M L

kultura

Forum M L Strona Główna -> NA BARYKADACH -> WOJCIECH JANKOWSKI - JACOB
Napisz nowy temat  Odpowiedz do tematu Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat 
WOJCIECH JANKOWSKI - JACOB
PostWysłany: 22 Sty 2009 6:44
Administrator
ADMIN

 
Dołączył: 28 Maj 2005
Posty: 6551
Przeczytał: 2 tematy

Pomógł: 13 razy
Ostrzeżeń: 0/2
Skąd: Gdańsk











JACOB, GAL, WiP...

Ludzi z ruchu Wolność i Pokój poznałem w połowie lat 80-tych, najpierw Sławka Dutkiewicza z Bydgoszczy, potem Małgosię Górczewską z Gdańska, kilku innych, których nazwisk nie pamiętam bo ten Niemiec, Alc-Hajmer zabiera mi pamięć.

Wojtka Jankowskiego-Jacoba i Krzyśka Galińskiego-Gala poznałem podczas strajku na Stoczni Gdańskiej w 1988 roku. Leżeliśmy na styropianowych płytach w stoczniowej stołówce, była duszna noc, czekaliśmy kolejnego niby-szturmu ZOMO na bramy. Czekaliśmy i ... ryczeliśmy ze śmiechu, wyobrażając sobie atak zomowców, jako karnawał: my w spiczastych czapeczkach gwiazdorów, oni ze skrzydłami anielskimi; my z kołatkami w rękach i balonikami, oni - z piszczałkami etc. Odbijało nam, jak to odbija po sześciu-siedmiu nieprzespanych dobach w silnym, nieustającym stresie.

Słuchałem uważnie tego co i jak mówią (Jacob i Gal); jaką prezentują filozofię wobec tego "robotniczego" protestu: NSZZ Solidarność, którą wówczas jeszcze sobą reprezentowałem, nie była Ich żywiołem. Ich żywioł ówczesny, to dziwna, quasi-anarchistyczna postawa, jaka zazwyczaj cechuje ludzi młodych, będących z "natury lewicowcami", a co raczej jest przejawem romantyzmu i - niech mi obaj wybaczą - naiwności politycznej.

Nauczyłem się od Nich jednego: przymrużenia oka na widok wszelkich powag i autorytetów; jakiegoś duchowego keep smiling, które jest dla mnie najcenniejszą po Nich pamiątką, równie ważną, jak znak AUM na moim ramieniu i w moim umyśle.

Naiwność polityczna... To była, jak się okazało - raczej moja, niż Ich domena z tym, że Oni, mimo upływu lat zachowali siebie, a ja...
No, ale to juz zupełnie inna story.

Sławek




WOJCIECH JANKOWSKI - JACOB




23 grudnia 1985 r. – Sąd Marynarki Wojennej w Gdyni, skazał działacza Ruchu Wolność i Pokój, Wojciecha Jankowskiego JACOBA na 3 lata i 6 miesięcy więzienia za odmowę służby wojskowej

Zwartowo, 13 sierpnia’86
Wojciech Jankowski
Zakład Karny
OZ Zwartowo
84-212 Zwartówko
woj. gdańskie

Rada Państwa PRL

Dnia 23 grudnia 1985 r., wyrokiem Sądu Marynarki Wojennej w Gdyni zostałem skazany na 3,5 roku pozbawienia wolności. Zdaniem sądu dopuściłem się bowiem czynu o „wysokim stopniu społecznego niebezpieczeństwa” jakim ma być odmowa służby wojskowej. Zarówno przed powołaniem mnie do służby czynnej, jak i w trakcie postępowania przygotowawczego, a nawet na sali sądowej – wnosiłem niejednokrotnie o umożliwienie mi odbycia służby zastępczej, w formie pracy na rzecz społeczeństwa, bez przeszkolenia militarnego. Ani Sztab Generalny WP, ani WKU w Gdyni, ani Sąd Marynarki Wojennej nie wzięły tego pod uwagę. Sąd Najwyższy – na rozprawie rewizyjnej – utrzymał wyrok w mocy stwierdzając m. in., iż „słusznie (...) orzekający w tej sprawie sąd nie poczytał na korzyść oskarżonego tego, iż wyraził on gotowość wykonania pracy zastępczej. Poborowy Jankowski deklarował bowiem chęć pracy, a nie chęć wywiązania się ciążącego na nim obowiązku służby wojskowej ...”

Wobec tak „genialnej” argumentacji, czuję się naprawdę bezsilny. Bo fakt, że w każdym kraju, w którym wolność (sumienia) nie jest tylko formalnością – istnieje możliwość odbycia służby zastępczej, jest dla tych instytucji również bez znaczenia. Sąd Marynarki Wojennej stwierdził także, iż pacyfistyczne zapatrywania są nie do pogodzenia z wykonywanym przeze mnie zawodem nauczyciela przysposobienia obronnego, że to właśnie na mnie, „... jako nauczycielu i pedagogu ciążył szczególny obowiązek wdrażania wychowywanej przez siebie młodzieży szczytnych ideałów miłości Ojczyzny oraz obrony jej w przypadku napaści i zagrożenia”. Otóż, po pierwsze: istnieje zasadnicza różnica między przysposobieniem obronnym, a nauka zabijania, jaka jest służba wojskowa. Władze wojskowe widocznie zdają sobie z tego sprawę, skoro w założonych przez siebie liceach wprowadziły właśnie przysposobienie wojskowe, a nie – obronne. Rzeczywiście nie uczyłem zabijać – uczyłem, w jaki sposób chronić życie, zdrowie i mienie człowieka przed działaniem środków masowej zagłady, znajdujących się we współczesnych arsenałach zbrojeniowych. Uczyłem przysposobienia – podkreślam – obronnego, nigdy wojskowego. Po drugie: rozwój cywilizacji sprawił iż obecnie ludzkość stanowi praktycznie jedną rodzinę połączoną wspólnym interesem życia w pokoju i wolności. Łamanie praw człowieka w jednym państwie, czy też bloku państw to zagrożenie dla wszystkich mieszkańców naszej planety. W tej sytuacji patrzenie na wszystko pod katem wąskich interesów państwa czy narodu jest delikatnie mówiąc anachronizmem. Wolność i pokój to wartości ogólnoludzkie, wartości, dla których szczególnie groźna jest polityka militaryzowania całych społeczeństw, realizowana w państwach, w których istnieje przymus służby wojskowej. Przymus służby wojskowej – to barbarzyństwo w pełnym tego słowa znaczeniu. Tak zwane przygotowanie obywateli do obrony Ojczyzny nie jest już żadnym usprawiedliwieniem, w razie wybuchu wojny, wobec współczesnych środków masowego rażenia, przeszkolony żołnierz z karabinem byłby równie bezradny jak ja – z gołymi rękami. I o tym również władze wojskowe dobrze wiedzą. Wiedza – ale odmawiających służby wojskowej nadal zamykają w więzieniach. Dlaczego? Dlatego, że „obrona ojczyzny” jest tylko pretekstem dla działań mających w rzeczywistości na celu utrzymanie socjalistycznego status quo, stanu, którego istota jest panowanie klasy uprzywilejowanej nad olbrzymią większością społeczeństwa. To nie „obrona ojczyzny” była celem wojska i milicji w 1956, 1970 i 1981. To nie „obrona ojczyzny” kierowała czołgami najeżdżającymi w 1968 r. Czechosłowację. Nie cofano się nawet przed mordem, a cel tych działań był i jest jeden: narzucenie walczącej o swoje prawa ludności niewolniczych kajdan, kajdan tym ohydniejszych, że zamaskowanych rewolucyjnymi, robotniczymi sloganami.

Nie będę apelować do rozsądków, sumień czy poczucia sprawiedliwości – byłoby to śmieszne. Nie będę się też łudzić ONZ-owskimi „Rokiem Pokoju” – wszak jego najgłośniejszą imprezę, meksykański Mundial, zainaugurowały wojskowe parady i armatnia kanonada. A w jaki sposób „Rok Pokoju” obchodzi się w PRL? Oczywiście – w „duchu normalizacji”, np. skazując na kilkuletnie więzienia uczestników ruchu pokojowego czy absolutnie apolitycznych świadków Jehowy. To przecież jednak sprawy mało ważne, głupie i przyziemne w porównaniu z dalekowzroczna, wspaniałą polityką Michaiła Gorbaczowa, dla którego szczególnie ważny jest pokój w ... kosmosie.

Na jedno wszak chciałbym zwrócić uwagę. Mordując, bijąc i zamykając w więzieniach można na jakiś czas ludzi zastraszyć i wygrać bitwę. Ale stosując te metody permanentnie – zawsze się przegrywa. Brutalna, tępa przemoc władz w połączeniu z brakiem jakichkolwiek szans na normalne życie – to warunki kształtujące obecne, młode pokolenie. Nie trzeba być socjologiem, aby wiedzieć, ku czemu to prowadzi: z jednej strony degeneracja – nałogi, przestępczość, ucieczka od rzeczywistości, z drugiej wciąż narastająca, rozpaczliwa determinacja, w coraz większym stopniu grożąca niepohamowanym wybuchem gniewu i nienawiści. Sejm uchwalił wprawdzie ostatnio „Ustawę o szczególnym postępowaniu wobec sprawców niektórych przestępstw”, którą to określa się oficjalnie jako „akt wysoce humanitarny, dający szansę powrotu do normalnego życia...” itd. Na czym w praktyce polega ów „humanitaryzm” miałem okazję przekonać się osobiście: funkcjonariusz wojskowego kontrwywiadu, który dwukrotnie odwiedził mnie w zakładzie karnym, postawił warunek dość jasny – wolność w zamian za informacje dotyczące pacyfistycznych i anarchistycznych ugrupowań działających w Polsce.

Jako, iż jestem zdania, że lepiej być człowiekiem w więzieniu, niż szmatą na wolności – stanowczo odmówiłem jakiejkolwiek współpracy. Mniejsza o to, czy wiem cokolwiek na interesujące kontrwywiad tematy. Jednak przeciwko tak podłemu szantażowi musze zaprotestować. Chciałbym, aby wszystko było jasne: jestem pacyfista, swoje przekonania wyłożyłem powyżej chyba dość wyczerpująco. Współpracy ze służbami specjalnymi nie podejmę, donosiciela nikt i nic ze mnie nie zrobi. Jednak w dalszym ciągu – pomimo dziesięciomiesięcznego pobytu w więzieniu – deklaruję gotowość podjęcia pracy zastępczej. I w dalszym ciągu uważam, że wprowadzenie zastępczej służby wojskowej jest jedynym humanitarnym i rozsądnym rozwiązaniem problemu ludzi którzy nie chcą zabijać, a których dotychczas za to tylko się zamyka w Polsce w więzieniach.

To wszystko co mam do powiedzenia. Ewentualne zwolnienie mnie z ZK pozostawiam decyzji Rady Państwa.

Wojciech Jankowski





Jacob, wczoraj wyglądałeś świetnie, Koleżko...




A dzisiaj - już tylko seksownie Smile


Dumki Jacoba

...a ja Tobie niosę
różę zimy
znam figle czasu
przyjmij ją – za chwilę
nas nie będzie...


/Andrzej Sulima-Suryn/

PROLOG

Czerwone skały, omszałe cieki, strugi, strumyki, potoki. Coraz rzadsza, rachityczna roślinność. Wędrowiec rozejrzał się. Usiadł.

Musine, Księżycowa Góra, z daleka wyglądała niepozornie. Teraz, kiedy odpoczywał w połowie drogi na szczyt, widział potężny, samoistny świat. Góra i niebo. W oddali ostre, ośnieżone wierchy. Gdzieś tam - hen! - wstążeczka autostrady. Z całego cywilizowanego zgiełku - wątłą wstążeczka.

Uśmiechnął się. To była Siła. I ta Siła byłą w nim. Widział, że ludzkie problemy są tylko urojeniem. Że wszystko gra. Odwieczna, cudowna muzyka.

- Skoro tak, to nie ma potrzeby iść dalej - ucieszył się. - Troski, dalsza droga, rodzina są bez znaczenia. Wszystko jest!

Wszystko Gra!

Wszystko Jedno!

Podniósł się i wizja prysła. Zaczął schodzić. Słońce znikło. Z każdym krokiem robiło się zimniej. Niewielka, bardzo ciemna chmura zacięła lodowatym deszczem. Skulił się pod jakimś krzakiem. Nie pomogło.



- Jeszcze krok i Góra mnie zabije! Czuł to wyraźniej od bicia serca. Zawrócił. Pod górę, w stronę szczytu. Chmura odpłynęła i słońce sypnęło ciepłymi barwami. Spotkał niewielki wodospad. Strugi i krople w nieskończonych pląsach, wirach i zatoczkach. Wszystko we wszystkim. Wieczność i Nieskończoność.



- Poświęcisz to, co masz? Flet i worek? Odpowiedzialność? Oceny przyjaciół?

W worku miał nóż powierzony w zufaniu przez przyjaciela. Rzucił wszystko w bulgoczącą nieckę.



- A siebie...?

Skoczył. Woda natychmiast przemoczyła ubranie, obmyła, wchłonęła.

- A wszystko? Jesteś gotów? Poświęcić wszystko bez końca?

Wodospad bawił się i śpiewał a on baraszkował jak dziecko. Wiedział, że tak, właśnie tak! Miriady kropli błyszczały wraz z nim.



- Zbuduj dom – powiedziała Góra, kiedy dotarł na szczyt.

Wracając odnalazł worek z odpowiedzialnością.



TIPI



... gdy wchodzisz w las - stajesz się drzewem, co w twojej ciszy się rozrosło,

a kiedy nurt przemierzasz łódką - wtedy udziela ci się wiosło...*



Było tak. Rok temu, wiosną, kończyło się nam mieszkanie. „My” - to Grażyna, ja i trzyletnia wówczas Adusia. Zimą roiły się różnorakie pomysły na wybudowanie domu, znalazła się nawet odpowiednia polanka. Jak jednak przeżyć czas budowy?



Było tak. Od dziecka kochałem się w Indianach, a całkiem niedawno zetknąłem się z „żywymi” tipi, czyli namiotami Indian północnoamerykańskich: stały na zlotach „Rainbow” w Bieszczadach i w pewnej odlotowej wiosce w Pirenejach. W ręce wpadła mi tymczasem odbita na ksero broszurka, jak takie tipi uszyć. Prościzna: dwanaście żerdzi i półkole z. płótna. Skąd płótno? W sklepie za drogie.



Było tak. Na rynku stali Ruski i sprzedawali prześcieradła. Za dwie stówy wypchałem prześcieradłami duży plecak, trzy dni zajęło szycie. Potem rozbić „odwrotną” stroną i impregnować parę dni gęstym, żywicznym dymem. W środku dodatkowo „wiatrochron”, łoże z dech i skór dla mamy i taty, takież łóżeczko dla dzidzi, trochę malowideł, stolik, skrzynki na naczynia, narzędzia, ciuchy, książki. Pośrodku serce domu - płonące niemal bez przerwy ognisko. Nagromadziło się trochę fajansów z pobliskiego wysypiska śmieci, jakieś czaszki, ozdoby - i tak powstało „profesjonalne” tipi, osiemnaście metrów kwadratowych powierzchni mieszkalnej.



...drogą od myśli do maszyny; drogą od łódki do okrętu, skąd idziesz, że nie jesteś pewien wierności wymyślonych sprzętów...



W życiu nie przeżyliśmy tylu odwiedzin, co w tym „indiańskim” namiocie, rozbitym w lesie na totalnym zadupiu. Trudno było dom budować, browar lał się gęsto.



Zadziwiające, jak poważnie traktować mogą ludzie czyjś odlot i zabawę. „Młodzież z oazy” która dziwiła się, że zakupy robimy w wiejskim sklepie, a nie żyjemy wyłącznie ze zbieractwa i łowiectwa. Jakaś oburzona istota ze szkółki plastycznej: „co tu robi ta taczka?! Indianie nie mieli przecież taczek...” Ksiądz, który nie wierzył, że goszcząca u nas kumpela nie jest wcale drugą żoną, usilnie nalegał, byśmy się określili religijnie. - Poganami jesteśmy - palnąłem w końcu i do dziś nie wiem, czy to były jaja, czy nie.



Śmialiśmy się potem z Jarasem, który nieopodal rozbił tipi-kawalerkę, że gdzieś tam w „sztabie” wbito w mapę nową chorągiewkę z napisem Poganie. Albo rozpaczliwy jakiś upór, że tak nie można, nie da się żyć bez prądu, urządzeń, telewizora. Dusicie się! Marzniecie! Mokniecie! Często myślę o mamie pewnego kolegi, która zupełnie serio radziła, byśmy do ogniska kupowali węgiel w foliowych workach. „Z drzewem do lasu"...



Natomiast dzieci - natychmiast czuły bluesa. Żadnych głupich pytań i rad. Cieszył się też leśniczy i niektórzy miejscowi. W końcu każdy dzieciak klecił kiedyś szałasy albo przynajmniej domy z krzeseł i koców. Instynkt budowania gniazda siedzi w nas głęboko. Szkopuł w tym, że dorośli zwykle zapominają, że życie może być też przygodą i zabawą.



Dzieci wiedzą, jak żyć - śpiewają Max i Kelner. Też mam takie wrażenie.



ZIELONA SZKOŁA



Dziewięć lat temu, przez dwa miesiące, pracowałem jako belfer w jednej z gdańskich szkół podstawowych. Byłem „panem” od pracy-techniki i przysposobienia obronnego. Nie wspominam tego okresu najmilej. Przymusowe zajęcia, dzwonki, narzucony program, oszukańcze konspekty, naburmuszone miny, straszone dzieci. Współczuję dzieciakom, które - chcąc nie chcąc - zmuszone były spędzać ciepłe, jesienne dni w twardych ławkach w moim towarzystwie. Na szczęście problem ten rozwiązał radykalnie Sąd Marynarki Wojennej skazując mnie na trzy i pół roku za odmowę służby wojskowej. I choć jako „polityczny” zostałem po roku amnestionowany - nauczycielem być już nie mogłem. I dobrze, bo poza szkolnymi murami życie toczy się znacznie ciekawiej...



Minęło dziewięć lat i... znów jestem nauczycielem. W ramach tak zwanych zielonych szkół zjeżdżają w okolicę dzieciaki z rejonów zagrożonych ekologicznie. Mieszkają w paru przystosowanych do tego obszernych domach rodzinnych, z nauczycielami bywają na „ty”, a zajęcia - choć nieprzymusowe - gromadzą zwykle wszystkich. Tematyka zależy od pasji prowadzącego i zainteresowania dzieciaków: zielarstwo, jazda konna, oddziaływanie dźwięków i kolorów, zwierzęta, owady, relaks... Odpoczywamy, bawimy się i - uczymy. Dzieci mają często więcej do przekazania niż nauczyciele, korzyść zatem obopólna. No i w końcu po ciężkiej zimie i przednówku, można w przyjemny sposób zarabiać forsę!



Życie w lesie nazwałem zajęcia, które sam prowadzę. Robię to, co i tak robię: budowanie indiańskiego tipi, impregnacja, ozdabianie, meblowanie, rozpalanie ognia i opieka nad nim, pukanie w bębny, posługiwanie się narzędziami, ziołowe herbatki, pop-corn i pogawędki o wszystkim. Dzieciaki pytają - odpowiadam, rozmawiają ze sobą - nie wtrącani się. W opowieściach przy ognisku pulsującym w namiotowym stożku, ożywa zaczarowany świat pierwotnej jedni człowieka i wszechświata. Nie przypuszczałem, że tak wiele pamiętam z przeczytanych niegdyś książek, czy zasłyszanych opowieści. Wielki Duch, szamani, jadalne i lecznicze rośliny, obyczaje, legendy. Lasy i łąki - czułe dłonie Matki Ziemi - dają swym dzieciom pokarm, schronienie, leki, odzież i spokój. Szeroko otwarte oczy dzieci. „Chciałbym się tego wszystkiego nauczyć” - szepce jedenastolatek. Czy którykolwiek belfer może sobie wyobrazić wspanialszą nagrodę?



Kiedy na parę godzin przejmuję opiekę nad grupą, nie mam właściwie planu zajęć. Wędrujemy sobie przez wieś i las na Polankę. Wymagam nakryć głowy (chronią przed kleszczami) i paru butelek picia. Po drodze jakaś dziewczynka z niepotrzebnie zabranym tobołkiem pyta: „kto tu jest gentelmanem”. Chłopaki się wymigują, w końcu trafia na mnie. I już leci poważny wykład o życiu koczowników, u których to dobytkiem zajmowały się wyłącznie kobiety i juczne zwierzęta, a mężczyźni musieli mieć zawsze wolne ręce. Nie ma wtedy nadmiaru niepotrzebnych gratów, a wojownicy są gotowi do działań. Dziewczynka zaprzestała szukania gentelmana i dalej - już bez protestów - dźwiga swój tobołek. Inna grupa, z harcerskim podejściem do rzeczy, domaga się konkretnych informacji: co można jeść, w co się wyposażyć itd. Pokazuję im parę listków, pąki, opowiadam o żołędziach, bukwie, wewnętrznych warstwach kory, larwach, owadach. Chodzą, kosztują roślinek, chwalą nowo poznane smaki. W pewnym momencie jeden z chłopców pyta, czy tylko tym się żywię. - Nigdy tego nie próbowałem - odpowiadam. Powiało leciutkim zdziwieniem.



Dzięki dzieciakom jaśniej patrzę w przyszłość. Fajne, wrażliwe istoty. Prawda, że większość z nich pierwszy raz bierze do ręki siekierę czy łopatę. Ale nie boją się pytać, nie wstydzą próbować. Nie uciekają od najważniejszych życiowych spraw, świetnie współgrają w grupach. To zupełnie co innego od moich wspomnień ze szkoły i dzieciństwa.



Płonie ogień. Dym wypływa przez rozchylone klapy. Na poczerniałych żerdziach majaczą czaszki, pęki włosów, ozdoby, jelenie rogi. Siedzące w kręgu dzieci mają jasne twarze i roześmiane oczy. Mają to, co najistotniejsze z wszystkich „indiańskich nauk”.



Chciałbym się tego wszystkiego nauczyć...


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Administrator dnia 22 Sty 2009 8:43, w całości zmieniany 2 razy
Zobacz profil autora
PostWysłany: 22 Sty 2009 6:45
Administrator
ADMIN

 
Dołączył: 28 Maj 2005
Posty: 6551
Przeczytał: 2 tematy

Pomógł: 13 razy
Ostrzeżeń: 0/2
Skąd: Gdańsk





ROBINSON CRUSOE



Pamiętam, jak dziś: lekcja psychologii z dyrektorem szkółki, do której kiedyś chodziłem. „Jankowski, uzasadnij, że praca ma charakter społeczny” - zażądał ów człowiek. - Praca nie zawsze ma charakter społeczny - wyrwało mi się. - Na przykład Robinson Crusoe... Nie dane mi było wtedy mówić dalej. Dyrektor tak się wściekł, że chciał mnie ze szkoły wywalić. Minęło dziesięć lat, a wizja jednostki, która potrafi być samodzielna i samowystarczalna, jakoś mnie nie opuściła. Opowieść o przedsiębiorczym rozbitku jest w naszej kulturze żywa od dwóch czy trzech stuleci. Wciąż, biedaki, tęsknimy za ,,rajem utraconym”.



Inicjacja. U tak zwanych ludów pierwotnych polega na sprawdzeniu, czy młodzian potrafi dać sobie radę z uzyskaniem tego co do życia potrzebne. No i jeszcze drobiażdżek - kontakt z Absolutem, co wiązało się często z uzyskaniem imienia. We współczesnej degrengoladzie ,,egzamin dojrzałość” polega na żonglerce ściągami, zawierającymi daty, wzory i regułki, których potem nikt nie pamięta. Przesadzam? Pomyślcie: ile z tej wiedzy, którą tłoczono nam w szkołach, rzeczywiście wykorzystujemy w życiu? Podejrzewam, że pół roku niezbyt intensywnej nauki zmieściłoby to wszystko, co naprawdę potem się przydaje. Po co cała reszta? Po co te lata scedzone w twardych ławkach i krzesłach, ciągle niedospane, sraczki przed klasówkami, wkuwanie czyichś kombinacji, kłamstw itd., itp? Coś tu jest popieprzone i to chyba głębiej, niż mogłoby się wydawać. Ognisko domowe zamienione w telewizor, święta - w męcząca bieganinę i nudne nasiadówy. Już niemal każdy aspekt szycia człowieka zamienił się w jakąś ponura, martwą parodię. Pół roku życia w ,,indiańskim" tipi - i już odpadło sporo stereotypów, w których tkwiłem. Żądnego robactwa - owady nie lubią samego zapachu dymu. Nawet kichnięcia w czasie, w kto rym mój statystyczny rówieśnik zdążył pewnie wykupić parę recept (a mieszkałem aż do październikowych przymrozków, sięgających minus siedmiu stopni Celsjusza). Pitraszenie na ognisku - smaczniej, fajniej, zdrowiej, szybciej niż na czymkolwiek. A przecież i tipi kiepskie (z ruskich prześcieradeł) i ja żółtodziób. Wyobrażam sobie, ze takiż dom ze skór lub grubej materii plus pokoleniowe doświadczenia - i mamy raj. A przynajmniej coś o niebo bardziej do raju zbliżonego, niż współczesna cywilizacja.



W kapitalnej powieści Bergera ,,Mały Wielki Człowiek” jest taki moment, gdy Skóra Ze Starego Szałasu mówi, że wszelkie pierdolce białego człowieka biorą się z mieszkania w kwadratowych domach: w kątach bowiem gromadzą się demony. Jest tez inny fragment, o tym, jak Indian najbardziej wykańczała upiorna regularność kursowania kolei, niezgodna z jakimkolwiek rytmem, który czuli.

Mało kto patrzy dziś w gwiazdy, słucha ptaków czy rozmawia z drzewami. Ogłuszeni przez massmedia, w ciągłej pogoni za ,,elektrycznymi szczoteczkami do zębów” zapomnieliśmy, że Ziemia jest żywym organizmem, a Człowiek - współzależna istota. ,,Nie ma na to żadnych dowodów” - żachnie się ktoś. Jasne, że nie ma. Jest za to jeden pewnik: każdy z nas zamieni ie. kiedyś w pył i tę ,,obcą” ziemię użyźni. Nic tu nie pomoże najnowszy model samochodu czy tony ,,odmładzającej” chemii. Na pewno jednak warto jest przystanąć, uspokoić się i zastanowić nad sobą i światem. Może tak pójść do lasu i posłuchać... Dlaczego ptaki są takie radosne?



BEZPIECZEŃSTWO



Pewien znajomy pracował kiedyś jako ,,naganiacz” jakiejś ubezpieczalni. Spytałem, na czym to polegało. ,,Ano, chodziłem po domach i straszyłem ludzi, co to im się może tyko najgorszego stać.” I ludzie się „ubezpieczali”, a mówiąc ściślej - dawali szmal jemu i jego ,,firmie”.



Pragnienie bezpieczeństwa jest w człowieku tak silne, ze gotów jest uwierzyć każdemu, kto bezpieczeństwo zaoferuje. A ,,ubezpieczaczy” było i jest bez liku: armie, policje, mafie, urzędy, zakłady ubezpieczeniowe, banki, producenci, politycy, adwokaci, naukowcy, sądy - uff. Wcale nie wydaje mi się, abym wyczerpał listę tych wszystkich ,,wspaniałych", co to nie chcą, aby się nam wydarzyła krzywda. Nic dziwnego, że ich tylu - wszak ,,ubezpieczenie” to żyła złota. W ,,Siedmiu samurajach” Kurosawy trudno było o kilku prawdziwych obrońców uciśnionych; w życiu bywa jeszcze trudniej.



Tak mi się jakoś losy układały, że dezeli pojawiało się się jakie zagrożenie - to zawsze źródłem byli jacyś ,,ubezpieczacze”. A to armia chciała, abym nosił niebieski berecik, a to sądy i kolegia skazywały, więzienia trzymały, komornicy nachodzili, Służba Bezpieczeństwa (!) ścigała i zwijała. Ze złodziejami i bandytami o tyle miałem do czynienia, że nam się razem niezłe siedziało. Czy moje doświadczenia są odosobnione, a inni - ufni - naprawdę cieszą się bezpieczeństwem? Guzik, bo właśnie guzika od munduru Polacy mieli kiedyś nie oddać – tymczasem miliony ludzi zginęły, z wszędzie zostały ruiny i zgliszcza. Warto o tym pamiętać i dzid, kiedy zabezpieczenia przed Rosją niektórzy szukają wojskowych guzikach. Kiedy chodziłem po Pradze i oglądałem jej nienaruszone przez stulecia budowle, siadałem w miłych, spokojnych knajpkach i patrzyłem w oczy uśmiechniętym dziewczynom - to jakoś tak pomyślałem, ze Czesi mieli lepszy i bezpieczniejszy pomysł na wojnę: poddać ie. i pić piwo. W ten sposób - uległością, mądrością, sprytem - małe zwierzątko może zwyciężyć wielkie. Uczą o tym miedzy innymi rosyjskie bajki ludowe.

Siedziałem kiedyś na komendzie i spytałem glinę - oficera, czemu niektórych ludzi nigdy nie bija. -,,Pies ugryzie, jak poczuje strach. Inaczej to nie ma sensu” - wyjaśnił ów fachowiec. I tu jest pies pogrzebany. ,,Ugryzie, jak poczuje strach”. Spadnie ten, kto ma zbyt silny lęk wysokości. Złodzieje obrobią tego, kto kratami w oknach i mnóstwem zamków w drzwiach da cynk, że jest co kraść. Nie ma, oczywiście, nienaruszalnych reguł. Każdemu w każdej chwili może się coś przydarzyć. Ale bezspornym faktem jest, że im bardziej się zabezpieczamy, im bardziej czegoś boimy - tym mocniej to przyciągamy.

Poczucia bezpieczeństwa me da się kupić, ale można je uzyskać. Gdy dręczy nas jakaś obawa, trzeba zadać sobie pytanie, co może z tego wyniknąć najgorszego. I jeśli najgorsza alternatywa nie jest w stanie nas przerazić - wtedy stajemy się posiadaczami najsolidniejszej, bo prawdziwej polisy ubezpieczeniowej: Gotowości Na Wszystko. A przygotowanych - niebezpieczeństwa omijają szerokim łukiem. Jeśli ,,przypadkiem” nie ominą - będziemy przynajmniej gotowi do obrony. Ale nawet, gdyby żywioły rozniosły nam dom, będziemy mogli (jak Filifionka z opowieści o Muminkach) cieszy się z możliwości tworzenia nowego. I tą radością przyciągać spokój i bezpieczeństwo. Howgh!



PRZYPADKI



Od pewnego czasu nie wierzę w przypadki. Odkąd nie wierzę w przepadki, wszystko zaczęło się układać z zadziwiającą precyzja. Wydarzania tworzą regularne kręgi. Na szczęście niczego nie umie przewidzieć, dzięki temu nie jest nudno.



Przykłady? Trzy lata temu trafiłem tu, gdzie teraz siedzę, tak zwanym przypadkowym autostopem, prosto z południa Niemiec. Kierowca przypadkowo uraczył mnie skrzynką piwa, o czym przypadkowo nawet nie śmiałem marzyć (Mam nadzieję, że dalej mogę już opowiadać bez zaznaczania, że wszystko jest tak zwanym przypadkiem. Innych przypadków niż „tak zwane” nie ma). Pewni znajomi szukali kogoś do opieki nad swoim domem, a my (Grażyna, Adusia – nasza córka, i ja) akurat chcieliśmy zwiać z miasta. Do tego domu wpadł kumpel, który udostępnił nam polankę w lesie, o jakiej nawet nie marzyliśmy, a akurat chcieliśmy zbudować sobie dom. Na początek postawiliśmy tipi, które okazało się najmilszym miejscem, w jakim w życiu mieszkałem. Potem zaczęła powstawać chałupa. Henio-Pilarz, z którym umówiłem się na postawienie ścian i dachu, zachorował, piły mu się rozpieprzyły – katastrofa. Pewnemu gospodarzowi niepotrzebny był agregat prądotwórczy, pomyślał, że może mi się przyda, a ja miałem elektryczną pilarkę. I tak dzięki „katastrofie” mogłem doświadczyć radochy samodzielnej budowy. Zima przyszła w październiku, dom był nie wykończony. Pół kilometra dalej – i zimujemy sobie w kolejnym domostwie, które potrzebowało opieki.

Śmieszną opowieść słyszałem niedawno od U. Poznała na studiach I. Pewnego razu wyjeżdżała do swojego chłopaka na wieś. W pociągu spotkała I., która też jechał na wieś. Stały potem razem na tym samym stanowisku PKS-u, wsiadły do tego samego autobusu, ale dziwić się zaczęły dopiero gdy wysiadły na tym samym zadupiu. Na szczęście chłopów było dwóch, znających się zresztą dobrze. „To jakieś oszustwo, na świecie jest stu ludzi!” - wykrzyknął kiedyś J. porażony jakąś serią „przypadkowych” powiązań.



Jakiś czas temu siedziałem sam z Adusią w chałupie w środku lasu i skończyło się nam żarcie i forsa. Rozsypałem trochę grosików na naszym domowym ,,ołtarzyku” i z rana - listonosz z przekazem. Tylko mama-Grażyna nie do końca uwierzyła w czary-mary: ona to bowiem zarobiła i wysłała nam ten szmal. Cóż, podobno „nikt nie jest prorokiem we własnym domu”.



Podobnie było w zeszłym roku. Knajpa, w której pracowaliśmy, upadla. Rezerw - żadnych, pracy też. Na ma co się dołować, idziemy spać - podsumowaliśmy wieczór, w którym wszystkie troski zwaliły się na kupę. A rano - wiadomość, że jest praca za granicą.



Kto podróżuje autostopem, długo może opowiadać o takich wydarzeniach, przy których rachunki prawdopodobieństwa wymiękają. I co z tego? Ano to że – jak mawia Józef Szwejk – wszystko jest w porządku, a jak nie jest w porządku, to i tak jest w porządku, bo przynajmniej coś się dzieje. No i to, że - jak śpiewa Jacek Kleyff – dość jest wszystkiego, dojść można wszędzie.

Nie warto tylko iść czyimś śladem: co dla jednych pomyślnym wiatrem, innych zwala z nóg. To zresztą też nie jest reguła, bo – co chyba najważniejsze - żadnych reguł nie ma. Przynajmniej nigdy ich nie widziałem.



PRZEWODNIK



Stuosobowa wycieczka podchodzi do bacy: ,,Baco, poprowadźcie nas w góry!” „ Ja nie przewodnik” - mówi baca. ,,Poprowadźcie; baco, dobrze zapłacimy!” Baca wziął forsę, poszedł w góry, wycieczka za nim. Idzie wycieczka, podziwia przyrodę, nagle - a!a!a - spadła i się zabiła. W sądzie bace skazali na śmierć. Posadzili na krześle, włączyli prąd. Trzaski, dym, snopy iskier. Po chwili baca wstaje, strzepuje zwęglone przewody: ,,A dyć mówiłem, że ja nie przewodnik!” (Kawał z brodą).



Na przełomie lat 1988/89 mieszkałem w samotnej, górskiej chałupie. Kumpel, który to gospodarstwo miał na głowie, chętnie i na długo znikał Wtedy zostawałem jedynym opiekunem psa, kotów, dwóch baranów, stadka lam, kilku kóz oraz osła Puchata. Bestie te robiły mi egzaminy. Lamy - z broni niekonwencjonalnej, baran - z refleksu, osioł uczył taoizmu, cap - akceptacji dla seksualnych odpałów, a pies i koty - uważności w życiu, które łatwo stracić. A było to tak.



Razu pewnego Stary Lam, duży, biało-rudy samiec, nie chciał na noc do obórki. Ponaglany i popychany - odwrócił się nagle z gardłowym bulgotem i - ghflu! - rzygnął mi w twarz zielonym, śmierdzącym glutem. Uchyliłem się, glut otarł się tylko o ramie, a ja niesiony nieludzkim wkurwieniem dopadłem chaty, nabrałem kubek mydlin z moczących się od dawna skarpet - i do lama. Ta broń musiała go załatwić, bo nigdy więcej się nie stawiał.



Majstruję coś kiedyś w rogu obórki, a tu - baran bierze rozpęd! Palec Boży - miałem tęgie buciory, zdążyłem się czegoś chwycić, wystawić obcasy i łup! - baran wymiękł, też się więcej nie czepiał.



Osioł Puchat, ten to był niezły jajcarz. Jechałem sobie raz osiołkową dwukółką. Była zima, ale szeroki strumień płynął rześko. Osioł wjechał na środek - i stoi. Ani kroku dalej. Dookoła mojego ,,rydwanu” lodowaty nurt, a ja mam lekkie buty. Zeskoczyłem w końcu wściekły, jak Kaczor Donald, przemoczyłem się, kopnąłem osła w pysk, wytaszczyłem z rzeczki i wróciliśmy do domu. Tam dopiero zobaczyłem, że zwichnąłem sobie stopę. Puchat miał przecięta wargę. Te drobne obrażenia nie sprawiły jednak, byśmy byli obrażeni na siebie. Od tamtej pory wyprawy z osiłkiem - czy to wózkiem, czy sankami – upływały raczej miło. Musiałem tylko uznać oślą naturę: osioł się nie spieszy, a jak się trochę zmęczy - to odpoczywa. I słusznie.




Pies Murzyn byt wolny. Miał mnie w dupie, poza tymi tylko momentami, kiedy domagał się michy. Chadzał własnymi drogami. Ale kiedyś ,,razem” byliśmy w lesie. Usłyszałem jego nie tak odległy, dziwny jakiś skowyt. Popędziłem - Murzyn wisiał na stalowej lince przyczepionej do giętkiego drzewka. ,,Podrywka”, pułapka na średniego zwierza. Ciachnąłem drzewko, uwolniłem psa, ledwo zipał. Ładnych parę dni minęło, zanim Murzyn znów mógł szczekać. No i na wspólnych wyprawach trzymał się blisko.



Kościsty, brodaty, rogaty, śmierdzący jak diabli cap nie płatał jakichś szczególnych figli. Namolnie natomiast chciał się zaprzyjaźnić. Nie miałem na to żadnej rady, poza kopniakami i unikaniem bezpośredniego kontaktu. (Niedawno A. sprzedała mi patent na namolne capy: wystarczy dmuchnąć w pysk i cap odchodzi. Sprawdziłem - działa.)



Jeszcze koty. Dwa nieduże pieszczochy, żarłoki i złodzieje. Znikły gdzieś w środku zimy. Potem w sianie znalazły się ich szczątki - pewnie szczury je załatwiły.

Zaznaczyć trzeba, iż panie lamy, kozy i ich dzieci nie interesowały się zupełnie przewodzeniem w stadzie. Chciały czarcia, picia, spokoju i ciepłego, suchego kąta. Miały co chciały, więc cicho siedziały. Koniec?



Parę dni temu „wstałem lewą nogą”. Otwieram drzwi - wpada wesoła czeredka: Dingo, Reksio (dwa psy) oraz Grzybek i Kicia (dwa koty). Kłębią się pod nogami, skomlą, miauczą - domagają się żarcia. Czemu akurat ja mam kołować żarcie?! ,,Bo ty jesteś duży, tato” - powiedziała Adusia. Na śniadanie chciała ryżyk z jabłkiem.



Czyżbym jednak został przewodnikiem...



PODESZWA OD TRAMPKA



Wędrowałem sobie kiedyś po Beskidzie Niskim. Była już zaawansowana jesień, bacówki puste, owce powędrowały hen, na Podhale. Puściutko, cichutko, wspaniale. Przy jednej z bacówek stała niewielka szopa. Szopa miała niewielkie drzwiczki. W tych drzwiczkach za górny zawias robiła podeszwa od trampka, przybita gwoździami. Był to znakomity zawias - solidny, bezgłośny i darmowy. Góral, który ów zawias sporządził, z pewnością nad nim nie myślał; po prostu miał drzwi do naprawy i wziął, co było pod ręką. Był Mistrzem Robienia Czegoś z Niczego, nie wiązały go żadne wyobrażenia o estetyce, perfekcji czy prestiżu.

Owe góralskie drzwiczki kryją w sobie - że tak walne z grubej rury - Wielki Sekret Wszechświata: WSZYSTKO JEST WSZEDZIE. Wszystko, co w danej chwili potrzebne, jest w zasięgu ręki: leży na śmietniku, w graciarni, w lesie, zawadza komuś w mieszkaniu czy na strychu.. I jak każdy Sekret, tak i ten, jest zwykłym banałem dla ludzi, którzy wypróbowali jego działania w praktyce. Wspomnijmy na przykład Adama Słodowego...



Mnożące się ostatnio na świecie ,,szkoły przetrwania” udowadniają, że WSZEDZIE są nie tylko wszystkie potrzebne przedmioty, ale i żywność, woda, leki, mieszkania. Kiepsko z tym jedynie w rejonach totalnie zatrutych przez rożne cywilizacyjne pomysły.



Ci, którzy (znowu ,,gruba rura”) idą jakąś tam własną duchową ścieżką - też znajdują wszystko, co im akurat najbardziej potrzebne. Pokusy, demony, dobre i złe wróżki, znaki na niebie, ukryte skarby, smoki, duchy - wszystko to istnieje, spotykamy się z tym codziennie. A jeśli niczym nie stępimy naszej wrażliwości - w porę olejemy pokusy, demony nazwiemy po imieniu, dogadamy się ze smokiem... Może kiedyś odnajdziemy zagubiony skarb?



W bajkach często pojawia się motyw trzech braci, idących na poszukiwanie Szczęścia. Trafiają na rozdroże. Są, oczywiście, drogowskazy. I tak najsprytniejszy brat wyrusza ,,drogą prostą i pewna”, średni - wybiera drogę pośrednią, a najmłodszy, prostaczek, w ogóle nie przejmuje się drogowskazami: jedzie ,,drogą bez szans”. Niezależnie od tego, czy celem tej trójki jest księżniczka, smok, skarb, czy wszystko naraz - cel osiąga prostaczek. Dlaczego? Ano dlatego, że żadne ,,drogowskazy” nie mogły ,,zrobić go w konia". Nie uwierzył, że ,,smak raju” - to kupiony batonik czy najnowszy pojazd. Lubił kochać się na łące - ,,jeszcze bielsza biel pościeli” nie była mu potrzebna. A może po prostu ,,śmiał się do słońca i śpiewał do gwiazd, Majster Bieda...” Na pewno też nie lubił tłoku. Wiedział, że drogi proste i pewne nie istnieją, a wytyczające je mody, ideologie czy religie - kłamią.



Parę miesięcy temu wyjeżdżałem do Gdańska autostopową ciężarówką. Od strony Elbląskiej teren od dawna jest rozkopany, jakieś objazdy, budowy, beton, syf. Nagle - stoi pałac! Błyszczy szkło, metal, aż kapie od forsy. Zakład Ubezpieczeń Społecznych - pisze na pałacu. Niezłe, co? Kierowca też rzucił jakiś mocny komentarz. I tak sobie myślę, że jeśli ZUS stać na pałacowe wrota - to znaczy, ze wiele zwykłych, mieszkaniowych drzwi wisi na podeszwach od trampek. I że nie wszyscy z wolnego wyboru poznają sekrety Adama Słodowego, ,,sztuki przetrwania” czy życia z dnia na dzień. No, ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Opatrzność na szczęście nie nawala, a raczej - prowidęs is gut - jak powiedziałby współczesny Polak. Howgh!



ZŁOTA RYBKA



Zadawałem czasem znajomym i sobie pytanie, czego by tu chcieć, gdyby się złowiło Złotą Rybkę. Najczęstszym pragnieniem był szmal. Do chęci posiadania pajacu i władzy nikt się nie przyznawał coś tam z bajki o Złotej Rybce do ludzi jednak dotarło. Przez dłuższy czas za najfajniejsze uważałem życzenia pewnego Ruska z kawału: żeby jezioro zamieniło się w wódę (zamieniło się), żeby rzeka wpadająca do jeziora też zamieniła się w wódę (i to życzenie Rybka spełniła). Rusek namyślił się: ,,Daj jeszcze pół litra i będziemy kwita!”



Niedawno zapytałem Adusię, swą czteroletnią córeczkę: ,,A gdybyś to ty złowiła Złotą Rybkę, czego byś chciała?” ,,Zjeść ją” - bez namysłu rzuciła Adusia. I natychmiast poczułem, że oto uzyskałem Odpowiedź Ostateczną, która odstawiła w cień Ruska z kawału.



A dlaczego właściwie nie chcieć bogactw? Choćby dlatego, że miło jest w spokoju sączyć sobie piwko i że żął mi było kumpla, który nie mógł tego spokojnie robić, bo co chwilę wybiegał przed knajpę zobaczyć, czy mercedesa ktoś nie ukradł. A minimum na życie i tak się jakoś trafia i to bez łaski Złotych Rybek, po których nigdy nie wiadomo, czego się spodziewać.



A władza? Tak ie. składa, że im ktoś wyżej w świecie polityki, tym mniej ma władzy nad sobą i swobody w życiu w ogolę. A władzy nad sobą samym - dzięki której można iść przez życie tak, aby nie niszczyć siebie i otoczenia - nie dostaniemy od nikogo. Trzeba się jej dogrzebać samemu w samym sobie. I tyle.

Wieczna młodość, wieczne życie. Ludzie owładnięci tą żądzą mają skłonność do marnowania chwili obecnej. A gdy się życia nie marnuje - nie ma czego żałować. Mnóstwo największych głupot i zbrodni ma swoje źródło w leku przed śmiercią, kto wie, czy nie wszystkie. Kilkakrotnie zdarzało mi się rozmawiać o śmierci z dziećmi. Była ciekawość ,,jak to jest potem”, zrozumienie jedności i ciągłości przemian w przyrodzie. Nie ma wyobcowania - nie ma lęku. A gdy się gdzieś pędzi i nie zwraca uwagi na czynione spustoszenie - o, wtedy memento mori musi wzbudzać dreszcz. Tak właśnie pędzi cywilizowany człowiek, stąd i powszechność lęku przed śmiercią.



Widziałem kiedyś, chyba w programie Halika, film o pogrzebie indiańskiego dziecka. Wielka balanga, dzieci bawiące się w ulubione gry zmarłego, tańce, muzyka. Pogrzeb - i święto życia. Czuto się, że ci ludzie rzeczywiście osiągnęli życie wieczne, bez łaski Złotych Rybek. W przyrodzie przecież nic nie ginie, choć żadna forma nie trwa wiecznie. Stłuczenie naczynia zaś podobno przynosi szczęście. Howgh!



Dużo jeszcze możną by chcieć od Złotej Rybki: niesłychanych kochanków/kochanek, żeby nigdy nie chorować, nie czuch głodu i pragnienia. Tylko że wtedy nie moglibyśmy cieszyć się miłością, zdrowiem ani smakiem. Szlachetne zdrowie, nikt się dowie, jako smakujesz, aż się zepsujesz. Taka prawda, mocium panie.



Wypada zatem przyznać rację Adusi. Niewątpliwie najmniej zamieszania byłoby, gdyby rybak po prostu zjadł rybę, którą w tym celu złowił. Nie trzeba by wtedy opowiadać bajki o smutnych losach jego i żony.



PRZEDNÓWEK



Marzec. Czas marzeń o wiośnie. I najcięższa część zimy. Pokrywa zlodowaciałego śniegu powoli wsiąka w ziemie. Gdzieniegdzie odsłaniają się dziurki i korytarzyki - ślady zimowych wypraw myszy. Las - ciemny, wilgotny i zimny - śpi jeszcze, nie zachęca do odwiedzin. Nie widać saren, dzików czy zajęcy, zwykle często spotykanych. Nierzadko natomiast dolatują odgłosy wystrzałów. Polowania. Tu też człowiek szerzy śmierć i przerażenie. J., wędrując przez las w którym podejrzewa obecność myśliwych - wrzeszczy lub głośno śpiewa. Wiadomo: myśliwi lubią wódę, a J. nie chce być upolowany.



Dla wsi i rozrzuconych gdzieniegdzie pojedynczych gospodarstw („kolonii”) - to przednówek. Kończą się zimowe zapasy żarcia, kończy się opał, pieniądze i pracy nie ma. A w ciężką marcową szarzyznę wkrada się beznadzieja. I czasami człowiek przestaje wierzyć, że istnieje słońce, kwiaty, a życie bywa fajne.



M., której samochód utknął nieopodal w grubej warstwie mokrej brei, popija u mnie herbatę. ,,Warto pamiętać, że wszystko co nas spotyka to tylko etap na drodze. Nawet najbardziej mroczny dół. Wtedy można sobie dać radę. Najgorzej, jak wszystko się wali naraz, żyć się odechciewa.” M. wie, o czym mówi. W trudnych dla siebie momentach idzie do lasu i przytula się do brzozy. Brzoza jest piękną, czuła i mądra. Nikogo nie odtrąca, nigdy nie odmawia pomocy.



- A mnie dopadło ostatnio w Warszawie - wspominam. – Wpadłem na dwa dni, przedtem długo nie byłem w mieście. A tu tłok, bieganina, smród, hałas, plastikowa paranoja. Odwiedziłem paru kumpli, ci wyciągali flaszki - jakoś grało. Ale rano przyszło wyjeżdżać: kac-gigant gdzieś na wylotowej szosie, samotność aż do bólu, niewiara w autostop, brak szmalu, wszelkie życiowe perspektywy zniknęły w mroku. Przejebane. Wlokłem się kilometrami, bez końca, do Dworca Centralnego. Tam wsiadłem w expres i lody zaczęły puszczać: przejechałem nie tylko bez biletu, forsy, ale i najmniejszych problemów z kanarami. W drodze do domu odwiedziłem A. W kominku płonął ogień, a A. zwierzała się z problemów, przy których mój warszawski kac wydał się pesteczką. I jeśli w ogóle udało mi się jej wtedy pomoc - to tylko dlatego, że sam ledwo co wyszedłem z ,,dołka”. Może po to spotykamy ból i mroki, byśmy w ogóle byli w stanie współczuć i wspomagać?



W każdym razie, czym by to nie było - etapem na drodze, lekcją współczucia czy poranna gimnastyką - samochód udało się wypchnąć ze śnieżnej brei. M. pomknęła dalej już bezproblemowo.



A po nocy przychodzi dzień, a po burzy spokój... - śpiewała kiedyś ,,Budka Suflera”. Pada deszcz ze śniegiem, w dodatku wiało. Wracałem do domowego ciepełka.



KIEŁKOWANIE



Stary zegar z wahadłem tyka miarowo. Za parę minut wybije północ, a ja jakoś nie mogę zasnąć. Po zimowej ospałości ani śladu, w głowie co rusz kiełkują jakieś pomysły. Niedługo kadzenie strzechy: snopki trzciny, wiązania, mocowania - wszystko to wiruje jak w kalejdoskopie. Żadnej gotowej koncepcji poza ufnością, ze obraz się w końcu wyklaruje i przejdzie czas działania. To samo z drzwiami, oknami, kominem, piecem, polepą. Mnóstwo stów, a każde słowo – dziesiątki wizji. I ciekawość, jak też w końcu się to wszystko ułoży. Pewność, że - jak zwykle - gotowy obrazek będzie zaskoczeniem.



Północ. Światło reflektorka oświetla stół. Trzy ciemne okna z półeczkami na rozsady. Pomidory, cukinie, ogórki, kalafiory - to już małe zielone krzaczki. W półmisku z ligniną kiełkuje jeszcze trochę innych nasion. Rano widziałem drzewka i krzaki w sadzie: pokryte pąkami, pojawiają się listki. Ogródek też zielenieje. Jak się nam wszystkim życie ułoży? Mnóstwo nadziei pokładamy w tych roślinkach. Bo chcemy być bogaci, tak bogaci, żeby zarabianie pieniędzy me było bezwzględną koniecznością. To tylko taka idejka, kierunkowskaz, coś w rodzaju Gwiazdy Polarnej. Dom, sad, ogrodu, może par kóz, kury koń. Wszystko to w przymierzu z Polanką, aby nie niszczyć, a po prostu razem żyć. Niemożliwe? Może i tak, ale myślę sobie, że jeśli idejka jest w Porządku, to wszystko samo się ułoży. Dokładnie tak, jak potężny buk wyrasta powoli z małego orzeszka.



Życie dla żywych

Wystarczy zgasić telewizor

I pozwolić...



-śpiewał kiedyś Kaman, wrocławski świrus.



A wczoraj w TV oglądałem western. Lubię westerny, z wyjątkiem tych beznadziejnych. Tam też była dolinka otoczona drzewami i dom sklecony z okrąglaków. Byli też: farmer, bandyci i Indianie. Niedługo kończy się nam cywilizowana chata; właściciel wraca z ciepłych krajów, gdzie zwyczajowo spędza zimę. Znów rozbijemy na Polance tipi, pojawią się zatem

„Indianie”, jak nas tu czasem nazywają. Bandyci mają zmniejszone szanse - na Polankę nie ma wjazdu, wejść można po drewnianej kładce. A to dlatego, że pewnego poranka w zeszłym roku obudził nas nagle kamaz dudniący tuz przy tipi. To załoga pijaków po całej nocy chlania postanowiła odwiedzić ,,Indian”. Jeden z nich (ścigany zresztą obecnie listem gończym) bełkotał uparcie, że chce mnie zabić. Drugi, cieśla z zawodu, mamrotał: ,,toś ty się chłopie z motyką na słońce porwał” - i zataczał się wokół pierwszych ułożonych bali. Inny podreptywał trochę nerwowo, bo ów od zabicia celował mu w stopy nożem. A czwarty, zażenowany, usiłował wręczyć mi piwo. Słowem - nieszczególna ekipa. Jako nie zabili, zostawili par browarów, a potem, na leśnej drodze utknęli w rowie, pół dnia szukali we wsi pomocy i nigdy więcej się nie pokazali. Zainspirowali mnie natomiast do sadzenia żywopłotu i zamknięcia wjazdu wszelkim pojazdom. The end. Udział wzięli: czterej bandyci z mnóstwem koni mechanicznych, farmer-Indianin, squaw i dzieci. I co, fajny western?



Już za chwileczkę, już za momencik

Film o Indianach zacznie się kręcić

Uwędzony namiot, uwędzone ciuchy. Słońce i ogień – jedyne źródło światła i ciepła. Księżycowe noce, niesłychane koncerty żab, ptaków i czego tam jeszcze. Kiełki, pąki, owoce. Chwile natchnienia i budowanie domu. Chwile niemocy i bezruchu. Kolorowa Grażynka i wirująca Adusia. Deszcze, upały, zimno, dni samotne i dni pełne gości. Wieczorna faja i pukanie w bębenek do jedynego wierszyka, jaki mi się w tipi spłodził:



patrzę w ogień jak pełga i trzaska

opowieści o tym co było

aż zobaczę w spopielałych obrazkach

że to wszystko po prostu ie. Śniło



Tak będzie, może trochę inaczej. Nikt nic nie wie. Hejahejahejahej!!!

Tymczasem już prawie druga. „Do spania jazda” – jak mawia jeden z tutejszych farmerów. Dobranoc!


Dumki Jacoba

Wojciech Jankowski





Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
PostWysłany: 22 Sty 2009 6:45
Administrator
ADMIN

 
Dołączył: 28 Maj 2005
Posty: 6551
Przeczytał: 2 tematy

Pomógł: 13 razy
Ostrzeżeń: 0/2
Skąd: Gdańsk





WIOSENNE ROZRUCHY



Pierwsza wiosenna burza przeszła bokiem. Parę razy błysnęło, trochę pokropiło. Nocne przymrozki nie pozwoliły eksplodować zieleni. Powolutku, powolutku, z, dnia na dzień coraz cieplej. Jeszcze czas, żeby posadzić trochę drzewek, uzupełnić sad, żywopłot, krajobraz. Do najbliższego miasta na najbliższy targ mam dwadzieścia parę kilometrów. Miłe szybowanie rowerem przez lasy, szosy i potargane kumulusy. W plecaku lądują sadzonki podstawowych owocowych drzewek. Na targu szybko topnieją fundusze, a chciałoby się jeszcze trochę krzewów i nasion. Mam stertę książek na sprzedaż. W antykwariacie bieda, dawne bestsellery antykwariusz oddaje bez zainteresowania: „Panie, przez pół dnia czasem nikt nic nie kupi”. Za to na ulicy natykam się na dziadka ze sporym drzewkiem w garści. Gadamy chwilę, dziadkowi likwidują działkę, wielki rurociąg ciągną. „Chodź pan ze mną, nakopiesz sobie, co będziesz chciał”. Rzeczywiście - zaprowadził mnie do roślinnego eldorado i jeszcze wręczył łopatkę-saperkę. Dziadek wrócił do domu z siatką książek, a ja zabrałem się do roboty. Po jakimś czasie bagażnik roweru rozpierał dwumetrowy wiecheć porzeczek, agrestów, winogron i paru drzewek. Na kierownicy - kosze z sadzonkami truskawek i najróżniejszych kwiatów. Spory zielony pióropusz wyrastał z plecaka. Wracałem w charakterze zielonego kłębowiska na kółkach. Mnóstwo ludzi widząc to, miało niezły ubaw. Tego samego dnia sadziliśmy to wszystko, sad i ogród rozrosły się przepięknie.

Przed naszym domem jest maleńkie jeziorko. Parę lat temu zwaliła się w nie olbrzymia, trójpienna wierzba. Z każdej gałęzi wyrosły solidne drzewka, prócz tego mnóstwo zgnilizny, suchych i zbutwiałych konarów i badyli. Nieopisany galimatias, wylęgarnia komarów, nijak do tego podejść. Znajomi kręcili głowami: „Koparka, pilarze, traktor pewnie by coś zdziałał”. Tymczasem pewnego ranka coś we mnie wstąpiło (według Grażyny, zwariowałem). Wziąłem siekierę - i do ataku. Trzy dni trwało to szaleństwo- Spod zgnilizny i krzaczorów wyłoniło się śliczne jeziorko. Rosną nad nim dwa solidne klony, dwie brzozy, buczki, dąbek, dzikie róże, czarny bez i trochę malin - wszystko to dusiła zachłanna wierzba. Pokazało się też usłane kamieniami zbocze, gotowy skalniak. Susz i zgnilizna spłonęły w ogniskach. Zdrowe drzewka wierzbowe zasiliły żywopłot. Stos gałęzi w jakieś pół dnia zamienił się w przeplatany płot, zabezpieczający ogródek przed różnymi gatunkami łobuzów.



I tak dla ciebie lepiej - bo ja już nie będę

Więcej brodził po grząskich i leśnych mokradłach,

Kiedy rok się starzeje... Nie będę też mijał

Domu Wierzby Staruchy po tej stronie wiosny;

Póki wiosna wesoła, póki w swej urodzie

Córka Rzeki nie zejdzie, by skąpać się w wodzie.

Tolkien „Wyprawa”



Z wycieczki do miasta przywiozłem też z dawna oczekiwany prezent - maleńką konewkę dla mojej córeczki Adusi. Tupta teraz krasnoludek, rozmawia z kwiatkami i daje im pić. Kiedy coś sadzę, wystarczy zawołać - Mały Deszczyku, chodź do mnie! I Mały Deszczyk zjawia się, zrasza dołek, korzenie i gada z roślinką. U schyłku dnia, kiedy nie chce mi się już prowadzić nie kończących się dialogów w roli roślinki, Deszczyk - Adusia przestaje się pojawiać. To - oprócz zmęczenia i zachodzącego słońca - znak, że czas do domku. Adusia jest niezawodnym Kierownikiem Wyprawy.



Parę dni temu jechałem rowerem do sklepu. Stara, wysłużona „Ukraina” trzeszczała na podjazdach, wreszcie niemal u celu - trach! - pękł łańcuch. Pech. Siadłem na schodkach, piję piwo. Kumpel gajowy zajada loda, opowiadam mu o swoich drzewkowych przygodach. „A nie chcesz może jarzębiny? Szwedzka, wielkoowocowa i zwykła...” Jasne, że chciałem. Jarzębina jeszcze w naszym edeniku nie rosła. Dostałem parę sadzonek. Podchodzi zaprzyjaźniony dziadek, witamy się. A co ty tam, w środku lasu, te drzewka sadzisz - mówi. - Tutaj, we wsi, sąsiad jesienią pięćdziesiąt owocowych posadził i tylko jedno się ostało. Zające przecie zimą wszystko pogryzą”. Ujawniam sposób, o którym dowiedziałem się od leśniczego: przy każdym drzewku zatknąć gałązkę tarniny. Tropy zajęcy i saren krzyżowały się gęsto po całej polance, ale do drzewek z gałązką tarniny nawet się nie zbliżały. Dzięki temu wszystko, co posadziłem jesienią, przetrwało, i to bez żadnego płotu. O tym dziadek jeszcze nie słyszał. Zgodziliśmy się, że człowiek uczy się całe życie.

Słońce zachodziło czerwonym koliskiem. Na „Ukrainie" przemienionej w hulajnogę spieszyłem, by przed zmrokiem posadzić jeszcze jarzębiny. Na skraju wsi zatrzymał mnie znajomy gospodarz. Kopał ogródek i przezimowało mu sporo dorodnej pietruszki. Do torby z zakupami doszła zatem siatka pietruchy i po wzajemnych „dużo zdrówka” wsiąkłem w mroczniejący las. Wiosenny, ciepły las!



KRYZYS



Cios przyszedł z najmniej oczekiwanej struny. Na naszą ścieżkę spadły ciężkie kłody. Stężałem w przekonaniu, że nic chcę mieszkać z Grażyną. Grażyna jest pewna, że nie może mnie kochać. Drewniany domek, nasze radośnie uwijane gniazdko, zastygł nieukończony. Piesek Reksio stał się nagle męczącym ciężarem. Okryte skórami łoże w tipi okazało się absurdalnie wielkie. Zabrakło wizji, prysła radość tworzenia. Córeczka Adusia przebywa u dziadków, wróci za tydzień. Jaką sytuację zastanie?



... źle komuś, źle Nikomu

w przestrzeni i domu...



- zadźwięczała mi w głowie piosenka grupy ,,Bez Jacka". Śpiewane przez nich wiersze pojawiają mi się w szyciu od dziesięciu lat i wciąż je bardzo lubię.

Przygasło ognisko. Dorzucam trochę chrustu, dmucham w czerwony węgiełki. Buchnął płomień, zbyt wielki jak na płócienne tipi. Czaszka owcy zakołysała się ostrzegawczo w strumieniu gorącego powietrza. Szybko rozgarniam i zmniejszam ogień. Grubsze polana płoną już spokojnie. Wypierają nocny chłód i nie dopuszczają komarów. W trudnych momentach rzadko pojawia się drugi człowiek – przyjaciel. W zbitce kilkunastu książek czeka jednak niezawodny I Ching, „Księga Przemian”. Tym razem nie stawiam pytań, nie rzucam monet. Otwieram książeczkę ot, tak i spotykam heksagram Sung - Konflikt. Ostrożne zatrzymanie się wśród drogi przynosi szczęście. Dążenie do końca przynosi nieszczęście. Można zapobiec konfliktowi jedynie wychodząc oponentowi w pół drogi. Potrzebna jest do tego jasna myśl i wewnętrzna siła. Korzystna pomoc bezstronnego rozejmu. W sytuacjach konfliktowych nie można podejmować ryzykownych przedsięwzięć.



Dlaczego prawda jest taka oczywista, a jednocześnie bywa tak trudna, że człowiek ślepnie, usztywnia się i wyczynia głupoty? Dzięki starożytnym Chińczykom, że nie owijali niczego w bawełnę. Tak niewiele przecież trzeba, żeby nie przyczyniać się do destrukcji! W moim przypadku -- zajrzeć czasem do ogrodu, poklaskać Reksia i oświadczyć Grażynie, ze tipi Czejenów jest również jej domem, a w ogóle niech robi, co chce. To chyba wszystko, aby móc spokojnie czekać na rozwój wypadków- I, na przykład, całymi dniami leżeć sobie w hamaku nucąc w górę szlaban „Orkiestry na Zdrowie”, ulubiona piosenkę Adusi. W razie czego mam tę pewność, że wystarczy miesiąc intensywnej pracy, aby w domku dało się przyjemnie żyć. A już na pewno wszystko lepsze od stężałych przekonań. Żyjemy!



Jutro nowy dzień, niedziela. Dzieciaki, z którymi mam mieć zajęcia, zabiorę spod wiejskiego kościoła prosto w krainę pogańskich lasów. Może rano wykąpię się w najcudowniejszej łazience wszechświata - wannie ustawionej na głazach pośród dostojnych świerków, pod którą rozpalę ognisko? Korzystałem już z takiego cuda mieszkając w górach, a parę dni temu dostałem w prezencie wannę i zmajstrowałem analogiczną „łazienkę”. Żywy ogień plus woda mają tę moc, że obmywają nie tylko z brudu, ale i z problemów.

Przez, zeszyt przedefilował mały pajączek. Zatem kończę. Hej!



TRAWA



Był środek upalnego lata i środek lasu. Poranek. Jak się potem okazało - 22 lipca. Ćwierkały ptaszki. Gramoliłem się z boku na bok, bucząc powoli w półmroku okopconego na czarno tipi. Coś nie grało. Głosy! Zagęszczające się, obce głosy. Liczne cienie majaczące za płóciennymi ścianami. „Kto tam?!” - zawołałem. „Policja” - oświecił mnie głos. Zgarnąłem na bok leżącą na stoliku fajkę. - Proszę do środka, jeszcze nie wstałem.



Nie chcieli wejść ani nawet zajrzeć. Pomimo zaproszeń. Niesłychane!! Tipi i okolica musiała glinę rozmiękczyć. Wylazłem więc w końcu sam, w niebieskich śpiochach frotté z kolorową klapą na dupie i dowodem osobistym w ręku.

Policjantów było kilkunastu, niektórzy ze spluwami. Młodsi otaczali tipi, starsi i grubsi stali na górce i dowodzili akcją. Jeden, najstarszy, pokazywał palcem to tu, to tam, na co paru młodszych pędziło we wskazanym kierunku tratując łączkę. Mieli lornetki. Silni, zwarci, gotowi, jak pod Lenino. Trochę się nabiegali. W okolicy posadziłem ponad sto drzewek, przy każdym palik. Sprawdzali, co rośnie przy palikach. Skupili się wszyscy przy tipi, gdy jeden odkrył na przedramieniu kleszcza. - „No tak, roznoszą zapalenie opon mózgowych i tę amerykańską stopniową degenerację stawów” - podzieliłem się informacjami z gazet. Nie tratowali już więcej łąki.



„Co pan tam uprawia, jakie rośliny?” - spytał groźnie najgorliwszy z młodych. Wiedziałem, o co im chodzi. Wymieniłem ciurkiem mnóstwo gatunków uprawianych przez siebie roślinek, między innymi konopie. Zdziwili się, że się przyznaję. - „Wie Pan, że uprawa konopi jest zabroniona” - Nie obchodzi mnie to. W swoim ogrodzie na swoje potrzeby mogę hodować, co chcę. Takie stanowisko podyktowałem potem do protokółu.



Gliniarze szybko się uspokoili. Pięciu czy sześciu młodszych udało się w końcu zaprosić do tipi. „Panowie, ominie was przygoda odwiedzenia poważnego tipi Czejenów” - powiedziałem i weszli. Siedli w kręgu, rozpaliłem ogień. Pytania i odpowiedzi jak na zajęciach z dziećmi: skąd, po co, jak, do czego, dlaczego, z czego itd. Opowiadam o Indianach, trochę o sobie, o trawie i innych narkotykach. Jeden z nich, sierżant, pracowicie zapełnia całe arkusze papieru.



Tak to jest - dostali cynk, zrobili wielką akcję, sam szef przyjechał, żeby zdobyć medal - a tu żenada. Maleńka, stożkowa foliarnia, w środku pomidory, ogórki, cukinie, kalafiory, goździki i kilka nie wyrośniętych konopi. Z medalu - nici, akcja aż śmieszna, szef schował się w cień.



Sporządzam dla wszystkich herbatkę z macierzanki, mięty i rumianku, w równych mniej więcej proporcjach. Jest pyszna, poza tym przeczyszcza i odblokowuje kanały. Smakuje chłopakom.



Dyskusji nie ma. Dobrze wiedzą, że prawdziwie groźne są oficjalne narkotyki - alkohol i nikotyna, ale na nie państwo ma monopol i tuzy zarabiają wielki szmal. Trawę można sobie posiać w ogródku czy doniczce i nikomu nic nie płacić. Co na to monopoliści? Zakazać, zastraszyć, napuścić policję i „opinię publiczną” na ładne, zielone listki. Swojska trawa zamienia się wówczas w cenny, nielegalny towar, którym handluje mafia: marihuanę i haszysz. Przewalają się góry szmalu, z mafią idzie się dogadać, wszystko jest pod kontrolą i tyle.



Ważne i to, że kryminalizacja trawy poszerza niesłychanie pole działania policji. Znów, jak za czasów ścigania „nielegalnych wydawnictw”, można włazić do domu, rewidować, czepiać się, szantażować, werbować kapusiów. I to jeszcze łatwiej niż z. bibułą - palenie trawy i haszyszu jest już w Polsce powszechne. A jak ktoś niepali, to żaden problem podrzucie szczyptę - i mamy człowieka! Trzeba bardzo nie lubić spokojnego życia, aby forsować kryminalizację tak powszechnego i nieszkodliwego zjawiska jak palenie konopi...



Wszystko to było dla moich szczególnych gości oczywiste. Pokazywali nowiutką walizkę z różnymi fiolkami do wykrywania wszelkich drągów. Dostali od Amerykanów. Idiotyczne podlizywanie się Ameryce, gdy tymczasem nawet w ordnungowym RFN odczepili się od trawy. Ale cóż - z USA sprzęt i kasa, trzeba się wykazać. Zaprosili zatem Copernicusa - telewizję olsztyńską (nielegalną!) i jak to policja – usiłowali mi wmówić, że nie mam prawa sprzeciwiać się filmowaniu. Ustaliliśmy, że mam prawo wywalić TV, speszony kamerzysta i przestraszona reporterka zaproszeni zostali do tipi na herbatkę. Oświadczyli, że chcą zrobić dobry program, nie żaden gniot pod policję. Jak tak, to zgoda.

Rzeczywiście, program był OK. Leciał tego samego dnia. Dobra muzyka, totemy, tipi, dym ulatujący przez klapy, sierżant mówiący, że w biodynamicznych uprawach, jakie prowadziłem, konopia jest bardzo pożyteczna, ja ze swe; strony przyznałem, ze lubię czasem zapalić faję, tudzież wyraziłem potrzebę zmiany idiotycznego prawa o zakazie hodowli konopi.



Głupio trochę czuli się policjanci, Tylu chłopów, uzbrojonych, wyszkolonych napada na samotnego leśnego Indianina, który uprawia sobie ogródek. W tym westernie przypadła im rola nieciekawych bladych twarzy.



Nie byłoby takich sytuacji, gdyby nie głupie prawo. Przynajmniej niektórzy z tych chłopaków mogliby być dobrymi szeryfami i zjawiać się tam, gdzie są naprawdę potrzebni.



Bóg nigdy nie stworzył w Ameryce tak cudownego policjanta. Żadnych podejrzeń, żadnych awantur, żadnego zawracania głowy: był strażnikiem śpiącego miasta, koniec, kropka - wspomina Jack Kerouac spotkanie z. gliną, który napotkawszy śpiących na drodze włóczęgów życzył im dobrej nocy. Tyle, że działo się to w Meksyku, gdzie policja też lubi muzykę, trawę i zabawę, ma zresztą w żyłach indiańską krew.



Kiepsko natomiast z naszymi szeryfami, jeśli prawo kształtować będą fanatycy i kameleony, którzy obecnie chcą być bardziej amerykańscy i katoliccy od McDonalda w Częstochowie.



Póki co, zaprosiłem policjantów na fajkę pokoju w moim tipi, o ile przyczynią się do legalizacji marihuany. Poszli sobie. Zabrali wyrwane z korzeniami rośliny do analizy w laboratorium. Znów niepotrzebne koszty i wysiłek, bo mówiłem, jak komu dobremu, że to naprawdę porządne konopie indyjskie.



Zielona dżungielka w foliami lubiła towarzystwo trawy. Po dwóch dniach zgniły wszystkie kalafiory. Reszta jakoś przeżyła. Ja też żyję. Pozbierałem po policjantach sporo wdeptanych w łączkę petów. I jak za dawnych, dobrych czasów generała Jaruzelskiego - jestem „podejrzany”, „przedstawiono (mi) zarzuty”. Co zrobi z. tym prokurator, zależy od tego, czy w najbliższym czasie przeważy u nas paranoja, czy rozsądek. Mnóstwo innych, ważniejszych spraw także od tego zależy.



l



RSD-1526/94 KOMENDA REJONOWA POLICJI W Olsztynie, L. dz..., Olsztyn, dnia 3. 08. 1994 r. UZASADNIENIE postanowienia o przedstawieniu zarzutów Wojciechowi Czesławowi Jankowskiemu



Podejrzanemu Wojciechowi Czesłnwowi Jankowskiemu s. Czesława ur. 30. 07. 1964r. w Gdyni zam. Sopot ul. Wł. Andersa 10/2 w dniu 28. 07. 1994r. przedstawiono zarzut o to, że w okresie od czerwca do 22 lipca 1994r. na działce leśnej w m. Nowe Kawkowo wbrew przepisom ustawy uprawiał konopie indyjskie mogące służyć do wyrobu środków narkotycznych, tj. o czyn przewidziany z art. 26 Ustawy z dnia 31 01. 1985r o zapobieganiu narkomanii. Podejrzany zażądał uzasadnienia postanowienia o przedstawieniu zarzutów. Za popełnieniem wyżej opisanego czynu przez podejrzanego przemawiają takie okoliczności, jak:



1. Oględziny działki leśnej, którą opiekuje się ww. a także protokół przeszukania tej działki, w wyniku których to czynności ujawniono rosnące zielone krzewy konopi indyjskich, których uprawa jest zabroniona przez Ustawię z dnia 31. 01. 1985r. o zapobieganiu narkomanii.



2. Podejrzany w protokóle przesłuchanie : dnia 22. 07. 1994r. przyznał, że to on założył uprawę konopii. Informacje te podtrzymał w protokóle przesłuchania podejrzanego w dniu 28. 07. 1994r.



Powyższe okoliczności wskazują, że zarzut jest zasadny.

Sporządził: sierż. Mirosław Chłopicki



l



Czarne, 12.2.96, Prokuratura Rejonowa, w Olsztynie, WYJAŚNIENIE SPRAWIE, wezwania do osobistego stawiennictwa w Prokuraturze Rejonowej Olsztyn z dn. 12.2.1996



Drogi Panie Prokuratorze!

Od kilkunastu lat miewam tzw. kłopoty z organami ścigania. Kiedyś represjonowano mnie za pisanie, czytanie, publikacje i kolportaż. Za domaganie się referendum w sprawie elektrowni atomowej i inne działania ekologiczne. Za organizowanie akcji przeciwko przemocy i militaryzmowi. Mnóstwo ludzi w czarnych, ponurych togach iż równie niewesołymi twarzami ferowało i podpisywało oskarżenia, grzywny i wyroki. Uważałem to za niesprawiedliwość bezprawie. Nigdy nie zapłaciłem nawet złotówki, w więzieniach i aresztach zachowywałem wewnętrzną wolność.



Potem okazało się, że „miałem rację”. Smutni ludzie w czarnych togach znów mieli mnóstwo „pracy” - z wypisywaniem i zatwierdzaniem rozmaitych „umorzeń”. Być może powinienem domagać się od nich konkretnych odszkodowań.



Minęło parę lat. Mieszkałem sobie w lesie, bawiłem się w Indian, uczyłem dzieci, uprawiałem ogródek. I oto znów stałem się przestępcą. W ogródku, pośród mnóstwa warzyw, znalazło się kilka małych konopii. Żeby to stwierdzić i tak groźnego Wroga zlikwidować - trzeba było kilkunastu policjantów ze sprzętem i Panem Generałem na czele. O Niewiarygodnym Sukcesie nie omieszkano zawiadomić prasy i telewizji. A przeciwko mnie wszczęto śledztwo, czego efekt znajduje się w rękach Pana Prokuratora.



Kiedyś, na jednej z rozpraw, skazano mnie na miesiąc aresztu w oparciu o... dwie peruki. Takich „dowodów” dostarczyła wówczas SB. Teraz za „dowód przestępstwa” robi kilka sympatyczny roślinek, wyrwanych z mego ogródka.



Przyznam, nie silę się nawet, by coś takiego traktować poważnie. To, że policja szuka łatwych „sukcesów” zamiast zająć się rzeczywistymi zagrożeniami, uważam za karygodne, żenujące, wręcz - przestępcze. Kategorycznie odmawiam współudziału w tej maskaradzie. Nie „stawię się”, nie zapłacę żadnej grzywny, w przypadku aresztowania odmówię przyjmowania pokarmów.



Ścigać można czyny, coś, co krzywdzi innych. Natomiast kryminalizację pożytecznej, od tysiącleci uprawianej rośliny uważam za idiotyzm. Że narkotyk można z niej zrobić? A z czego nie można zrobić narkotyku albo narzędzia zbrodni? Może by tak zdelegalizować wodę? Może posłużyć do produkcji bimbru czy utopienia teściowej... Tfu, jeszcze ktoś uzna, że to serio...

Niech mi Pan wybacza ton tego pisma. I spróbuje zrozumieć zrozumieć. Dość już mam tej głupiej sprawy i ciągłego zatruwania mi życia przez policję. Mieszkam teraz „na końcu świata”, w bezludna beskidzkiej dolinie. Opiekuję się córeczką i zwierzakami. Nie mogę się stad ruszyć, nawet gdybym chciał. Ale nie chcę. Nie chcę w najmniejszym stopniu afirmować absurdu, kłamstwa i niesprawiedliwości.



Przed tym podstawowym wyborem stoi również w tej chwili Pan, Panie Prokuratorze. Jakaś decyzję musi Pan podjąć. Nie wiem, jak się Pan nazywa, jak wygląda, ile ma lat, jakie poglądy. Wiem tylko, że ma Pan swoje sumienie I przeżywa Pan radości i smutki tak samo, jak wszyscy. I że cierpi Pan i umiera jak ja i każda istota.



Niczego Panu nie sugeruję. Czego Pan nie postanowi - dla mnie będzie w porządku. Wolności nikt i nic nie jest mi w stanie odebrać. Proszę tylko, aby spróbował Pan nie zaszkodzić sobie. „Vita brevis, respice finem...”* Nie ma nic ważniejszego. Słowo „pustelnika”.

Gdyby miał Pan ochotę odwiedzić tutejsze góry i choć parę dni pomieszkać w prawdziwej, drewnianej chałupie - serdecznie zapraszam. Gwarantuję czyste powietrze, ciepło i życzliwość.



Wszelkiej pomyślności, radości, zdrowia, rozsądku, spokojnego sumienia.

Z szacunkiem

Wojciech Jankowski



* łac.: życie jest krótkie, pamiętaj o końcu.



KOWALKA



Najstarsza w okolicy. 1902 - informuje ryt na belce stropowej. Jedna z dwóch ocalałych w dolinie, po wsi liczącej kilkadziesiąt dymów. Zbudowana z solidnych bali, rozłożysta, wiekowa gospodyni. Ludzie rodzili się, żyli, umierali, toczyły się wojny, pojawiały się i znikały całe wsie - a jej tylko przybywało zmarszczek. W latach siedemdziesiątych mieszkała w niej jeszcze samotna starsza kobieta. Babcia przeprowadziła się bliżej ludzi, do opuszczonego domostwa przylgnęło miano Kowalki.



Chałupą zaopiekował się pewien człowiek przejęty buddyzmem zen. Zaopatrzona w nową podłogę i okna, zabezpieczona przed rozkradaniem, z drewnianym warsztatem tkackim i różnymi starociami rozrzuconymi po ścianach i kątach - stała się Kowalka „regionalną izbą”. A bez cudzysłowu - przystanią dla spragnionych ciszy, spokoju i samotności.



Będzie już miesiąc albo i dwa, jak do mojego tipi stojącego w warmińskim lesie zawitał przyjaciel z wiadomością, że Kowalka wolna, nie ma kto mieszkać, turyści się włamują, coś tam niszczą, coś wynoszą. Jakoś się tym wtedy nie przejąłem. Otaczał mnie rajski zakątek, zarabianie na życie jako Indianin-gawędziarz, choć - opuszczony przez kobietę - nie byłem w stanie tworzyć niczego.

Dom z nieciosanych bali, budowany w zeszłym roku z nie znaną mi wcześniej radością, stawał się coraz bardziej obcy. Niewiele roboty zostało aby dało się w nim mieszkać, ale rozbity i bezsilny coraz częściej chlałem i wpadałem w psychicznie doły. Powoli docierała do mnie prosta prawda, że samotne ptaki nie wiją gniazd. Musiałem coś ze sobą zrobić.



Grażyna wzięła na siebie opiekę na córeczką Adusią i dała mi wolną rękę. Może by tak wyjechać do Hiszpanii...? „Ja ciebie kocham, tato” - mawiała nieraz córeczka... I wtedy pomyślałem o dolinie, w której przeżyłem już dwa poważne życiowe zakręty. Kumpel, który tam mieszkał - zaprasza. Kowalka - wolna. Pozbierałem się. A.S, bratnia dusza, dał mi talizman i dobrą radę: „odstaw toksyny”. Odstawiłem toksyny, zabrałem plecak, hamak, bębenek - i ruszyłem w góry.



Autostop, choć nie najłatwiejszy, zaprowadził prosto do celu. Okazało się, że Kowalka - jak moja dusza: dziury, uszkodzone okna i drzwi, brud, śmieci, zakurzone butelki, nawet piec nie działał. Piszczą myszy, bieda i... kiszki, bo oprócz alkoholu i papierosów odstawiłem też jedzenie. Głodówka daje mnóstwo czasu, energii i jasność umysłu.



Zacząłem od wykarczowania pokrzyw; odsłoniły się kamienne schodki i weranda. Potem stukałem, kleciłem, zatykałem, czyściłem, zmywałem, kombinowałem, aż dziś - po dziesięciu dniach pracy i głodówki - jestem mieszkańcem przytulnej izby i alkierza. W obszernej sieni - zaczątek spiżarni: ze dwadzieścia słoików z przetworami. U powały suszą się pęki ziół, kuchnia - piec działa wspaniale. Dom - marzenie. Glina i mech zatkały szczeliny, wygładziły kowalkowe zmarszczki. Wdzięczna, wiekowa staruszka jest teraz gotowa przeżyć zimę wraz ze mną i Adusią. Bo zimować będziemy razem z córeczką. Grażyna marzy o samodzielności, chce mieć czas na zarobienie szmalu żeby móc wykończyć dom i żyć na Warmii. Kumpel z żoną mieszka kilkaset metrów obok, mają dziecko w tym samym wieku, wszyscy są zadowoleni.



Jest noc. Leżę sobie na niesłychanym łożu w blasku naftowej lampy i czuję się, jakbym tu mieszkał nie wiadomo jak długo. Porządkując i naprawiając ten stary dom, jakby mimochodem leczyłem też siebie. Nie tęsknię do toksyn. Nie dręczy pustka i samotność, bo już nie jestem samotny. Kowalka - ciepła i żywa, oddycha spokojnie wraz ze mną.





Przemkowi, którego wścibskość

okazała się inspiracją, coby poskładać



MOŻE NIE WSIO ALE DO KUPY



Pewnego dnia na moje górskie zadupie wpadł kumpel celem nakręcenia „gadającej głowy" do filmu o R.S.A. Mieszane uczucia wzbudzał we mnie ten pomysł. Kumpel zadawał znienacka pytania tykające najbardziej osobistych wspomnień czy poglądów, takie włażenie w duszę buciorami, no a mi wpełzła na gębę maska przemądrzałego buca. Żenadę czułem potem okropną i parę dni później wysłałem



Do owego kumpla „oświadczenie”, że wszystko co mówiłem do kamery uważam za beznadziejnie głupie. Zażądałem też wpasowania tego „oświadczenia” do filmu.



Aliści „nie ma tego złego...” Wspomnienia z owego „wywiadu” drążą mnie do dziś, wyzwalają źródła przemyśleń, zmuszają do zastanowienia

Się i spojrzenia na niektóre sprawy pod nieoczekiwanymi wcześniej kątami. Niniejszym spróbuję podzielić się tym i owym. Zatem - siup!

O wojsku i więzieniu



To chyba jedyne „społeczne” instytucje, w których przetrwały resztki dawnych plemiennych obrzędów inicjacyjnych. Wprawdzie grypsowanie, czy „falowym” obyczajom daleko do np. indiańskiej szkoły życia i śmierci, to jednak może lepsze to, niż nic...? Prawdą jest, że lepszy kontakt mam z ludźmi, którzy w swoim czasie otarli się o „piekło”, „syf” czy inne radykalne przygody i dziś od przygód nie stronią! Sam też nie cofnąłbym swych przeżyć za Chiny Ludowe. O mnóstwie ludzkich spraw nie miałbym zielonego pojęcia, gdyby nie pudła, sądy i areszty. Bo tak naprawdę „w murach” jest wszystko to, co na zewnątrz. Tylko bardziej wyraźne, jaskrawe, przegięte, bez zasłon i ozdóbek.



Co nie zmienia faktu, że instytucje te postrzegam jako absurdalne. Wojsko nie broni, a tylko zagraża. Tym bardziej tak słabe, kiepsko uzbrojone i wyszkolone, jak „nasze”. Bo trzeba mieć najebane, żeby będąc ratlerkiem szczerzyć zęby na lwa. Tym bardziej w epoce środków masowej zagłady. No i dlatego, że facet z karabinem przyciąga facetów z karabinami. A facet z piwem i muzyką zwabia kobiety i balangi.



A więzienie? Uniwersytet przestępców. Sam jestem dumny, że z ostatniej odsiadki wyniosłem „kazionną” koszulę, mimo dwóch rewizji osobistych.



Jest taka stara baśń o duchu uwięzionym w butelce. Przez pierwsze sto lat myślał, że ozłoci tego, kto go uwolni. Przez drugie stulecie – że spełni każde życzenie. A potem została już tylko nienawiść - „tego, kto mnie uwolni - zabiję!” Tak właśnie działa mechanizm więzienia. Jeżeli cokolwiek zabezpiecza - to tylko rację bytu policji, urzędników i represyjnego państwa.



Olbrzymia większość współwięźniów, z którymi się zetknąłem – to niewinne żuczki w porównaniu z niektórymi klawiszami, policjantami, politykami czy biznesmenami. Cóż, siedzą zwykle „płotki”. „Grube ryby” sądzą i skazują.



A gros ciężkich przestępstw, zbrodni i wypadków wydarza się pod wpływem wódy - oficjalnego państwowego narkotyku i podstawowego źródła szmalu. Tymczasem ściga się - uspokajającą marihuanę.



Co jednak z groźnymi i niepoprawnymi? Jest taka starodawna i bardzo skuteczna metoda. Działa tam, gdzie trwają zwarte społeczności, między innymi u grypsujących. To bojkot społeczny. Notoryczny skurwiel (albo w ogóle ten, kto łamie prawo i obyczaje społeczności) - staje się dla innych „niewidzialny”. Nie gada się z nim, nie podaje ręki, niech spada...

To straszna kara i w odróżnieniu od więzienia czy kary śmierci - rzeczywiście odstrasza od przestępstw.



W surowych realiach społeczności plemiennych taki wyrzutek najczęściej ginął. Czasem jednak dawał sobie radę sam, albo tworzył zalążek nowego plemienia. Znaczyło to, że nie jest byle dupkiem i ma silne czary.

Czasem mógł nawet wrócić, zostać wodzem czy szamanem, zmienić prawo i

obyczaj.



Dobra, ale „przychodzi obcy żołnierz i chce ci zgwałcić siostrę...”

Wszędzie rośnie legalna marihuana, w świętych gajach stoją beczki

piwa, tętnią knajpy i domy uciech, a dzieci zamiast wzorków, dat i regułek uczą się sztuki rozładowywania napięć i na przykład kung-fu.

Taką mam wizję. Alternatywną. Howgh!


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
PostWysłany: 22 Sty 2009 6:46
Administrator
ADMIN

 
Dołączył: 28 Maj 2005
Posty: 6551
Przeczytał: 2 tematy

Pomógł: 13 razy
Ostrzeżeń: 0/2
Skąd: Gdańsk





O Kościele



Jechałem kiedyś stopem i złapałem małego fiata, którego kierowcą był starszy, siwy ksiądz. Był proboszczem mijanej okolicy. Opowiadał to o tamtych, to o tych, jakie mają problemy, jak próbuje pomóc. Naprawdę pozytywny facet. Dobry król swej parafii.



„Kościół jest instytucją totalitarną” - powiedziałem do kamery, i niedługo potem przypomniałem sobie tamtego proboszcza. A potem jeszcze parę postaci. Swojego ojca, Franciszka z Asyżu, Matkę Teresę. I poczułem, jakim idiotyzmem jest radykalny, jednostronny pogląd na coś. Prawda, można się porzygać od widoku obłudy, władzy i bogactwa żerujących na ludzkim lęku przed śmiercią. Ale to przecież nie cały kościół i nie wszystko, co można o nim powiedzieć. Kto wie, ilu ludzi oszalałoby, czy popełniło samobójstwo, gdyby nie nadzieja, jaką czerpią z katolickiej czy innej religii. Wypada tylko zadziwić się nad siłą człowieczeństwa, jeśli potrafi uchować się nawet w ramach dwa tysiące lat mającej martwoty.



Gdybym w tej chwili odpowiedzieć miał na pytanie, co sądzę o Kościele, odparłbym, że „nie sądzę aby nie być sądzonym”. Albo, że nic nie sądzę, bo w Kościele jak i we wszystkim istnieją i ścierają się różne różności. A w ogóle zdaje się, że dwa tysiące lat to świetny wiek, żeby uwolnić się w końcu od przywiązania do tak zwanych dóbr doczesnych i na serio zostać świętym i apostolskim. Niekoniecznie powszechnym. Zdaje się zresztą, że innej szansy na przetrwanie Kościół może już niedługo nie mieć.



O lęku



„Nie bałeś agresji współwięźniów?” - spytał do filmu kumpel, który nigdy nie gibał i pojęcia nie ma o tym. Nie bałem, nie przyszło do głowy i jakoś nie spotkało. Za bardzo napalonym anarchistą byłem. Nuda i bezruch na dłuższą metę przerażały. W sprzyjającym momencie, choć strach duszą potrząsał, życiem i zdrowiem zaryzykowałem, żeby wyjść - ogłosiłem bezterminową głodówkę. Ale gadać o tym - głupio, pisać też. Te sprawy i emocje rozumieją i tak tylko ci, co „tam” byli i sami blizny mają.

Ludzie pytają o własne lęki i nie kumają, że cudze doświadczenia ich nie rozwieją.



„Boisz się śmierci?” - drążył dalej kumpel. Znów głupotę bezczelną walnąłem, że nie, że niby parę razy w halucynacjach umierałem i to straszne nie było. Prawda, umieranie po dużych dawkach psylocybów kojarzy mi się raczej z orgazmem, rozpłynięciem niż grozą i cierpieniem. Ale jak to się ma do konania i „faktycznej” śmierci, po której bliźnim zostaje nasz trup? Nie wiem. I dlatego teraz zapytany o lęk przed śmiercią umówiłbym się na odpowiedź po śmierci.



Istnieje jednak coś, czego zarówno „po tej” jak i „tamtej" stronie boję się bardziej niż śmierci. Mianowicie piekła, czyli trwania – życia w strachu. Kołowrotu, z którego chce się uciec, a tymczasem się go napędza.



Jeżeli coś wiem, to to tylko, że uciec się nie da. Nigdzie i od niczego. Jesteśmy skazani na walkę i zwycięstwo. Prędzej czy później. Unik niczego nie załatwia, a tylko napędza piekielny kołowrót, przedłuża i wzmaga cierpienie.

Miałem kiedyś taką „grzybową podróż", że opuściłem ciało i wpakowałem w diabelski młyn nieskończonych żywotów, wizji, zdarzeń, form, bytów - żadnego wpływu na to. Im bardziej chciałem, żeby się skończyło - tym szybciej młyn się kręcił, tym bardziej męczył. Trwało to - wieczność. I nagle - poddałem się, „olewam, niech jest jak jest” - przemknęło przez „świadomość”. I w tym momencie obudziłem się w „tej” bajce, a pełniowa łąka była ciepła i puszysta. Czy to może być jakiś „drogowskaz” dla „innych” na tym „etapie”? Nie wiem. W tych sprawach (i chyba w ogóle) nie ma nic jednoznacznego. Tak naprawdę każde słowo na temat życia i śmierci trzeba by zapakować w cudzysłów. Wszystko co można przekazać na te tematy zawierają dawne baśnie i mity. I oszronione drzewa za oknem. No i więzienne porzekadło: „grunt to nie peniać”.



O Wałęsie



Ze nie jest mądrym człowiekiem - wyraziłem się „dyplomatycznie”.I znów - nie dość, że żenada, to i durnota.

Dziesięć lat wcześniej fajniej zrobiłem pisząc w „Homku”, że facet

robi głupoty, w związku z czym na jego temat nie będę się więcej wypowiadał. Przykre w sumie, że małolat - anarchista mógł wtedy przewidzieć i to, że ci, którzy Wałęsie kadzą - jutro zrobią zeń sobie kozła ofiarnego. Bo nie Wałęsa jest problemem, ale kłamstwo jako zasada rządzenia. Całe sztaby ludzi tworzyły Wałęsę. Retuszowano jego bełkot, ukrywano fakty, liczono, że chłopkiem-roztropkiem da się pokierować, oklaskiwano każdą bzdurę i zamykano usta krytyce. Kto nie ocipiałby w takich warunkach i nie uwierzył, że jest mistrzem świata?



Śnił mi się niedawno Lechu. Właśnie Lechu, jak go kiedyś nazywacie Wałęsa. Umarł. Miał chore serce i wątrobę, cały organizm wycieńczony od stresów, żarcia i niedospania. Smutno mi się w tym śnie zrobiło. Kij tam, dziwny sen był. Chyba lubię Lecha. Na pewno bardziej od tłumu niegdysiejszych wazeliniarzy, którzy dziś wycierają nim sobie gęby. Głupio mi, że przyłączyłem się do „chóru potępieńców”. Niech żyje Lechu! Życzę mu, aby znów mógł usiąść w ciszy, spokoju i samotności z wędką nad jakąś wodą, co podobno kiedyś lubił. Może raz jeszcze złowi Złotą Rybkę i tym razem nie zażyczy sobie pałacu i władzy...?



O policji



Zdarzało mi się pełnić funkcje policjanta (kit!) - na organizowanych przez nas „Hyde Parkach”, podczas barmanowania w wiejskiej knajpie i parę razy ot tak. Polegało to na wchodzeniu „między młot a kowadło” i tłumaczeniu tłukom, że istnieją fajniejsze sprawy od rozwalania sobie łbów. Kilka razy widziałem też zawodowych gliniarzy w skutecznych akcjach uspokajająco-rozjemczych. Kilka... A setki razy byłem świadkiem policyjnego zepsucia, paranoicznego strachu przed zwierzchnikami, przestępstw, kłamstw, ciemnoty, prowokacji, upokorzeń i bicia ludzi.

Gliniarz to „zderzak” między rządzącymi a rządzonymi. Facet od brudnej, niewdzięcznej roboty. Rozdający wprawdzie kopy, ale i biorący na siebie te, które należą się władzy i prawodawcom. Od których też dostaje kopy. Na gliniarzach na ogół skupia się zbitka nienawiści, lęku i pogardy tych, którym w życiu źle.



Przyszło nam żyć w epoce upadku ludzkich obyczajów. To, co niegdyś fajne - dziś zmieniło się w parodię czy wręcz przeciwieństwo. Gliniarze nie są tu wyjątkiem. Powołani do służby w obronie spokoju i porządku - są często podstawowym zagrożeniem.



„Ryba psuje się od głowy”. Trzeba zatem szukać przyczyn choroby i od nich rozpocząć leczenie. A taki gliniarz, jakiego dziś mamy - to tylko jeden z objawów naszej choroby.



„Dlaczego, jeśli macie tylu szlachetnych mężów, wybieracie takich złych wodzów? Dlaczego ich słuchacie?” - pytali podobno Indianie co normalniejszych białych.



U Indian też istniała policja. Były to mniej lub bardziej trwałe, czasem tylko jednorazowo powoływane, stowarzyszenia najbardziej szanowanych wojowników. I na przykład w takich Sześciu Narodach Irokezów każdy wódz mógł być „zdjęty” w każdej chwili przez radę Starszych Kobiet.

Nic nie poradzę, że Wielki Duch Przenikający Wszystko przemawia do mnie bardziej, niż „mściwy i zazdrosny” Jahwe. A w Indianach kocham się od dziecka.



Lekarstwo, jak zwykle, nie jest skomplikowane. Wystarczy nie kłamać i nie podporządkowywać się kłamstwom i głupotom. Howgh!

„Dlaczego

uciekłeś z miasta? Jak żyjesz bez cywilizacji? Czym się leczysz?” Kumpel był dociekliwy. Bzdetów nagadałem, gdy tymczasem po prostu tak się złożyło i składa, tu i tak czuję, że to w porządku. Jutra nie planuję, bo po zawaleniu się ostatnich planów ledwo się pozbierałem. A to, czy noszę berecik z wiatraczkiem, kąpię się w przerębli, bawię w Indian, leczę ziołami i uryną - co komu do tego? I tak każdy ma własną drogę do przejścia. Bo moda to demon: zwodzi i utrupia.



Dosiadłszy tego drewnianego konia

odwróconego do góry nogami

właśnie zaczynam galop przez pustkę.

Będziesz próbował tropić me ślady?

Ha! Spróbuj w sieć pojmać burzę!”

Kukoku



O RSA i anarchii



Fajnie było, choć różnie bardzo. Do tej pory ludzi ze „starej załogi” a zupełnie różnymi drogami poszliśmy. Jasiu, Gal, Skiba, Szebel, Cezar.A „Mać Pariadka”, choć coś tam czasem wkurza, to i tak jest [------] (cenzura antykadzielna).



A Anarchizm? Nieźle nakręcony byłem, pamiętam to uczucie i moc, że się może powiedzieć NIE, że nagle tyle spraw prostych, a odpowiedzi oczywiste. Tyle, że jak teraz widzę, było to tylko (?) otwarcie furtki, pierwszy krok najwyżej, żeby móc w ogóle ruszyć z miejsca, żeby iść do TAK.



O drodze



Idę i idę a owe TAK zdaje się leżeć w czasach, o których pamięć zaginęła, a niejasne odczucia i tęsknoty jeno majaczą.



Dobrze jest być głupcem w odpowiednim czasie

Jestem Synem Słońca i Zmiennej Kobiety

Podążam w pradawne miejsca...



To, zdaje się, pieśń Indian Nawaho.

I kiedy patrzę na świat telewizora, zniszczeń, bieganiny i ludzi tłoczących się w gaciach nad ciepłym jeziorem - to często myślę „co ja tu robię?!”

Zdaje się, że odpowiedź na to pytanie to tylko (?) furtka, pierwszy krok najwyżej żeby móc w ogolę ruszyć z miejsca... I tak dalej.

l

Iść. Otwierać kolejne furtki. Żeby nie skostnieć w żadnym kościele czy ideologii. Żeby móc powiedzieć NIE wszystkim i wszystkiemu. Pani Anarchii nie wyłączając.

Żeby wszystkim i wszystkiemu moc powiedzieć TAK.



DZIWNE MIEJSCE



...wolę swoją snów dolinę

obok której płynie czas

szuka jej, kto był tu raz...



„Budka Suflera”



Późny wieczór. Naftowa lampa delikatnie maluje przestrzeń izby.

Na kolanach usadowił mi się Behemot, czarno-biały kotek. Śpi.

Szum czajnika na rozpalonej kuchennej płycie jest absolutnie jednostajny. Zatrzymany czas.



Tymczasem dni i miesiące cykają jak sekundy. Sen, mnóstwo snów, poranki, rąbanie drzewa, książki, posiłki. Zapadające znienacka wieczory.

Kiedyś wpadłem tu na parę dni, ze śpiworem i w lekkich ciuchach. Minęła jesień, zaczęła zima. Śnieg zasypał cały świat. Drewnianą szuflą wykopałem dwie ścieżki - do studni i do obórki. Prawie miesiąc nie widziałem człowieka. Czas jakiś zastępowałem kierownika w pobliskim schronisku; dzięki temu glinom, które przed świętami zrobiły nalot na chałupę, nie udało się mnie zamknąć. Przeżyłem zatem miłą Wigilię i wariackiego Sylwestra.



W styczniu wpadłem do Gdańska, usiadłem pod gmachem bezpieki z napisem „Precz z kolegiami d/s wykroczeń” - i spędziłem miesiąc w areszcie.



Potem był tydzień z Grażyną i płytą „Jethro Tull” puszczaną w kółko.



Zaproszenie do „okrągłego stołu” wygnało mnie tu z powrotem.

Był marzec, w górach jeszcze zima. Znów bezczas, w rytmie pieca i drewnianej chałupy. Wieczorem gadki z kumplem, książki i „Popularne” przypalane od świecy czy lampy. Wpadła Grażyna. Siedemset kilosów pociągami, potem PKS, na koniec kawał drogi pieszo przez śniegi, potoki i noc. Potęga miłości. Kiedy wyjeżdżała - wciąż nie miała okresu. Coś mi w duszy drgnęło, ukłuło w dołku. Zacząłem podejrzewać Jethro Tull.



Tydzień czy dwa później jechałem osiołkowym wózkiem do odległego o osiem kilometrów schroniska. W TV miał lecieć „Znikający punkt”. Obejrzałem film. Kowalski rozwalił się na buldożerach i zadzwoniłem do Grażyny. Była w ciąży. Była też z bloku, chciała pralki, lodówki, prądu. Żegnajcie góry i osiołku. Pogrzałem do Trójmiasta.



Mnóstwo wydarzeń, twarzy, przeżyć, sposobów mieszkania, zarabiania, mnóstwo różnych różności zlało się w jedną chwilkę. Tylko włosów na głowie mniej, papierosów nie palę, a za ścianą śpi pięcioletnia już prawie córka. Potrafi napisać MAMA, ADA, TATA i KOT. Nie brakuje jej prądu i telewizora. Na dobranoc czytamy bajki. Jest najmniej problematyczną kobietą, jaką w życiu poznałem.

Czajnik coś nie szumi. Trzeba dorzucić do pieca. Słychać za to porywy listopadowej wichury i szybkie cykanie zegara.

Idzie zima.

Jest za piętnaście pierwsza.

Spać!


DUMKI JACOBA c.d.


PUCHAT



Osioł siedzi na klapie. „Siedzieć na klapie” to w więziennej mowie dobijać się do drzwi. Zatem na klapie siedzi osioł. Puchat się nazywa. Nieźle wali, nie da o sobie zapomnieć. Czasami, rozpaczliwymi jakby haustami nabiera mnóstwo powietrza - i jak nie ryknie. iiiIII - ooOOO!! Czas na sianko, znaczy się. I wodę.



Lubię bydlaka, jego ryk, uszyska i w ogóle. Ale czasem, kiedy ośla opieszałość czy przekora zaburzają mi rytm działań - wpieniam się. Wrzeszczę, przeklinam, szarpię, w dupę kopię. Jak klawisz. Czyli więzienny dozorca wobec opieszałości czy przekory więźniów. To podobno normalne. Aż za normalne. I dlatego czasem mi głupio.



Osiołkiem nazwaliśmy słabo rozgarniętego kolesia, który trafił do naszej celi. Posadzili go za jakieś głupstwo, miał wklęsłe paznokcie i obciachowy tatuaż na nadgarstku, którego chciał się pozbyć.



„Gicio” - powiedział pewien garus i oskrobał pudełko zapałek. Osiołek usiadł na taborecie, rękę położył na stole, w zęby dostał zrolowany ręcznik. Obciachowy tatuaż pokryła warstewka siarki. Garus odpalił - zasyczało, zaśmierdziało, Osiołek poderwał się, wypluł ręcznik i dmuchał na swój nadgarstek.



„Chyba nic” - powiedział po chwili, patrząc na lekkie zaczerwienienie. „Jeszcze raz?” - zapytał garus.

Osiołek nie chciał powtórki. Słusznie, bo lekkie zaczerwienienie rychło zamieniło się w paskudny bąbel, a bąbel w jeszcze paskudniejszą ranę. Tatuaż został wywabiony.



Puchat ma piętnaście lat. Co najmniej. Czy i ile więcej - nie wiadomo. Przyzwyczajam go na nowo do uprzęży. Parę lat był darmozjadem, a teraz znów ciągnie sanki. Niedawno zjechaliśmy do wioski ze sklepem. „Co to, konik?” - pytały młodsze dzieci, jako że nigdy nie widziały osła. Czułość wzbudza Puchat, uśmiechy, wszyscy go lubią. Każdy czuje się mądrzejszy. Nikt go się me boi. W świecie, gdzie ceni się wielkość, siłę i pośpiech nie jest osioł konkurencja.



Nieraz porywał na wycieczkę całe stado koni, kiedy jeszcze pasały się tu hucuły. Uwielbiały jego towarzystwo. Choć, jak zeznaje S., kiedy przyszła do niego grzejąca się klacz - Puchat chciał się tylko bawić. Kopnął w końcu i przepędził namolną babę.



Owczarki góralskie raz go pogoniły. Zmykał, przez strumień przemknął, ale gdy psy się w strumieniu znalazły - zawrócił i zaatakował. „Sponiewierał je sakramencko” - opowiadali potem górale. Zyskał sobie osioł uznanie.

Wargę górną wywija, zęby szczerzy i - szszyy - dyszy, gdy broi, a myśli, że nikt nie widzi. Brodę ma jak poduszeczka, mięciu tka i delikatną, rzadkim włoskiem porośniętą. Lubi, gdy go tam podrapać. Za uszami też lubi. A gębę ma nieludzko poczciwą.



TERAZ I KIEDYŚ



Jesień. W ciemne masywy gór wnikają coraz to nowe kolory. Żywe barwy umierających liści. Deszcz siąpi od rana. Po połoninach pełzną gęste chmury. W nieprzemakalnym płaszczu i kaloszach wędruję sobie powoli, raz po raz podnoszę, oczyszczam i wrzucam do torby co apetyczniejszą pieczarkę.

Wszystko się zmienia. Czasem przejrzyście aż hen, po horyzont, po chwili widzę już tylko niewielki krąg łąki o rozmazanych krawędziach. Cisza absolutna. Mgła, jak cholera. Ani nieba, ani czterech stron świata. W takich warunkach bardziej się płynie, niż chodzi, a mglista kopuła wciąż taka sama. Jakieś krzaki, tarnina. Jest ścieżka, zwierzęca raczej, niż ludzka. Potem drzewa. I jar, głęboki, poważny jar o stromych ścianach zawalonych pniami. W lesie mgła jest inna, niż na łące, drzewa dają zmysłom jakieś zaczepienie. Nie więcej niż kilometr uszedłem od domu a zdaje mi się, że w tym lesie jestem po raz pierwszy. Buk, właściwie kilka buków zrośniętych w jeden, potężny baobab. Kilka hub wżarło ie. w jego korę. Jedna, o niebywałej wielkości, rzeźbie i rysunku wzbudza moje pożądanie - byłaby z niej świetna półeczka! Stalowym ostrzem próbuję podważyć tę hubę, oderwać od drzewa, nie daje się. Kopniak z kolei uszkadza ją, nici z półeczki... Gdzieś tam w duszy zamajaczyła myśl o profanacji. Buk, huby - kapliczki, złote liście, brylantowe krople. Cudne. A ja tu z nożem i buciorem... Sorry... Wycofuję się, wychodzę z lasu. Mgła też się cofa, rzednie. Chyba nawet widać zarys dachu chałupy. Z torbą pełną pieczarek ruszam do ciepłej izby.



Zgrzyta piła, tak zwana moja-twoja. Z pasją wspomagam jej ruch, ciągnę, pcham, naciskam. Po drugiej stronie piłowanego kloca majaczy wąsata życzliwość. To dziadek, ojciec ojca. Litwa, wioska między puszczą a rzeką Wilenką. Mam... trzy lata. To pierwsze wspomnienie z dzieciństwa.



Podobno wrodziłem się w dziadka. Dziadek też siedział. Puszczał krowę do lasu i pewnego razu wściekły leśniczy zagnał ją na bagna i utopił. Dziadek też się wyciekł: wziął siekierę, zabił leśniczego. Dostał bodajże sześć lat.

Późny wieczór, ciemno, tu i teraz, choć już wczoraj. Wracamy z Adusią do domu. Mordka się nie zamyka, ożywiona całodziennymi harcami z rówieśniczka Tosia. „Ciiicho...!” - uciszam córeczkę. Półtora tysiąca owiec koszaruje blisko drogi. Od lasu ognisko, w intencji odstraszania wilków. Poza tym sfora niesfornych owczarków. Właśnie owych piesków nie chciałbym w ciemności spotkać. Przechodzimy bezgłośnie i bez przygód. Za to przy kapliczce, niedaleko domu, zatrzymuje nas dziwaczne auuuhuuuu!!!



- Dobry wieczorek - mówię.

- Dobry! A to, wilka udawać nie umiem, nastraszyć cię chciałem!

Nic me widać, ale po głosie poznaję Dziadka - juhasa

- Eee tam - mówię - tyle wszędzie strachów, jeden więcej nie robi.

- Ni mo strachów, jakie strachy, ja tam, się nie boje, ni śmierci, niczego. Ino tego Sztywnego, co w samotności potrafi dopaść, tego to się boję. Ale co tam, tylko patrzeć, jak mnie w ziemi pogrzebiom!

- Każdego zagrzebią. Może znów się urodzimy? - podsuwam.

- Wierzysz w to? - głos Dziadka zabrzmiał wyjątkowo bez góralskich zgrzycików.

- A jak to jest w przyrodzie, wszystko umiera, rodzi się w kółko...

- E, może i tak, ale najbardziej mnie wkurza, że jeszcze się taki nie znalazł, co by tam był, wrócił i powiedział jak jest!

Jest jak jest. Ciemno, trzeba uważać. Natrętne déja vu w zetknięciu z ogniem, lasem, zdarzeniami... Drepczemy do domu. Wszystkie drogi prowadzą do domu.



BESKIDZKI OBRAZEK



Vyii-oooooo!!! - wydarł się osioł. No tak, nocka nie zapowiadała się najcieplej. Zaprowadziłem go do obórki. Dwie młode kozy przydreptały same. Stara, rogata i czupurna, jak zwykle, czmychnęła. Złapałem kij i popędziłem.



- O ty, kurew!!! - krzyknąłem, rzucając w kozę kijem. „Nie przelewki” - pomyślała zapewne, a w każdym razie potruchtała gdzie trzeba. Buf - zamknąłem drewniane drzwi. Fajrant.

- Nie można tak do zwiezątka! - zaśmiał się juhas, sąsiad z pobliskiej doliny. Stał na wozie obok wielkiego metalowego baniaka. Do wozu zaprzęgnięty był koń.

- E, czasem inaczej nie idzie! - odkrzyknąłem.

- A mogę u pana ten fajans zostawić?

- Jasne, żaden problem.

Zbliżała się zima. Pasterze owiec schodzili do domów, ciężki sprzęt wygodnie im było zostawiać na miejscu. Wyładowaliśmy baniak. Poleży tu sobie, pod świerkami, do wiosny. Niezły bęben. Albo czołg dla dzieci.

- A piwo pan wypijesz?

- No, hmm... Momencik, wezmę pojazd, żeby wrócić.

Zamknąłem chatę, wpakowałem rower na wóz i - wio!

- Jak na piwo jedziemy, to Florek jestem.

- Wojtek.

Konisko człapało niespiesznie, wyłaniał się rogalik księżyca. Jak

„P”, znaczy się - przybywa. Do pełni.

- Co ty tu robisz - spytał juhas - też piszesz, jak kolega?

- Czasem piszę, trochę tylko.

- A o czym?

- Ostatnio? O śmierci. Jak umierał kot, koza, moja matka...

- Jak umierali?

- Tak. Jak różne stworzenia umierały, a wszystkie tak samo.

Robiło się coraz ciemniej. Do zamglonego księżyca dołączyły gwiazdy. Zajechaliśmy na miejsce, gdzie za stukniecie w okno i dwie monety dostaliśmy parę piw.

- Wiś - powiedział Heniek - jak wilk bierze owcę za szyję, to ona przy nim do lasu biegnie. Ani beknie. Dwie nam tak w tym roku poszły. I to w biały dzień, A psy dobre, czujne, Widać, czasem wilk cwańszy, też żyć musi.

- I tak dziw, że się uchowały, Tylu myśliwych...

- Obok, w województwie, strzelają, ale tu wilka nie wolno strzelać.

- A u nas wiosną, bez wilka, koza do studni wpadła i się utopiła.

- I nam owca w studio wpadła, głęboka, z dziesięć metrów. Ale o nic nie jebła, pływała i beczała. Usłyszałem, zobaczyłem, ale co? Nie zejdę, przecież. Zawołałem, łańcuch od konia przynieśli. Jakoś tak rzucilim, wokół rogów się zaczepił. Wyciągnelim - i owca żyje.

- No to szczęście miała. Z drugiej bacówki cielak w płytka studnie wpadł, tylko dupa wystawała. Nikt nie zobaczył i się cielak utopił.

- E, zdróweczko.

- Zdróweczko.

Pociągnęliśmy po tęgim łyku. Szumiał strumień. Wartki i czysty, niepodobny do tego, co płynęło dalej, na nizinach. W głębi lasu ryczał napalony jeleń.

Rykowisko i pasterze wracający do domów. Czyste źródła rzeki, Tak tu jest od wieków. I oby było. Na wieki.



KOGO TO OBCHODZI?



Czyli zeszłoroczna jesień



Za oknem szary, jesienny poranek. Juhas, w brązowej kamizeli i kapelusiku, wymachiwaniem laski zagarnia do kupy owce i krowy. Słyszę pobekiwania, dzwoneczki i przekleństwa.



Przed chwilą wróciłem z kąpieli. Jakieś trzysta metrów biegiem do strumienia - jahu!! - ale zimna woda! - i z powrotem. W piecu już buzuje, szykuje się herbatka. Ciekaw jestem, jak długo jeszcze potrwa to nurzanie się w strumieniu, dzień, tydzień, miesiąc...? Zeszłej zimy latałem trochę na golasa po śniegu, jeszcze częściej chadzałem boso. Nie zdziwiłbym się zatem, gdybym za parę miesięcy kąpał się w przerębli.



A zaczęło się od zwiniętej w gumofilcu skarpety. Noc, śnieg i mróz. Z lekka pijany wracałem lasem do domu i ze zwiniętą skarpetą było mi niewygodnie. Stanąłem na jednej nodze, ściągnąłem but i straciłem równowagę. Goła stopa wniknęła w puszysty śnieg i... jak fajnie! - zdziwiłem się. Resztę drogi, jakieś pół kilometra, przebyłem boso, zadowolony, z buciorami pod pachą. Nie zmarzłem. Uroiła mi się nawet zgrabna teoryjka. Wszystko zależy od oddychania. Ludzie boją się zimna i kiedy spodziewają się go - reagują skurczem, spłyceniem oddechu, marzną. Tymczasem oddychając spokojnie i głęboko dotleniamy organizm, „dorzucamy do pieca”, i krótki spacerek nago w śnieg i mróz staje się orzeźwiającą przyjemnością. Morsy, jogini i inne świry coś o tym wiedzą.

A chodzenie boso, jak zauważyłem, szokuje niezależnie od pory roku. Starsi pamiętają, jak buty na wsi mieli tylko do kościoła i obecne codzienne ich używanie jest jakąś tam nobilitacją. Młodsi idą za modą, a moda kroczy, kroczy w kierunku ciągłego zwiększania potrzeb materialnych i izolacji od natury, a nie na odwrót. Coraz mniej zresztą miejsc, gdzie przyjemnie i bezpiecznie można czuć się bez butów. Jak nie beton to asfalt albo żużel, grozi żelastwo, rozbite szkło.



Wychodzisz boso na spacer

Wychodzisz boso na świat...!



- entuzjazmuje się kapela z Olsztyna, której nazwy nie pamiętam. Bosybosabose. Słowo to wydaje się już jakieś durne, czas skończyć temat.

Przed oknem defiluje stadko kóz. Tańsze tutaj, niż na Warmii. Góral mówił mi wczoraj, że za bańkę już można kupić. Jak się tak gwiazdy ułożą, że zamieszkam tu dłużej i znajdzie się kasa, to sklecę małą kozią rodzinkę. Nie ma to jak kozie mleko. A teraz owce, dosłownie dziesięć metrów od okna, skubią zapamiętale swymi śmiesznymi, głupowatymi pyszczkami. Po chwili gwizd juhasa odgania je od chałupy.



Przypomina mi się czasem pewien młody gliniarz. Siedział na belce w otworze wejściowym tipi, rzucał niespokojne spojrzenia i raz po raz powtarzał:

- To pan tu się poświęca, tak pan się poświęca, poświęca się pan...

Śnił pewnie bidula o życiu à la „Dynastia” - a tu taki szok. Cóż, mnie więcej każdy z nas ma tak, jak se pościele. Co kto lubi. Zadziwia tylko to, że gliniarz, który przyszedł wyrwać mi „trawę” z ogródka, mógł mnie wziąć za poświęconego. Święty - zgoda, jak drzewo, kupa i głaz. Ale żeby „poświęcony”?



Przyrządzam właśnie niesłychaną potrawę. Zajadam ją od paru dni i wciąż wyśmienicie smakuje. Mam sporo suszonych kań (grzybów) zebranych w czasie głodówki. Suszona kania, polana wodą albo wywarem z fajnych ziół - natychmiast pęcznieje i robi jak świeża. Następnie sporządzam ledwo lejące się ciasto z mąki, wody i przypraw. Na kuchni rozgrzana patelnia z odrobiną oleju. Wlewam trochę ciasta, kładę kanię, tworzy się placek z kanią w środku. Piekę toto na wolnym ogniu, aż się przyrumieni z obu stron. Taka pyszność mogłaby spokojnie oswobodzić słowiańszczyznę od potopu hot dogów i innych hamburgerów. Najlepiej w sojuszu z naleśnikami i plackami ziemniaczanymi.



Popędziłem przewalić placek na drugą stronę. Ale złocisty! Jak pachnie! Kania - nieczęsty grzyb, do tego niehodowlany. Ale z równym powodzeniem można w ten sposób potraktować inne grzyby, choćby i pieczarki! Niech żyje niepodległość!

Cały dzień łaziłem po lasach i połoninach. Trwa rykowisko; jelenie huczą w głębi lasu. Trafiłem na stratowany teren, połamane gałęzie, wszystko w ostrej woni samczych gruczołów. Szaleją chłopaki, dumnie potrząsają koronowanymi łbami. U schyłku zimy zgubią na szczęście swe piękne korony, dzięki czemu królowanie im nie odbije. Prawdziwy koncert zacznie się po zmierzchu, jelenie wyłażą wtedy z lasu i ryczą, aż echo niesie.



Za oknem kolejny świt. Nie załapałem się tym razem na nocne rykowisko. Zapadłem w hamaku o zmierzchu, zbudziłem o świcie. Tak chyba powinno być.



ZIEMIA – PIEKŁO – RAJ



Jesienna, chłodna noc i dogasające ognisko. Krążyły ostatnie, wygniecione papierosy i ciche, krótkie opowieści. Ktoś brzdąkał na gitarze. Kilka skulonych sylwetek, kilka par oczu odbijających żar i płomyki. A jednak czas płynął. Coś się działo z niebem. Jaśniało, nabierało barw. W pewnej chwili zza góry trysnęły promienie. Ptaki, początkowo nieśmiałe, teraz śpiewały na całego. Niebo i Ziemia tworzyły wariacko piękny obraz. Chwila po chwili, coraz żywsze, nieprzytomne kolory.



- Świt... Nazywany przez niektórych szarówką... – wyszeptała Gosia. W jej głosie dźwięczał zachwyt, i smutek, współczucie.



Tak. Świt. Wspomniałem czasy, lata całe, kiedy i dla mnie była to szarówka. Wyrywany ze snu, półprzytomny, wtłaczałem się w nielubiane ciuchy, wpieprzałem szybko śniadanie i pędziłem w szary świt. Do szkoły, do pracy. Głowa kiwała się w autobusach i na lekcjach, potrafiłem spać siedząc i stojąc. Ta umiejętność bardzo ułatwiała życie. Życie? Zdaje się, że to był sen, czasem prawdziwie koszmarny. Kiedyś, w czasach tak zwanej konspiracji, pisałem coś tam na maszynie. Stukałem całą noc, na kocach, żeby zmniejszyć hałas. Świeciła żarówka. W nocy nie groziła rewizja. A „lokal” miał okno na uliczkę prowadzącą do stoczni. O tym, że świta poinformował mnie stukot. Narastający, niesłychany stukot, jakby tysięcy opancerzonych owadów. Uchyliłem zasłonę. Uliczką podążał zbity, milczący tłum. Szary bruk, szare domy, szarzy ludzie. I szarówka. Nikt z nas nie patrzył w niebo. Ci wszyscy ludzie spieszyli, aby na czas odbić swe karty zegarowe. A ja wróciłem do nielegalnego pisania.



„ZIEMIA-PIEKŁO-RAJ” to album z chrześcijańskimi obrazami religijnymi, który nabyłem niedawno w przecenie. Bardzo ciekawy, z obszernym komentarzem Barbary Dąb-Kalinowskiej. Dzieła przeróżne, z przestrzeni ostatnich stuleci. Święci, demony, męczennicy. Boska Trójca, epizody z biblijnej historii. Dzieje ludzkich wizji, tęsknot, lęków, wyobrażeń. Wyobrażeń o Bogu, stworzeniu świata, zwierząt, ludzi. Wyobrażeń o grzechu i świętości, o „wygnaniu z raju”, o zbrodni, karze, życiu, śmierci, zbawieniu... To właściwie duchowa historia naszej - tak, naszej - kultury i cywilizacji.



Cóż. Nie ma pośpiechu. Tysiące lat trwające perypetie „białego człowieka”. Obrazy przedstawiają niemal wyłącznie ludzkie twarze i sylwetki. Bóg Ojciec, Adam, Ewa, Kain, Abel. Totalna samotność Chrystusa, wykrzywione oblicza oprawców, nieobecne twarze apostołów, świętych, męczenników. Na olbrzymiej większości chrześcijańskich obrazów NIE MA ŚLADU INNYCH NIŻ LUDZIE ISTOT!!! Jest pogrążony w ślepym, egocentrycznym cierpieniu człowiek. Opętany „dobrem” lub „złem”, dziwaczny, często pokraczny, nienaturalny. Nie ma przyrody, przestrzeni, pejzażu... Tło, jeśli w ogóle występuje, to raczej ubogie, spłaszczone, nieistotne.

„Liczę się JA!” - zdają się krzyczeć obrazy. „Ja – człowiek podobny Bogu, „korona stworzenia”, moje cierpienie, nawiedzenie majaki, zbawienie, dusza...! A reszta? Ziemia, kosmos, związki ze światem? „NIE MA!” Ciało mówi co innego - więc dalej je upokraczać, okrywać szatami albo przynajmniej przysłaniać „co trzeba” figowym listkiem... Są w albumie jaśniejsze iskierki. Ciepłe sceny macierzyństwa, dwa obrazy Williama Blake'a. Jest wreszcie „Odpoczynek Świętej Rodziny w czasie ucieczki do Egiptu” Runge'a z 1806 r. Józef podsyca ogień, Maria zaciera dłonie, niemowlę baraszkuje. Rośnie ukwiecone drzewo poznania - dobra i zła, życia i śmierci. Pejzaż po horyzont i cudowny, barwny świt. Wschodzące słońce. Piękny, normalny obrazek. Ktoś wreszcie odetchnął, otworzył oczy i rozejrzał się dookoła.



Ówże obraz pomógł mi jaśniej spojrzeć na chrześcijaństwo, „białego człowieka”, „europejską kulturę". Otóż - zobaczyłem proces. Nie tę czy inną religię, nawiedzenie Pawła, słowa, historie, obrazy, dogmaty - ale dziejący się wciąż proces. Życie. Czy w religii czy w naszych ciałach i umysłach - trwa nieustający proces rozwijania się, wzrostu, poszerzania perspektyw.

Od samotnego, egocentrycznego cierpienia - poprzez delikatne przebłyski - po pełne otwarcie na pejzaż, światło, otoczenie.



Od zadawania bólu, ranienia siebie i innych - poprzez czerpanie przyjemności i korzyści - po nieograniczone współczucie i miłość.



Od cierpienia w fazie embrionu i narodzin - poprzez pazerność oseska - po dojrzałego, spełnionego człowieka.



Od ściskanego, pęczniejącego, rozrywanego nasionka i wysysających wszystko, „egocentrycznych” korzeni - poprzez pędy, gałązki - po cudowne kwiaty i owoce.



Ot, króciutka historyjka. Chrześcijaństwa i Kościółka. Trzech mędrców odnalazło dojrzały owoc. jego nauka była nasieniem, które padło na twardy, surowy grunt. Korzenie długo tonęły w bólu i ciemnościach. Zagarniały, co się dało, oplątywały wszystkie ziarnka piasku, wysysały minerały, wchłaniały energię kobiet i Ziemi, dusiły inne rośliny. Pojawiły się pędy, listki, gałązki, l pierwsze, pojedyncze kwiaty. Błękitny Franciszek, fioletowy Eckhart, biała Teresa, pomarańczowy Merton, tęczowy de Mello. Fruwają owady, zawiązują owoce, kształtuje mnóstwo nasion. Jasne, zdarzają się przymrozki, szaleństwa żywiołów, ludzie drzewa ścinają. Ale spoko, wszystko w porządku. „Nic w przyrodzie nie ginie”. Nic nie jest martwe. Wszystko żyje, gra, rozwija się. A właściwie - kreci w kółko. Bóg, Duch i dzieciaki. Umysł, idea, zjawisko. Nasiona, rośliny, owoce. Projektor, światło i obrazy. Wesoła, Święta Trójeczka. Wsio rawno. Panta rhei. Wszystko płynie i wraca do źródeł. A my? Bawimy się. W egoistyczne, ślepawe oseski, smutne czy rozbrykane dzieci, w mniej i bardziej dojrzałych dorosłych.



„ENTLICZEK - PENTLICZEK - NASIONKO - NOCNICZEK – NA KOGO - WYPADNIE - NA TEGO BĘC!

JESTEŚ - PENTLICZEK - JESTEM - ENTLICZEK - JAK SIĘ PRZYWIĄŻESZ -TO MOŻESZ – PĘC!



Tłum wchodzący we wrota Raju w „Sądzie ostatecznym” Memlinga przypomina pracowników w pochodzie do kart zegarowych. Tyle, że schody z kryształu, rozsypane klejnoty i brama bogato rzeźbiona. Straż przemysłowa jest uskrzydlona, a ludziska gołe i miast kombinezonów fasują habity. Fajnie, nie? Ale co robić, kiedy alternatywą jest Piekło, straszące na przeciwległym skrzydle tryptyku? Piekło. Kłębowisko nagich ciał spychanych w ogień przez diabły. A te diabły, to panie, zwierzęta musiały kochać, bo ogony, szpony, rogi i płetwy majom!



Lubię zwierzęta. Orły, kozy, węże, ryby kojarzą mi się jak najlepiej. Ogień też w porządku, ogrzać się można, strawę ugotować. Uważać trzeba, i już. A sędziowie, bramy, uniformy, strażnicy? Hmmm... Może to i Raj, ale na pewno nie jedyny.

Jest Ziemia. Co tu jest piekłem i co rajem...? Wolna wola. „Wybór należy do Ciebie”. Na tym polega cały sekret. I być może egzamin - do następnej klasy. Egzamin, który każdy z nas musi zdawać sam. Absolutnie sam.



Jeszcze jedna króciutka opowiastka. Żył kiedyś Człowiek, który bardzo kochał. I szedł przez świat w zgodzie z głosem serca i oddechu. Pomagał wszystkim spotykanym na drodze. Ale czasy były trudne. Sprzedany przez przyjaciela, skazany przez sędziów i kapłanów, męczony przez strażników, wzgardzany przez tłum, opuszczony przez wszystkich... Nie załamał się. Wbrew rodzicom, modzie i religii, na przekór osobistym zachciankom i pokusom. Wbrew głupocie, nienawiści, lękom i słabościom otaczających Go ludzi. Kochał bezgranicznie, jak rodzice dzieci, które przecież „nie wiedzą, co czynią”. Może umarł na krzyżu, może wrócił w Himalaje. Z Jego ofiary uczyniono symbol władzy, kłamstwa, podboju, zniszczenia. Krzyżowano Go na ścianach sądów, więzień, na sztandarach rozmaitych armii. Nieomal dwa tysiące lat po śmierci potępiany jest przez tysiące sprawiedliwych ludzi. Przez ten cały czas bierze na Siebie fale i oceany ludzkiej ślepoty i paranoi. Kto? Co? O co chodzi?



O Ciebie, o mnie, o wszystkich. O to, co w nas najistotniejsze. Co absolutnie samotne, znające ból, piekła i mroki. I dzięki temu właśnie mogące widzieć, współczuć, kochać. I broń Boże nie potępiać. Nigdy. Nikogo i niczego.



Serce, myśli, oddech. Ze wszystkich sił starają się przebić przez skorupę, wyjrzeć na światło, zakwitnąć. Zagrać jedną, kapitalną muzyczkę. Wystarczy nie przeszkadzać, nie gwałcić ciała, mowy, umysłu. Usiąść, spokojnie, cichutko.

Budzą się ptaki. Świta. Nieskończone piękno Wschodzącego Słońca. Oby każde z nas mogło je zobaczyć.



Obyśmy widzieli wszyscy.


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
PostWysłany: 22 Sty 2009 6:47
Administrator
ADMIN

 
Dołączył: 28 Maj 2005
Posty: 6551
Przeczytał: 2 tematy

Pomógł: 13 razy
Ostrzeżeń: 0/2
Skąd: Gdańsk





PRZYJACIELE I WSPANIALI LUDZIE



Na dole, od lewej: Krzysztof Galiński "GAL" & Wojciech Jankowski "JACOB"

http://hipoterapia_sopot.free.ngo.pl/index.php

Kliknij na link, dowiedz się szczegółów - pomóż, bo MOŻESZ pomóc!

---------------------------------------------------------------------------------------
Wojciech Jankowski "Dumki Jacoba"

Jest tu właściwie o wszystkim. O tym, jakim człowiekiem jest Lech Wałęsa i o policyjnym śledztwie w sprawie uprawy konopii indyjskich. O dziecięcych prowokacjach i o tym, czy mocz smakuje lepiej po wypiciu posłodzonej czy też nie posłodzonej herbaty. Trochę traktat filozoficzny, a trochę groch z kapustą. Ale napisany tak jak się obecnie (podobno) książek nie pisze. Zanarchizowany styl Jacoba miesza kolejność zdarzeń, porządek rzeczy i sprawy o których pisać można i te, o których pisać nie wypada. Ale czyta się znakomicie.

Wojciech Jankowski to kultowa postać Ruchu "Wolność i Pokój". Wcześniej był współzałożycielem Ruchu Społeczeństwa Alternatywnego, a do WiP-u trafił, kiedy publicznie ogłosił, że zamierza odmówić służby wojskowej. Jak zapowiedział, tak zrobił. Był pierwszym "WiP-owskim" więźniem skazanym za odmowę służby (nie mylić z tymi posadzonymi za odmowę złożenia przysięgi wojskowej). Decydując się na więzienie Jankowski, stał się jedną z najważniejszych postaci Ruchu. Jego postawa była dla działaczy zachodnich organizacji pokojowych najlepszym przykładem na to, że w radzieckim pacyfizmie coś śmierdzi. Kiedy jesienią 1986 r., po amnestii, w której wyszli prawie wszyscy więźniowie, Jankowski został za kratami, "WiP" zorganizował szereg akcji protestacyjnych. Jacob wyszedł na wolność. Ale hałas się podniósł, na całym świecie taki, że Jerzy Urban, na jednej ze swoich słynnych konferencji prasowych zaapelował do zagranicznych organizacji praw człowieka, żeby nie przysyłały więcej apeli o uwolnienie Jankowskiego, bo ten jest już na wolności.

Jacob to człowiek o niespożytej wręcz energii. Nawet na przepustce z więzienia współorganizował Hyde Park, zlot ludzi związanych z "WiP-em" i innymi alternatywnymi ruchami. Po wyjściu znajduje się w grupie aktywnie wspierającej strajki w Stoczni Gdańskiej w maju i sierpniu 1988 r. Dostaje propozycję udziału w obradach okrągłego stołu. Nie zgadza się, wyprowadza się z Sopotu na wieś i rezygnuje z czynnego uprawiania polityki. Buduje indiańskie tipi na Mazurach, a później przenosi się w Beskid Niski, gdzie przez jakiś czas mieszka w jednym domu z Andrzejem Stasiukiem. W końcu decyduje się na samotnię. Zostaje pustelnikiem. To jedna z najbardziej zdumiewających metamorfoz przełomu lat 80-tych i 90-tych. Człowiek o wielkim temperamencie, wyprowadza się z tętniącego życiem miasta po to, by zamieszkać w lesie a jego najpoważniejszy kontakt ze społeczeństwem odbywał się za pośrednictwem dzieci, które w ramach "zielonych szkół" uczył obcowania z przyrodą.

Książka Jacoba jest trochę biograficzna, trochę filozoficzna, trochę kpiarska, trochę prowokująca. Ale przede wszystkim jest to książka pogodnego faceta, który pozbył się wszelkich lęków współczesnego człowieka. Lęku o brak pieniędzy, lęku o własne bezpieczeństwo, lęku o własną śmieszność czy wreszcie lęku o karierę. W cyklu opowiadań przewija się kilka wątków. Jeden z nich to autoironiczna opowieść o tym jak mieszczuch, bez żadnego przygotowania, bez żadnego przewodnika musi nauczyć się żyć na odludziu, opiekując się dość dziwnym zestawem zwierząt: lamami, osłem, kozami. Opowiada o swoich pomysłach na urządzenie życia. Wannie ustawionej na kamieniach po to, żeby można było pod nią rozpalić ognisko, impregnowaniu materiałów dymem, urynoterapii. Znajduje jedną podstawową receptę na wszystko: trzeba polubić świat, który nas otacza. Zwierzęta, tak długo jak płoszyła je agresja niewprawnego, złoszczącego się opiekuna, były nieposłuszne. Rośliny, którym się okazuje przyjaźń, rosną lepiej. Nawet przedmioty, które lubimy są bardziej przydatne. Coś w tym jest. A Jacob na przykładzie swojego nieskomplikowanego życia w lesie potrafi to nawet udowodnić.

Piotr Niemczyk 8 grudnia 1999 (www.latarnik.pl)

Za: http://niemczyk.nazwa.pl/strona/content/view/17/8/lang,pl/




BRACIA KACZYŃSCY

Wojciech 'Jacob' Jankowski

Był rok 1988. Pamiętam, bo wiele się wówczas działo, m.in. strajki. Nieopodal miejsca, w którym i teraz mieszkam, na uniwerku w Sopocie, miało się odbyć spotkanie z Panem K. Nie pamiętam, Jarosławem czy Lechem, bo wówczas ich nie rozróżniałem. Dziś owszem, rozróżniam: ten z własną rodziną jest mniej „odjechany”.

Widywałem Pana (Panów?) K. na majowym strajku w Gdańskiej Stoczni, kilkuosobową ekipą udaliśmy się zatem na wspomniane wyżej spotkanie. Zajęliśmy ostatni rząd, za plecami innych „opozycyjnych działaczy”, głównie z „Solidarności” i „NZS-u”. Pan K., zasiadając na miejscu wykładowcy, nie zauważył nas. I zaczął mówić. Że „Solidarność” od lat kryzys przeżywa, programu i pomysłów nie ma, siły traci. Że Ruch „Wolność i Pokój”, choć nieliczny, w próżnię wszedł, głośny się robi, sukcesy odnosi, postulaty realizuje, władze do ustępstw przymusza. I dobrze – klarował dalej Pan K. – bo to komunistów osłabia. Ale kiedy my władzę zdobędziemy – to ci młodzi ludzie, pacyfiści, anarchiści, będą naszymi wrogami…

Niedobrze mi się zrobiło, innym „wrogom” też, wstaliśmy zatem całą „WiP-owską” ekipą celem opuszczenia niefajnego towarzystwa. Dopiero wtedy Pan K nas zauważył: „- widzę, że na sali są ludzie z „WiP”-u, bardzo was cenię...” Wyszliśmy. Drzwi, jak się zdaje, nie zamknęły się zbyt cicho.

Minęło niemal dwadzieścia lat. Panowie K. są teraz prezydentem i premierem. Władzę zdobyli. Przeczytałem niedawno parę fragmentów rozmów Jarosława K. z Teresą Torańską z 1994 roku. Litania personalnych podchodów, gierek, strategicznych przekrętów. Okropna żenada. W pewnym momencie dziennikarka wytknęła Panu K. sojusz „z działaczem, który za aborcję żądał dla kobiet 25 lat więzienia”. – „Tobie dałbym 40” – zaśmiał się Pan K. – „Czy wy, kobiety, naprawdę nie macie innych zmartwień na głowie?”

Chyba jestem jeszcze mniej od kobiet mądry i bardziej godzien litości. Przynajmniej w oczach Panów K. i innych zaabsorbowanych grą o władzę ludzi. Mam bowiem na głowie coraz więcej zmartwień, związanych m.in. z kolejnymi poczynaniami Panów K., personalne gierki natomiast nie obchodzą mnie zupełnie.

Nie chcę wrogów w Rosjanach, Niemcach, Słowakach, rodakach, młodzieży, homoseksualistach. Nie uważam, by jakiekolwiek kalkulacje usprawiedliwiały szafowanie ludzką krwią w Iraku czy Afganistanie. Nie raduję się na myśl o umieraniu w charakterze zwolennika pierwiastka czy amerykańskiej tarczy. Nie sądzę, by edukacja i prawa dziecka były świetnym polem dla paranoicznych, zamordystycznych i głupkowatych pomysłów. Służbę zdrowia postrzegam jako nieporównywalnie ważniejszą od zbrojeń czy budowy stadionów. Mnożenie zakazów, rozszerzanie prawa karnego, rozbudowę aparatu represji – uważam za drogę ku totalitaryzmowi. A zwijanie pojedynczych, bezbronnych ludzi przez kilkunastu zbrojnych szwarcenegerów – za obciach, marnowanie sił, środków i karygodny idiotyzm.

Pan K., przemawiając dwadzieścia prawie lat temu na sopockim uniwerku, okazał się prorokiem. Zdobył władzę – a ja zostałem „wrogiem”. Podobnie jak wielu, wielu innych. Bardzo mi przykro. Bo nie chcę wrogów. Za żadne skarby świata.

Tobie, sobie i Braciom Kaczyńskim życzę cudownych, oczyszczających, absolutnych wakacji, jak najdalej od polityki. Tak naprawdę, do konia ciężkiego, wszyscy jesteśmy braćmi. I siostrami. Lato!

Za: www.tezeusz.pl/blog

ACHTUNG MINEN


Autor: Wojciech 'Jacob' Jankowski @ 21:54



Na jednej z Wysp Nonsensu było tak dużo samochodów, że trwały w bezruchu, pierdząc spalinami, a ludzie przemieszczali się skacząc po ich dachach. To scena z komiksów o Tytusie. „Co Ci przypomina, co Ci przypomina, widok znajomy ten…”

I po wakacjach. Koniki wróciły do betonowo-żelaznych boksów, my z Ciapkiem do mieszkania w kamienicy. Do pracy jeździmy rowerem. To znaczy – ja jadę, kręcąc niespiesznie pedałami, piesek biegnie obok. Większa część trasy płynie szczęśliwie rowerową ścieżką, ale i tak „ trzeba mieć oczy dookoła głowy”. Wielu przechodniów istniejące od niedawna drogi dla rowerów traktuje jak chodniki, samochodziarze zaś albo się spieszą, albo szukają miejsc do parkowania, albo – coraz częściej – tkwią w tzw. korkach, trąbiąc, bluzgając, wściekli i nieprzytomni. Istny komiks z Tytusem.

Z wakacji obrazek. Szosa na Kaszubach, wąska, kręta, kucyk bryczkę dwukołową ciągnie, kłusikiem, stępa, niespiesznie. Z kumplem Galem jedziem po zakupy. Od czasu do czasu samochód nas mija. Na ogół powoli, twarze życzliwe, uśmiechnięte. Ale na przestrzeni kilku kilometrów spotykamy też kilku szaleńców: wariacka prędkość, mijanie „na ciągłej”, klaksony… Drugi taki z naprzeciwka – murowana kaplica. Nie dziwi mnie już ilość śmiertelnych na polskich szosach wypadków.

W czasach tzw. komuny wydawaliśmy nielegalne czasopisma. Gal, wizjoner, jak się okazuje, narysował wówczas, co następuje: obskurny mur z tablicą „ulica Lecha Wałęsy”, idąca gdzieś kobiecina, za rynną tajniak z krótkofalówką: „Zorro do Kmicica, Genowefa Grzyb nie przerwała, powtarzam, nie przerwała, over”...

Kolega Skiba wyżywał się ongiś w pisemku pt. „Przegięcie pały”, z polityków maści wszelakiej dworował, nieprawdopodobne (zdawałoby się) scenariusze kreślił. Tymczasem wszystko się spełniło, spełnia, do potęgi rozkręca, strach dowcipy wymyślać. I dlatego tak naprawdę każdy błazen jest bardzo smutny. ACHTUNG MINEN!

Uważajmy, kurde mole. Nasze odjazdy się spełniają. Loty w kosmos i podwodne żeglugi Juliusza Vernea, przygody Tytusa Papcia Chmiela, wizje Orwella, polityczne żarty – „przegięcia pały” sprzed dwudziestu lat – tworzą dziś tzw. namacalną rzeczywistość. Czy na pewno rzeczywistość? Miewamy z Ciapkiem wątpliwości.

W umysłach spieszących się gdzieś, współczesnych ludzi panuje totalny łomot, w telewizorach roi się od horrorów science fiction, zbrodni, reklamowych i politycznych kłamstw, porażającej głupoty. Czy takie mają być zarodki naszej przyszłości?

Śnię często o drewnianej chałupie. Sęki w stołowym blacie, piec, kręta ścieżka do studni. Mnóstwo przestrzeni i spokoju, zero lęku i pośpiechu. Póki co śmigamy z Ciapkiem po rowerowej ścieżce. Trzeba bardzo uważać. Od czasu do czasu siadam w zendo, twarzą do ściany i „oddech wymiata umysł”.

„Kiedy kończą się
wszystkie myśli,
niepostrzeżenie umykam
w las i zbieram
całe garście tasznika.
Podobnie do małego strumyka,
który cierpliwie płynie
przez omszałe szczeliny,
powoli staję się
jasny i przezroczysty.”

Ryokan

Moc pozdrowień. Bywajcie!

MIN NIET.


Za: http://tezeusz.pl/blog/?cat=38


POPIOŁY

Autor: Wojciech 'Jacob' Jankowski


Trzy płytki VCD w tekturowej okładce kosztowały pięć złotych. „Popioły”, film Andrzeja Wajdy z 1965 roku. Nabyłem, bo przez te czterdzieści dwa lata, cudem jakimś, nigdy filmu tego nie obejrzałem. „Krzyżacy”, „Pan Wołodyjowski”, „Potop” – lecą w telewizji regularnie. „Popioły” jakoś nie. Dlaczego?

Obdarte, smętne szeregi śpiewają „Mazurek Dąbrowskiego”. Zdrada francuskich dowódców. Polscy wojacy tłumiący wyzwoleńcze powstanie i wyrzynający podstępnie czarnoskórych, Francji służących, żołnierzy na San Domingo. Rzeź Saragossy, mordowanie i gwałcenie zakonnic, rozgromienie obrońców Samosierry, mnóstwo trupów, ruin, kalek… Szaleństwo i beznadzieja zastygające na koniec w mroźnej, rosyjskiej przestrzeni.

Ot, i odpowiedź na pytanie, dlaczego ta akurat polska „superprodukcja” jest tak mało znana i popularna. „Prawda w oczy kole”. Milej trawić sienkiewiczowskie bajędy, „Polacy – złote ptacy”, w Afganistanie pomagają dzieciom i czekają na występ Dody-Elektrody.

Najnowszy film Andrzeja Wajdy nazywa się „Katyń”. Na rozkaz Ministra Obrony Narodowej obejrzeli go wszyscy żołnierze. Przez kinowe sale przepuści się też pewnie większość dzieci i młodzieży. Trwa wielka i oficjalna „akademia ku czci”... Coś mi tu jednak nie gra. Podobnie, jak wtedy, gdy o Katyniu oficjalnie nakazywało się kłamać lub nie wspominać w ogóle.

...W ciszy dźwięczy
Pokoleń drwiący śmiech
I złom przeżera rdza
Lecz znów wieńce
I znów oddają cześć
Od nowa farsa trwa…

Karel Kryll „Piosenka Nieznanego Żołnierza”

Nakazy, zakazy, milczenie, kłamstwa, fanfary. Wystrzały z dział, defilady, pomniki. Polityczne gierki, kupczenie każdą świętością... Chyba jednak nie zakłócają spokoju. Szczególnie tym z nas, którzy już „obrócili się” w popiół.


Za: http://tezeusz.pl/blog

NIEZWYKŁY (?) ŚWIĘTY

Wojciech 'Jacob' Jankowski


RYOKAN


W odrapanej ciasnej chacie
Zestarzałem się i życiem zmęczyłem;
Chłód tej zimy jest najgorszy
Z tych co przenikały moje ciało.
Ospale łykam wodnistą kaszę i czekam
Aż ta mroźna noc się skończy.
Czy dotrzymam do nadejścia wiosny?
Bez sił na to by wyżebrać trochę ryżu
Jak przetrwam zimowe mrozy?
Nawet medytowanie nie pomaga;
Do robienia nie zostało mi nic
Prócz pisania wierszy o zmarłych znajomych.


(tłum. Piotr Madej)

Autor tego wiersza urodził się 250 lat temu. Choć przez całe życie był żebrakiem i nigdy niczego nie opublikował – obecnie uważany jest za jednego z najwybitniejszych poetów i mistrzów zen Japonii.

Poniżej skrócona (przeze mnie) wersja tekstu opisującego życie, nauki i przygody tego niewątpliwie świętego faceta.

Niezwykłe uwagi o Mistrzu Zen Ryokanie
Kera Yoshishige
Przekład z języka angielskiego:
P. Biedak, J. Nadolny, M. Pawlik
(wybór)

Mistrz był zawsze cichy, a jego ruchy pełne wdzięku i zrelaksowane. Zgodnie z powiedzeniem: ,,Jeśli czyjś umysł jest rozległy, to jego obecność będzie pełna wielkości.’’

Mistrz zawsze kochał pić, chociaż nie widziałem go pijącego aż do przesady. Zawsze lubił pić razem z rolnikami czy drwalami. Oni płacili za jego napoje, on za ich: ,,Ten dla ciebie; ten dla mnie…’’ i tak dalej, zawsze upewniając się na koniec, czy każdy wypił dokładnie taką samą liczbę.

Mistrz kochał także palić. Na początku nie miał własnej rurki oraz tytoniu, więc zawsze pożyczał od innych. Później uzyskał swoje własne.

Kiedy Mistrz szedł w odwiedziny, niezmiennie zapominał zabrać różnego rodzaju swoich osobistych rzeczy. Ktoś zasugerował: ,,Zrób listę wszystkiego co masz z sobą i, przed wyjściem, po prostu ją przeczytaj.’’ Mistrz powiedział: ,,Świetny pomysł!’’ Potem napisał listę swoich własności i zanim wychodził zawsze ją czytał. Taka lista jest wciąż zachowana.

Podobna lista o której mówi się, że Ryokan ją samą zapomniał, jest przechowywana w domu jego przyjaciół i patronów Suzukich i zawiera następujące pozycje: podgłówek, ręcznik, chusteczka do nosa, wachlarz, monety, piłka, kamienie do gry, słomiany kapelusz, getry, rękawiczki, naramienniki, laska, krótka szata, różne ubrania, lakier chiński, miska żebracza, torba. Lista kończy się notatką: ,,Muszę przeczytać to przed wyjściem. Jeśli nie, to będę miał kłopoty!’‘.

Mistrz zawsze mawiał: ,,Nienawidzę zabawiać gości.’’

Mistrz powiedział: ,,Jeśli odwiedzam czyjś dom i pytają mnie skąd jestem, po prostu im mówię: `To nie twój interes!’ ‘’.

Głos Mistrza był czysty i melodyjny. Kiedy śpiewał sutry, dźwięk trafiał prosto do ludzkich serc i niósł naturalnie powstałą ufność do tych, którzy słuchali.

Gdziekolwiek Mistrz poszedł, zawsze dołączał się do grających dzieci. Kiedy bawił się z dziećmi w pewnej wiosce, Mistrz zawsze udawał martwego i leżał przy drodze. Dzieci przykrywały go trawą i liśćmi i bawiły się w pogrzeb, śmiejąc się.
Pewnego dnia, przyszło silne dziecko i jak tylko Mistrz zaczął udawać martwego, zatkało mu palcami nos. W końcu Mistrz nie mógł już dłużej tego wytrzymać i nagle ,,wrócił do życia’‘.
Wyląda na to, że Mistrz Zen robił to wszystko jako część swojej praktyki kontroli oddechu.

Mistrz żebrał w mojej wiosce, Makigahana. Kiedy stał przed bramą pierwszego domu, ktoś przyszedł i powiedział: ,,To miejsce jest Hanabei’a’’ i Mistrz odszedł na palcach. Kiedy przyszedł do następnych drzwi, stało się to samo – ktoś powiedział mu ,,To jest dom Hanabei’a’’ i Mistrz chyłkiem wycofywał się. I w ten sposób Mistrz minął następnych dziesięć domów, odchodząc z pustymi rękoma.
Historia, która się z tym wiąże jest taka, że człowiek zwany Hanabei w pijackiej wściekłości zaatakował raz Mistrza i imię Hanabei powodowało, że Mistrz się trząsł. To doprowadziło do tego, że ludzie grali z nim tą sztuczkę. Wygląda na to, że Mistrz nigdy nie myślał, że to podejrzane, że Hanabei ma tak dużo domów.

Pewnego razu, w okresie flancowania nasion ryżu, Mistrz przebywał w naszym domu. Był pewien szalony kapłan o imieniu Chikai, którego ekstremalna arogancja doprowadzała go do obłędu. Zawsze deklarował: ,,Założę własną szkołę Buddyzmu, aby wyzwolić czujące istoty’’ i porównywał się do wielkich mnichów z przeszłości, jednocześnie ganiąc jak dzieci współczesnych mu ludzi. Stąd też wielki szacunek otaczający Mistrza Ryokana doprowadzał go do wściekłej zazdrości.
Tego dnia Chikai upił się i ogłosił, że idzie pomagać w uprawie roli. Wrócił do naszego domu cały ubabrany błotem i kiedy zorientował się, że był tam Mistrz, cała jego długo skrywana złość nagle eksplodowała. Baz najmniejszego ostrzeżenia rzucił się na niego ze swym ubłoconym pasem. Sam Mistrz, który nie zdawał sobie sprawy z tego, o co w tym wszystkim chodzi, nie zamierzał nawet uciekać, ale ludzie, którzy z nim byli, szybko ujarzmili kapłana i wyrzucili go z domu.
O zmierzchu, kiedy zaczęło strasznie padać, Mistrz wyszedł z pokoju i rzucił krótko: ,,Czy ten mnich wziął ze sobą parasol?’‘. Nie skomentował inaczej całego zdarzenia.

Bywało, że kiedy proszono Mistrza o małą próbkę jego kaligrafii, on odpowiadał: ,,Jak tylko trochę poćwiczę, zaraz coś dla ciebie narysuję’‘. Kiedy indziej kaligrafował w natchnieniu jedną kartkę papieru za drugą. Nigdy nie narzekał na narzędzia. Swoje wiersze mógł pisać z pamięci i właśnie dlatego czasem brakowało w nich jakiejś litery lub były trochę zmienione jakieś słowa, stąd nie mają one też swojej ostatecznej wersji.

Kiedy Mistrz mieszkał w swojej chacie w Kugami, trzymał przy palenisku mały kocioł wypełniony sosem sojowym. Zawsze kiedy po posiłku zostawały mu resztki pokarmu, wrzucał je do tego kotła. Mógł jeść tę mieszankę nawet w czasie lata i zdarzało się, że częstował nią gości. Nikt jednak nie przełamał się do skosztowania. Mistrz nie przejmował się i był niepomny na smród. ,,Żyją w tym larwy’’ mawiał, ,,ale kiedy nabieram trochę do miski, odpełzają na bok. Nie czynisz więc nic złego.’’

Bywało, że Mistrz grywał w go na pieniądze, a ludzie dawali mu wygrać. Kiedy jednak zgromadził już pewną ich ilość, nie wiedział co z nimi zrobić. Kiedyś powiedział: ,,Ludzie martwią się kiedy mają za mało pieniędzy, a ja martwię się, kiedy mam ich za dużo!’’

W rodzinnym mieście Ryokana Izumazaki przetrwała legenda o pojedynku w go pomiędzy Ryokanem a Sekigawą Mansuke. Mansuke był bliskim przyjacielem Ryokana, a ludzie, którzy szukali kaligrafii Ryokana często korzystali z Mansuke jako pośrednika.
Pewnego pogodnego jesiennego dnia, kiedy Mansuke zrywał persymonie w ogrodzie za swoim domem, obrócił się i zobaczył stojącego tam Ryokana, który patrzył marzycielsko w górę. Kiedy Mansuke zszedł z drzewa, Ryokan powiedział: ,,Zagrajmy dziś w go.’’
Go było ulubioną rozrywką Mansuke i natychmiast przyniósł swoją planszę do gry w go. Ale najpierw miał pewien pomysł: ,,Gra tylko w samo go nie jest zabawna. Może założymy się o coś?’’ – zaproponował. ,,Jeśli wygrasz (robi się zimno)’’ – powiedział Ryokan, ,,możesz dać mi ocieplaną szatę.’’
,,A co jeśli ja wygram?’’ – zapytał Mansuke.
,,Nie mam czego Ci dać.’’ przyznał Ryokan.
,,Może zrobiłbyś parę kaligrafii?’’ zasugerował Mansuke, patrząc w kierunku wysokiego stosu papieru, który umieścił na swoim biurku.
,,W porządku,’’ Zgodził się Ryokan, nie mając wyboru.
Zaczęli grać, ale Mansuke był lepszy od Ryokana w go i szybko go pobił. Zaczął wtedy nalegać, aby Ryokan zrobił kilka kaligrafii. Wówczas Ryokan niechętnie wziął wachlarz z biurka i napisał na nim:

Zrywając persymonie
Moje jaja czują chłód
Jesiennego wiatru

Mansuke przeczytał wiersz i uśmiechnął się gorzko. Wygrał następną rundę, a Ryokan napisał ten sam wiersz raz jeszcze. Kiedy powtórzył to trzeci raz, Mansuke nie mógł znieść już tego dłużej.
,,Trzy razy ten sam wiersz o jajach, to za dużo!’’ – zaprotestował.
,,No cóż,’’ odparł Ryokan, ,,wygrałeś w tą samą grę go trzy razy, no nie? Więc też napisałem ten sam wiersz trzy razy.’’

Mistrz nigdy nie okazał przesadnego zadowolenia ani złości. Nie widywano go mówiącego w pośpiechu i we wszystkich swoich czynach, w sposobie w jaki jadł czy pił, w jaki wstawał i siadał, jego ruchy były powolne i spokojne, jak wioskowego głupca!

Mistrz często dbał o chorych, robiąc wszystko co mógł, pomagał im jeść, pić, siadać i kłaść się. Potrafił wykonać masaż i przykładać moksę. Ludzi prosili go: ,,Przyjdź proszę jutro i zrób mi zabieg moksy’‘. Ale Mistrz nigdy nie dawał obietnic mówiąc: ,,Jutro będzie jutro’‘. Dlaczego tak robił? Czy dlatego, że uważał pochopnie rzucane puste obietnice za wyraz braku szczerości? Czy może był świadom, że nie można być pewnym jutra?

Mistrz nigdy nikogo nie oczerniał, ale też nie rzucał pustych pochwał. Jednakże pewnego razu, kiedy wioskowy rządca wzniósł dla siebie wielką rezydencję, słyszano jak Mistrz powiedział: ,,To właśnie mają na myśli, mówiąc, że jest się zaślepionym przez chciwość’‘.

Rzeczami, których Mistrz nienawidził, były kaligrafie kaligrafów, wiersze poetów i tematyczne turnieje poezji.

Jeśli ktokolwiek obdarowywał Mistrza kaligrafią czy poezją i prosił w zamian o jego kaligrafię, Mistrz pisał po prostu, jakiś chiński lub japoński wiersz, zupełnie nie przykładając wagi do stylu, czy też sposobu, w jaki kreślić litery. Tak jakby był niepomny na obecną w poezji modę.

Pewnego razu Mistrz uczestniczył w ceremonii herbaty zwanej koicha. Właśnie opróżniał do dna czajnik, kiedy zorientował się, że naprzeciw niego siedzi inny gość. Wypluł więc herbatę, którą miał w ustach i poczęstował nią gościa. Ten zaś modląc się o ochronę Buddy, wypił ją jednym tchem.

Przy tej samej okazji Mistrz wydłubał z nosa smarki i chcąc nie zwrócić niczyjej uwagi, próbował wytrzeć je o sąsiada po swojej prawej stronie. Ten jednak odsunął się ze wstrętem. Mistrz spróbował po lewej, lecz i tam gość wzdrygnął się i odsunął. Zobaczywszy, że jest w kropce, Mistrz po prostu włożył smarki z powrotem do nosa.

Pewnego razu Mistrz podróżował do oddalonego urzędu pocztowego. Kiedy mijał burdel, został zatrzymany przez lamentującą prostytutkę, która chwyciła go za rękaw. Mistrz nie mógł zrozumieć o co jej chodziło. Okazało się, że już jako dziecko została sprzedana i wywieziona daleko, tak że praktycznie nie znała swoich rodziców i zawsze myślała o nich tęsknie. Poprzedniej nocy jej ojciec przyszedł do niej we śnie, a widząc Mistrza pomyliła go z nim.

Mistrz zatrzymał się na odpoczynek na szczycie wzgórza. Później nie zdając sobie z tego sprawy, zszedł z niego tą samą drogą i nieświadomy swej omyłki zaczął żebrać w pobliskiej chacie. Ktoś, kto go rozpoznał powiedział: ,,Zaraz, przecież on był tu dopiero przed chwilą!’’ Mistrz wziął nogi za pas i uciekł do domu.

W środku lata było w lokalnym zwyczaju, że w nocy wszyscy mogli się bawić. Było to ten rodzaj szaleństwa, który Mistrz uwielbiał. Owinął sobie głowę ręcznikiem i, udając kobietę, wmieszał się w tańczący tłum. Jeden z mężczyzn rozpoznał go, stanął obok niego i powiedział: ,,Jaka atrakcyjna kobieta! Chciałbym wiedzieć, czyją jest córką.’’
Gdy Mistrz to usłyszał, przeszedł go dreszcz zadowolenia. Później chełpił się tym, mówiąc: ,,Ktoś zobaczył mnie i chciał wiedzieć, czyją jestem córką!’‘.

Spytałem Mistrza: – Żeby dowiedzieć się czegoś o poezji, jaką książkę powinienem przeczytać? – Powinieneś poznać Man’yoshu – rzekł. – Nie rozumiem Man’yoshu – odpowiedziałem. Na to rzekł: – Trzymaj się zatem tego, co możesz pojąć.

Mistrz powiedział: ,,Całą zimę spędziłem w mojej chacie, studiując fonetykę po to, by poznać jej prawdziwą istotę’‘.

Gdy Mistrz był w swoje chacie na Górze Kugami, w jego szopie zaczęły kiełkować pędy bambusa. Wtedy, żeby kiełki mogły rosnąć bez przeszkód, postanowił wypalić dziurę w dachu, używając do tego świeczki. Niestety… spłonęła również szopa.

Słysząc, jak ludzie mówią: ,,To takie zabawne, znaleźć pieniądze!’‘, Mistrz postanowił to sprawdzić. Rozrzucił trochę swoich monet i próbował je zbierać. Ale nie sprawiało mu to przyjemności. ,,Oni chyba mnie zwodzą’’ – myślał. Rzucał pieniędzmi jeszcze kilka razy, aż w końcu część z nich gdzieś się zapodziała. Szukał i szukał. Gdy po długim czasie odnalazł je, przeżył chwilę radości. ,,Oni wcale mnie nie oszukali!’’ – wykrzyknął.

W letnie wieczory stajenni wiążą ze sobą słomiane tobołki, które następnie przymocowują sznurem do krokwi, a te zwisają swobodnie. Gdy moskity zaczynają kąsać konie, te ocierają się o worki i w ten sposób odganiają owady. Widząc słomiane worki, Mistrz był ciekawy, do czego one służą. Powiedziano mu, że służą do odpędzania moskitów. Mistrz wrócił pospiesznie do swojej chaty i zawiesił jeden tobołek dla siebie.

Pewien złodziej, który włamał się do chaty Mistrza, nie znalazł nic, co mogłoby być godne łupu. Postanowił ukraść matę, na której spał Mistrz. Chciał ją tak wysunąć, aby go nie obudzić. Mistrz, udając, że śpi, przewrócił się na bok i zsunął się na podłogę, pozwalając złodziejowi wyciągnąć matę i oddalić się.

Pewien doktor z Shotei spytał Mistrza: – Chcę być bogaty. Jak mógłbym zdobyć więcej pieniędzy? Ten odrzekł: – Bądź dobrym doktorem i nie bądź skąpy.
Przy innej okazji, kiedy ktoś zadał to samo pytanie, Mistrz odpowiedział: ,,Jeśli pożyczasz od kogoś pieniądze, pamiętaj, żeby oddać je na czas’‘.

Mistrz spędził w naszym domu kilka dni. Między domownikami panowała niezwykła harmonia, atmosfera pokoju wypełniała dom przez te kilka dni. W czasie jednego z wieczorów spędzanych na rozmowie z nim poczuliśmy, że nasze serca zostały oczyszczone. Mistrz nigdy nie rozwodził się nad pismami, ani nad klasyką literatury, ani też nad znaczeniem etyki. W rozmowach nigdy nie odwoływał się do poezji czy moralnych pouczeń. Jego sposób bycia miał w sobie coś bezpośredniego i uspokajającego. Była to wrodzona dobroć, która w naturalny sposób prowadziła innych.

W całym życiu Mistrza nie było nic, co można by rozważać w kategoriach niezwykłości czy cudu, poza pewnym wydarzeniem. Kilka dni po śmierci Mistrza, kiedy leżał już w trumnie, przybyła mniszka. Błagała, by pozwolono jej po raz ostatni popatrzeć na niego. Trudno było znieść jej dojmujący smutek i błagalne prośby, więc ostatecznie zgodzono się otworzyć trumnę. Zdumiało nas to, co zobaczyliśmy. Mistrz leżał wyprostowany, w jego wyglądzie było dostojeństwo i godność, zupełnie jak wtedy, gdy był wśród nas.

Mistrz emanował dziwną energią. Był wysoki i szczupły, miał wydatny nos, oczy pełne blasku, ciepłe i łagodne. Z usposobienia surowy, lecz sprawiedliwy. Nie było w nim śladu świętoszkowatości. Niezwykłość jego osoby wykracza poza moje własne o nim wyobrażenie. Teraz, gdy zastanawiam się nad jego charakterem, nie znajduję nikogo, z kim mógłbym go porównać

Był pewien poeta piszący haiku o nazwisku Hajo, który narzekał na jakość swojej kaligrafii. Mistrz spróbował to zmienić i rzekł do niego: ,,Nie ulegaj zawiści o innych. Twoje własne pismo udoskonali się w sposób naturalny’‘. Od tego czasu Hajo zauważył, że pisanie przychodzi mu łatwiej.

Pewnego dnia Mistrz zbierał chryzantemy z ogrodu niedaleko stacji Yamada. Właściciel ogrodu, który to obserwował, oskarżył go o kradzież. Ale zaproponował, że jeśli Mistrz narysuje dla niego obraz wraz z inskrypcją, puści go wolno. Wtedy Mistrz wziął pędzel i napisał: ,,Obraz mnicha Ryokana uciekającego z kwiatami o poranku. W nadziei, że zostanie przechowany dla przyszłych pokoleń...’’

Ten wiersz został podarowany Mistrzowi Ryokanowi przez jego Mistrza i należał do jego ulubionych:

Dla Mistrza Ryokana – pustelnika

Ryokan! Jak to dobrze być jak głupiec
wówczas Droga staje się wielka nie do ogarnięcia
Wolno i swobodnie, pozwalając rzeczom płynąć swoim biegiem
– kto może to pojąć?
Dlatego powierzam ci ten kij z dzikiej wisterii
Za każdy razem, kiedy oprzesz go o ścianę
Niech przyniesie ci spokój popołudniowej drzemki

za: j.w.


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
WOJCIECH JANKOWSKI - JACOB
Forum M L Strona Główna -> NA BARYKADACH
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)  
Strona 1 z 1  

  
  
 Napisz nowy temat  Odpowiedz do tematu  


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001-2003 phpBB Group
Theme created by Vjacheslav Trushkin
Regulamin