prawników, którzy wiedzą o tym co najmniej równie dobrze), w związku z tym ich upublicznienie nie wymaga zgody Katarzyny Herbert.

W końcu TVP musiała przyznać, że prawo jest takie jakie jest - nie można w nieskończoność podważać rzeczywistości oraz opinii biegłych. Tak więc 29 stycznia dojdzie w końcu do emisji "półkownika" o Herbercie. Filmowi towarzyszyć będzie dyskusja.

O co właściwie chodzi? Dlaczego telewizja włożyła tyle energii w wykreślanie z ramówki filmu, który sama uprzednio zamówiła? Za który skądinąd już wcześniej zapłaciła - i to niemałe pieniądze? Czyżby film był rzeczywiście aż tak bardzo kontrowersyjny i wzbudzał tak poważne wątpliwości "natury etycznej"? Albo rzeczywiście obfitował - od owej "37. minuty" Jerzego Kapuścińskiego - w "zbędne dygresje", których w żadnym razie nie warto prezentować widzowi bez narażenia go na stratę czasu?

Film Jerzego Zalewskiego jest filmem biograficznym. Opowiada o życiu autora "Barbarzyńcy w ogrodzie" od momentu narodzin po jego śmierć. Warstwa wizualna "Obywatela Poety" jest dość skromna, a pewne rozwiązania konstrukcyjne są dyskusyjne. O wierszach czy esejach Herberta film mówi niewiele (ale też właśnie jego twórczość znamy znacznie lepiej niż życie i trudno się takiemu wyborowi Zalewskiego opierać). Obfituje za to w relacje pokazujące, jaki Herbert był naprawdę. A przede wszystkim w najpełniejszy ze wszystkich znanych mi rzeczy o autorze "Rovigo" pokazuje jego drogę po roku 1989, przypominając fakty i wypowiedzi Herberta, które bardzo często, kierując się różnymi motywami, starano się przeinaczyć lub zapomnieć. Krótko mówiąc, "Obywatel Poeta" w ostatecznym rozrachunku jest filmem ważnym. Filmem, który każdy, kto się chce czegoś o Herbercie dowiedzieć - a zwłaszcza o ostatnim okresie jego życia - po prostu powinien zobaczyć.

Wróćmy do wypowiedzi zakwestionowanych przez Jerzego Kapuścińskiego. Czego one właściwie dotyczą? Zacytujmy je:

Jacek Trznadel: "Przyszedłem do Herberta na początku lat 90., tu w Warszawie. I on wyciągnął rękopis wiersza zatytułowany 'Chodasiewicz' . Przeczytałem do połowy, uniosłem wzrok i powiedziałem: 'Ależ przecież to jest wiersz o Miłoszu' . Wtenczas twarz Herberta rozjaśniła się jak twarz autora, który cieszy się, że czytelnik zgadł jego autorski zamysł".

Joanna Salamon: "Weźmy wiersz 'Wilki' [z tomu Herberta 'Rovigo' ]: 'Ponieważ żyli prawem wilka/ historia o nich głucho milczy/ pozostał po nich w kopnym śniegu/ żółtawy mocz i ten ślad wilczy (...) nie opłakała ich Elektra/ nie pogrzebała Antygona (...) Ponieważ żyli prawem wilka/ historia o nich głucho milczy/ został na zawsze w dobrym śniegu/ żółtawy mocz i ten trop wilczy' (...) Ale dlaczego 'żółtawy mocz' po nich został, dlaczego to wydobywa? Ano, mogę się mylić, ale sądzę, że dlatego, że Czesław Miłosz napisał w 'Toaście' : 'Nie cierpię ludzi, którym uderza do głowy ten moczopędny środek narodowy' . Czyli patriotyzm, taki nadmierny".

Zbigniew Herbert: "W decydującym momencie, rok 1945-47, kiedy ludzie nazywani bandytami umierali w lesie za Polskę, on pisywał felietony, niestosowne, w 'Dzienniku Polskim' . Za co dostał, bo to tak trzeba nazwać, posadę attaché kulturalnego w Stanach. Ja nie wymagam od przyjaciół, żeby zawsze byli mojego zdania, tylko żeby nie byli zdania tak przeciwnego, i tak konformistycznego, jakiegoś wazeliniarskiego, że to się nie da jeść.

Czy patrzeć nawet na to. I doszło do takiego spotkania w Kalifornii, gdzie on powiedział (...) o przyłączeniu [Polski do ZSRR] jako siedemnastej republiki.

To było morderstwo intelektualne na swojej ojczyźnie. Więc tak, jak napisałem w liście: wstałem i wygarnąłem. Wściekłość dawała mi skrzydła".

Po czym następują jeszcze trzy wypowiedzi Trznadla, Salamon i Herberta, również świadczące o bardzo polemicznym stosunku Herberta do Miłosza pod koniec życia.
Następne sekwencje, które miały zniknąć z filmu, dotyczą Adama Michnika:

Jacek Trznadel: "Kiedy przygotowywałem do druku ostatnie wydanie ['Hańby domowej' ] z roku 1997, rozszerzone, Herbert powiedział, żeby z jego wywiadu skreślić kilka słów. Było tam powiedziane 'mój najukochańszy przyjaciel Adam Michnik' . Otóż Zbigniew Herbert powiedział: - Słowa 'mój najukochańszy przyjaciel' skreślić grubą kreską. Oczywiście uczyniłem...".

Zbigniew Herbert: "Michnik jest manipulatorem. To jest człowiek złej woli, kłamca. Oszust intelektualny. Ideologia tych panów, to jest to, żeby w Polsce zapanował 'socjalizm z ludzką twarzą' . To jest widmo dla mnie zupełnie nie do zniesienia. Jak jest potwór, to powinien mieć twarz potwora. Ja nie wytrzymuję (...), ja uciekam przez okno z krzykiem".
Oczywiście można się z opiniami Herberta nie zgadzać. Całkowicie lub częściowo. Można pytać, czy wiersz "Chodasiewicz" - bez wątpienia mówiący także o Miłoszu - jest od początku do końca o Miłoszu, skoro niektóre cechy bohatera wiersza na pewno Miłosza nie dotyczą. Można też pytać, czy mówiąc o "siedemnastej republice" Miłosz nie żartował i czy jego celem nie było sprowokowanie Herberta - jak twierdzi wiele osób (chociażby Zdzisław Najder, który w rozmowie zamieszczonej przed tygodniem na łamach ŻYCIA powiedział: Miłosz wtedy pajacował, zresztą nie pierwszy raz, bo lubił prowokować Herberta. Wiedział, że z powojennych losów Polski, z AK, z Powstania Warszawskiego Herbert nigdy sam nie żartował i gniewały go takie dowcipy. Zresztą powstaje pytanie, czy akurat w ustach Miłosza taki żart był najbardziej na miejscu). Nie możemy jednak udawać, że podobnych wypowiedzi nie było (podobnie jak nie możemy twierdzić, że Miłosz nie pisywał wspomnianych tekstów do "Dziennika Polskiego"). Po pierwsze dlatego, że podstawowe argumenty Herberta były zupełnie jasne - potępiał konformistyczne ciągoty Miłosza (to samo, w równie ostrej formie, twierdził choćby Jan Józef Szczepański) i socjalistyczne ciągoty Michnika (których nie neguje nawet sam zaatakowany). Po drugie dlatego, że nie chodzi o bójkę w knajpie, tylko o polemiki między pierwszoplanowymi postaciami III RP, polemiki, które nie zawsze miewają elegancką formę (Miłosz i Michnik bynajmniej nie pozostawali dłużni). Po trzecie dlatego, że nawet gdyby chodziło o bójkę w knajpie dotyczy ona ludzi ważnych, a: "Tej garstce która nas słucha należy się piękno/ ale także prawda/ to znaczy - groza" - jak pisze Herbert w wierszu dla Adama Zagajewskiego.

Do 37. minuty film jest bardzo dobry" - wróćmy do opinii redaktora Kapuścińskiego. W filmie Zalewskiego zbiega się ona mniej więcej z rokiem 1980 i strajkami sierpniowymi, momentem historycznym, dzięki któremu doszło do narodzin III RP i odzyskania niepodległości przez nasz kraj. Niczego (pomijając retrospektywną wypowiedź Haliny Misiołek, wieloletniej przyjaciółki poety), co się w życiu Herberta zdarzyło wcześniej, urzędnik TVP nie kwestionuje i nie nakazuje z filmu usuwać. Natomiast niemal wszystko, co się wydarzyło w życiu Herberta później i odnosi się do jego bytowania w III RP, jest dla Kapuścińskiego podejrzane i powinno zostać utajnione.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że mamy do czynienia z usiłowaniem wprowadzenia cenzury, której celem jest zawłaszczanie prawdy o czasach, w których żyjemy.
Dariusz Kubacki



[link widoczny dla zalogowanych]

Zobacz też:

[link widoczny dla zalogowanych]
.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Administrator dnia 02 Cze 2009 8:51, w całości zmieniany 4 razy
Zobacz profil autora
Rozmowa z Jerzym Zalewskim,
PostWysłany: 26 Maj 2009 11:19
Administrator
ADMIN

 
Dołączył: 28 Maj 2005
Posty: 6577
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 13 razy
Ostrzeżeń: 0/2
Skąd: Gdańsk





Rozmowa z Jerzym Zalewskim,




Z Jerzym Zalewskim, reżyserem filmowym i teatralnym, prowadzącym swój autorski program „Pod prąd” w TV Puls, rozmawia Łukasz Kaźmierczak

Patrząc na Pański życiorys, wydaje się, że w pierwszej kolejności powinien Pan zaprosić do swojego programu samego siebie...

Ktoś nawet powiedział, że bohaterów moich programów dobieram pod takim kątem, jakbym rzeczywiście opowiadał własny życiorys. Tak, uważam, że idę pod prąd. I to od bardzo dawna. Gdyby spojrzeć na moje filmy od strony zawodowej, to tak naprawdę nikt w tym kraju takich filmów nie zrobił. Ale na żadne nagrody nie liczę. Tym bardziej że zobaczyłem kiedyś, kto je rozdaje: ci sami, co przed 1989 rokiem. I ja się już potem więcej na żadnym takim festiwalu dokumentalnym nie pojawiłem.

Pierwszy odcinek „Pod prąd” zaczął Pan od słów: „Nazywam się Jerzy Zalewski, jestem reżyserem, jakby to głupio nie brzmiało”…

Głupio to brzmi szalenie, bo to jest zawód, który utracił swoją cnotę bardzo dawno temu. W latach 60., 70. mogło się wydawać, że film daje jakąś możliwość sensownej wypowiedzi kulturowej. Potem to się po prostu skończyło. Jeszcze kiedy dostałem się do szkoły filmowej, uważałem, że to co mam do zrobienia, to właśnie uprawiać sztukę filmową. I potem nagle okazało się, że ważniejsza jest ta opowieść współczesna.

No i stał się Pan dokumentalistą politycznym czy też może, jak nazywają Pana złośliwi, „człowiekiem o czarnym podniebieniu”...

Ja w ogóle nie chciałem być dokumentalistą, a jak już nim zostałem, no to siłą rzeczy wszedłem w tematykę polityczną...

...bo tylko to było ciekawe?

To prawda, tym bardziej kiedy zrozumiałem, że te moje kreacyjne filmy fabularne, które sobie zamierzyłem, są nie do zrobienia, ponieważ bez układów nikt nie da mi na nie żadnej kasy. A potem właściwie gdyby nawet dano mi taką szansę, to już bym się czuł dziwnie, robiąc artystyczne filmy i jednocześnie wiedząc, że wokół mnie dzieje się coś o wiele ważniejszego. To był ten poligon doświadczenia przełomu komunizmu i niekomunizmu. I nikt się tym tematem u nas nie zajmował. Wtedy zaczęło mnie korcić, aby opowiedzieć o sednie tych wydarzeń. Ale skąd zdobyć na to pieniądze? Bo to trochę tak, jakby prezydent jakiegoś kraju zamordował żonę, a ja chciałbym za jego pieniądze nakręcić o tym film. Mimo to udało mi się jakimś cudem zrobić trochę filmów kompletnie bez żadnego wpływu nań tych, którzy trzymali kasę. Tyle tylko, że to oddalało mnie od moich planów fabularnych. Nadal je zresztą mam…

Czyżby więc „Pod prąd” było takim wentylem, który pozwala Panu „wywalić” z siebie tę frustrację, która się przez te lata gdzieś tam nagromadziła?

Na pewno tak. Frustracja jest bardzo poważna, tym bardziej, gdy się wie, co się zawodowo potrafi. W tym samym czasie, kiedy reżyserskie miernoty świętowały triumfy, ja przez wiele lat musiałem pożyczać pieniądze, żeby w ogóle przetrwać.

Cena, jaką płaci się za nonkonformizm…

To wynika z postawy artystycznej, a nie politycznej. Bo mam wrażenie, że w sztuce podstawową zasadą jest, aby nie kłamać; to paradoks, bo sztuka polega przecież na manipulacji widzem. Tym większa jest jednak odpowiedzialność artysty za prawdziwość przekazu.

Takimi tezami nie przysparza Pan sobie raczej przyjaciół w środowisku filmowym...

Dlatego przez te wszystkie lata patrzono na mnie jak na idiotę. Ja np. czterokrotnie kolaudowałem film „ Szpiedzy świadkowie historii”, nie zmieniając w nim nic i przedstawiając za każdym razem ten sam wariant, w związku z czym nie dostawałem zwrotu pieniędzy.
Ten filmowy biznes można świetnie uprawiać tylko wtedy, jeśli autor zgadza się na wszystkie poprawki. Tyle że po jakimś czasie zaczyna się funkcjonować w jakimś takim mitycznym świecie dobrze zrobionego chłamu. Ja na mojej drodze nie spotkałem prawie żadnych osób, które broniłyby swojej wypowiedzi. A uważam, że w sensie artystycznym to jest rzecz święta.

To dlatego nie zgodził się Pan na jakiekolwiek zmiany w „Obywatelu Poecie”, filmie opowiadającym o życiu Zbigniewa Herberta. Ale TVP Kwiatkowskiego też się uparła i w ten sposób dorobiliśmy się najsłynniejszego „półkownika” III RP...

Kiedy skończyłem ten dokument, powiedziałem swojemu montażyście, że to jest chyba na długo mój ostatni film. Niemożliwe stary – odparł – to świetny film. Odpowiedziałem: no właśnie...
Oczywiście, zdaję sobie sprawę z tego, że gdybym wyciął te fragmenty, w których Herbert źle się wypowiada o Michniku i Miłoszu, to miałbym spokój. Ale wiedziałem, że jeśli tak zrobię, to już mnie mają. Już mnie obcięli. A takich obciętych biega po Warszawie cała armia. Zaryzykuję twierdzenie, że z kolegów uprawiających ten zawód obcięci są wszyscy. Właśnie dlatego, że muszą go jakoś uprawiać...

Zaczynam rozumieć, dlaczego powiedział Pan kiedyś, że telewizja publiczna kojarzy mu się jedynie z domem publicznym...

Po Okrągłym Stole bardzo szybko zrozumiałem, że w TVP nic się nie zmieniło. A potem poznałem ją od środka i obejrzałem sobie dokładnie tych wszystkich ludzików. Oni są dumni ze swojej pracy w telewizji, bo mają z tego spore pieniądze, a na prowincji ludzie im się kłaniają. Ale tak naprawdę to jest okropnie wstydliwa sprawa. Bo na tych „gwiazdorów” nawet nie trzeba specjalnie krzyczeć, oni sami z siebie doskonale wiedzą, co mają robić, żeby przypodobać się aktualnej władzy. To wszystko jest takie grzeczne, że aż obrzydliwe. I ktokolwiek zaczyna tam pracować, nieważne, młodzi dziarscy prawicowcy, czy też ktoś inny, po jakimś czasie wchodzi w tę rolę. Bo ten system jest niereformowalny. Zapętlone interesy polityczne, rozmaite spółki, spółeczki, układziki – to wszystko się tam kłębi i sobie dryfuje.

W układ Pan nie wszedł, ale za to zyskał wątpliwą reputację „trędowatego”...

Po „Obywatelu Poecie” miałem w telewizji kompletny szlaban. Ale coś tam kiedyś musiałem załatwić na Woronicza i na telewizyjnych korytarzach spotkałem różnych ludzi z tej niby „naszej” strony. I oni mnie oczywiście zapytali, co ja tu robię. Ja na to, że wpadłem na chwilę, a oni: zapomnij, w ogóle ciebie nie ma, nie istniejesz, nienawiść. To był dla mnie mimo wszystko szok. W końcu do kogoś w tej telewizji powiedziałem: to co, ja mam być premierem tego kraju, żeby móc robić filmy?
Ci ludzie, którzy niby tak dobrze rozumieli tę moją sytuację, i mówili, jaki to ja odważny jestem, tłumaczyli, że oni tak nie mogą – bo trudne warunki, chorzy mężowie, siedmioro dzieci – i to ich niby miało usprawiedliwiać, że gdzieś tam jakąś kaskę buchnęli albo zrobili jakiś żenujący programik.
Ale kiedy mieli taką możliwość, kiedy nie było już „tamtych”, tego całego Kwiatkowskiego, to ja nadal byłem dla nich kimś z zewnątrz. Okazało się, że to moje „z zewnątrz” jest tak dalekie, że sprowadza się do pytania: co wyście robili przez te pięć lat? A o takie rzeczy lepiej nie pytać.
Użył Pan wcześniej określenia „nonkonformista”, którego ja za bardzo nie lubię, ale posłużył się nim też Bronek Wildstein, kiedy tuż przed swoim wejściem do telewizji napisał artykuł „Nonkonformiście biada”. To było o mnie. I opowiedział w nim całą tę moją batalię, a na końcu doszedł do konkluzji, że nonkonformiści tak już mają... Ideę tego tekstu zrozumiałem jednak dopiero wtedy, kiedy Wildstein został prezesem TVP. Wtedy napisałem do niego list, w którym zaproponowałem współpracę, bo to i mój kolega, i człowiek podobnie myślący, no i nowe otwarcie. I nic, cisza... Nie ma takiego człowieka jak Zalewski. Zaiste, nonkonformiście biada.

Ale ma Pan teraz swój program w TV Puls i jest to jakiś rodzaj powrotu. Póki co tylnymi drzwiami, zawsze jednak to coś...

Na razie była jedna rozmowa z obecnym prezesem TVP i podobno od października mamy robić „Pod prąd” dla telewizji publicznej.
Ja sobie wymyśliłem ten „Pod prąd” rzeczywiście trochę dla odreagowania. Z duszą na ramieniu zacząłem udawać przed kamerami jakiegoś tam rozmawiacza. Tak naprawdę jednak jestem bardziej słuchaczem, czasami tylko coś puentuję, dopowiadam. Niedawno zrobiłem 50. odcinek z Władimirem Bukowskim. I każdy z tych odcinków to materiał na osobną dużą opowieść filmową.

Na miarę „Oszołoma” - opowieści o Michale Falzmannie - inspektorze NIK, który odkrył aferę FOZZ i wkrótce potem zginął w niewyjaśnionych okolicznościach...

„Oszołoma” robiłem trzy lata, bo to był bardzo trudny temat. Ale żeby robić filmy na podobnym poziomie, musiałbym na każdy z nich mieć co najmniej rok, czyli łącznie zajęłoby mi to 50 lat – nie starczyłoby życia. A w „Pod prąd” mogę to wszystko opowiedzieć w prostej rozmowie. To jest jakby takie „kino dla ubogich”, ale ci cisi, ubodzy będą kiedyś pierwszymi.
Do mojego programu zapraszam zresztą tylko tych ludzi, których cenię i którzy coś tam kiedyś w życiu zaryzykowali. Te rozmowy nie mają charakteru gończego, śledczego. Nie wymyślam ich wcześniej. I daję szansę mojemu rozmówcy, by opowiedział widzom to, co chce. Tym ludziom to się należy, tak jak widzom należy się słuchanie rozmowy „bez silikonu”.

A czy w ogóle potrafi Pan robić filmy „bez silikonu”, które będą potem puszczane przed pierwszą w nocy?

Przecież ja nie robię filmów pornograficznych. „Oszołom”, „Obywatel Poeta” są idealne na godzinę 21. Ale jakoś nikt nie chce ich puszczać o tej porze.
Zrobiłem taki jeden film, po którym w efekcie byłem okropnie zły na siebie – „Tatę Kazika” - no bo ten film kochali wszyscy; przychodzili jacyś zachwyceni czerwoni i poklepywali mnie po plecach, to samo solidarnościowcy. Staszewski się powszechnie spodobał, bo był zapętlony w tamten system, ale wyszedł na swoje, pięknie śpiewając te swoje kiczowate, oczywiście cudownie kiczowate, piosenki, A tacy czyści ludzie jak Falzmann nikogo nie interesują. Wolimy upadłe anioły.

No, ale to tylko potwierdza obiegową opinię o Pańskim skrajnym nonkonformizmie – jakkolwiek by Pan nie lubił tego zwrotu. No bo jeśli ktoś jest wściekły o to, że wszyscy chwalą jego dobry film...

To mi się nawet przez chwilę podobało, dopóki nie zrozumiałem o co w tym wszystkim chodzi; że konfitury dostają jedynie ci, którzy się nie wychylają, dla których treść ich własnych filmów jest sprawą drugorzędną. Wszyscy chcą się dobrać do konfitur. Bo konfitury są po to, żeby coś zrobić, a po to trzeba coś zrobić, żeby mieć konfitury... To jest układ samonapędzający się.

W ostatniej sekwencji „Obywatela Poety” Zbigniew Herbert mówi: „A teraz gaszę światło, wychodzę z tej knajpy i niech się leją po mordach”... Profetyczne słowa?

Najbardziej to poczułem, kiedy obalano rząd Olszewskiego. Wtedy już wiedziałem, że jest po balu, że możemy się tylko dzielnie stawiać. I problem nie dotyczy tylko naszych niedobitych komuszków i naszych prawicowych złodziei, ale tego, że obecna cywilizacja zmiecie w końcu to coś, co jest sensowne, co się broni przed taką dramatyczną powtarzalnością, przed bylejakością. Zresztą myślę, że my w końcu przegramy te bitwę z tymi czerwonymi pod różnymi postaciami. Ale to nas wcale nie zwalnia z marszu pod prąd.

Przewodnik Katolicki nr 26/2007
KMDM


[link widoczny dla zalogowanych]


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Administrator dnia 26 Maj 2009 14:11, w całości zmieniany 1 raz
Zobacz profil autora
Jerzy Zalewski o TVP
PostWysłany: 26 Maj 2009 11:21
Administrator
ADMIN

 
Dołączył: 28 Maj 2005
Posty: 6577
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 13 razy
Ostrzeżeń: 0/2
Skąd: Gdańsk





Jerzy Zalewski o TVP
i irytacji tak zwanym salonem
Obywatel artysta cz. I




- Nawet największa wesz ma prawo w pewnym momencie eksplodować wielkim talentem i wtedy staje się artystą – mówi Jerzy Zalewski w rozmowie z Moniką Rotulską.



„Bez ukarania winnych, świat III RP nie tylko nie ma sensu, ale także najmniejszych szans na normalność” – mówi Pan w wywiadzie udzielonym dla „Obywatela” Rafałowi Górskiemu i Szymonowi Surmaczowi. Czy ma Pan jakąkolwiek nadzieję na to, że winni zbrodni komunistycznych odpowiedzą za nie, że będzie normalnie?

To nie jest kwestia wiary czy nadziei, to jest konieczność, jeśli w Polsce kiedykolwiek ma być normalnie.

Rozmawiając z politykami odnoszę wrażenie, że nawet w ugrupowaniach, które dekomunizację i lustrację mają wypisaną na sztandarach już dawno zaniechano wszelkich prac nad rozwiązaniami prawnymi, które umożliwiłyby dokonanie owej „konieczności”, sprowadzającej się do sprawiedliwości dziejowej. Oczywistą konkluzją jest ta, że istnieje konieczność obalenia istniejącego sytemu władzy w Polsce…

Powiem tak… Szumne zapowiedzi wojskowej defilady w Warszawie napawały mnie „nadzieją”, że może ktoś jakiś pucz zrobi. Jednak samoloty przeleciały, czołgi przejechały i puczu nie było.

Trafił Pan do telewizji tuż po szkole filmowej?

Małe sprostowanie, nigdy nie byłem w TVP. Dochodziło do kooperacji przy poszczególnych produkcjach, ale nigdy nie byłem w tej instytucji zatrudniony. Pod koniec lat osiemdziesiątych dlatego, że był to dla mnie wrogi system. W tamtym okresie kręciłem swój debiut. Potem zakładałem wraz z przyjaciółmi spółkę Dr. Watkins. Oni byli w tym przedsięwzięciu bardziej aktywni. Mnie sprawy producenckie mało obchodziły. Był taki moment, kiedy nagle otrzymaliśmy ileś tam propozycji z TVP, jako producenci. Pomyślałem wówczas: „zmiany są możliwe”.

Czy to był okres, kiedy do TVP trafili tak zwani „pampersi”?

Oczywiście, prezesura Wiesława Walendziaka była takim drugim okresem, który dawał nadzieję, ale mówię tutaj o początku lat dziewięćdziesiątych. Wówczas w telewizji takim słowem „wytrychem” była „cenzura”. Wszyscy bali się, że zostaną o to posądzeni. W tamtym okresie ludzie z telewizji przyjęli postawę wyczekującą. Tak naprawdę nie wiedzieli, co się z tym wszystkim stanie. Realną wydawała się być dla nich wizja, że to „my” będziemy rządzili na Woronicza.

Trudno było komunie w tamtym okresie zapomnieć o egzekucji rumuńskiego satrapy Nicolae Ceausescu?

Jak widać strach miał wielkie oczy. Zresztą myślmy ich nie mordowali ze względów oczywistych, bo nie mieliśmy takich możliwości. Wtedy koledzy z Watkinsa dosłownie „wyrwali” trochę pieniędzy na filmy, które robiliśmy na początku lat dziewięćdziesiątych. Potem mój przyjaciel Andrzej Kraszewski zmarł i zostałem w firmie z Robertem Kaczmarkiem. Podział był prosty: ja robiłem filmy, a on je produkował. Po paru latach, już po pampersach, rozstaliśmy się z Robertem i zostałem w firmie sam. Od tego momentu zmuszony byłem zostać producentem.

Jest Pan autorem kilkunastu filmów dokumentalnych i dwóch fabularnych, jak to się Panu udało?

Właśnie dzięki temu, że sam byłem ich producentem. Gdybym nie zdecydował się na produkcję, to prawdopodobnie nikt nie zaprosiłby mnie do współpracy, bo takich jak ja nie zaprasza się. W związku z tym, sam musiałem wymuszać owo zaproszenie, a więc byłem producentem i mogłem to zrobić.

Media podawały, że „Kaczyńscy wzięli TVP”?

My rozmawiamy tu poważnie, czy robimy sobie jaja? Pyta mnie Pani o coś absurdalnego…

Redaktorzy, choćby z „Gazety Wyborczej” po objęciu prezesury TVP przez Bronisława Wildsteina odtrąbiły larum całkiem na poważnie…

Tak zwane środowisko „Gazety Wyborczej” przez lata, od momentu podpisania porozumień przy okrągłym stole, de facto, te media posiadało, mówię tutaj o telewizji publicznej, żeby nie było wątpliwości. Tam siedzą faceci, którzy myślą i mówią „Gazetą Wyborczą”. No nie oszukujmy się, to są tacy ludzie hmm… z „Madagaskaru”. Dlatego zawsze, gdy się nawet palcem pogroziło w stronę tej głównej siły „oszustwa polskiego”, to znaczy mediów, które są kompletnie skorumpowane, mieliśmy do czynienia z medialną hucpą i wrzaskiem.

Wróćmy do prezesury Widlsteina…

Wildstein tam trochę zmienił. Niektórzy twierdzą, że wyrzucił akurat tych, którzy się do czegokolwiek nadawali. Podobno tyle samo włożył co wyjął, niekoniecznie ludzi przygotowanych fachowo i merytorycznie. Faktem jest, że trudno mu było takowych znaleźć skoro przez lata była to twierdza ludzi całkowicie obcych mu ideowo. Gdzieś tego fachu trzeba się przecież nauczyć…

A propos doboru ludzi przez Wildsteina. Chyba Panu nikt nie zarzuci braku talentu, fachowości czy kompetencji?

Być może, ale nie zauważyłem zainteresowania moją osobą za kadencji Wildsteina.

Wydaje się to zadziwiające, że on nie chciał…

Były szef TVP wyrobił sobie znakomitą legendę polskiego patrioty „Listą Wildsteina”. Działania mające na celu ujawnienie agentury zawsze popierałem i w tym przypadku również. Zresztą, właśnie z tego powodu Wildstien był jednym z moich gości w programie „Pod prąd”. Potem ukazał się jego felieton we „Wprost” na mój temat: „Nonkonformiście biada”. Kilka miesięcy później Wildstein został prezesem TVP. Wówczas wysłałem propozycję współpracy czy kooperacji przy pewnych projektach… do tej pory nie otrzymałem żadnej odpowiedzi. Dlatego sądzę, że „Gazeta Wyborcza” nie ma się czego obawiać, bowiem jak widać, nic się w tej instytucji tak naprawdę nie zmieniło. Medialny świat III RP stał się kompletną pustynią.

Ale mówi się o tym, że Wildstein miał jakiś pomysł na telewizję.

Z mojego punktu widzenia to wyglądało tak, że Wildstein chciał zrobić z telewizji taką kongenialną gazetę, na zasadzie „wszyscy koledzy ze wszystkich gazet łączymy się, tworzymy czwartą władzę”. Głównie byli to starsi i młodsi pampersi. W pewnym momencie powstała pewna grupa wywodząca się jakby korzeniami z RMP i tacy ładniejsi, zdolniejsi „niekoledzy Michnika” postanowili zająć to miejsce, które siłą rzeczy Michnik musiał im odstępować. Ja z tą pampersową grupą absolutnie ani cywilizacyjnie, ani mentalnie nie mam nic wspólnego.

We wspomnianym wywiadzie mówił Pan, że „Pampersi”, gdy przyszli do telewizji na miejsce jednego układu tworzyli drugi…

Nawet do pewnego stopnia ich rozumiem, bowiem w tamtym okresie, mówię tu o prezesurze Walendziaka, oni po prostu chcieli brać udział w tej grze…

Czyli siłą rzeczy przejmowali metody walki od swych przeciwników…

Oczywiście, ja jestem za świętym Franciszkiem, ale jego metodami Polski raczej bym nie zbawił. „Pampersi” próbowali zdobyć tę twierdzę różnymi metodami i nowymi ludźmi, ale chcieli utrzymać się przy „stole” i grać. W TVP „Pampersi” utonęli w tej grze, bo nic nie wiedzieli o zakulisowych rzeczywistych powiązaniach ludzi, którzy byli tam jeszcze przed 1989 rokiem. Ze względu na brak tej wiedzy, byli jak bezbronne dzieci. A przecież na początku lat dziewięćdziesiątych ludzie telewizji to były osoby najczęściej z wysokich w hierarchii kadr służb specjalnych PRL-u. Desant pampersowy budował warstwę dziennikarską i wówczas, gdy Bronek dostał „ów złoty róg”, to właśnie te osoby zaprosił do współpracy. Oni mieli nadzieję, że przekazem intelektualnym przejmą rząd dusz na polskiej prawicy.
Tylko w tym wszystkim nie zrozumieli jednego, że ten „złoty róg” dostali od Kaczyńskiego. I dlatego podważanie działań Kaczyńskiego jest bardzo miłym zadaniem dla każdego pół- i ćwierćinteligenta, tylko nie tak buduje się rację stanu. I oni po prostu tego nie zrozumieli. Bronek też.

W 1993 roku po „Tacie Kazika” wydawał się Pan być ulubieńcem tak zwanego salonu, nawet uznano Pana za gwiazdę dokumentu. Co więcej okrzyknięto twórcą kierunku – muzycznego dokumentu… Ale nie połknął Pan haczyka?

Ano, nie połknąłem. Może powodem tego była większa pycha, większa duma, poczucie własnej wartości.

Często sprawdzającą się metodą tak zwanego salonu – między innymi na takich opornych, jak Pan – jest metoda, którą nazywam, na „zawstydzenie”. Może to zobrazuję. Marek Beylin, po emisji głośnego pańskiego filmu „Obywatel Poeta”, napisał: „słabe dzieło, które, zanim zobaczyła je publiczność, stało się głośne za sprawą skandalu”.

Na mnie to nie podziałało, może dlatego, że miałem wspaniały dom, wspaniałą mamę. Myślę, że jest to siła wystarczająca, aby pokonać nie jedną przeciwność losu. Tak naprawdę to nigdy nie aspirowałem do tego, aby być popieranym przez tego typu środowisko. Mnie ten kontekst wręcz irytował, bo doskonale zdawałem sobie sprawę, że to świat głęboko zgniły i zakłamany.

Ale po „Tacie Kazika” miał Pan dobrą prasę. Redaktorzy „Gazety Wyborczej” rozpływali się w zachwytach…

Bez nich wiedziałem, że zrobiłem fajny film, nawet unikalny. Tylko w pewnym momencie zorientowałem się, kto się nim zachwycił: ubecy, byli ubecy, komuchy i antykomuchy.

No, ale trudno się temu dziwić, przecież ten film był o osobie, która poszła na pewien układ, miała legitymację partyjną…

Powiem tak: nawet największa wesz ma prawo w pewnym momencie eksplodować wielkim talentem i wtedy staje się artystą. To uratowało Staszewskiego. To jest wielka szansa dla wielu ludzi złamanych, ale trzeba mieć taki talent, jak ten człowiek.

Nie korci Pana, aby zacząć robić to, co Michael Moore, twórca głośnego „Farenheit 11/9”?

Nie, to jest jakaś lewacka obrzydliwość.

Chodzi mi o samą ideę krytykowania władzy jako takiej.

Ale on krytykuje władzę przy wielkim aplauzie światowych mediów, które w znakomitej większości są lewicowe. Dlatego nie jest to żadna odwaga. Czym innym jest krytykować wbrew mediom. Chociaż właściwie to jest tylko możliwość wirtualna, bowiem media po prostu tego typu krytykę „zamilczą na śmierć”.

Czy nadal Pan uważa, że bycie artystą nieodłącznie wiąże się z tym, że robi się to, co jest właściwie niemożliwe?

Dokładnie tak.

Dziękuję za rozmowę.


_______

Jerzy Zalewski rocznik 1960. Reżyser filmowy, scenarzysta, absolwent Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej oraz Wydziału Reżyserii łódzkiej „Filmówki”. Właściciel Studia Filmowego „Dr Watkins”, niezależnej firmy zajmującej się produkcją filmów. Twórca wielu filmów dokumentalnych i paradokumentalnych takich jak: „Biała rzeka” (1992), „Wieża Babel” (1993; o Edycie Stein), „Tata Kazika” i „Staszek” (1993 i 1995; oba o bardzie Stanisławie Staszewskim), „Oszołom” (1994; o Michale Falzmannie, odkrywcy afery FOZZ), „Był raz dobry świat” (1997; o opozycyjnym bardzie Janie Krzysztofie Kelusie), „Dysydent końca wieku” (1999; o radzieckim dysydencie Władimirze Bukowskim), „Obywatel Poeta” (2000; o Zbigniewie Herbercie i jego stosunku wobec PRL i rzeczywistości po roku 1989), „Serce Europy albo mysz, która ryknęła”(2000), „Bohaterowie romansu Kisiela” (2001), Koncert 13 Grudnia (2004), „Teatr wojny” (2005)„Dwa kolory” (historia polityczna Polski ostatnich dwóch dekad). Reżyser dwóch spektakli teatralnych dla Teatru Telewizji: „Bohaterowie pracy” (wg H. Bakera) i „Kość w gardle” (wg S. Themersona), a także monodramów w cyklu „Głośna samotność”, opartych na twórczości Leopolda Tyrmanda, Andrzeja Bobkowskiego, Edwarda Stachury, Marka Hłaski, Jerzego Stempowskiego i Zbigniewa Herberta. Był współtwórcą kilkunastu odcinków telewizyjnego programu „WC Kwadrans” z Wojciechem Cejrowskim. Od połowy 2005 roku prowadzi w Telewizji Puls program „Pod prąd”, w którym wystąpili między innymi Joanna i Andrzej Gwiazdowie, Krzysztof Wyszkowski, Bronisław Wildstein, Izabella Falzmann, Elżbieta Morawiec, Ryszard Bugaj. Jerzy Zalewski u progu swej kariery był również scenarzystą i reżyserem dwóch filmów fabularnych „Czarne słońca”(1992) i „Gnoje”(1995).




[link widoczny dla zalogowanych]

.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Administrator dnia 26 Maj 2009 15:27, w całości zmieniany 1 raz
Zobacz profil autora
Jerzy Zalewski: Warszawski pokaz "półkowników"
PostWysłany: 26 Maj 2009 11:39
Administrator
ADMIN

 
Dołączył: 28 Maj 2005
Posty: 6577
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 13 razy
Ostrzeżeń: 0/2
Skąd: Gdańsk





Warszawski pokaz "półkowników",
tekst Jerzego Zalewskiego


2009-03-04 10:49


„Półkowniki”, czyli filmy, które w III RP są blokowane i cenzurowane, nadal leżą na półkach w magazynach, zostaną zaprezentowane podczas zorganizowanych przez nas Obywatelskich Konfrontacji Filmowych, 7 marca (sobota) w Warszawie.

Po roku 1989 wszystko miało się zmienić na lepsze. Także cenzura miała trafić na śmietnik historii. Nadal jednak istnieją filmy, które są swoistymi „półkownikami” – nie pokazano ich nigdy lub raz, po cichu, w środku nocy, gdy przed telewizorami prawie nikogo już nie ma. Co ciekawe, na taki cenzorski indeks trafiają często filmy, które w sposób odbiegający od dominującej wersji historii najnowszej ukazują wydarzenia ostatnich 15-20 lat. I nikt nie protestuje...

W trakcie spotkania, którego hasło brzmi „Od cenzury do cenzury”, zobaczymy filmy „Testament J. Giedroycia”, „Dwa kolory” oraz „1980 Solidarność 1990 – 10 lat później”. Pokazowi towarzyszyć będzie panel dyskusyjny. Swoimi przemyśleniami na temat cenzury i „zakazanych filmów” podzielą się Krzysztof Kłopotowski (prowadzący – krytyk filmowy i publicysta) oraz reżyserowie „półkowników”: Piotr Zarębski i Jerzy Zalewski, członek Rady Honorowej „Obywatela”. Szczegółowe informacje o pokazie - tutaj.

Pokaz rozpocznie się o godz. 12:00 w Centrum Prasowym FOKSAL (ul. Foksal 3/5). Wstęp wolny!

Wszelkich informacji nt. naszych OKF-ów udziela Liliana Milewska, pod numerem telefonu 508 173 362



Obywatel Reżyser

– mówi Jerzy Zalewski, słuchają Rafał Górski i Szymon Surmacz


Zamysł


Przez lata młodzieńcze grałem w piłkę i czytałem książki, a opozycja mnie nie obchodziła, bo jestem z takiej rodziny, która świetnie wiedziała, że prawdziwa opozycja w czasach komunizmu powinna siedzieć w ciężkich warunkach w więzieniu albo w ogóle nie żyć.

„Solidarność” to było jednak niezwykłe wrażenie. Myślę, że cywilizacja europejska nie znała takiego zjawiska, w którym naród tak głęboko upodlony, przez półtora roku zachowuje tak niesłychaną godność. O to warto się bić. To była przymiarka do wolności. Silnie przeżyłem stan wojenny i nie wybaczę go nigdy.

Na czwartym roku szkoły filmowej razem z przyjaciółmi, Andrzejem Kraszewskim i Robertem Kaczmarkiem, założyliśmy studio filmowe Dr Watkins, choć przyznam, że determinacja, by o­no powstało była po stronie moich wspólników. Ja chciałem robić filmy, a nie je produkować. Dzisiaj wiem, że jeżeli cokolwiek udało mi się z moich projektów zrealizować, to tylko dzięki temu, że byłem producentem własnych filmów.

Wtedy wydawało się, że skoro jest po „okrągłym stole” i zmieniają się reguły gry, to my jesteśmy niezbędni, by je zmieniać. Główny zamysł polegał na tym, żeby odkłamać to, co stało się za komuny. Bez ukarania winnych świat III RP nie tylko nie ma sensu, ale także najmniejszych szans na normalność. Tak myśląc, zderzyłem się ze światem lepkiej telewizji, która nie wyobrażała sobie karania czy wskazywania winnych. Choć trzeba przyznać, że telewizja jako materia wtedy była bardziej uległa, ponieważ ludzie tam pracujący sami nie wiedzieli, co się wydarzy. Trzeba wiedzieć, że ludzie telewizji i ludzie mediów to były osoby najczęściej z wysokich w hierarchii kadr służb specjalnych okresu komunistycznego. Żołnierze frontu ideologicznego, po prostu. Myślę, że byłem świadkiem, jak media publiczne w tej wolnej Polsce wykonały najpierw taką pełną oczekiwania stójkę, po czym w przeróżnych ubrankach dokonały tego, żeby mediami publicznymi nie być. Ludzie wchodzący do telewizji z zewnątrz byli natychmiast wchłaniani przez układ albo wylatywali z tego układu. Wchodząc do mediów, stajesz się człowiekiem uwikłanym w pewną rzeczywistość wirtualną, która nie jest ani jednym wielkim kłamstwem, ani prawdą. Jest takim światem pozornym. Oficjalnie cenzura przestała obowiązywać, jednak ludzie telewizji, jak ładnie powiedział kiedyś Rafał Ziemkiewicz, znakomicie wiedzą, co mają robić – tak, iż redaktorzy naczelni nie muszą wydawać poleceń. No właśnie, no to skąd wiedzą? Myślę, że znakomicie wyczuwają zakres komunikacji z widzem: co można mu powiedzieć, a czego nie, tak by szefowie byli zadowoleni a opinia publiczna uśpiona.


Szpiedzy


Czesław Bielecki do Porozumienia Ponad Podziałami – coś takiego kiedyś było – zaprosił czterech szpiegów czy raczej ludzi oskarżonych o szpiegostwo: Tadeusza Płużańskiego, Jerzego Pawłowskiego, Zdzisława Najdera i Józefa Szaniawskiego. Dyskusja, jak pamiętam, dotyczyła oceny moralnej postawy pułkownika Kuklińskiego – zdrajca czy bohater. Ale ja postanowiłem zrobić film o „szpiegach – świadkach historii”, czyli o funkcjonowaniu aparatu państwa komunistycznego. Odwróciłem kolejność przedstawienia ich losów: zacząłem od Szaniawskiego, który za współpracę z Radiem Wolna Europa siedział jeszcze za czasów rządu Mazowieckiego, potem był Najder, który za prowadzenie RWE dostał zaocznie karę śmierci, dalej Pawłowski, któremu faktycznie udowodniono, że był amerykańskim szpiegiem, wreszcie Płużański, którego, współpracownika rotmistrza Pieleckiego, więźnia Auschwitz, przy najgorszej woli można by nazwać „szpiegiem generała Andersa”. Taką złą wolę wykazał sąd komunistyczny i człowiek ten siedział 7 lat we Wronkach. Tak ułożony film pytał o tożsamość i niezawisłość PRL-u .

Film miał chyba cztery kolaudacje. Za każdym razem mówiono mi, żebym coś zmienił. Jak mówiłem słowo „cenzura”, to o­ni dostawali obłędu, no bo cenzury nie ma. Na każdą kolejną kolaudację przynosiłem film w identycznej postaci. To trwało chyba półtora roku. Później film udało się pokazać na Zachodzie i trafił do Cannes na taki dokumentalny pokaz. Dopiero po tym telewizja zdecydowała się go przyjąć i wyemitować.

Po „Szpiegach” lepiej zrozumiałem, gdzie jestem, że telewizja to tylko świetne miejsce na wyciskanie kasy. Są tacy wybrani kolesie, którzy dobrze z tego żyją, nie fikają, a obrót idzie, kasa spływa w różne miejsca. Nazywać ją „publiczna” to już jest pełna groza, bo jedyne, co mi się z tą instytucją kojarzy to dom publiczny.

Wtedy pojąłem, że jest to wyzwanie, że to jest jakaś sprawa, że może jest ważniejsze być artystą, który stara się przełamywać opór, mówić rzeczy niewygodne i niechciane. Czyli robić to, co jest właściwie niemożliwe...


Sukces


Wtedy, niespodziewanie, po zrobieniu „Taty Kazika”, zostałem gwiazdą dokumentu. To był zachwyt po prostu ogólnonarodowy. Bo Kazik i Kult, i muzyka rockowa dla młodzieży, bo piękne teksty i melodie Stanisława Staszewskiego dla ludzi pamiętających komunizm. No i byłem gwiazdą dokumentu przez dwa sezony (zaraz potem zrobiłem kontynuację „Taty Kazika” – film „Staszek”), a także twórcą kierunku – muzycznego dokumentu. Zachwycali się wszyscy, także ci, których nie lubię. Opowiedziałem nostalgiczną historię o byłym komuchu, który pięknie śpiewał. No właśnie, był tym komuchem czy nie był? Może był tylko ofiarą systemu? Kazik Staszewski próbuje w trakcie filmu tego dociec. W każdym razie powstała łatwo przyswajalna metafora komunizmu, po trosze z ludzką twarzą.


Oszołom


Do telewizji przyszli tzw. „pampersi”, czyli moi koledzy, nie najbliżsi, ale zawsze. Tacy grzeczni, kulturalni, prawicowi, lecz nie tacy radykalni, jak się okazało za chwilę.

To jest stary błąd, stary problem wchodzących zarówno pokoleń, jak i ugrupowań, że aby pokonać mafię próbują zrobić antymafię. Na „ich” przewał – „swój” antyprzewał. W związku z tym zaczęli budować firmy-krzaki. Okazało się, że firmą-krzak miał być także „Dr Watkins”. No i miałem kolejnych wrogów, tym razem ze swojej strony barykady...

Nie ukrywam, że liczyłem na to, iż jeśli zaczyna się ta inna telewizja, to może będę mógł realizować swoje pomysły. Przez cały czas żyłem w przekonaniu, że to nie sztuka dać dupy i robić karierę, lecz sztuką byłoby nie dać dupy i ją zrobić. Na własnym przykładzie przekonałem się, że to raczej trudne.

Zanim doszło do konfliktu, pampersi podpisali jednak zgodę na produkcję „Oszołoma”. Film wziął się z tego, że zobaczyłem na Krakowskim Przedmieściu nekrolog Michała Falzmanna, w którym była informacja o jego tragicznej, niewyjaśnionej śmierci. Powstał dokument o tym, że Michał Falzmann namierzając aferę FOZZ-u, zdiagnozował cały system, jaki funkcjonuje w Polsce. To dotyczyło Balcerowicza, wszystkich. Do tego tę super-współczesną rzeczywistość zderzyłem z profetycznym przesłaniem Wyspiańskiego ze sceny z „maskami”, z „Wyzwolenia”. „Warchoły to wy” – i temu podobne insynuacje.

Ten film był kolaudowany przez „pampersów” już po tej wojnie, którą sobie zafundowaliśmy. Na kolaudację zaprosiłem jako sojusznika Czesława Bieleckiego. No i o­n się potwornie denerwował. Krzyczał, że to jest sukces filmu połączony z klęską reżysera. A tak krzyczał, że siedzący za nim mój wykładowca ze szkoły filmowej, Andrzej Brzozowski, powiedział do Bieleckiego: „Proszę pana, jak pan tak bardzo krzyczy, to panu taka żyła bardzo wychodzi i ja się boję, że panu pęknie”. To jakoś najbardziej zapamiętałem z tej kolaudacji. Andrzej był zawsze opanowany i trzymał taktowny dystans. Myślę, że w szkole filmowej w Łodzi spotkałem dwie osoby, które swoim światłem rozjaśniły to ponure miejsce – Wojciecha Jerzego Hasa i Andrzeja Brzozowskiego. Obaj nie żyją – Andrzej zmarł przed chwilą, w lipcu 2005. Przy okazji chciałem im podziękować, że miałem zaszczyt ich spotkać...

Film wyemitowano na odchodne grupy „pampersów” z telewizji, ze wstępem Macieja Iłowieckiego, który próbował przygotować widzów do tak kontrowersyjnego spektaklu. Film pokazano jeden raz. Nie wrócono do niego, gdy po dziesięciu latach o aferze FOZZ-u mówią nawet dzieci w przedszkolu.


Kelus


Niektórzy uważają „Był raz dobry świat – film o Janie Krzysztofie Kelusie” za mój najlepszy film.

J.K.K. od końca lat 60. był blisko opozycji, w ‘68 siedzi, potem współpracownik KOR-u. Mając skłonność do prostego grania na gitarze i prostych tekstów, jest takim bardem pokolenia „przedsolidarnościowego”. Co jest zadziwiające, jego piosenki kompletnie znikły. W stanie wojennym wydaje kasety w CDN-ie, promuje innych ludzi, jest w konspiracji. Po 1989 r. nie występuje na spędach. Raz, z powodów zdrowotnych, dwa, że źle się czuje w takim pędzie do władzy. Gdy nastaje „okrągły stół”, o­n się wycofuje. Obecnie produkuje miód pod ruską granicą...

Nigdy nie zabiegał o popularność, a teraz choroba do tego doszła, nie może grać na gitarze. Robiąc film przepytałem mnóstwo ludzi z opozycji i tak mnie znudzili, że wszystkich wyrzuciłem, zostawiłem tylko wypowiedzi żony. Nie wiem, czy to jest mój najlepszy film, w każdym razie jest o miłości. Mimo tego, też były jakieś kłopoty kolaudacyjne, bo ja np. bardzo podkreślałem, że o­n był daleko od Michnika itd.


Biała rzeka


Zrobiłem w 1990 roku taki film „Biała rzeka”, o anarchistach w Moskwie, mieszkających na skłocie, siedziałem tam z nimi ponad miesiąc. Gdy Andrzej Wajda zobaczył ten film, zaproszony na pokaz przez Andrzeja Brzozowskiego, to powiedział, że każdy kraj, w którym komunizm się rozpada, ma swoją „białą rzekę”. Taki wybuch nieokiełznanej kreatywności. Porównywał to, co zobaczył z tym, co wyprawiał Polański z kolegami po październiku w Łodzi. Może.

Byłem z tą „Białą rzeką” na festiwalu w Krakowie. Zobaczyłem tłum przydupasów – redaktorów telewizyjnych, producentów, dziennikarzy. Widziałem kiedyś w Cannes, jak ci dziennikarze się zachowują – za zaproszenie na bankiet zrobią wszystko. Taki Polaczek w wydaniu inteligenta jest jeszcze gorszy niż Polaczek w wydaniu chama, bo z chamem to wiem, o co chodzi. Cham ma dwoje dzieci, na wódkę potrzebuje, walczy o życie. A inteligent to koszmar. To jest ta sama sytuacja, co w telewizji – z tego się dobrze żyje, właściwie nie ryzykując niczym. Tkwią w takiej niszy, w – powiedziałbym – świecie zdeformowanym przez Michnika... Jak ktoś będzie teraz dokumentował Polskę, to w każdym domu inteligenta, półinteligenta będzie taka półka pełna równych książek. To, co „Gazeta Wyborcza” uznała za kanon, to polski inteligent kupi. Ja nie mam żalu do ludzi prostych, ale inteligent polski to jest coś wszawego obrzydliwie. To jest ktoś głęboko wynarodowiony. Nie może być dobrego polskiego kina, bo decyduje o nim ta sama mentalna swołocz, która była za komuny, przeistoczona, zliberalizowana, ale ta sama. Dobór tych, którzy mają robić filmy, wynika z układów producentów. Trzy czwarte to stare SB, nie mam najmniejszych wątpliwości. Ci, którzy wchodzą na świeżo, nie są ze służb, ale muszą w ten układ wejść, żeby zaistnieć. Dobór ludzi do pracy jest zatem bezpieczny, wybiera się takich, którzy nikomu nie zagrożą. Do tego dochodzi jeszcze absurdalne ściganie się z Zachodem w komercyjności projektów. W związku z tym nie powstaje żadna opowieść o Polsce.

Gdzie jest więc ta po-okrągło-stołowa „biała rzeka”? Gdzie jest ten wybuch nieokiełznanej kreatywności? Gdzie jest poczucie wolności i mocy? – bo na pewno nie w mediach.

Dysydent


Mój kolega Adam Borowski wydał książkę Władimira Bukowskiego. To się nazywało „W archiwach Kremla”, a były to rządowe dokumenty, które Bukowski zeskanował. W czasie promocji książki, takiego objazdu po Polsce, towarzyszyłem Bukowskiemu z kamerą. Zrobiłem z tego reportaż, nawet się zgodzili na niego w telewizji. Przygotowałem też scenariusz na duży film, ale ten wpakowali do szuflady bez zainteresowania. Traf chciał, że jakaś nowa redaktorka została skierowana do działalności na styku francuskiej lewicowej telewizji Arte i naszej telewizji publicznej, i wyciągnęła ten pomysł na film o Bukowskim. Francuzi się ucieszyli, bo jak już mają pakować pieniądze w film, to lepiej o Rusku niż o Polaku. Albo go nie rozpoznali, albo nie docenili. Jak powiedziałem Bukowskiemu, że dostaliśmy pieniądze z Arte, to o mało nie umarł ze śmiechu i mówi: gówno z tego będzie. Ja na to: Nie wiadomo, co będzie, chcą, to róbmy. No i zrobiliśmy, pojechałem do Cambridge i zrobiliśmy film „Dysydent końca wieku”. Rzecz o facecie, który mieszka samotnie w domku w Cambridge, a jego główny świat to Internet, i który kontestuje już nie komunę, bo to oczywistość, ale Zachód jako spadkobiercę komunizmu.

Film zrobiliśmy, Bukowski mówi: za cholerę nigdzie ci tego nie puszczą, to w ogóle niemożliwe. Przyjechali Francuzi i się wściekli. Powiedzieli twardo, że trzeba wszystko pociąć. Nie będzie nam tu jakiś Rosjanin tłumaczył, na czym polega Europa. Myśleli, że to ma być tak, że o­n jak taka ryba, leży na plaży i marzy, żeby do morza wskoczyć – a o­n w ogóle nie marzy o żadnym morzu, lecz po prostu napieprza ten piach. Miała być nostalgia Rosjanina za utraconą ojczyzną, a ja pokazałem człowieka, który walczył z komuną w Rosji, a jak znalazł się w Europie, to zrozumiał, że ma do czynienia z kolejnym totalitaryzmem. Trwało rok, zanim wydobyłem ostatnią ratę za film. Nie zgodziłem się na żadne zmiany, ale była taka scena, gdzie z dźwiękiem było słabo i musiałem ciachnąć. Wtedy Nina Terentiew, w swoim geniuszu lobbystycznym, powiedziała: to napiszemy, że poprawki zostały dokonane. To jest wielki wkład Niny Terentiew w wolność kina polskiego. Film był puszczony raz, o 1:30 w nocy.


Obywatel Poeta


Gdy robiłem reportaż o Bukowskim, zaprosił go do siebie Zbigniew Herbert. Byłem tłumaczem ich dialogu. Podczas tej rozmowy ujrzałem w Herbercie niezwykłą postać. Zaimponowała mi jego niewiarygodna jasność umysłu. Wymyśliłem wtedy, żeby zrobić film o Herbercie. Najpierw, w cyklu monodramów pod tytułem „Głośna samotność”, który produkowałem dla telewizji, zrobiłem na podstawie jego wierszy spektakl pod tytułem „Jak nas wprowadzano”. Po zmontowaniu nie zdążyłem go pokazać Herbertowi, bo to było po tej burzy, w trakcie której zmarł.

Tak się stało, że szefem rady nadzorczej Polskiej Agencji Informacyjnej był wtedy mój kolega Andrzej Gelberg i o­n przekonał prezesa, aby połowę pieniędzy na film o Herbercie dał właśnie PAI. W tej sytuacji telewizja dała drugą połowę. Film powstawał przez dłuższy czas, w międzyczasie zmienił się szef PAI-u i zablokował mi ten film, chyba nie lubił Gelberga. Po kilku kolejnych miesiącach udało się wrócić do produkcji. Gdy kończyłem montaż, powiedziałem montażyście, że możliwe, iż to mój ostatni film – jeśli nie odpuszczę niczego, co tam jest, a nie odpuszczę, no i jak ten film pokażę, to będzie po balu. Tak naprawdę rzecz dotyczyła kilku elementów filmu, których przy obowiązującej autocenzurze po prostu być nie powinno – np. wypowiedzi Herberta o Michniku i Miłoszu. No tak, ale mam wrażenie, że taka autocenzura mnie nie obowiązuje.

I potem, po pół roku walki, jest premiera mojego filmu z zadziwiającym komentarzem rzecznika telewizji publicznej, który wystąpił przed emisją i powiedział, że to skandal, iż pokazujemy taki film. Po co pokazujemy to nie wiadomo, bo jest to bardzo niedobry film. Po emisji była dyskusja, też zadziwiająca. A potem jest okres dwóch miesięcy, kiedy pojawiają się stosy e-maili i gigantyczna dyskusja w Internecie. Gdyby ją opublikować, to wyszłaby na pewno ciekawa i niezwykła opowieść o Polsce. Poczułem pierwszy raz tak silnie, że mam swoją widownię. Jednocześnie jednak na pięć lat – to znaczy mam nadzieję, że na pięć lat – straciłem możliwość realizacji filmów dla telewizji, czyli tak naprawdę robienia filmów w ogóle.


Dwa kolory


Jarosław Kaczyński, którego poznałem wcześniej, przyczynił się do odblokowania produkcji „Obywatela Poety” w Polskiej Agencji Informacyjnej, a następnie zaproponował, abym zrobił kampanię telewizyjną partii Prawo i Sprawiedliwość w wyborach do parlamentu. Rok później – sądzę, że z powodu dużych oszczędności, jakie poczyniliśmy przy kampanii – wróciliśmy do pomysłu, który wcześniej rzucił Kaczyński: zrobić prawdziwy film o Polsce. Wymyśliłem taką formułę, że chcę rozmawiać tylko z ludźmi, których za coś szanuję, bądź przynajmniej rozumiem ich porażki, ale którzy przy okazji byli w środku wydarzeń najnowszej historii Polski. Zaproponowałem Kaczyńskiemu listę nazwisk: Jarosław i Lech Kaczyńscy, Antoni Macierewicz, Jan Olszewski, Andrzej Gwiazda, Ryszard Bugaj, Bogdan Borusewicz, Lech Dymarski, Maciej Zalewski i Jan Rokita. Kaczyński co prawda próbował mi wcisnąć Jacka Kuronia i Jana Lityńskiego, ale Kuroń był wtedy chory, a na Lityńskiego powiedziałem „nie”, bo nie rozumiałem jego porażek. W każdym razie moja lista rozmówców została zaakceptowana. Pierwsze dwie części filmu „Dwa kolory” robiłem ponad rok. Doszło może nie do kolaudacji, ale do oglądania filmu przez Jarosława Kaczyńskiego. Nie podobało się. Jak zrozumiałem, zarzuty główne to takie, że film jest nieobiektywny, nadmiernie podkreśla rolę Rokity, a Andrzej Gwiazda opowiada tendencyjne głupstwa. Jaki z tego morał? Żadni czynni politycy, nawet najszlachetniejsi, a Kaczyńskich uważam za szlachetniejszych od wielu innych, nie mogą być mecenasami „prawdziwego filmu o Polsce”. Ten film był dla nich nie do przyjęcia..

„Dwa kolory” to jest moja ocena Polski, głęboko niechętna nurtowi michnikowskiemu. Kaczyński nie może tego firmować. Nie może się tak daleko posunąć jako polityk. Powiedziałem mu: panie Jarku, pan mi ten film po prostu da. Ja się mogę nim posłużyć, a pan nie. Ja to nawet rozumiem. Myślałem, że się dogadaliśmy. A później się okazało, że jak telewizja Trwam czy Puls chciały ten film pokazać, to o­n się nie zgadzał. Także film został w posiadaniu moim, autorskim. W tej chwili praktycznie jest nie do obejrzenia, chyba że na takich imprezach, jak Festiwal Obywatela. Mimo to walczę, żeby powstały kolejne dwie części, bo ta opowieść jeszcze się nie skończyła.


Koniec


Dla mnie w dokumencie najważniejsza nie jest rejestracja wydarzeń. Interesuje mnie zapis sposobu myślenia. Zapis pewnego oszustwa mentalnego i ten michnikowski, mentalny przewał opowiadam właściwie przez cały czas, różnymi ludźmi, na różne sposoby. Ale sens pozostaje ten sam. Jaki?

Zatarła się różnica między prawdą a fałszem. Między dobrem a złem. Postawiono na głowie najważniejsze wartości. Powiedziano, że zaczynamy od nowa, że zapominamy zły system, nie będziemy ścigać winnych, przebaczamy, bo będziemy budować nową Polskę, na nowych zasadach. Jakie nowe? To „od nowa” polega na tym, że cugle trzymają ci, którzy byli wtedy oprawcami. Zmieniły się ubranka, ale ludzie pozostali, silniejsi niż kiedykolwiek. Co najgorsze, o­ni uczą młodych swojej wersji historii. Wy jako „faszysto-anarchiści” jesteście wyjątkowi, was to nie dotyczy, ale sedno tej zmiany mentalnej polega na tym, że młodzi ludzie zrozumieli, że jest frajerstwem nie być u władzy. Liczy się kasa. Straciła zupełnie sens moralna ocena wydarzeń. Tylko głupcy w to nie wchodzą. To jest dramat, to jest straszna wina mojego pokolenia, że na to pozwoliło...

Jak powiedzieć prawdę? Może gdyby w mediach było nas dziesięciu takich? Nie mówię, że byśmy wygrali, ale coś by się pewno działo. Realia są jednak prostsze, biznesowe. Głęboko nie cenię kolegów z branży, są ludźmi do kupienia. W trzech czwartych udającymi artystów. To dotyczy również dziennikarzy. Ładnie o nich powiedział Krzysztof Wyszkowski. Martwiono się, że dziesięć procent kleru to agenci. Na to Wyszkowski powiedział: Dobrze, dziesięć procent to jest dramat, ale co powiecie na pięćdziesiąt procent dziennikarzy? Pięćdziesiąt procent! Rozumiecie?

„Solidarność” była emanacją Polski. Myślę sobie, że bardzo współczesną, że nie była to endecka Polska. Była to Polska szersza. Po roku 1989 nie odzyskaliśmy właściwości tożsamego państwa. To ładnie powiedział Andrzej Gwiazda, w „Dwóch kolorach”: „Czy myśmy w ogóle zapytali o niepodległość? My, Polacy. Ani razu”. Bo Węgrzy zapytali, Czesi tak samo, a my – nie. Naród to są miliony istnień, miliony bytów. Istnieje jako wspólna płaszczyzna tych bytów i kiedy ją tracą, zostają już tylko milionami jednostek. Tracąc tę płaszczyznę, stają się, jak to ładnie mówi mój przyjaciel, ludnością polskojęzyczną. Aha, i jeszcze jedno mówi – najważniejsze to odróżnić gówno od twarogu.



„Półkowniki”, czyli filmy, które w III RP są blokowane i cenzurowane, nadal leżą na półkach w magazynach, zostaną zaprezentowane podczas zorganizowanych przez nas Obywatelskich Konfrontacji Filmowych, 7 marca (sobota) w Warszawie.

Po roku 1989 wszystko miało się zmienić na lepsze. Także cenzura miała trafić na śmietnik historii. Nadal jednak istnieją filmy, które są swoistymi „półkownikami” – nie pokazano ich nigdy lub raz, po cichu, w środku nocy, gdy przed telewizorami prawie nikogo już nie ma. Co ciekawe, na taki cenzorski indeks trafiają często filmy, które w sposób odbiegający od dominującej wersji historii najnowszej ukazują wydarzenia ostatnich 15-20 lat. I nikt nie protestuje...

W trakcie spotkania, którego hasło brzmi „Od cenzury do cenzury”, zobaczymy filmy „Testament J. Giedroycia”, „Dwa kolory” oraz „1980 Solidarność 1990 – 10 lat później”. Pokazowi towarzyszyć będzie panel dyskusyjny. Swoimi przemyśleniami na temat cenzury i „zakazanych filmów” podzielą się Krzysztof Kłopotowski (prowadzący – krytyk filmowy i publicysta) oraz reżyserowie „półkowników”: Piotr Zarębski i Jerzy Zalewski, członek Rady Honorowej „Obywatela”. Szczegółowe informacje o pokazie - tutaj.

Pokaz rozpocznie się o godz. 12:00 w Centrum Prasowym FOKSAL (ul. Foksal 3/5). Wstęp wolny!

Wszelkich informacji nt. naszych OKF-ów udziela Liliana Milewska, pod numerem telefonu 508 173 362


[link widoczny dla zalogowanych]


.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Administrator dnia 26 Maj 2009 14:19, w całości zmieniany 2 razy
Zobacz profil autora
Okiem barbarzyńcy - Nonkonformiście biada!
PostWysłany: 26 Maj 2009 13:59
Administrator
ADMIN

 
Dołączył: 28 Maj 2005
Posty: 6577
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 13 razy
Ostrzeżeń: 0/2
Skąd: Gdańsk





Okiem barbarzyńcy - Nonkonformiście biada!

Numer: 29/2005 (1181)



W III RP są sprawy, których lepiej nie tykać. Reżyser Jerzy Zalewski ma do nich skłonność Reżyserowi Jerzemu Zalewskiemu nikt talentu nie może odmówić. Dokumenty "Tata Kazika", "Staszek" (kontynuacja "Taty Kazika") czy "Był raz dobry świat" zostały powszechnie docenione. Nakręcona pod koniec lat 80., podczas studiów filmowych, etiuda szkolna "Warszawa - Koluszki", inspirowana "Moskwą - Pietuszki" Wieniedikta Jerofiejewa, trafiła na festiwal w Cannes. Tylko że od pięciu lat Zalewski właściwie niczego nie może zrobić. Od czasu gdy dla TVP nakręcił "Obywatela poetę" - film o niepokornym i niepoprawnym Zbigniewie Herbercie.

Film przeleżakował najpierw na półkach telewizyjnych rok - za to, że reżyser nie zgodził się usunąć wypowiedzi poety o Czesławie Miłoszu, a zwłaszcza niezwykle krytycznej o Adamie Michniku. Kiedy sprawa stała się głośna i niewygodna dla zarządu telewizji, gdyż zbytnio zaczęła przypominać praktyki telewizji PRL, film został wyemitowany z czymś w rodzaju kwestionującego go wstępu, a zakończony dyskusją, której uczestnicy zarzucili autorowi... "poniżanie" Herberta.

Zacznijmy jednak od początku. Wali się PRL i Zalewski z przyjaciółmi na fali entuzjazmu i wiary, że można już będzie robić inne kino, zakłada firmę producencką Dr Watkins. Okazuje się jednak, że w III RP są sprawy, o których mówić można, i sprawy, których lepiej nie tykać. Zalewski ma skłonność do tych drugich. Już w 1992 r. robi film "Szpiedzy, świadkowie historii" - o ludziach oskarżonych i skazanych za szpiegostwo w PRL: Tadeuszu Płużańskim, Jerzym Pawłowskim, Zdzisławie Najderze i Józefie Szaniawskim. Film nie pasuje do poprawności III RP. Redaktorzy proponują przemontowanie go, co osłabiłoby nieco wymowę, a w każdym razie proponują usunięcie Najdera, który jest podwójnie niewygodny. Nie tylko, że związany z rządem Olszewskiego, co samo w sobie powinno eliminować go z telewizyjnego ekranu, ale na dodatek został skazany na śmierć przez "patriotę" i "człowieka honoru", gen. Jaruzelskiego. Wprawdzie wyroku nie udało się wykonać, nie znaczy to jednak, że Najdera można pokazywać w - wyobraźmy sobie - pozytywnym świetle.

Zalewski nie zgadza się na zmiany. W sukurs przychodzi mu znowu festiwal w Cannes, gdzie nagrodzono go za "Szpiegów". W tej sytuacji filmu trudno nie wyemitować w telewizji. W 1995 r. Zalewski kręci "Oszołoma" - film o Michale Falzmannie, inspektorze NIK, który samotny, wykpiwany i dezawuowany walczył o ujawnienie afery FOZZ aż do swojej tajemniczej, a może wcale nie tak tajemniczej śmierci.

Film "Dysydent końca wieku" mógł powstać tylko dlatego, że ani redaktor zamawiająca, ani koproducenci z francuskiego kanału Arte nie wiedzieli, kim jest Władimir Bukowski. Francuzi się cieszyli, że współpraca z Polakami zaowocuje filmem o Rosjaninie. Rosjanie fascynowali ich z powodu szerokości duszy i byli im bliscy z racji niechęci do kapitalizmu. Bukowski kapitalizm lubił, nie lubił natomiast Unii Europejskiej. Film został wreszcie wyemitowany w TVP - raz o 1.30 w nocy. Potem był już "Obywatel poeta". Jak wskazuje tytuł, film opowiadał o obywatelskim zaangażowaniu poety, które dla autora "Pana Cogito" stanowiło rdzeń jego postawy. To ono legło u podstaw jego uczestnictwa w antykomunistycznej opozycji i spowodowało odrzucenie układów, które stanowiły fundament III RP.


Autor: Bronisław Wildstein

[link widoczny dla zalogowanych]



.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Administrator dnia 26 Maj 2009 14:00, w całości zmieniany 1 raz
Zobacz profil autora
JERZY ZALEWSKI - OBYWATEL POETA
Forum Strona Główna -> OCALIĆ OD ZAPOMNIENIA
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)  
Strona 1 z 1  

  
  
 Napisz nowy temat  Odpowiedz do tematu  


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001-2003 phpBB Group
Theme created by Vjacheslav Trushkin
Regulamin