Chcesz schudnąć przed Sylwestrem?
Kup Teraz a 30 dniową dietę otrzymasz za darmo!
Tylko 137 zł TRIZER + indywidualna dieta
Forum Strona Główna -> JOANNA WOJCIECHOWICZ -> LISTY O PRAWDZIE - JOANNA WOJCIECHOWICZ
Napisz nowy temat  Odpowiedz do tematu Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat 
LISTY O PRAWDZIE - JOANNA WOJCIECHOWICZ
PostWysłany: 22 Sty 2009 7:18
Administrator
ADMIN

 
Dołączył: 28 Maj 2005
Posty: 6577
Przeczytał: 3 tematy

Pomógł: 13 razy
Ostrzeżeń: 0/2
Skąd: Gdańsk





      SIERPIEŃ 80. LISTY O PRAWDZIE

          JOANNA WOJCIECHOWICZ





          [link widoczny dla zalogowanych]

    [link widoczny dla zalogowanych]
    Mieszkanie na Ogarnej, lata 80. Od lewej: siedzą Wojciech Bubella, Jan Karolik.
    Stoi Joanna wojciechowicz; tyłem: Bożena Rybicka.

    (© Archiwum prywatne)
    Fotografia za:
    [link widoczny dla zalogowanych]


      [link widoczny dla zalogowanych]

        1980 r. MKZ Gdańsk. Joanna jako szefowa BIPS
        (Biuro Informacji Prasowej "Solidarność")
        Fot. za [link widoczny dla zalogowanych]



LIST 1

11 września 2008 7:06



Słuchaj, Sławeczku,

nie pisałam, choć obiecałam kilka dni temu, a to dlatego, że się potwornie marnie czułam. Nie mogłam usiedzieć przy komputerze, bo mi się robiło niedobrze i kręciło w głowie i mdliło od światła ekranu. Ale już w końcu muszę, bo

a/ troszkę się lepiej czuję,
b/ już nie mogę wytrzymać,

i muszę swoje trzy grosze wtrącić do publicznej dyskusji.




Kto stworzył "Solidarność"?


Wałęsa? Borusewicz? Gwiazda? Otóż wszyscy z nich i tysiące innych. Głownie wariatów. Świrów. Szaleńców, którzy w środku paskudnego, wstrętnego komunistycznego reżimu oszaleli w ciągu trzech dni i uwierzyli, że mogą coś zmienić; sami, przy pomocy "s o l i d a r n o ś c i" właśnie. W mieście Gdańsku, w mieście dziesięć lat wcześniej prawie zamordowanym za taki sam strajk.

Kim był Lech Wałęsa 14-go sierpnia 1980? Przewodniczącym Komitetu Strajkowego Stoczni Gdańskiej. Kim był Lech Wałęsa 16-go sierpnia w sobotę, po południu? Przewodniczącym Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego - bo było już nas wtedy kilka innych zakładów oczywiście. Czy strajk się mógł utrzymać bez strajku Zakładów Komunikacyjnych, czy jak sie tam one nazywały, a także, lub przede wszystkim - bez strajku Stoczni Gdyńskiej? W życiu nie! Czy Lech Wałęsa mógł poprowadzić zarówno strajk, jak i późniejsze negocjacje z rządem, nie tylko bez pomocy wcześniej Andrzeja Gwiazdy, Bogdana Borusewicza, Andrzeja Kołodzieja, a potem również wszystkich ekspertów? W życiu nie!

Ale przede wszystkim niczego, ale też niczego nie mógł zrobić wbrew życzeniom strajkujących ludzi, a one były nagle i cudownie jednomyślne. 21 Postulatów, ogłoszone w niedziele, wypisane na dwóch drewnianych tablicach, przez chłopaków z [Ruchu] Młodej Polski i Bogdana [Borusewicza] zdaje się właśnie stały się tym, o co jak się w poniedziałek okazało, jest gotowych strajkować tysiące ludzi w setkach zakładów w Polsce.

W poniedziałek, 18-go [sierpnia] drukowaliśmy ulotki: "Jest nas już 300 zakładów!"; w środę mieliśmy już ulotki o tysiącach zakładów. W Gdańsku strajkowało wszystko. Miasto wypowiedziało wojnę komunie. Wiec kto stworzył "Solidarność"? Duch Święty? A może? Bo jak inaczej można nazwać objawienie, które nastąpiło u tysięcy ludzi jednocześnie? Takie samo? Ten sam rodzaj halucynacji zbiorowej? Że wszyscy uwierzyli w tę samą możliwość i poprosili jeszcze na dodatek Boga o pomoc? I wygrali?

Więc jakże można mówić tutaj o jakimkolwiek pojedynczym człowieku, jako twórcy "Solidarności"? Wszyscyśmy nimi byli - a znak wymyślił Jurek Janiszewski, którejś nocy, w czyjejś pracowni sitodruku w Sopocie zdaje się; wydrukowali wtedy całe mnóstwo kartek formatu A-4 z tym radosnym czerwonym znakiem, i tak się to stało. I obiecuję Ci Sławku, że to pisanie pociągnę, ale teraz muszę przerwać, bo mi się znów kiepsko robi!

Pa,

Joanna



    [link widoczny dla zalogowanych]



CDN
.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Administrator dnia 21 Gru 2009 9:26, w całości zmieniany 3 razy
Zobacz profil autora
PostWysłany: 22 Sty 2009 7:19
Administrator
ADMIN

 
Dołączył: 28 Maj 2005
Posty: 6577
Przeczytał: 3 tematy

Pomógł: 13 razy
Ostrzeżeń: 0/2
Skąd: Gdańsk





          LISTY O PRAWDZIE



          JOANNA WOJCIECHOWICZ



    [link widoczny dla zalogowanych]




LIST 2



11 września 2008 20:54



Sławeczku,

a gdzie Ty byłeś w sierpniu 1980? W Szczecinie? No to powiedz, jak się TAM strajk zaczął? I dlaczego? I jeszcze jedno - czy ktokolwiek kiedykolwiek sobie wyobrażał, jakie to szaleństwo przybierze rozmiary? Przecież to było jak później (czy wcześniej) w "Kolędzie Nocce": ".

    ...Bądź jak kamieni, stój, wytrzymaj!
    Kiedyś te kamienie drgną
    I polecą, jak lawina
    Przez Noc. przez Noc, przez Noc..


Ja myślę, że to było trochę i tak, że Gdańsk zamarzł i zamarł na 10 lat po siedemdziesiątym roku, tak samo zresztą jak Szczecin. Ale nikt, nikt, nikt nie zapomniał.

Tym bardziej trzeba było być szaleńcem, żeby ryzykować wtedy wszystko, od utraty pracy i środków do życia, do wiezienia lub śmierci też. Tak było dziesięć lat wcześniej, czemu się nie miało powtórzyć? I się przecież powtórzyło znowu, w szesnaście miesięcy później. Ale wtedy, w Gdańsku, coraz bardziej mi się wydaje, że po prostu "Duch Święty zstąpił i nawiedził ziemię. Tę Ziemie..!" - jak się rok wcześniej o to modlił nasz Papież.

Coraz bardziej chcę usłyszeć od Ciebie, jak to było w Szczecinie. Bo przecież w Gdańsku, wtedy, każdy jeden kolejny człowiek, który przyszedł na Stocznię, do Stoczni, lub pod Stocznię, miał swój wkład w stworzenie "Solidarności". Ja przyprowadziłam pierwszego zagranicznego dziennikarza, Bernarda Gette z Francuskiego "Le Mond", w sobotę po południu, 16-go Sierpnia. Dzięki niemu ja się znalazłam na Stoczni, a on dzięki mnie. Siedzieliśmy wtedy w sali BHP do bardzo późnej nocy, byłam jedyną kobietą pośród "obserwatorów", byłam przy całym układaniu postulatów, byłam przy wejściu Heni Krzywonos, która koło piątej po południu przyszła na salę obrad w asyście dwóch facetów, tramwajarzy; skrępowanych i nieśmiałych, mnących czapki w rekach, w delegacji z Gdańskich Zakładów Komunikacyjnych.

Tramwaje też nie jeździły - też strajkowały przecież, jak cała prawie komunikacja zbiorowa; i w cudowny, gorący sierpniowy dzień, w środku lata, miasto wydawało się niemal puste. Ludzie się przemykali ulicami, nie chodzili, a tak się w każdym razie mnie wydawało.

I wtedy, Henia przyszła zapytać, co mają robić. Bo słyszeli raz, że się strajk w Stoczni skończył, a oni zastrajkowali przez solidarność, a potem słyszeli, że strajk dalej trwa, wiec jak to jest, przyszli sprawdzić osobiście. I Henia mówiła dalej tak: bo się zastanawiali, czy nawet jeżeli strajk dalej trwa, to czy nie powinni podstawić następnego dnia, w niedzielę, chociaż kilku autobusów, żeby ludzie mogli do kościoła pojechać. I wszyscy przy tym długim stole, a był tam i Lech Wałęsa, i Andrzej Gwiazda i chyba Józek Przybylski z Portu Gdańskiego, i Alinka Pieńkowska i Bogdan Borusewicz, a Maryla Płońska notowała i prowadziła sekretariat.

I wszyscy się najpierw zgodzili, że można będzie tych "kilka autobusów podstawić". A teraz - "Kilka, czyli ile?" - spytał wtedy Andrzej Gwiazda. "I czy nie ryzykujemy, że miasto podstawi innych kilkanaście z łamistrajkami, i wszyscy uwierzą, że się strajk skończył?" - "No to może lepiej w ogóle nie podstawiać?" - wtedy znów zaczęła mówić Henia, czyli tramwajarka Henryka Krzywonos:

"Ja mieszkam w tej dzielnicy, w której prowadzę tramwaj. Przy Łąkowej. Ludzie mnie znają. I chociaż im jest dużo trudniej, jak tramwaje nie jeżdżą, nikt do mnie o to nie ma pretensji, wszyscy się uśmiechają. Więc nie podstawiajmy. Strajkujemy dalej!"

I wszyscy i przy długim stole, czyli Komitet Strajkowy, i przy innych długich stołach, wszyscy obserwatorzy (tak znowu dużo nas tam nie było, w sobotę po południu i wczesnym wieczorem, nie było na tej sali BHP więcej niż trzydzieści osób w jednym momencie) zaczęli klaskać, i zrobiło się znów wesoło i fajnie i radośnie i podniośle, i to chyba wtedy się zaczęło to uczucie powszechnej życzliwości i prawie że duszącego szczęścia, które znam tylko i wyłącznie z czasu tych kilkunastu dni strajku w Stoczni, szczęścia "Solidarności". I chyba nie ja jedna. Każdy, kto był na strajku to powie, że to co było tam i wtedy, nie może się równać z niczym, czego się kiedykolwiek w życiu wcześniej, ani też kiedykolwiek później doznało.

Wiec może to Henia Krzywonos stworzyła "Solidarność"? A może ja? Kiedy następnego, niedzielnego poranka przyniosłam na stocznie pierwszą grzałkę i zrobiłam pierwszą herbatę? Przytargałam grzałkę z domu, herbatę z domu, wzięłam dwie kolorowe plastikowe tace i tak na Stoczni, w sali BHP, w niedzielę rano, siedemnastego sierpnia 1980 roku został wydany pierwszy gorący kubek herbaty, i nie przestał być wydawany od tej pory, aż do końca strajku; kanapki i herbata, na drugim stole pod oknem, ustawionym na prawo od wejścia, stały się odtąd stałym elementem umeblowania sali BHP i jej atrakcją.

Ciągle były kolejki i po herbatę i po kanapki, i chociaż już po południu miałam dwie grzałki i kilka osób do pomocy, wszystkiego było mało. Przywlokłam tę grzałkę, bo mnie serce bolało, jak słuchałam tych facetów; już trzeciego dnia mieli zupełnie zdarte gardła, pili wodę z kranu, z butelek po wódce i nie jedli prawie wcale, bo poza chlebem dostarczanym nieustannie przez Młodo-Polaków, pysznym i najczęściej jeszcze ciepłym, na żaden inny pomysł jedzenia jeszcze nikt nie wpadł, i już się zaczęły wielkie bóle brzuchów i gardeł.

A może to Michał, mój syn stworzył "Solidarność"? To on pierwszy zorganizowali ten chleb, a potem pierwszy puścił swoja słynną czapkę konfederatkę, przez tłum ludzi pod Stocznią, na zbieranie forsy dla piekarzy?

A skąd się wzięli ludzie pod Stocznią? Pod każdą bramą Stoczni, ale oczywiście najwięcej pod Bramą numer 2, stały dzień i noc tłumy ludzi.

Od niedzielnego poranka, od mszy pod naprędce ustawionym krzyżem, mszy, która mieliśmy dzięki Ani Walentynowicz i Tadeuszowi Szczudłowskiemu i jeszcze kilku innym ludziom, którzy się uparli, koło tego krzyża i pod wiecznie zamkniętą Bramą stało już odtąd nieustannie tysiące ludzi, tysiące, nie garstki. W godzinach szczytu do stu tysięcy pod Bramą. Czy to ktoś zorganizował? Amerykańscy szpiedzy? Czy kto?....


C.D.N.

    Zachowałem oryginalny zapis listów Joanny, uzupełniłem tylko brakujące akcenty oraz [w nawiasach kwadratowych] dodałem dla wyjaśnienia pewne nazwiska i in.


.


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
PostWysłany: 22 Sty 2009 7:20
Administrator
ADMIN

 
Dołączył: 28 Maj 2005
Posty: 6577
Przeczytał: 3 tematy

Pomógł: 13 razy
Ostrzeżeń: 0/2
Skąd: Gdańsk





Jerzy Sychut:


Sławeczek nie napisał przeto opowiem swój szczeciński sierpień. Od przyspawania pociągu do torów kolejowych w Lublinie wisiało coś w powietrzu. Spodziewaliśmy się że społeczeństwo dłużej nie wytrzyma. Nikt nie wiedział tylko kiedy. W Szczecinie czekali na jakieś wydarzenie.

Stało się. W Gdańsku zaczęli strajkować. Później docierały sprzeczne wiadomości. Zerwana łączność telefoniczna z Trójmiastem nie zatrzymała zdarzeń. Jeszcze w Szczecinie jeździły tramwaje gdy komitety strajkowe zaczęły zbierać się w Stoczni Warskiego.

Rano zadzwoniła żona ze Stoczni Warskiego. Pracowała w biurze konstrukcyjnym. Przedyktowała dotychczas zebrane postulaty. Nie było wśród nich żądań politycznych oprócz utworzenia wolnych związków zawodowych. Komitet Strajkowy wyznaczył krótki termin zbierania postulatów. Do wieczora każdy mógł żądać co zechciał. Oczywiście dotyczyło to tylko pracowników stoczni. Wkrótce ograniczono dostęp pracującym poza ogrodzeniem, także i żonie. Z obawy przed prowokacją nie wpuszczano nikogo z zewnątrz.

W SB również spodziewano się wydarzeń. Jeszcze przed strajkami późną nocą widywaliśmy oświetlone okna ich siedziby przy ulicy Małopolskiej. Kilka dni przed strajkiem zauważyłem że sporadyczne obserwacje mojej osoby zmieniły się stały nadzór. Po tablicach rejestracyjnych samochodów "ochrony" widać było że przybyły posiłki z innych miast. Dziwiłem się, bo nie byłem nikim ważnym. Zresztą wówczas jeszcze nie było przywódców. Liczyło się jednak, to co można było zrobić sprawnie i szybko. Nikt nie miał pomysłów co robić i nie zabiegał o popularność. SB tylko czuwała.

Zebrałem kilku kolegów w swoim mieszkaniu: Marek Lachowicz, Tadeusz Lichota, Ryszard Nowak, Radzimierz Nowakowski i Tadeusz którego nazwiska nie zapamiętałem. Zdecydowaliśmy że trzeba uzupełnić postulaty. Z pamięci odtworzyliśmy listę ułożoną przez PPN, z artykułu którego autorem był Zdzisław Najder. Kilka godzin później Tadeusz Lichota zaniósł listę do Stoczni, lecz go nie wpuszczono mimo że był zwolnionym dyscyplinarnie z pracy przywódcą strajku w 1976 roku i wiedziano, iż od 1970 roku jest współpracownikiem Edmunda Bałuki. W ostatniej chwili Zdzisław Kasprzyk przekazał postulaty do Komitetu Strajkowego wraz z workiem do połowy wypełnionym bibułą, którą pospiesznie zebrałem od znajomych i z opróżnionych na tę okoliczność magazynków druków przeznaczonych do kolportażu.

Na wniosek Komitety Strajkowego worek z bibułą nie dostał się w ręce robotników lecz zawartość została zniszczona kilka godzin po dostarczeniu. Nie chcę przypominać nazwisk autorów tej decyzji i wykonawców, bo rozumiem że zrobili to z obawy przez nieznanym, przed czymś czego wówczas jeszcze nie wiedzieli.

Dni strajku mijały. Tramwaje nie zgrzytały. Na ulicach było cicho, aczkolwiek nie wszyscy strajkowali żeby życie mogło funkcjonować. Czekaliśmy końca negocjacji i aby życie wróciło. Tylko już inne. Wierzyliśmy że tym razem będzie inaczej. Nawiązaliśmy łączność z Trójmiastem i cieszyliśmy się że treść negocjowanych postulatów jest podobna. W dniu podpisywania porozumień zauważyłem naprzeciw mojego domu źdźbło trawy wyrosłe po środku czerwonawej od rdzy szyny tramwajowej. Tego dnia mogłem chodzić ulicami Szczecina bez czujnych opiekunów z SB. Już zbyt wielu było do rozpracowania.

Pierwszym klientem stoczniowej Solidarności okazała się żona, zwolniona z pracy w Stoczni zaraz po strajku. Z powodu kompresji etatów lub jakoś podobnie napisali w uzasadnieniu. Związkowcy nie wiedzieli jak bronić żony przed fikcyjnym argumentem i zgodzili się na zwolnienie (któryś powiedział "nie potrzebujemy nikogo z koru"). Nie wiem czy ktokolwiek protestował gdy kilka miesięcy później zostałem aresztowany wraz z przywódcami KPN. Nie byłem nikim ważnym. W szczecińskiej Solidarności przyszli przywódcy już zabiegali o wpływy. Ujmowanie się za więźniami politycznym przysparzało tylko kłopotów, z którymi nie potrafili sobie poradzić, bo jeszcze ich nie rozumieli. Gdy pół roku później uchylono mój areszt niektórzy już rozumieli przydatność opozycyjnych doświadczeń i zaproponowali pracę w Zarządzie Regionu Solidarności. Jednak nawet wówczas zabroniono mi wstępu do drukarni mimo że formalnie kierowałem jej pracą...

Jerzy Sychut


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
PostWysłany: 22 Sty 2009 7:21
Administrator
ADMIN

 
Dołączył: 28 Maj 2005
Posty: 6577
Przeczytał: 3 tematy

Pomógł: 13 razy
Ostrzeżeń: 0/2
Skąd: Gdańsk





WARTO! WARTO! WARTO!

[link widoczny dla zalogowanych]

.


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
Strajki od kuchni
PostWysłany: 29 Cze 2009 10:41
Administrator
ADMIN

 
Dołączył: 28 Maj 2005
Posty: 6577
Przeczytał: 3 tematy

Pomógł: 13 razy
Ostrzeżeń: 0/2
Skąd: Gdańsk





Strajki od kuchni

BARBARA MADAJCZYK-KRASOWSKA




Wpadało się tam na herbatę, ploteczki, a przede wszystkim, by pokonspirować. A od wczesnej wiosny 1988 r. kuchnia mieszkania na pierwszym piętrze kamienicy na Ogarnej była siedzibą Gdańskiej Agencji Informacyjnej Solidarności.

Kuchnia Joanny Wojciechowicz była miejscem schadzek opozycjonistów niemal od zawsze. Zamykała się tylko na czas internowania właścicielki, zatrzymań i esbeckich rewizji.

Joanna, szefowa działu "rozpowszechniania informacji" w strukturach pierwszej Solidarności, przyjmowała u siebie ludzi o różnej orientacji politycznej. Zresztą poglądy były wtedy mniej ważne, liczyła się walka z komuną. A punkt kontaktowy był świetnie położony - niemal w centrum Głównego Miasta. Z tą konspiracją to lekka przesada. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można założyć, że dwupokojowe mieszkanie, a telefon to już na pewno, były na podsłuchu. Zresztą naprzeciwko kuchni stał Hotel Robotniczy. Nie mieliśmy złudzeń, że esbecy mają w nim swoją metę. O ważniejszych sprawach pisaliśmy więc na kartkach papieru.

Herbatka z "kryminalistami"

Bywali tam Bogdan Borusewicz, jego żona Alina Pienkowska, Joanna i Andrzej Gwiazdowie i guru Ruchu Młodej Polski Aleksander Hall. Z Młodopolakami zresztą był związany syn Joanny, Michał. Ona bardziej z Wolnymi Związkami Zawodowymi i Komitetem Obrony Robotników. Ale wtedy wszyscy byli jedną opozycyjną rodziną.

Z wybrzeżowej Solidarności wpadali do Joanny przywódcy i szeregowi działacze, m.in. Krzysztof Dowgiałło (autor ballady o Janku Wiśniewskim), Bogdan Lis czy samozwańczy szef regionu elbląskiego Edmund Krasowski. Przyjeżdżali także opozycjoniści z kraju: Jacek Kuroń, Jan Lityński, Janusz Pałubicki, Barbara Labuda, Alojzy Pietrzyk, Zbigniew Bujak, Władysław Frasyniuk, Jadwiga Staniszkis, Helena Łuczywo. Większość bywalców to oczywiście "kryminaliści", bo mieli za sobą internowanie, więzienie, a w najlepszym razie rewizje i konfiskaty podziemnych wydawnictw. Tak naprawdę po ćwierć wieku trudno spisać wszystkie nazwiska.

Dzwonili i umawiali się na spotkania dziennikarze ze światowych agencji i międzynarodowej prasy, m.in. Krzysztof Bobiński z "Financial Times", Andrew Nagorski z "Newsweeka". W kuchni Joanny wywiad z Janem Krzysztofem Bieleckim przeprowadziła amerykańska dziennikarka Anne Applebaum. Interesowały ją wtedy sprawy ekonomiczne, a Krzysztof był jednym z czołowych gdańskich liberałów. Nikomu nie przyszło do głowy, że jej rozmówca zostanie w przyszłości premierem, a ona sama panią ministrową [Applebaum jest żoną Radka Sikorskiego - red.].

Gospodyni częstowała wszystkich herbatą, a gdy ktoś był głodny, dzieliła się tym, co miała, zupą, chlebem z masłem, czasem trafiała się jakaś kiełbasa. Czasem coś bardziej luksusowego. W ten sposób poznałam smak batonów Sneakers i Mars. Te nieosiągalne w normalnym sklepie słodycze kupiła w Peweksie Janka Jankowska. Nigdy potem tak mi nie smakowały. I jeszcze ser ementaler. Przywiózł go z Amsterdamu Janek Minkiewicz. Wspomnienie lekko orzechowego smaku, chyba pierwszego w życiu tak dobrego sera, wciąż jest niezatarte.

Z nadania "Borsuka"


Prawdziwy najazd dziennikarzy na kuchnię Joanny zaczął się po strajkach majowych i sierpniowych 1988 r. i trwał właściwie do pierwszych częściowo wolnych wyborów 4 czerwca 1989 r.

Wiosną zaczęli wydzwaniać dziennikarze z paryskiego Kontaktu, przedstawicielstwa "S" założonego przez Mirosława Chojeckiego. Za ich pośrednictwem informacje z Gdańska trafiały do Radia Wolna Europa. Joanna wpadła na pomysł, by w jakiś sposób tę, w istocie dziennikarską, robotę sformalizować i - za zgodą Bogdana Borusewicza, w podziemiu zwanego Borsukiem - powołała Gdańską Agencję Informacyjną "S". Doprowadziło to do pewnych spięć z działaczami warszawskimi. W stolicy działał bowiem Serwis Informacyjny Solidarności. Gdańską inicjatywę potraktowano więc tam jako konkurencyjną. Ale autorytet Borusewicza był na tyle duży, że "warszawka" przełknęła tę gorzką pigułkę.

- My byliśmy pierwsi - przypomina Joanna.

W tym czasie grono bywalców kuchni znacznie się poszerzyło. Z agencją zaczęli współpracować studenci (szczególnie ci, którzy uczestniczyli w majowym strajku na Uniwersytecie Gdańskim). Pojawili się bracia Kurscy, Piotr Semka, Piotr Adamowicz. Przychodzili także działacze z Ruchu Wolność i Pokój, Federacji Młodzieży Walczącej i wreszcie młodzi robotnicy z tzw. grupy Dym. To oni wyraźnie nadawali ton obu strajkom oraz manifestacjom na ulicach Gdańska, szczególnie w czasie wyczekiwania na rozmowy Okrągłego Stołu. Do grupy należeli między innymi: Zbigniew Stefański, Paweł Świerszczyński, Sławek Adamski oraz lider majowego strajku w Stoczni Gdańskiej, Janek Stanecki. Można by powiedzieć, że zawiązał się swoisty sojusz inteligencko-robotniczy.

GAI "S" przekazywała informacje o strajkach, manifestacjach, zatrzymaniach, rewizjach. Bardzo dużą wagę przywiązywałyśmy do podawania nazwisk zatrzymywanych, aresztowanych, skazanych. Esbecy bali się rozgłosu. W ten sposób miałyśmy poczucie, że chronimy potencjalne ofiary przed pobiciem, chociaż oczywiście nie zawsze tak było.

Agencja w falowcu

Internowanie, uwięzienie syna i wreszcie życie w nieustannym napięciu odbiły się na zdrowiu Joanny. Miała ciągłe kłopoty z sercem. Prawie cały strajk sierpniowy '88 spędziła w szpitalu. Przedtem zdążyła podzielić zadania i podać zachodnim agencjom numery telefonów: Sławka Majewskiego, Piotra Adamowicza i mój. Bardzo się przydały, bo wkrótce esbecja wyłączyła telefon w mieszkaniu na Ogarnej, podobnie jak na plebanii kościoła św. Brygidy, gdzie w tym czasie rezydował m.in. Adam Michnik.

Siedziba GAI "S" przeniosła się wtedy do mojego jednopokojowego mieszkania w falowcu na Przymorzu, gdzie codziennie po świeże informacje dzwonili dziennikarze niemal wszystkich światowych agencji. Ta lokalizacja miała jednak tę wadę, że moje mieszkanie było z dala od stoczni. Ciążyła mi ta sytuacja, bo w maju niemal cały czas byłam w stoczni, wśród strajkujących, a teraz czułam się jak więzień, którego spacerniakiem była galeria falowca. Wprawdzie w "Brygidzie" Sławek Majewski koordynował zbieranie wiadomości (na plebanii miał pokój, na drzwiach wisiało logo GAI "S"), ale był kłopot z łącznikami, bo wleczenie się tramwajem na Przymorze zabierało sporo czasu. Tylko Gosia i Rysiek Kuźmowie regularnie przywozili komunikaty i oświadczenia komitetu strajkowego ze Stoczni Gdańskiej i innych strajkujących zakładów. Znaczenie informacji doceniał Bogdan Borusewicz, który zawsze znajdował czas (i telefon), by coś istotnego donieść z "pola walki".

Dziennikarzy z agencji zachodnich najbardziej interesowało, czy strajki się rozszerzają. Na początku była euforia, bo do Stoczni Gdańskiej przyłączały się kolejne zakłady. Kiedy jednak ich liczba zatrzymała się na 30 (w skali całego kraju), napięcie zaczęło opadać. Więc gdy tylko Wałęsa wyjechał na spotkanie z generałem Kiszczakiem, zainteresowanie zagranicznych mediów zogniskowało się tylko na tym. Porzuciłam wtedy agencyjny posterunek i pojechałam do stoczni. A tam wrzało, bo strajkujący z radia dowiedzieli się, że Wałęsa zakończył strajki, a Kiszczak nawet nie obiecał legalizacji Solidarności.

"Całuję rączki"

Po strajkach agencja powróciła do kuchni Joanny. Wtedy już redaktorzy Radia Wolna Europa zaczęli dzwonić bezpośrednio do Joanny, zwłaszcza Maciej Morawski, korespondent RWE z Paryża, przedwojenny dżentelmen. Jeszcze dziś słyszę jego słowa: "całuję rączki". Kiedyś zapędził się i skierował je chyba do Jarka Kurskiego. Z Chicago dzwonił w każdy czwartek Andrzej Czuma, dziś minister sprawiedliwości. Stworzył on tam takie niesztampowe, można by nazwać, interaktywne radio.

Informowaliśmy o powstających komitetach organizacyjnych Solidarności w zakładach pracy na Wybrzeżu, później o kandydatach Obywatelskiego Komitetu Solidarności do parlamentu i wreszcie o wyborach.

Po wyborach, gdy zaczęła rodzić się III Rzeczpospolita, Joanna z psami Klarą i Misią wyjechała do USA. Na rok, do syna. On później wrócił, ona została.

A my zostaliśmy oficjalną agencją przy Zarządzie Regionu Gdańskiego. Istniała jeszcze przez półtora roku. Byłam jej kierownikiem.

Jak się po latach dowiedziałyśmy, do kuchni Joanny przychodzili też agenci, ale pisać o nich po prostu nie warto.




Za:
[link widoczny dla zalogowanych]


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
LISTY O PRAWDZIE - JOANNA WOJCIECHOWICZ
Forum Strona Główna -> JOANNA WOJCIECHOWICZ
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)  
Strona 1 z 1  

  
  
 Napisz nowy temat  Odpowiedz do tematu  


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001-2003 phpBB Group
Theme created by Vjacheslav Trushkin
Regulamin