Forum Strona Główna -> JOANNA WOJCIECHOWICZ -> JOANNA WOJCIECHOWICZ; Który Grudzień?
Napisz nowy temat  Odpowiedz do tematu Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat 
JOANNA WOJCIECHOWICZ; Który Grudzień?
PostWysłany: 16 Gru 2009 18:16
Administrator
ADMIN

 
Dołączył: 28 Maj 2005
Posty: 6577
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 13 razy
Ostrzeżeń: 0/2
Skąd: Gdańsk





Który
GRUDZIEŃ?





Czy ten, z przed 28 lat, Grudzień 1981,

[link widoczny dla zalogowanych]

[link widoczny dla zalogowanych]

i jeszcze które dni w tym Grudniu, bo każdego dnia co innego się działo? Więc – który? Trzeci? Rocznica nadzwyczajnej Krajówki w Radomiu? Jedenasty i dwunasty, kiedy byłą ostatnia krajówka na Sali BHP na stoczni? Znowu?

Czy Grudzień 70’

[link widoczny dla zalogowanych]

[link widoczny dla zalogowanych]




ten od którego się wszystko zaczęło? I jeśli to o TEN Grudzień chodzi, to znów, KTÓREGO GRUDNIA? Bo podwyżkę ogłosili w sobotę, 12-go. Bo w niedziele ludzie nie pracują, a w każdym razie wtedy, w 1970’ nie pracowali. Stocznia nie pracowała. Ani żaden inny duży, poważny Zakład Pracy. Bo telefonów było wciąż bardzo mało, i ludzie się niekoniecznie mogli porozumieć. Więc cały porządny szum i oburzenie zaczęło się w poniedziałek, 14-go Grudnia. Pracowałam wtedy w Miejskiej Pracowni Urbanistycznej, na czwartym pietrze obecnego Urzędu Miejskiego i oczywiście nikt naprawdę nie pracował, tylko wszyscy dyskutowaliśmy, i zastanawialiśmy się jak dalej żyć. Zaraz po końcu roboczego dnia, o 3:15, pojechałyśmy z Renia Sz. Do domu, do Wrzeszcza. Renia mieszkała na ulicy Białej, równoległej do torów kolejowych, ja na Waryńskiego, wcześniejszej Herrmana Liebermana, a jak teraz się nazywa, nie wiem.

I naprawdę nie później, niż o 4:00, kiedy ledwo zdążyłam wrócić do domu i możne nawet coś zjeść, zadzwoniła Wanda B., moja przyjaciółka i kierowniczka zespołu, w którym pracowałam: „Joaśka! Ale się dzieje! Naparzają się na ulicach!!” . (Wanda mieszkała przy ul. Heweliusza, tez wysoko i z dobrym widokiem). „Kto się naparza i z kim?” – próbowałam zrozumieć „No, ludzie, ludzie się naparzają z milicja! Przyjeżdżaj popatrzeć!”

Zadzwoniłam do Reni, która tez już wiedziała, ze jest bitwa w mieście, w Głównym Mieście znaczy się. Mogłam spokojnie wyjść z domu, bo tego dnia Rafał miał wolne, i wyjątkowo chętnie w domu siedział akurat tego dnia. Z Michałkiem, który właśnie skończył sześc lat. Reni córeczka Hania, była tez z ojcem i babcia, i to babcia się wtrąciła: „Idzie dzieci, ale chłopów zostawcie w domu, dla nich to bardziej niebezpieczne”. Postanowiłyśmy jechać kolejka, dzisiejszym SKM, bo z tramwajami było rożnie, a kolejka jeszcze jeździła

Przejechałyśmy jednakże tylko dwa przystanki, bo kolejka się zatrzymała przy Stoczni, i konduktorzy powiedzieli, ze dalej nie jedziemy, bo jest strajk, i oni tez strajkują. Byli weseli i pełni radości „Strajk!” Wolaki, będzie dobrze! Szłyśmy po torach i wzdłuż torów, już zrobiło się prawie kompletnie ciemno, i stąd powyrywane z nasypu kamienie wydawały się czarniejsze i większe i nie wiadomo dlaczego, jakieś groźne.

Perony były puste, w panice biegli po jednym z nich dwaj młodzi Zomowcy, i widziałam w ich oczach strach. Tłum był na lewo, wypełniał calusieńka ulice miedzy dworcem a hotelem „Monopol”, aż pod komitet wojewódzki i jeszcze dalej, niektóre okna w komitecie były otwarte, hoc w żadnym z nich nie było światła, ale świeciły się ogniki papierosów.

Wiało grozą, choć wydawało się, ze wszystko jest właściwie w porządku, tyle, że prawie się nie dawało odróżnić, kiedy wielki tłum krzyczał „Strajk!” a kiedy „Chcemy chleba!” To był ryk, to tylko z daleka można byłoby usłyszeć, bo w środku było za głośno, a ja byłam w środku Kiedy już dotarłyśmy z tłumem prawie ze do dawnego „Żaka”, i paliły się samochody, i widać było, że lada chwila zacznie się palić Komitet , właściwie już ogień lizał dach, doszłyśmy do wniosku, ze jednak wracamy do domu, do naszych małych dzieci.

A potem, we wtorek rano, 15-go, byłam jedna z nielicznych osób, które dotarły do biura. Zaczynaliśmy prace o 7:15, i zawsze nasza pracownia przychodziła pierwsza do budynku, bo reszta Urzędu pracowała normalnie od ósmej rano, i jak zawsze budynek był puściutki , chłodny i ciemny.
Korytarze jeszcze były nieoświetlone, i ciemno i pusto wydawało się być wszędzie Tylko u nas, na naszym czwartym pietrze było przyjemniej i raźniej.

Było nas w Pracowni bardzo niewiele osób, możne z piętnaście, i wszyscy opowiadaliśmy sobie wrażenia z poprzedniego dnia i tkwiliśmy w oknach oglądając dymiący się wciąż narożnik Komitetu Wojewódzkiego, i prawie ze zaraz, w szarzyźnie rozpoczynającego się dnia zobaczyliśmy czoło pochodu idącego ze stoczni. Rany, jaki to był przeogromny tłum!
Ich kufajki i spodnie i buty były wszystkie tak samo szare jak niebo, tylko pomarańczowe kaski dawały po oczach, i było oczywiste, ze na czele tego pochodu, z Polska flaga, idzie młoda dziewczyna. Po włosach to można było poznać I za chwile widzieliśmy już z okien morze głów w pomarańczowych kaskach, i stoczniowcy ruszyli na komendę.

Wybijali okna, wyrywając kamulce z ulicy, i prawie ze błyskawicznie zaczęli stamtąd wychodzić milicjanci. Wszyscy, którzy wychodzili z podniesionymi w gore rekami, byli odprowadzani przez robotników albo do naszego budynku, albo do Szpitala Wojewódzkiego, z którymi mieliśmy wspólna jedna ścianę I ja, jak to ja, zawsze muszę wszystko kwestionować, zastanawiałam się głośno, czy to jest w porządku, bo jednak przecież się niszczy... I wtedy jeden z kolegów, Jasio Adamus, którego oczy zrobiły się wielkie jak spodki, i cala twarz mu jaśniała zakrzyczał mnie: „Pani Joanno, przecież to jest wspaniale!!! A jaka ONI maja inna formę protestu?” – ale to wspaniale już się zresztą i tak kończyło – zupełnie nie wiadomo dlaczego jeden ze stoczniowców który oberwał w ramie, za to ramię się złapał, jakoś dziwnie zakręcił i przewrócił jak szmaciana lalka. I leżał Za chwile leżał drugi. I trzeci. I czwarty. I dopiero wtedy zdaliśmy sobie wszyscy sprawę, ze to są strzały z broni palnej, a nie kamienie, lecące z naszego budynku. Ulica pod nami jakoś opustoszała, i ci, którzy leżeli na bruku, zostali wciągnięci do środka – albo do nas, albo do szpitala i tłom się cofnął i co dalej było, to już nawet nie bardzo wiem, bo przez megafony z budynku milicji kazali nam odejść od okien, bo będą strzelać.

I było dużo ciszy i innego dziwnego dźwięku, chyba dźwięku nieszczęścia Te same megafony ogłosiły za chwile, ze wszystkie kobiety znajdujące się w budynku MRN maja ten budynek opuścić, schodząc w dol po bocznych schodach do tylnego wyjścia I tymi schodami zbiegał razem z nami Wiesiek Żmijewski, zastępca kierownika pracowni, po prostu nawiewał, jak nie mógł nawiać Janusz Kafka, ówczesny kierownik naszej pracowni, bo ten był już w szponach Czernichowskiego, kierownika wydziału architektury. Zresztą wolał ktoś za nami : „Panie Inżynierze, a pan gdzie?! Mężczyźni są potrzebni do noszenia rannych!” – Wiesio jednakże wolał konwojować nas, kobiety. I ten kilkominutowy spacer po bocznych schodach w dol, po prostu był największym szokiem poranka. Bo w zupełnie pustym dotychczas budynku zaroiło się od ludzi – na wszystkich korytarzach, teraz już dobrze oświetlonych, leżeli ranni, i możne zabici. Było szaro od mundurów ZOMO-wców, a przecież nikt do budynku nie wszedł tego ranka poza nami, na to mogliśmy wszyscy przysiąc Mieliśmy obstawione wszystkie okna, wiec wiemy, ze żaden ZOMO-wiec nie mógł się przemknąć niezauważony, a cóż dopiero kilka ich oddziałów. Więc gdzie byli wcześniej? Potem doszliśmy, ze w naszych piwnicach i na strychu, ale także pewnie zajmowali cały parter zresztą, tak jak przez następnych wiele, wiele dni...

W środę 15-go, było nas w pracy już o wiele więcej I wszystko było inaczej. Na wszystkich rogach ulic stały czołgi, gazeta wyszła tylko jedna, Dziennik Bałtycki razem z Głosem i Wieczorem Wybrzeża, cala stocznia była obstawiona czołgami, w ogóle do pracy szlam w szpalerze przed lufami czołgów, a przed wejściem do budynku stali dziwni, brzuchaci cywile z biało-czerwonymi opaskami na ramionach i legitymowali każdego. Tylko ZOMO wchodziło i wychodziło jak chciało, stacjonowali u nas, dostawali wódkę na zapleczu naszego baru, i darli się na nas, żeby się przestać gapić.


To samo przy oknach: ten sam megafon nam ogłaszał, żeby nie podchodzić do okien, bo z tych okien było widać suki przywożące wciąż nowych ludzi, którzy przechodzili przez ścieżkę zdrowia, czyli szpaler ZOMO-wców walących palami wszystkich wychodzących z samochodów. Widzieliśmy kobietę. Widzieliśmy młodego chłopca, możne 13-to, albo 14-toletniego, i na tego, rzeczywiście czekaliśmy, chcąc zobaczyć , czy w ogóle wyjdzie. Wyszedł Po jakiejś pól godzinie, ale jakby nie ten sam. Byk strasznie pobity i właściwie nie mógł iść, stanął pod latarnia i trzymając się jej kucnął, dochodząc jakby do siebie.

I potem, kolo 12-ej już, kiedy słyszeliśmy strzały dochodzące od stoczni, nasz szef czwartego pietra, Architekt Miasta Gdańska, niejaki Mgr. Inż. Arch. Zbigniew Cz. Zebrał nas wszystkich na korytarzu, nasza Pracownie i cały Wydział Architektury tez, ostawił nas po obu stronach korytarza, i przechadzając się po środku ogłosił : „Przed chwila, na stoczni zastrzelono czterech robotników I bardzo dobrze. Tylko tak się można z hołotą uporać, i szkoda, ze nie zrobili tego od razu!”.

I potem, wieczorem, było przemówienie Kociołka, i biedni ludzie poszli wtedy rano do pracy, w każdym razie do Gdyńskiej Stoczni. I wtedy, w czwartek, 17-go Grudnia była Gdynia. I Janek Wiśniewski, czyli młody zastrzelony chłopak niesiony w pochodzie na drzwiach. Dwóch Janków Wiśniewskich, jak potem wykryliśmy, w dziesięć lat później, bo dwa pochody były w Gdyni .

I potem się to ciągnęło Przez następne prawie trzy tygodnie. Stocznia dalej strajkowała, a w każdym razie nie wychodzili już z niej ludzie. Maz mojej koleżanki z roku i sąsiadki zza rogu, Marek Landowski, pracował w remontowej i Teresa spodziewała się wtedy drugiego dziecka. Dziewczynka się urodziła, Basia, i Markowi udało się dodzwonić do szpitala i powiedzieć żonie, że żyje, i że jeszcze trochę. I Teresa się spytała Marka „Ilu Was jest?” – i Marek powiedział „Czterdzieści tysięcy”.
A potem było 10 lat ciszy.

Nikt nie mówił o Grudniu. Grudnia w ogolę nie było Nie tego, w 1970 roku. Gomółkę zamieniono na Gierka, ten przyjechał do stoczni i się spytał „Pomo zecie?” – i usłyszał w odpowiedzi „Pomożemy”.
Stoczniowcy dostali ogródki działkowe, generalicja domki i talony na samochody, wybudowano kilka kościołów i życie płynęło dalej.
I potem był Radom i Ursus w 1976, i powstał KOR i ROBCiO i PPN i KPN i WZZ-y i Ruch Młodej Polski i kto tam wie, jaka jeszcze opozycja i jeszcze potem był strajk, i „Solidarność”, i nawet wreszcie wymieniono Gierka i było 16 miesięcy Karnawału, w ciągu którego najpierw szybciutko postawiliśmy pomnik, dokładnie w tym miejscu, gdzie zastrzelono czterech stoczniowców dziesięć lat wcześniej, i zrobiliśmy wystawę „Od Grudnia do Sierpnia”, wiec coś jednak zrobiliśmy, i potem był kolejny Grudzień.

Musiałam wtedy wrócić z Krajówki do domu, chociaż już było wiadomo, ze zamykają. Musiałam, bo Michał miał 17-te urodziny i dom był pełen dzieciarni, i przecież nikt z nas nie wiedział, jak będą zamykać, według jakiego klucza. Czy wszystkich, co są w domu, czy tylko niektórych. I poza tym, zawsze się człowiek ludzi, że może się uda, ze może jeszcze nie tym razem. Mimo, ze było wiadomo, ze jednak tak, tym razem to naprawdę, i Michał ciągle do mnie dzwonił na stocznię, gdzie siedziałam w kabinie moich chłopców radiowców, którzy operowali nagłośnieniem. Michał mówił: „Matka, przywieź ciężarówki, bo rzeczy z domu trzeba powywozić!”, tak jakby to można było sobie wziąć ciężarówkę nie wiadomo skąd.

Poza tym bardziej się martwiłam o nasze biurowe archiwum; taśmy ze wszystkich Krajówek, taśmy i dokumenty ze wszystkiego, cośmy zrobili przez ten czas. Ale się już właściwie nie miałam siły martwic, byłam zupełnie wykończona napięciem, i kursowaniem bez przerwy miedzy biurem Solidarności, sala BHP, i mieszkaniem na Ogarnej. I tym, ze po prostu nie dało się od nikogo niczego sensownego usłyszeć.
Łapałam wodzów w kuluarach, ale wszyscy byli jak zaczarowani, jak w tańcu chochołów z „Wesela”. Nikt nie chciał wziąć odpowiedzialności za nic. Wysłałam kilku swoich zaprzyjaźnionych chłopaków po Maruszczyka do domu, w końcu to on był Przewodniczącym Regionu, i powinien coś zdecydować – wiec przyjechał Trzymał w rekach zwoje teleksów i rozwiewał nasze zwątpienie: „Pytałem się generała Andrzejewskiego, co się właściwiej dzieje, dlaczego te kolumny wojska i czołgów jada do Gdańska, na co on się śmiał i stwierdził, ze to „Operacja Trzy Pierścienie”, akcja przeciwko złodziejom, i ja się spytałem, w którym pierścieniu znajduje się Solidarność, i on mnie zapewnił, ze Solidarności to w ogóle nie dotyczy.”

Bogdan Lis mówił:” Materace przewożą i stare koce, żeby nas postraszyć, nie ma się czym przejmować”, ale ten przynajmniej dal mi dwie zaklejone koperty. Jedna miała napis „Otworzyć w przypadku inwazji obcego państwa na Polskę”, druga „Otworzyć w przypadku wprowadzenia Stanu Wyjątkowego” – i miałam to dać temu, kto będzie szefem w przypadku.
Wiedziałam, ze zamykają, bo już było całkiem dobrze po 10-tej wieczór, właściwie chyba już była 11-a, czyli prawie 23:00, i nasz telefon w kanciapie nagłośnieniowej jeszcze działał, i mój telefon w domu działał jeszcze tez, i zadzwoniłam do rodziców Olka Halla (to były jego imieniny tego dnia, i Młoda Polska się powinna bawić, ale się nie bawili) – i od razu po glosie mamy Olka wiedziałam, ze milicja tam jest. Spytałam się, czy Olek jest w domu, dowiedziałam się, ze nie, ale ze ..”są tu panowie, którzy tez na niego czekają” – jeszcze się upewniłam, czy „panowie, to panowie z milicji?” – i kiedy usłyszałam słabe „Tak..” było wiadomo, ze nic nie jest normalnie, bo aresztować można tylko od 6-ej rano do 10-ej wieczór.

W tejże oszklonej kabinie poza Rysiem Czajkowskim, czyli „Docentem” i Jarkiem, drugim radiowcem, była jeszcze Krysia Wiśniewska, przewodnicząca Krajowej Komisji Interwencji. I kiedy stający na długim stole prezydialnym biały telefon nagle zadzwonił, a było już kolo północy, I Lesio Walesa się zerwał i stanął na baczność, wszyscyśmy się zaczęli śmiać, ze to General dzwoni. I rzeczywiście, bo zaraz się Krajówka skończyła, i Walesa nawet coś powiedział, ze proszę państwa, że coś się dzieje, ale się proszę nie denerwować, i któryś z dziennikarzy strzelił, że jak na Syberię, to on nie ma butów, bo przecież pada śnieg i jest zimno, Jacek Kuroń zawrzeszczał „Joasiczku, przyjdę jutro rano na śniadanie!” – jakby jutro naprawdę miało być jutro.

Odwieźli mnie do domu, z powodu tych urodzin, chociaż wydawało mi się, ze powinnam jechać raczej do biura, ale i Krysia i Rysiek powiedzieli, ze przecież tam jada i dadzą sobie rade beze mnie, i pod domem mnie wywalili. A w domu był tłum i cieplutko, i wszystkie dzieciaki były trochę podchmielone, a w moim pokoju na tapczanie siedział Stasio Oleszczuk i porozumiewał się przez walkie-talkie z Zygmuntem Błażkiem w biurze, i jeszcze próbował się dowiedzieć gdzie się co dzieje. Już wiedzieliśmy, ze Karol Krementowski uciekł i nie dal się złapać, i ze wielu innych naszych tez. Podzieliłam dzieciaki na kilka grup i kazałam im iść do domu, a po drodze zawiadomić tych w hotelu „Monopol”, i tych co w Novotelu, ze maja nawiewać, po czym poszłam się wykapać i omyć główkę. Takie miałam przyzwyczajenie, ze mówiłam sobie zawsze, ze jeśli mnie zamkną, to murze mieć czysta główkę. Od dłuższego już wiec czasu myłam głowę na wszelki wypadek codziennie. Więc tym razem, kiedy wreszcie po mnie przyszli, leżałam sobie grzecznie z książka w łózko. Trochę tych dzieci jeszcze było w domu, a cześć po prostu wróciła, bo widzieli pacyfikacje hoteli i aresztowanych naszych, a poza tym tez się chcieli dowiedzieć, co się będzie działo. Jak ci faceci weszli, to nie można się było ruszyć w naszym małym hallu wejściowym, tylu ich było, i kiedy wyszłam do nich wreszcie, i usłyszałam odczytany mi nakaz zatrzymania, i oświadczenie o wprowadzeniu Stanu Wojennego, nie wytrzymałam, oczywiście, i się bardzo zdziwiłam: „Och?! Stan Wojenny? A któż to napadł na Polskę?” i tłom dzieciaków wybuchnął gromkim śmiechem.
Na co Pan Główny Ubek powiedział: „Proszę się nie śmiać, proszę Państwa. To jest poważna sprawa. Ta pani idzie do wiezienia” – na co wszyscy śmieliśmy się jeszcze bardziej.

I pani poszła. Ale była przygotowana. Miała ze sobą siedemset zł w setkach, zdaje się w butach to miałam schowane, miałam czekoladę i kabanosa i karty i bieżący kryminał, i pełno tabletek uspokajających. Łykałam je po drodze, jadąc zimnym „Gazikiem”, oglądałam oświetlone sklepy i nawet jakąś zabłąkaną parę na ulicy Grunwaldzkiej, kolo sklepu z kryształami we Wrzeszczu.

Dopiero naprawdę hadko mi się zrobiło, kiedy minęliśmy Gdynię i skierowali przez lasy w stronę Piaśnicy. Jakoś wszyscy mieli to samo uczucie, jak to później porównywaliśmy, że teraz jest kiepsko, bo przecież w Piaśnicy właśnie zabijają. Ale minęliśmy Piaśnicę, i wreszcie, kolo 5-ej rano dotarliśmy do baraków Strzebielinka. Byłam pierwsza przywiezioną tam kobietą, i byłam bardzo ciekawa. Jacyś śmieszni, duzi mężczyźni w szarych kalesonach biegali po korytarzach z siennikami i kocami, w pospiechu przygotowując dla nas cele. Jakieś 15 minut po mnie przywieźli Krysię Wiśniewską, wiec już nas było dwie, i jeszcze po piętnastu minutach dotarła Alinka Pieńkowska. Alinka była owszem, trochę zdenerwowana, ale głownie tym, ze wprawdzie Bogdan uciekł po balkonach z mieszkania Róży, swojej siostry, ale za nim strzelano i była pogoń, i Alinka się bardzo bala, że może go i zabili.

Jak nas już zabukowali, przydzielili miskę, łyżkę i koc, zaprowadzili nas do naszej celi: przynajmniej była dyza, na szesnaście piętrowych spań. Alinka poszła do łazienki, która była prawie cywilizowana, bo odgrodzona trochę od reszty celi, owszem, oszklona, ale od pasa w gore, wiec jednak człowiek był choć trochę sam, w każdym razie od pasa w dol. I coś się stało i spłuczka wylała wodę na podłogę i woda się lala i lala i miałyśmy potop, I kochana Alinka pytała: „Joanno, czy możesz mi pomoc to zatrzymać?”.

Wiec było dużo roboty i dużo zamieszania, bo ciągle dowożono nowe kobiety, i miałyśmy już z nami także Joannę Gwiazdę, i Małgosię Celejewska, a potem jeszcze dojechała Halina Winiarska i Krysia Pieńkowska, i jeszcze kilka innych pan. Do wieczora się nas tam uzbierało 16 właśnie, i każdy opowiadał, jak to było, jak go brali, i byłyśmy głodne jak cholera i zmęczone jeszcze bardziej, bo nikt poprzedniej nocy nie spal. Kilka z nas płakało. Wszystkie się martwiłyśmy o dzieci, a niektóre także i o mężów, albo ukochanych, jak Alinka o Bogdana, a niektóre, szczególnie młode dziewczęta po prostu tęskniły do rodziców, i cierpiały wiedząc, ze oni cierpią. Ja nie płakałam. Nie mogłam. Roznosiła mnie wściekłość i zal, i wściekłość oczywiście była głupia i niepotrzebna, bo wściekła byłam na wszystkich naszych przywódców, tj, wszystkich właściwie chłopów, ze nas nie przygotowali, ze się nie przygotowali, ze daliśmy się prawie wszyscy wyłapać jak kurczaki z klatki, i ze zostawiliśmy i zawiedliśmy w ten sposób resztę „Solidarności”.

Na siebie też byłam wściekła; wyrzucałam sobie, ze nie wyłączyłam im mikrofonu na Krajowce, i nie ogłosiłam sama, ze nas zamykają. Dręczyło mnie to przez lata później, przez całych kilka lat, dopóki nie miałam okazji przegadać i przepowiedzieć z Jackiem Kuroniem tego wieczora i tej Ostatniej Krajówki. Kiedy powiedziałam Jackowi, jak mnie to dręczyło, przez kilka następnych lat, on mi na to: „ja myślałem to samo, przecież ja miałem nawet bliżej do mikrofonu niż ty, ale powiedz, co by to dało?” No właśnie. WRONA postanowiła skończyć zabawę w Solidarność, i przywrócić lad i porządek.


To chyba lepiej, tak? Ze poza Kopalnia Wujek nie było aż tak wiele ofiar? Tylko, ze jakoś tak dziwnie pomyśleć, ze to generał ocalił Polskę. Przed Związkiem Radzieckim i rozbuchaną ekstremą „Solidarności”.
Generał, który w Grudniu 70 wziął i wystrzelał ludzi z przygotowanej pułapki, a taki w każdym razie musiał dać rozkaz, bo to on był wtedy, w 70’, Ministrem Obrony Narodowej. I General, ten Szlachetny Człowiek, wprowadził Stan Wojenny, który zniszczył rodziny i spowodował cierpienie, to za generała czasów było ze dwadzieścia chyba skrytobójstw, i jakoś wszystkie dotykały kochanych, przedobrych ludzi, i akurat wszystkich znałam a z niektórymi byłam zaprzyjaźniona, i do teraz boli ich brak i świadomość ich cierpienia przed śmiercią, i świadomość nigdy nie naprawionej krzywdy.


I kiedy oglądałam wczoraj w TVN 24 i Generała w „Kropce nad i”, i Jerzego Urbana, zadowolonego z siebie tak samo, jak lat temu 28, przeraziłam się, że historia się powtarza i ze to się nigdy nie skończy, l ze nadszedł zły chyba czas dla wszystkiego i wszystkich, i ze nie byłabym w stanie zaśpiewać „Fordonianki” teraz, w żadnych okolicznościach. Mieszkam pól świata od swoich bliskich, przynajmniej polowa moich najlepszych przyjaciół nie żyje, wszyscy odeszli o wiele za wcześnie, i tęsknię do domu, którego nie było i nie ma. Ale mam wnuki, I Michał i ja to wszystko jakoś przetrzymaliśmy i żyjemy, i umiemy się często cieszyć, i wiemy, jak można być szczęśliwym dzisiaj. Tu i teraz. Tam, gdzie jesteśmy . I jeśli się to uda podzielić z przyjaciółmi i trochę im tego użyczyć, to jeszcze lepiej. I to mimo Grudnia, pierwszego i drugiego i następnych. Wiec na pewno nie zmarnowałam życia i ciesze się z tego też. I chcę wreszcie wracać do domu i moc się spotykać z ludźmi, którzy razem ze mną te Grudnie przeżywali i nie stracili ani wiary, ani nadziei, ani miłości.


Joanna Wojciechowicz


C.D.N.

.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez Administrator dnia 21 Gru 2009 9:33, w całości zmieniany 5 razy
Zobacz profil autora
C.D.
PostWysłany: 16 Gru 2009 18:31
Administrator
ADMIN

 
Dołączył: 28 Maj 2005
Posty: 6577
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 13 razy
Ostrzeżeń: 0/2
Skąd: Gdańsk





KTÓRY GRUDZIEŃ C. D.



U mnie jest jeszcze niedziela, 13 grudnia 2009. Jakim cudem ten komputer wiedział od razu po polsku, jaka jest data? Przecież ja nie mam polskich znaków, ani nie zmieniałam w niczym, na żadnym z „tool bars”, czyli polskich pasków, języka z angielskiego na polski. Powinno mi było napisać „Sunday, December 13”. Nie zrobiło tego. Sama mi wskoczyła data po polsku. No, tośmy się doczekali. Znaczy, komputery wiedza lepiej.

A wtedy, w Strzebielinku, 13-go grudnia 1981, w niedziele, jeszcze niczego nie wiedzieliśmy. Ja podsypiałam, kiedy mi się tylko dawało, i martwiłyśmy się razem o resztę z nas; no bo jak wzięli Krysie, to powinni wziąć także Jolkę Kmiecik. Bula już z nami zdaje się Jola Szostek, ze Starogardu, i ona tez była kochana i domowa i przyjaźniła się wcześniej z Anka, czyli Joanna Gwiazdowa. Ale jeśli była nawet ona, to gdzież jest Ania Walentynowicz? Czy udało jej się schować, czy jest na stoczni, czy co., I chociaż pewnie nie powinnyśmy, cieszyłyśmy się z każdej świeżo przywiezionej baby. Jak już nas było tyle razem, to się człowiek nie czul tak zupełnie podle. Przywieźli młodzież: Izę Kobzdej, Basie Hejcz i Ałle Gornowicz; biedulki wróciły prosto ze strajku NZS – czy tak się to nazywało? I nie zdążyły nawet zmienić ciuchów, ani się wykapać. Izy mi było strasznie zal, ale jeszcze bardziej jej mamy, która przecież znałam; wiedziałam, wyobrażałam sobie w każdym razie, co ta mama może przeżywać; półtora roku wcześniej jej syn spędził trzy miesiące w wiezieniu, teraz synowi udało się umknąć, ale oto przyszła milicja i zabrała jej młodziutką córkę: naprawdę, mogłam sobie wyobrazić, jak Pani Klara biegnie za tym gazikiem i próbuje to dziecko wyrwać z paszczy ...czego? Niedźwiedzia? Lisa? Jaruzelskiego Liska Chytruska?

Widziałam Darka Kobzdeja wieczorem w sobotę, u mnie w kuchni na Ogarnej. Wpadłam na chwile, żeby zobaczyć, co się dzieje w domu, i w tym samym czasie przyszedł Darek; mówił, ze idzie się chować, bo to wszystko źle wygląda, i że był w drodze do Olka na imprezkę imieninowa, ale ze przecież w tej sytuacji nie pójdzie, i jeszcze dodał, jak wszyscy inni: „Ty się możesz nie przejmować! Ty przecież jesteś urzędniczka, a oni będą brać opozycje”. To była godzina 8-a wieczór, wiec było jeszcze cale kilka godzin na to, żeby coś postanowić, ale niby kto miał co postanawiać? I co? Na szczęście kilku z tych chłopów jednak miało trochę oleju w głowie i nie wrócili do domów czy tez hoteli. Mój Stasio Oleszczuk spotkał kilku ludzi z Krajówki po drodze na dworzec, czy tez na samym dworcu i ostrzegł ich, żeby nawiewali.

Grażyna Wende z Krajówki, która miała następnego dnia lecieć do Norwegii na jakieś spotkanie, została aresztowana razem ze wszystkimi innymi z Monopolu, a potem, już na komendzie milicji spotkała resztę. Mówiła, ze Jacek Kuroń rozciągnął gazety na podłodze i się położył spać, i nam się to wszystkim podobało. Joanna opowiadała, jak przyszli po nich oboje tez około 3-ciej w nocy, a ona miała świeżo podgrzana zupkę dla Andrzeja, i obydwoje właśnie zasiadali, żeby ja zjeść, kiedy przyszła milicja. I obydwoje z Andrzejem się zawzięli, ze najpierw zjedzą te zupkę, zanim wyjdą, i zaczęli ja jeść, i wtedy któryś z milicjantów powiedział, zęby sobie nie pozwalali za dużo i podchodził do Andrzeja, ale zanim podszedł, Andrzej zerwał czekan ze ściany i się zamierzył w bojowej pozycji, na co inny z milicjantów, chyba jeden z tych w cywilu, zawołał radośnie: „Panie Andrzeju, Pan się wspina?!!!” – strasznie się nam to podobało i wydaje mi się, ze się nawet śmiałyśmy.

Porównywałyśmy, jak nas „brali”, mówiłyśmy, kto został w domu, porównywałyśmy to, co kto pamiętał z decyzji o aresztowaniu, czy tez zatrzymaniu, i okazało się, ze wszystkim wpisywali to samo, czyli, ze „może anarchizować życie społeczeństwa regionu gdańskiego”, na to Grażyna się prawie obraziła, bo przecież ona była z Krajowki, wiec powinna miedz inaczej. To nas tez rozbawiło oczywiście. W międzyczasie duch nam trochę urósł, a ja już zdążyłam znaleźć ręcznik i wypisać „solidaryca” wielki, czerwony znak „Solidarność”. Użyłam do tego szminki, której i tak prawie nie używałam, a miałam ze sobą, i wszystkie się na tym ręczniku podpisałyśmy. Oczywiście. z tumultu i zgiełku przez cały dzień domyślałyśmy się, ze jakiś chłopów tez do Strzebielinka przywieźli, ja sama widziałam Andrzeja Drzycimskiego, wcześniej, nad ranem, ale oczywiście nie wiedziałyśmy ilu i kogo.

Ale wreszcie przyszło rano, Poniedziałek, 14-go Grudnia, i chociaż nie było żadnego śniadania, może nam i dali jaka zbożową kawę, ale tez tego nie bardzo pamiętam – w każdym razie, ja się ledwo zdołałam dobudzić, kiedy nam kazali się ustawić i wyjść na spacernik. To było to, na cośmy czekały, bo może będzie można coś zobaczyć, i gdzie są właściwie chłopy?! Wiec wybiegłyśmy pełna liczba na korytarz, ubrane tak, jak tylko można było najcieplej, bo zimno było jak cholera, i wtedy otworzyli nam druga cele, z której wybiegły trzy inne baby. Jedna z nich, to była Iwona Jastrzębska, dziewczyna, która pracowała w moim dziale, w RAS, czyli Radiowej Agencji Solidarności. Niedlugutko pracowała, może miesiąc, i ja jej nie lubiłam, bo była za ładna i zbyt sprytna jak na swój wiek; naprawdę mnóstwo umiała. W czasie, kiedy byłam we Francji zaczęła podobno przychodzić do tych moich chłopaków, i jak to chłopy, oszaleli.

Iwona umiała wszystko; pisała na maszynie, znała księgowość, rozumiała nawet te wszystkie skomplikowane radiowe sprawy, jednym słowem, była nieoceniona dla chłopaków. I bardzo ładna i bardzo zgrabna, i bardzo uwodzicielska. Ja miałam poważne wątpliwości, bo dostałam cynk, ze do biura Regionu przyjęto trzy bardzo dobre i fachowe agentki SB. Młode i atrakcyjne. Dziewczyna była aż za dobra, wręcz przerysowana, ale nie miałam wyjścia: Mietek Cholewa powiedział, ze zastrajkuje, tak samo jak Jarek P. Któryry zakochał się w Iwonie obłędnie, nie chcieli pracować, jeśli jej nie przyjmę do pracy. Potem jej nigdy nie ufałam, i kiedy w radiu polskim puścili skradziona taśmę z Nadzwyczajnej Krajowki w Radomiu, umierałam ze strachu, ze to oni dwoje, Jarek i Iwona sprzedali komuś taśmę. Ale nie: nasza taśma była inna; najwyraźniej nagrywana z innego miejsca, bardzo łatwo to można było porównać: Radio Polskie puszczało taśmę zmontowana, wkładając Karolowi Modzelewskiemu w jego tekst króciutkie „ich”, którego oczywiście nie było w oryginalnym tekście. Karol mówił o planowanej manifestacji na 17-go Grudnia w Warszawie: „ żeby się to tylko nie przerodziło w boj. Bo pamiętajcie, ze „boj to byłby ostatni”. Radio zaczęło już następnego taśmę z wyjątkiem z Karola wystąpienia: „Pamiętajcie, że bój to będzie ich ostatni”.

Jest różnica? Jest. Ale kto o tym wiedział? Czy myśmy mieli kiedykolwiek prawdziwy dostęp do środków przekazu? W gruncie rzeczy, musieliśmy się po prostu najczęściej bronic i wytykać rządowi fałsz; ale jak? Przy pomocy „Tygodnika Solidarność?” To było tylko raz w tygodniu, i zanim by się ukazało, o ile by się ukazało, byłoby i tak już po wszystkim. Oczywiście ja natychmiast zrobiłam aferę, i gdzieś się to sprostowanie ukazało, ale wątpię, żeby „normalni” ludzie zauważyli. Wiec może i wierzyli, ze Solidarność chce wystrzelać komunistów? A z czego? Pomyśleli? Przez cały czas „Sentymentalna Panna „S” była ruchem pokojowym. Jak napisała Jadwiga Staniszkis: „Samoograniczająca się Rewolucja”. Przecież nasza największa troska było, żeby nie nadszedł Drugi Grudzień”. No bo kto wiedział o Pierwszym?

A wiec, była dygresja, i już jest wtorek, 15 grudnia 2009.
Ha, ha – znów mi data wskoczyła sama po polsku. Ciekawa jestem, kto cały czas monitoruje mój komputer. Ciekawa, ale nie za bardzo. Zawsze pisze prawdę, wiec nie mam się czego wstydzić. Teraz robię przerwę na lunch dla ludzi. Strasznie ich tu dzisiaj i przez cały tydzień będzie dużo.


Joanna Wojciechowicz

.


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
PostWysłany: 16 Gru 2009 18:45
Administrator
ADMIN

 
Dołączył: 28 Maj 2005
Posty: 6577
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 13 razy
Ostrzeżeń: 0/2
Skąd: Gdańsk





Joasiu!



Przeczytałem. Wcześniej musiałem sobie pobrać Microsoft office compatibility pack zeby otworzyć załącznik. Cały tekst doszedł szczęśliwie.

Bardzo plastycznie opisałaś jeden i drugi Grudzień. Czasem trochę chaotycznie, bo jak się domyślam, pisałaś pod wpływem emocji. Każdy, kto wtedy w Gdańsku był i widział to co mi pisałaś obie ten ogień jaki palił się w nas wówczas; żaden upływ czasu tego nie zmieni. Dla mnie to jest wciąż wczoraj.

Ten grudzień ostatni… Do dziś jestem wściekły na naszych wodzów. Cały czas myślałem, ze za chwile ktoś przyśle po mnie, a tu nic, gówno. 13 Grudnia przed południem bylem w pokoju nr.43. Wydawało mi się to takie naturalne i oczywiste. Żadnych taśm ani kaset z nagraniami, o których piszesz, wtedy nie widziałem. Pojawił się jeszcze Piotr, plastyk, i po krótkiej chwili zastanowienia postanowiliśmy popalić wszystkie Twoje papierki na których byłyby jakieś nazwiska czy rozliczenia. Nie było tego wiele, paliłem papiery w metalowym koszu na korytarzu. Potem znalazłem na Twojej polce wydawnictwo o poznańskim Czerwcu. Po krótkim wahaniu zdecydowałem się zejść przed budynek i rozdać ile się uda ludziom na ulicy. Ludzi było mało, po jakimś czasie po obu stronach budynku, chociaż w pewnej odległości, zaczęli pojawiać się zomowcy. Skończyłem rozdawnictwo, a ponieważ nie było widoków na to, zeby pojawił się jakiś nasz dowódca, wróciłem do domu.

Potem było dwa dni strajku na Politechnice, cały czas czekałem, ze ktoś wezwie mnie do pracy, ale się nie doczekałem. Przyjechał ktoś z Zarządu Regionu i PG strajk okupacyjny zakończyła. Popłakałem się z wściekłości, zapakowałem tyle jedzenia ile moglem unieść i pojechałem do stoczni. Pokazałem wydane przez Ciebie upoważnienie do robienia zdjęć i dostałem na bramie przepustkę. Mam ja do dziś. W baraku niedaleko bramy nie było nikogo mi znajomego. Pytałem o Ciebie. –Joanna? Joanna wyjdzie ostatnia- odpowiedział mi jakiś młody człowiek w szarej kufajce. Nie było nikogo od nas. Rozejrzałem się – nie było ani żadnych materiałów do wykonania prac graficznych ani narzędzi. Wobec tego postanowiłem, ze odpowiedni plakat zrobię w domu i przywiozę następnego dnia rano. Tak się umówiłem, z kim – nie wiem do dziś. Następnego dnia, w środę rano, nad stocznia latały helikoptery i było już po wszystkim. A plakat mam do dziś. SA na nim dwie daty na tle muru z kamienia, 1970 i 1981. Nad nimi, wielkimi literami z góry na dol napis: “Nigdy więcej żołnierz polski nie będzie strzelał do polskiego robotnika”. Na pytanie Jacka Kuronia i wtedy i dziś odpowiedziałbym: Co można było zrobić? A choćby wydrukować ten plakat. I wiele innych rzeczy. Ale zostawmy to. Historii nie zmienimy. I tak nie wyszło najgorzej, chociaż świadomość, ze można było stawiać opór inaczej, pozostanie na zawsze.

Zupełnie nie zgadzam się z Tobą, kiedy piszesz, że “dziwnie pomyśleć, że generał ocalił Polskę przed Sowietami i przed rozbuchaną ekstremą”. Po pierwsze, jaki generał? Jaruzelski zasłania się zawsze mundurem, ale przecież żaden z niego wojskowy. Prawda, w wojsku był. Podobno nawet na froncie. Ale to krotki epizod. Pytanie jest proste: czy TW “Wolski” to żołnierz, to oficer? Czy błyskawiczna kariera wojskowego donosiciela, popychanego cale życie przez sowietów, ma coś wspólnego z wojskiem? Po co ten generalski mundur szefowi Głównego Zarządu Polityczno-Wychowawczego LWP? Za jakie wygrane bitwy te pagony? Jaruzelski to politruk, człowiek sowiecki. Gdyby Stalin, Chruszczow czy Breżniew wysłali go do Mongolii, byłby generałem mongolskim. Gdyby kazali jechać na Kubę, byłby kubańskim “rewolucjonista”. To prawdziwy internacjonalista, jak Świerczewski czy Rokossowski. Dlaczego nie mówią o tym dzisiaj historycy, nie wiem. W każdym wypadku Polski przed sowietami ocalić nie mógł, bo sam był sowiecki, był i jest do szpiku kości.

Wszystko to drobiazgi. Przestraszyło mnie za to naprawdę to co napisałaś, ze historia się powtarza, ze to się nigdy nie skończy, ze jest dziś zły czas dla wszystkiego i wszystkich. Gówno prawda. Od czasów najazdów szwedzkich, które obróciły kraj w perzynę, Polska systematycznie pogrążała się w cywilizacyjnej zapaści. Niepodległość międzywojnia była tylko epizodem. Dziś, po raz pierwszy od niepamiętnych czasów, do Polski płyną kapitały, myśl techniczna i wzorce cywilizacyjne. Jak to wszystko wykorzystamy to inna sprawa, wiadomo, spieprzyć Polak potrafi wszystko. Ale szansa jest , szansa realna, żadne szczekanie rożnych nawiedzonych psychopatów tego nie zmieni. A czas dla nas jest dobry, najlepszy z możliwych: dożyliśmy zagłady zbrodniczego systemu, który miał trwać wiecznie. Czy to mało? Myślę, ze jak na życie jednego pokolenia to aż za wiele. Oczywiście, historia się na tym nie kończy, będzie trwać, dopóki Stwórca nie naciśnie guzika i nie zakończy dziejów wszystkich narodów i Ziemi w ogolę. No, ale o to nie możemy mieć pretensji do nikogo.

Czuję żal i bezsilność, kiedy czytam o Twojej tęsknocie do własnego domu, “którego nie było i nie ma”. Żal i bezsilność, bo nie w mojej mocy żeby to Twoje przekonanie zmienić. Mógłbym odpowiedzieć sloganem, ze masz dom w sercach przyjaciół, co jest prawda, ale tego nie zrobię. Nigdy nie opowiadałem Tobie sloganów. Ale… W końcu ziemie masz. A co będzie dalej – w reku boskim, zobaczymy.

Całuję Cię, ściskam,


Piotr Kwieciński


.


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
JOANNA WOJCIECHOWICZ; Który Grudzień?
Forum Strona Główna -> JOANNA WOJCIECHOWICZ
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)  
Strona 1 z 1  

  
  
 Napisz nowy temat  Odpowiedz do tematu  


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001-2003 phpBB Group
Theme created by Vjacheslav Trushkin
Regulamin