Forum Strona Główna -> FOTOSYNTEZA -> FOTOSYNTEZA
Napisz nowy temat  Odpowiedz do tematu Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat 
FOTOSYNTEZA
PostWysłany: 16 Sty 2010 12:48
doktorowa
ADMIN

 
Dołączył: 24 Sty 2009
Posty: 460
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 4 razy
Ostrzeżeń: 0/2
Skąd: podobno z Krakowa





Witam. Będę tu wklejać w odcinkach moją nową powieść. Ponieważ wpisywanie komentarzy zburzyłoby ciągłość treści, bardzo proszę o pisanie ich do mnie na PW. Będę wdzięczna.

Miłego czytania.




FOTOSYNTEZA



PROLOG

Z gabinetu dyrektora Instytutu Biochemii dochodziły głośne krzyki.
— Pan chyba zwariował! Do reszty zwariował! — ochrypłym głosem wykrzykiwał niski, tęgi mężczyzna pod adresem siedzącego przed biurkiem młodego, szczupłego człowieka. — Przynosi mi pan tutaj wyniki jakichś badań, na które nikt nie dał panu zezwolenia. Samowola!
Gość, nie odzywając się, obserwował jak jego zwierzchnik nerwowym ruchem wyszarpuje z kieszeni chusteczkę i przeciera poczerwieniałą z wściekłości twarz.
— Jest pan, doktorze, najbardziej nieodpowiedzialnym człowiekiem w instytucie... w mieście... w kraju! Nie wiem, skąd pan wziął pieniądze na to całe pańskie przedsięwzięcie. Nieważne. Wydaje się panu, że ten genialny pański preparat — ostatnie słowa wypowiedziane zostały z wyraźnym sarkazmem — zbawi świat. Większej bzdury dawno nie słyszałem!
Dyrektor przerwał, biorąc głośno głęboki oddech.
— Z pańskich słów wnioskuję, że nie otrzymam zgody na przeprowadzenie badań na szerszą skalę — spokojnie podsumował wystąpienie szefa młody adiunkt.
— Bardzo słusznie pan wnioskuje. Żądam zaniechania dalszych prac nad pańskim odkryciem. Nie proponuję, nie proszę, ale żądam!
— Rozumiem. Proszę tylko pod moim wnioskiem w ten sam sposób sformułować pańską decyzję — bez cienia zdenerwowania odezwał się mężczyzna, podnosząc się z fotela. — I radzę wziąć coś na uspokojenie.
Wychodząc usłyszał za plecami, wymruczane pod nosem:
— Mesjasz się znalazł! Zbawiciel ludzkości!
Lecz kiedy był już za drzwiami, zacisnął mocno zęby, by stłumić wściekłość, jaka w nim zbierała.
— Zobaczysz jeszcze, ty tłusty biurokrato, jak bardzo się pomyliłeś — pomyślał ze złością. — Nikt mi nie przeszkodzi, choćbym miał zapłacić najwyższą cenę. Nikt!


Noc była wyjątkowo paskudna. Wiszące nisko chmury zdawały się przygważdżać swym ciężarem cały świat. Ciemności rozjaśniało jedynie słabe światło, padające z rozmieszczonych co kilkanaście metrów ulicznych latarni. Wystarczało go na tyle, by idąc aleją nie zboczyć z wyznaczonego przez nie traktu.
Nagły podmuch przenikliwego, zimnego wiatru uniósł stertę opadłych liści i przerzucił na przeciwną stronę drogi. Szczupły, niewysoki mężczyzna, podążający w kierunku ciemniejącego u jej wylotu budynku, obejrzał się, jakby sprawdzając, czy to aby jedynie siły natury spowodowały nagłe zamieszanie wśród spoczywającego na ziemi martwego, szeleszczącego listowia. Było już dobrze po północy, a miejsce, do którego zmierzał, nie stanowiło zazwyczaj celu nocnych wędrówek mieszkańców miasta. Nigdy jednak nie wiadomo, czy jakiś pijaczyna lub inny nocny Marek nie miał teraz akurat ochoty wybrać się tędy na spacer.
Idący szeroką aleją człowiek, wolałby uniknąć jakiegokolwiek spotkania. Pod wymiętym, starym trenczem ukrywał bowiem przedmiot, nie licujący z jego pozycją w świecie nauki. Przedmiotem tym był... przerdzewiały nieco szpadel.
Mężczyzna, kiedy zbliżył się do ciemnej bryły gmachu, skręcił w prawo tuż za żywopłotem, okalającym teren porośnięty trawą. Szedł wolno, mierząc wzrokiem rzędy czarnych okien, za którymi kryły się opustoszałe o tej porze pracownie i laboratoria. W końcu dostrzegł to, czego wyglądał – w jednym z pomieszczeń majaczyła nikła poświata. Zatrzymał się dokładnie na jego wysokości i ruszył do przodu w kierunku jaśniejszego od pozostałych prostokąta okna. Po kilku krokach zatrzymał się i wbił łopatę w ziemię. Rozejrzał się raz jeszcze, co dla postronnego obserwatora byłoby dowodem ogromnego optymizmu, ponieważ noc była wyjątkowo ciemna i cokolwiek zobaczyć we wszechogarniającej czerni było rzeczą absolutnie niemożliwą. A jednak...
Ruszył w stronę niewielkiej kępy krzewów, zdobiących porą letnią równo wystrzyżoną murawę trawnika, teraz będących jedynie niewielką wiązką sterczących z podłoża ogołoconych z liści badyli. Wyjął z kieszeni maleńką latarkę i szybkim ruchem smagnął wąską smugą światła przestrzeń między gałązkami. Chwycił za jaśniejszą, grubszą od innych gałąź i wyciągnął ją spośród pozostałych. Była to dorodna sadzonka klonu, którą ukrył tam wczorajszego wieczoru. Schowawszy latarkę, nieomal po omacku wrócił do wbitego w ziemię szpadla. Położył obok na ziemi, wyjętą z krzewów sadzonkę; jeszcze raz spojrzał w górę na jaśniejące na tle czarnej ściany okno i zaczął kopać.



1

Las mienił się wszystkimi barwami jesieni. Promienie słońca, przebijając się poprzez różnokolorowe liście drzew, tworzyły z puszczy bajkowy świat. Część ptaków opuściła już gościnne salony leśnych zarośli, odlatując tam, gdzie czekało ich ciepło i pożywienie. Jeszcze tylko spóźnieni wędrowcy zbierali się do odlotu; unosili się całymi chmarami ponad lasem, robiąc przy tym mnóstwo wrzawy. W gałęziach drzew uwijały się wiewiórki, zbierając zapasy na zimę. A nisko, wśród żółknących paproci pająki tkały leniwie swe sieci, czekając na ostatnie, nieostrożne owady.
Franuś przyglądał się z zaciekawieniem temu poruszeniu. Szedł coraz dalej w las, nie bacząc na to, że znane mu dobrze rewiry zostawił za sobą i zagłębił się już w tajemnicze ostępy, do których wstęp był wszystkim surowo wzbroniony. Mama mówiła mu zawsze, że za polaną ze starym, rozłożystym dębem rozpościera się rezerwat ścisły, gdzie przyroda rządzi się swoimi własnymi prawami i ludziom nie wolno tam chodzić. Franuś miał jednak tylko siedem lat i w jego przypadku ciekawość dziecięca zwyciężała zawsze z groźbą kary za nie stosowanie się do matczynych poleceń. W lesie czuł się doskonale i nigdy dotąd nie zdarzyło się, żeby nie wrócił przed zachodem słońca z jakiejś eskapady. A teraz słońce stało jeszcze wysoko.
Spod nóg wyskoczyła mu brązowa jaszczurka i śmignęła między żółknące liście poziomek. Chłopiec pochylił się nisko i zaczął śledzić uciekającego gada. W pewnej chwili jaszczurka znikła w otworze pod korzeniem wysokiej sosny. Rozczarowany wyprostował się i rozejrzał dookoła. Gdzieś w górze dzięcioł pracowicie oczyszczał drzewo z niedobrych korników. Franuś ruszył w stronę, gdzie wśród konarów mignęła mu czerwona czapeczka ptaka. Przedarł się przez kolące zarośla jeżyn i znalazł się na brzegu niewielkiej polanki. Stukanie dzięcioła rozlegało się tuż nad jego głową, ale chłopiec już nie szukał go wzrokiem. Po przeciwnej stronie łąki zobaczył bowiem coś, co było znacznie bardziej intrygujące. W ciągu swego długiego, siedmioletniego życia czegoś takiego jeszcze w puszczy nie widział.
Na rozległej polanie, stało wysokie urządzenie, którego przeznaczenia nie znał ani on, ani żadne zamieszkujące puszczę zwierzę. Sięgało prawie samego nieba i miało trzy długie, płaskie ramiona. Podobne do wiosła, którym wujek Antoni przepychał swą barkę z drewnem na drugi brzeg rzeki. Tylko to coś, na co teraz patrzył, było dużo, dużo większe.
Franuś, na wszelki wypadek cofnął się w krzaki. Podziwiając nieznane mu dziwo, nie zauważył, że z lasu wyszły dwie niewielkie postaci.
— Patrz, to wszystko przez wiatrak — usłyszał nagle piskliwy głosik. — Zepsuł się chyba.
Ukryty w zaroślach chłopiec o mało nie krzyknął ze zdziwienia. Pod zagadkowym urządzeniem, patrząc w górę, stało dwoje dzieci. Jednak nie ich obecność w tym miejscu zrobiła na nim tak wielkie wrażenie. Gadające ludzkim głosem i wyglądające na ludzi stworzenia miały skórę koloru... świeżej wiosennej trawy.
— Chodź szybko, trzeba powiedzieć tacie — dziewczynka chwyciła za rękę swojego towarzysza i po chwili znikli w lesie po przeciwnej stronie polanki.
— Mamo! — krzyknął Franuś szeptem i najciszej, jak tylko potrafił, zaszył się głębiej w krzakach.
Jeszcze przez chwilę trwał bez ruchu, po czym spojrzał w górę, poszukał, z której strony świeci słońce i pobiegł w stronę domu, ile sił w nogach.

Wielki „drzewo” stojące na polanie, miało długie, płaskie „konary”, które od dawna mieszały powietrze nad lasem, a wczoraj nagle, bez żadnego powodu, przestały się obracać. Stara sroka, żyjąca w lesie od zawsze, usiadła na gałęzi rozłożystego dębu i ze zdumieniem przechylała główkę to w lewo, to w prawo, patrząc na nieruchome ramiona. Od kiedy opuściła gniazdo, co dzień przylatywała tutaj patrzeć na to dziwo. W żadnym innym lesie nie rosło takie drzewo. I co teraz? Umarło? Przecież jeszcze nie ma zimy. Chociaż i w zimie, bez względu na mróz, to „drzewo” żyło. Jego trzy zielone ramiona obracały się raz szybciej, raz wolniej... Sroka oderwała się od gałęzi i ostrożnie uniosła się w górę. Nareszcie mogła przyjrzeć się mu z bliska, bez narażania się na uderzenie wielkimi „konarami”.


Elżbieta pocałowała synka w czoło i delikatnie poprawiła kołderkę.
— Śpij, Franuś, musiało ci się coś w puszczy przywidzieć. Nie ma zielonych ludzi. Śpij.
Zgasiła lampkę i cicho wyszła z pokoju. Spojrzała na zegar wiszący na ścianie w sieni. Franek za chwilę wróci. Przeszła do kuchni i postawiła na kuchence garnek z zupą.
— Ciekawe, co Franuś w tym lesie zobaczył? — myślała.
Zastanowiło ją dziwne zachowanie dziecka. Nigdy jeszcze nie zdarzyło się bowiem, by jej synek wrócił z lasu tak bardzo przestraszony. Widział przecież już stada dzików, gromady saren i danieli, raz nawet zobaczył rysia. Zawsze jego opisy zgodne były z rzeczywistym wyglądem zwierząt i wiadomo było, co go w puszczy spotkało. Tym razem jego opowieść o zielonych ludzikach była co najmniej dziwna.
Elżbieta od urodzenia mieszkała w tej samej, starej leśniczówce. Była wrośnięta w puszczę od dziecka. Ojciec – leśniczy uczył ją mowy lasu. Wydawało się jej, że nie ma tu już żadnych tajemnic. Nie słyszała, żeby ktokolwiek spotkał...
— Zaraz... Dwa, albo trzy lata temu stary Waldek mówił, że widział w głębi lasu jakieś domy — przypomniała sobie. — No tak, ale Waldek w pijanym widzie różne rzeczy opowiadał, to i nikt w jego bajki nie wierzył. Przecież to niemożliwe, żeby w dzisiejszych czasach, w środku Europy mogli żyć jacyś leśni ludzie. I to jeszcze zieloni. Bez sensu. Musiał mały gdzieś w lesie zasnąć na chwilę i przyśniły mu się zielone ludziki.
Uśmiechnęła się pod nosem. Słysząc zbliżający się warkot motoru męża, pomyślała jeszcze, że nic mu nie powie o „przygodzie” synka. Byłby zły, że dziecko zapuściło się samo na teren rezerwatu. Wiedziała, że Franek, chłopak z miasta, boi się puszczy. Tak podskórnie, skrycie. Szczególnie „strefy zamkniętej”, jak nazywał rezerwat. Elżbieta pamięta, że utworzono go, kiedy chodziła jeszcze do podstawówki, ale dopiero kilka lat temu wprowadzono zakaz wchodzenia na jego teren. Dlaczego? Tego nikt nigdy im nie powiedział. Była przyzwyczajona do „leśnych” zakazów, więc przyjęła nowy przepis bez wnikania w szczegóły i starała się do niego stosować. Na szczęście, Franka nie ciągnęło w głąb puszczy i sprawa wchodzenia lub nie wchodzenia na teren rezerwatu nie była przyczyną sprzeczek rodzinnych.



2

Informacje, jakie Kinga otrzymała od Agnieszki, zaintrygowały ją niezmiernie. Jej szkolna koleżanka miała zawsze duszę naukowca i wygląd kujona. Okulary, ciemne włosy splecione w gruby, opadający na plecy warkocz i wiecznie poważny wyraz piegowatej twarzy. Kinga nie kontaktowała się z nią od dłuższego czasu, toteż już sama propozycja spotkania poruszyła dziewczynę. Umówiły się w kawiarni przy Rynku.
— Widzę, że dziwi cię moje nagłe zainteresowanie twoją osobą — powiedziała dawna koleżanka, kiedy dosiadła się do niej w kawiarnianym ogródku. — Tak to różnie w życiu bywa, że czasem wraca się do starych znajomych. Prawda?
— Najczęściej, kiedy ma się do nich jakiś interes — skwitowała Kinga.
— Zgadłaś. Z tym, że sprawa, dla której postanowiłam się z tobą spotkać dotyczy nie mnie, a ciebie, lub raczej... tego kogoś, kogo nosisz pod sercem — Agnieszka uśmiechnęła się tajemniczo, poprawiając na nosie okulary w ten sam sposób jak to robiła, kiedy chodziły do liceum.
— Skąd wiesz, że jestem w ciąży? I w ogóle...
— Wiem od Aśki i nie będę ukrywać, że to ona podsunęła mi pomysł skontaktowania się z tobą.
— Aśka? Nic z tego nie rozumiem — Kinga była wyraźnie zdezorientowana.
Asię uważała za swoją najlepszą koleżankę, prawie przyjaciółkę. Spotykały się lub rozmawiały telefonicznie bardzo często, toteż teraz ze zdumieniem przyjęła informację, że siedząca naprzeciw niej piegowata dziewczyna czyniła z Aśką poza plecami jakieś uzgodnienia. Uzgodnienia, o których ona dowiaduje się jakby od tyłu. Myśląc, rozglądała się za kelnerką. Nie zdążyła jednak zbyt daleko odbiec myślami, bo Agnieszka, znowu poprawiwszy okulary, pochyliła się nad stolikiem i patrząc jej w oczy powiedziała:
— Zamówiłam ci herbatę. A teraz posłuchaj. Opowiem ci wszystko, a potem pytaj, dobra?
Kinga odgarnęła spadający na czoło kosmyk czarnych włosów i oparła się wygodnie w foteliku.
O tym, że Agnieszka pracuje na uniwersytecie wiedziała od dawna. Badania, jakimi się zajmują w normalnej – jak to Agnieszka nazwała – pracy, nie są teraz dla niej najważniejsze. Otóż jakiś profesor wynalazł przed laty preparat, który podany ludziom znacznie ułatwia im życie. Kilkunastu ochotników, którzy przyjęli nowy specyfik od około dziesięciu lat żyje w odosobnieniu, jako grupa eksperymentalna. Ponieważ profesor oraz współpracujący z nim lekarze nie stwierdzili żadnych skutków ubocznych działania preparatu, postanowili rozszerzyć badania na większą grupę ludzi. Ze względu jednak na pewien dość istotny szczegół (w tym miejscu Agnieszka zrobiła przerwę, jakby chciała podkreślić wagę ostatnich słów), zdecydowali się na wprowadzenie tej „bomby biologicznej” sporej grupie niemowląt.
Dziewczyna nie rozwinęła tematu „istotnego szczegółu”, a słuchającej jej słów Kindze umknęło to niedopowiedzenie, bowiem z uwagą oczekiwała, aż opowieść dojdzie do sedna sprawy, czyli do jej nienarodzonego jeszcze dziecka.
— Mamy zamiar podać preparat noworodkom urodzonym w drugim półroczu bieżącego roku. A wtedy właśnie przyjdzie na świat twoje dziecko — zakończyła wreszcie piegowata pani biolog.
— Dlaczego noworodkom? Nie rozumiem? — Kinga nie była pewna, czy właściwie odczytuje intencje koleżanki.
— Chodzi o to, żeby stworzyć bardzo liczną grupę rówieśniczą, tak, żeby nikt niczemu nie dziwił się.
— Czemu ma się dziwić? I co ja mogę mieć z tym wspólnego? Czy mogłabyś jaśniej? — Kinga nadal nie pojmowała, co chce osiągnąć Agnieszka.
— Szukamy przyszłych matek, które zgodziłyby się podać swemu dziecku preparat profesora. Zastanów się, proszę. Tu masz namiary na mnie — wyjęła z torebki wizytówkę i położyła przed ciemnowłosą dziewczyną. — Jeżeli zdecydujesz się na rozmowę z profesorem, umówię cię z nim, a on ci wszystko jasno i dokładnie wytłumaczy.

Kinga, leżąc obserwowała poruszające się na przeciwnej ścianie ich sypialni cienie gałęzi drzewa, rosnącego za oknem. Ilekroć nie mogła zasnąć odczytywała z ich ruchów najdziwniejsze historie opowiadane przez wiatr. Dzisiaj też sen jakoś nie przychodził. Położyła rękę na brzuchu. Tam mieszkało teraz jej maleństwo. Nie chciała wiedzieć, co nosi w łonie. Andrzej pragnąłby syna, ona – córeczki. Kiedy dziecko ujrzy ten świat, okaże się czyje oczekiwania zostaną spełnione. Tymczasem myślami wracała do rozmowy z Agnieszką. Nie wiedziała zupełnie, co sądzić o tajemniczym preparacie, który mógłby dać szczęście jej dziecku. Z tego, co pamiętała, jej dawna koleżanka była zawsze osobą uczciwą i prawą, toteż nie podejrzewała żadnego podstępu ze strony piegowatej badaczki procesów biochemicznych. Pomyślała, że musi przespać się z tym problemem, a rano... Rano pewnie zadzwoni do Agnieszki. Niech umówi ją z tym profesorem. Ostatecznie pytanie nic nie kosztuje. Dowie się szczegółów, a potem... albo zgodzi się, albo nie.
Dotknęła pleców śpiącego obok Andrzeja, ale zaraz cofnęła rękę.
— Nie — pomyślała. — Na razie nic mu nie będę mówić.

cdn.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez doktorowa dnia 16 Sty 2010 18:07, w całości zmieniany 1 raz
Zobacz profil autora
PostWysłany: 17 Sty 2010 13:53
doktorowa
ADMIN

 
Dołączył: 24 Sty 2009
Posty: 460
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 4 razy
Ostrzeżeń: 0/2
Skąd: podobno z Krakowa





3

Po południu pięciu mężczyzn zaczęło krzątać się wokół urządzenia na polanie, chcąc znaleźć powód unieruchomienia wiatraka.
Awarię usuwali do późnego wieczora. Po raz pierwszy, od kiedy zasiedlili osadę, mieli tak poważny problem. W każdym razie, przez blisko godzinę wydawało im się, że jest on poważny. Do chwili, kiedy Wiktor nagle przerwał pracę i ze śmiechem przypomniał:
— Tak tu teraz z zapałem pracujemy, jakbyśmy zapomnieli, że przez prawie dwa lata żyliśmy bez agregatu.

Rzeczywiście, wszyscy zdążyli zapomnieć jak wyglądały początki ich życia w lesie. A zaczynali od postawienia dwóch prowizorycznych chałup, w których gnieździli się po dwie, trzy pary w każdej. Wykopali studnię. I chociaż mieli potężne baterie, z których czerpali prąd do oświetlenia domów i butle z gazem do kuchenek, przez długi czas wydawało im się, że wspólnie spędzają nie kończące się wakacje.
Najgorsza była pierwsza zima. Piece olejowe, którymi ogrzewali chaty, zużywały ogromne ilości energii i niemalże co kilka dni trzeba było wymieniać baterie. Poza tym trzy, spośród pięciu kobiet, były wtedy w ciąży i nie mogły pomagać mężom w wielu pracach gospodarskich, związanych z organizacją życia w osadzie.
Mieszkańcy wioski, zaszytej w głębi puszczy, długo uczyli się życia w zupełnie nowej dla nich rzeczywistości. Nie obyło się bez chwil zwątpienia, bez kłótni i pretensji. Przez lata opanowali jednak do perfekcji umiejętność godzenia swych normalnych potrzeb z nienormalnym bytowaniem.
Zgłosili się na ochotnika, chcieli zobaczyć, jak to będzie – żyć za pan brat z naturą, z dala od miejskiego zgiełku, z dala od cywilizacji. Godząc się na proponowane im warunki, mieli świadomość misji, jaką ich niewielka społeczność miała odegrać w niedalekiej przyszłości.
Żyli nadzieją, że wkrótce będą mogli wrócić do świata. Człowiek, dla którego zgodzili się na udział w eksperymencie, powiedział im ostatnio, że nastąpi to najpóźniej za dwa lata.

— Dwa lata! — wykrzyknął Jacek, kiedy samochód profesora zniknął im z oczu. — Zwariował!
Krępy, długowłosy brunet rzucił nienawistne spojrzenie w stronę zarośli osłaniających wioskę. Tak bardzo chciałby zostawić je gdzieś za sobą.
Spośród wszystkich mieszkańców wioski, tylko Jacek nie wytrzymał ciężaru wyzwania. Udział w eksperymencie wymusiła na nim żona – Ola i przez kilka lat wydawało się, że przywykł, przyzwyczaił się do życia w nowych warunkach. Od jakiegoś jednak czasu zaczął przejawiać pewne objawy zniecierpliwienia. Tym bardziej, że nie mógł wyjeżdżać z lasu „do ludzi”, tak jak to czynili Paweł, Zocha, czy Justyna. Oni byli słabo wybarwieni i mogli odpowiednią warstwą fluidu oraz pudru „ucharakteryzować się”, maskując przed innymi nietypowy kolor skóry. Zazdrościł im tego, nie przyjmując do wiadomości, że osoby o naturalnej ciemnej karnacji wybarwiały się znacznie intensywniej niż białoskórzy blondyni. Czuł się coraz bardziej pokrzywdzony przez los i ludzi, którzy namówili go do udziału w tym całym, jego zdaniem, zwariowanym eksperymencie.
Pozostali członkowie społeczności leśnej nie narzekali. Każdy z nich pracował, choć z dala od ludzi, ale w swoim zawodzie. W najlepszej, pod tym względem, sytuacji byli Marcin i Beata – dwoje współpracowników profesora, których zadaniem była obserwacja przebiegu eksperymentu. Ich udział w grupie został przesądzony już w chwili podjęcia decyzji o rozpoczęciu badań. Nie byli małżeństwem, ale tworzyli parę już jakiś czas i postanowili rozpocząć wspólne życie od zamieszkania w leśnej wiosce. W ciągu dziesięciu lat dorobili się dwójki wspaniałych, zielonych dzieci. Sami też byli wybarwieni. Po kilku latach Wiktor – poeta, prozaik, a w chwilach wyjątkowych uniesień i malarz – stwierdził, że opracuje kiedyś ich notatki i zrobi z tego dzieło na miarę nagrody Nobla.

Wiktor był najstarszy w grupie, ale nie wyglądał na swoje blisko 50 lat. Niewysoki, szczupły, wysportowany. Wiek zdradzały tylko pojawiające się gdzie niegdzie pasemkach siwych włosów. O przystąpieniu do eksperymentu zadecydowała Kama, dużo młodsza od niego, pielęgniarka. W chwili rozpoczynania eksperymentu nosiła już pod sercem ich pierworodnego.
Justyna najpierw zajmowała się ich żłobkiem, potem przedszkolem, a teraz opracowała własny program edukacji gromadki wioskowych dzieci – niezwykle zdolnych uczniów. Jej mąż Janusz odpowiedzialny był za internetowy kontakt ze światem. Pracował też jako programista „na odległość”.
Ostatnia para – Paweł i Zocha miała największy luz, gdyż z racji słabego wybarwienia byli upoważnieni do kontaktów z ludźmi zewnątrz. Metody opuszczania osady, powrotów do niej i harmonogram odwiedzanych miejscowości i sklepów był na tyle dobrze opracowany, że poza incydentalnymi zdarzeniami w pierwszym roku eksperymentu nikt nie wnikał kim są i gdzie mieszkają.
Tworzyli jedną, dużą rodzinę „leśnych ludzi”. Od kiedy jednak Jacek zaczął demonstrować swe niezadowoleni, pilnowali go ukradkiem i nie dopuszczali do rozmów z dziećmi.
Dzieci wiedziały bowiem doskonale, że są inne niż wszyscy ludzie żyjący poza wioską, ale zdawały też sobie sprawę z tego, że ta „inność” przyniesie im w przyszłości same korzyści.

Dzisiaj w lesie stało sześć parterowych domów, a każdy zamieszkiwała jedna rodzina – rodzice wraz z dziećmi, których jedenaścioro uwijało się teraz między drzewami, bawiąc się w polowanie na grubego zwierza. Ich dzikie wrzaski rozpraszały Olę, ślęczącą od miesiąca nad tłumaczeniem kolejnego, opasłego tomu literatury iberyjskiej. Podeszła do otwartego okna.
— Uspokójcie się, na litość boską! Przecież w takim hałasie nie sposób pracować! — krzyknęła w kierunku dzieci.
Niewiele to poskutkowało. Zbliżało się południe, a wraz z nim czas największej aktywności pociech.
— Kończy się szampon — usłyszała za plecami głos Jacka. — Trzeba będzie kupić.
— Sprawdź, kto dzisiaj jedzie do miasta — powiedziała, obracając się do męża. — Nie jestem pewna, ale chyba Zocha. Chociaż... Paweł mówił, że musi kupić jakiś przewód do samochodu. Pójdę zapytać.
Wyszła przed dom. Ciepłe promienie wrześniowego słońca musnęły jej twarz. Mimo, że nie było upału, rozpięła bluzkę i zsunęła ją z ramion. Obracając się wokół własnej osi, wolno przesuwała się w stronę domu Pawła i Zochy.
Dla postronnego obserwatora, zachowanie się mieszkańców leśnej wioski, świadczyłoby o pewnych anomaliach natury psychicznej. Wszyscy bowiem wylegli ze swoich domów i wykonywali dziwne ruchy – swoistą gimnastykę. Nie przeszkadzało im to w rozmowie, a niektórym nawet i w pracy. Na przykład Wiktor skonstruował sobie obrotowy fotel z blatem, na którym spoczywał laptop – narzędzie pracy twórczej. Ilekroć warunki sprzyjały, wystawiał swój „warsztat pracy” na zewnątrz i pisał.
— Jedziesz do miasta? — zapytała Ola, kiedy znalazła się w pobliżu Pawła.
— Wieczorem. Muszę kupić fluid i tę cholerną rurkę, bo za chwilę będziemy jeździć na rowerach — odpowiedział, ukazując w uśmiechu wspaniałe, białe zęby. — Nie wiem, czy wszyscy złożyli zamówienie — pytająco spojrzał w piwne oczy sąsiadki. — Powiedz Zosi, co chcecie, żeby wam przywieźć.
Uśmiechnęła się w odpowiedzi i skierowała się ku domowi Pawła i Zochy.


4

Franusiowi sprawa zielonych ludzików nie dawała spokoju. Mama nie uwierzyła w jego opowieść, musiał więc poszukać kogoś, kto uwierzy i pójdzie z nim w puszczę zobaczyć wielkie stalowe urządzenie. Długo zastanawiał się, komu może powierzyć tak wielką tajemnicę. Kiedy już wszystko przemyślał, usiadł na kamieniu nad strumykiem i postanowił poczekać na Józka.
Józek był już prawie dorosły, miał chyba trzynaście lat, był rosły i muskularny. Franusiowi nie przeszkadzała niezliczona ilość pryszczy, pokrywających twarz kolegi oraz to, że w uśmiechu (a Józek miał uśmiech szeroki) pokazywał on, wyłamane przed laty na cembrowinie starej studni przednie zęby. Chłopcem był z natury małomównym i może dlatego ulubionym jego zajęciem było łowienie ryb. Zważywszy, że ryby do rozmownych nie należą, potrafił w ciszy godzinami moczyć w strumyku swoją bambusową wędkę, którą podarował mu dziadek
Białowłosy chłopczyk spoglądał to w kierunku wsi, skąd powinien nadejść Józek, to w stronę puszczy, kryjącej sekret zielonych ludzików. A puszcza była już prawie przejrzysta. Ogołocone z liści drzewa, jakby same zapraszały do zagłębienia się w las.
— Na pewno tam trafię — upewniał sam siebie Franuś — i znajdę to coś dziwnego. Teraz, jak liście opadły, to wszystko lepiej widać.
— Co ty tu robisz? — usłyszał nad głową ochrypnięty głos Józka.
— Siedzę i patrzę — odpowiedział koledze, zaskoczony jego nagłym pojawieniem się.
— To usiądź i patrz gdzie indziej, bo to moje miejsce — chłopiec szturchnął go końcem wędki.
Franuś posłusznie wstał, ale nie odszedł.
— Józek, muszę ci coś powiedzieć — zaczął i nie dając mu szansy na odpowiedź, dodał: — Wiesz? Widziałem w puszczy zielonych ludzi. Caluśkich zielonych, jak Boga kocham! — walnął zwiniętą piąstką w pierś i nie zrażony tym, że Józek spokojnie zakładał na haczyk przynętę, mówił dalej. — Małe były i mówiły po ludzku, ale tak cienko, jak Marzenka od Rojków. Józek, chodź ze mną do puszczy poszukać ich. Oni tam muszą być.
— Głupoty gadasz i tyle. Nigdzie z tobą nie pójdę. Jak chcesz, to idź sobie sam — odrzekł szczerbaty wyrostek, nie spojrzawszy nawet na Franusia, który ani myślał kapitulować.
— Muszę iść z kimś... Żeby też zobaczył, bo tak to nikt mi nie uwierzy. Mama powiedziała, że pewnie w lesie usnąłem sobie na chwilę i we śnie je zobaczyłem. Ale ja nie spałem, jak Boga kocham! — znów uderzył się w drobna pierś. — I wiesz, tam stoi takie coś zielone, żelazne i bardzo wysokie, i ma takie wiosła, jak to, co się nim barkę popycha, i...
— Przestań, Franuś, gadać, bo mi ryby płoszysz, a tak w ogóle – co mi do tego? W puszczy wszystko zielone, to i ludzie mogą być takie.
— Nie ma zielonych ludzi!
— Jak nie ma, to po co chcesz, żebym szedł z tobą do lasu? — Józek obrócił się w stronę chłopca, — Idź już sobie, dobra?
Franuś zawiedzionym wzrokiem spojrzał na plecy kolegi i wolno odszedł. Postanowił pójść sam na eskapadę w zakazane rewiry. Od razu, zanim zapomni drogi do polany, na której zobaczył zielone ludziki. Po kilku krokach zatrzymał się i spojrzał w górę. Upewnił się, że słońce stoi jeszcze wysoko i ruszył przed siebie.


Doktor Marek Lewandowski przyjął ostatniego, zarejestrowanego na dziś pacjenta, zdjął kitel i jeszcze raz umył ręce. Nie dane mu było jednak zakończyć pracy, bo nagle usłyszał za drzwiami, w poczekalni jakieś poruszenie. Po chwili do gabinetu wpadła pielęgniarka, a za nią Fickowa z Franusiem na rękach.
— Panie doktorze... — zaczęła siostra, ale Marek był już przy Elżbiecie i wziął od niej dziecko, które wystraszone wydało cichy jęk.
— Nogę chyba, huncwot, złamał — wysapała Fickowa. — Z drzewa spadł. Dobrze, że Józek za nim poszedł, bo leżałby w tym lesie do sądnego dnia.
Lekarz położył chłopca na kozetce i delikatnie badał opuchniętą kostkę.
— A po coś ty na drzewo wchodził, co? — zapytał, uśmiechając się do chłopca.
— Zielonych ludzików wypatrywał — odpowiedziała za niego matka.
— Kogo? — Marek pochylił się nad stopą dziecka, żeby ukryć swe zdziwione spojrzenie. — Kogo Franuś szukałeś?
Chłopiec milczał jak zaklęty, ale Elżbieta mówiła za niego.
— Jakiś czas temu zapuścił się chyba aż do rezerwatu, musiało mu się po drodze zdrzemnąć, bo jak wrócił to opowiadał, że widział jakieś wielkie urządzenie na polanie, a potem, że zielone ludziki, co to ludzkim głosem gadały...
— Będzie trzeba zrobić prześwietlenie i dobrze by było, żeby to chirurg zobaczył. Trudno mi, badając tak pobieżnie, ocenić, czy to złamanie, czy tylko skręcenie.
Marek usiadł za biurkiem, żeby wypisać skierowanie.
— Siostro, proszę wezwać ambulans. Trzeba chłopca zawieźć do miasta — zwrócił się do pielęgniarki, a następnie przeniósł wzrok na dziecko. — Słuchaj, Franuś, mama mówiła ci pewnie, że do rezerwatu chodzić nie można. Nie posłuchałeś matki, to duch puszczy cię teraz ukarał. On jest w lesie najważniejszy i od wieków strzeże tajemnic leśnych ostępów. A o tych zielonych ludzikach, to lepiej już nie opowiadaj, bo ludzie pomyślą, że zwariowałeś.
Wstał, podszedł do leżącego dziecka i pogłaskał go po głowie.
— Miło ci będzie, jak zaczną wołać za tobą – wariat, wariat!?
Franuś ani drgnął. Wiedział, że spotkała go kara za zbytnią ciekawość, ale w tego ducha puszczy nie bardzo wierzył. Wolał się nie odzywać. Postanowił jednak nie zapuszczać się więcej za polanę ze starym dębem. Może, jak dorośnie, zostanie leśnikiem... Wtedy to będzie mógł bezkarnie chodzić po lesie, jak kiedyś jego dziadek.
Tak sobie rozmyślając nie zauważył, że w gabinecie został tylko z siostrą, która delikatnie owijała mu nogę bandażem, a mama z doktorem gdzieś wyszli.


Wyprawiwszy małego pacjenta do szpitala, doktor Lewandowski usiadł za kierownicą swego jeepa i pojechał nie w kierunku domu, a w stronę ciemniejącego w oddali lasu.
Marek sam nie wiedział jakim cudem przez blisko dziesięć lat nikt z mieszkańców okolicznych wiosek nie odkrył leśnej osady. Faktem jest, że ciężko pracował nad tym, by wykształcić u miejscowej ludności, jak to nazwał – „odruch hamowania”. Niewątpliwie pomogła mu w tym awaria pewnej odległej elektrowni atomowej. Łatwo było wtedy wpoić ludziom przekonanie, że nie warto zbierać żadnych darów natury, rosnących w runie leśnym, bo wszystko jest skażone radioaktywnym cezem. Potem z nadleśniczym, którego częściowo wtajemniczył w problem badawczy, wyznaczono granice „ścisłego rezerwatu”. Oczywiście, oprócz umownych linii wyznaczonych przez geodetów i kartografów, podawano ludziom namacalne „znaki graniczne” takie, jak na przykład – znany Franusiowi rozłożysty dąb na polanie. Zdarzyło się kilkakrotnie, że ktoś dotarł do wiatraka i przynosił z puszczy tę wiadomość, ale ponieważ cztery okoliczne wioski liczyły niewielu mieszkańców równie szybko, jak czyjaś nowina o sensacyjnym znalezisku, roznosiła się podawana przez Marka informacja, że to urządzenie zostało tam ustawione w celach przeciwpożarowych, naukowych lub wręcz wojskowych i plotka dość szybko umierała śmiercią naturalną.
Lewandowski karierę swą, mimo medycznego wykształcenia, zaczynał pod okiem profesora Zielickiego i razem z nim prowadził badania nad odkryciem preparatu. Potem, kiedy udało się im wyodrębnić odpowiednią grupę ochotników, przyjął posadę lekarza internisty w ośrodku zdrowia w Przylesiu, żeby nie tylko śledzić z bliska przebieg eksperymentu, ale i służyć mieszkańcom leśnej osady pomocą medyczną. Bardzo szybko stał się też ich łącznikiem ze światem oraz zaopatrzeniowcem, chociaż z tym radzili sobie dość dobrze, dzięki opanowaniu sztuki charakteryzacji.
Bywał u nich częstym gościem, toteż wiedział, że nikogo z nich nie zdziwi jego dzisiejsza wizyta. Musiał porozmawiać z dziećmi o ich leśnych wyprawach. Z opowiadania Franusia, który mówił o zielonych ludzikach niezbicie wynikało, że nie dorosłych on widział, a właśnie dzieci.

cdn.


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
PostWysłany: 18 Sty 2010 16:10
doktorowa
ADMIN

 
Dołączył: 24 Sty 2009
Posty: 460
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 4 razy
Ostrzeżeń: 0/2
Skąd: podobno z Krakowa





5

Kinga posprzątała w kuchni. Obiad był gotowy i na jutro nie miała nic do przygotowania do szkoły. Zrobiła sobie słabą kawę, usiadła w fotelu i po raz trzeci czytała kartkę z informacją o preparacie Fotozin, jaką otrzymała od profesora Zielickiego. To wszystko miało sens i pewnie nie miałaby żadnych wątpliwości, gdyby nie słowa profesora – „O naszej rozmowie może się dowiedzieć tylko ojciec dziecka. Nikt więcej. Rozumiemy się?” Odpowiedziała, że rozumie, a teraz wiedziała już, że... nie rozumie. Skoro to takie wspaniałe, to po co się z tym ukrywać? Nie wyraziła też jeszcze zgody na podanie dziecku preparatu. Ma na to trochę czasu. Przynajmniej do porodu.

Najbardziej dręczyła ją sprawa poinformowania Andrzeja. Był ojcem dziecka, był jej mężem, ale ostatnio ich drogi zaczęły się rozchodzić, a ilekroć zdarzyło im się zejść to zawsze wybuchała jakaś kłótnia. Zresztą, nie było to małżeństwo, którego pragnęła. Wyszła za mąż dwa lata temu, bo była w ciąży i ojciec z macochą nie widzieli innego wyjścia. Presja była na tyle silna, że zgodziła się i poślubiła Andrzeja. W miesiąc po weselu poroniła, ale postanowiła być dobrą żoną i nawet jej się dość długo udawało. Była świadoma swoich zalet i wad, ale sposób traktowania jej przez męża daleki był od wymarzonego. Nie pił, nie palił, wracał codziennie do domu. Z zewnątrz patrząc – ideał. Tylko ściany ich mieszkania wiedziały, ile Kinga cierpiała upokorzeń z jego strony. Ile łez wypłakała. Andrzej był panem i władcą na wszystkich polach swego życia. Od rodziny począwszy, na pracy skończywszy. O ile w sprawach zawodowych ten typ charakteru ułatwia pokonywanie kolejnych szczebli kariery, o tyle w domu staje się co najmniej uciążliwy. Nie chciała się poddać jego absolutnej władzy, zostać jego niewolnicą. Wypełniała swoje powinności małżeńskie z obowiązku, a nie z chęci. Ciąża wybawiła ją od tego. Poprzednie poronienie było wystarczającym hamulcem dla Andrzeja.

Wróciła pamięcią do rozmowy z Agnieszką, która zaprosiła ją do swego gabinetu po wizycie u profesora. Oczywistym było, że uwaga o zachowaniu dyskrecji w sprawie preparatu nie dotyczyła współpracownicy Zielickiego, toteż starała się wyciągnąć od Agnieszki trochę dodatkowych informacji. Wiedziała już, że podanie fotozinu spowoduje zielonkawe zabarwienie skóry, ale nadal nie do końca rozumiała doniosłość i znaczenie tego faktu. Poprosiła, więc koleżankę, aby wyjaśniła jej to w jakiś bardziej przystępnej formie, niż profesor.

Teraz była niemal pewna, że przyszłość ludzkości niewiele ją obchodzi, ale jej własna oraz jej dziecka – bardzo. Wiedziała też, że wyrazi zgodę na podanie maleństwu preparatu, jeśli utwierdzi się w braku sensu życia pod jednym dachem z takim człowiekiem, jak Andrzej. Zielone dziecko ułatwiłoby jej finansowe uniezależnienie się od męża. Była początkującą nauczycielką w szkole podstawowej i jej zarobki nie były imponujące. Na pomoc ojca nie miała co liczyć. Coraz bliższa była podjęcia pozytywnej decyzji.
Niepokój budził tylko fakt konieczności utrzymania wszystkiego w tajemnicy. Dlaczego nawet Aśce nie może opowiedzieć?
Usłyszała przekręcanie klucza w zamku. Andrzej wrócił z pracy. Złożyła w pośpiechu kartkę i włożyła do torebki.
— Ciężko będzie — pomyślała w duchu i przeszła do kuchni podać mężowi obiad.


6

Zima nadeszła o zwykłej dla klimatu umiarkowanego porze. Tuż przed Bożym Narodzeniem białym puchem okryła świat, a na tym świecie puszczę i kilka domostw położonych w głębi lasu.
Późna jesień i zima były, ze względu na bardzo krótki dzień, porami roku najmniej sprzyjającymi mieszkańcom osady. Ich organizmy wymagały – dla osiągnięcia maksimum możliwości życiowych – dużej ilości światła, a obecnie natura dawało go znacznie mniej. Dlatego też zimą dzieci miały długie, trwające od listopada do lutego wakacje. Nie był to jednak czas szaleństw, a raczej spokoju podyktowanego mniejszą ich aktywnością. Częściej też wyjeżdżano na zakupy, bo i wszyscy jedli znacznie więcej niż wtedy, kiedy słońce świeciło dłużej. Kiedyś profesor chciał im zainstalować solarium, ale nie zgodzili się, wychodząc z założenia, że ich następców nie zawsze będzie stać na taki luksus i należy sprawdzić, czy bez dostatecznej ilości światła można normalnie funkcjonować.

Wigilijny poranek przywitał ich jaskrawym słońcem, przebijającym się teraz na polanę znacznie łatwiej, poprzez bezlistne konary drzew, toteż wszyscy ze zdwojoną, jak na zimowe warunki, energią szykowali się do wspólnej wieczerzy. Pierwszym i najwspanialszym w tym dniu prezentem była wizyta Marka. Może nie sama wizyta, co nowina przez niego przywieziona.
— Mam dla was niespodziankę! — ogłosił dumnie, kiedy wszyscy dorośli zasiedli w „salonie” u Marcina i Beaty. — Mogłem wam to powiedzieć trochę wcześniej, ale pomyślałem, że święta to doskonały czas na przynoszenie dobrej nowiny. A myślę, że dla was jest ona wyjątkowo dobra — tu znacząco spojrzał na Jacka, który, jako jedyny z mężczyzn, na znak protestu, zgolił zarost i teraz patrzył z powątpiewaniem na lekarza. — Profesor podał w październiku preparat tysiącu noworodkom.
— Znalazł ochotników? — z niedowierzaniem zapytał Marcin.
— Dobrowolnie zgodę wyraziło około dwustu matek — spokojnie odpowiedział gość.
— A reszta? — z ciekawością odezwała się Justyna.
— Reszta... reszta to... dywersja. Tak to chyba można nazwać.
— Zielicki zrobił to bez pozwolenia? Bez wiedzy rodziców tych dzieci? — głos Jacka zabrzmiał potępiającą nutą niedowierzania.
— Nie sam Zielicki. Kolektywnie podjęliśmy tę decyzję. Doszliśmy do wniosku, że nie ma sensu dłużej czekać. Wyniki, jakie osiągnęliśmy testując specyfik na was, pozwalają przypuszczać, że z chwilą ich ogłoszenia, preparat stanie się hitem na skalę światową.
— No dobra, — głos zabrał Wiktor — a jeśli te stada rodziców podadzą was do sądu, jeśli okaże się, że postąpiliście niezgodnie z literą prawa...
— Rzeczywiście może tak być — Marek uśmiechnął się. — Wtedy posiedzimy chwilę w ciupie...
— Chwilę? — z powątpiewaniem spytał Jacek.
— Jasne! Zwolnią nas zaraz, ze względu na niewielką szkodliwość społeczną przestępstwa. Ale tu już liczymy na was.
— Jak to na nas? — Ola włączyła się do rozmowy.
— W chwili, kiedy zaczną się dyskusje – a nastąpi to pewnie wiosną, gdy na skórze dzieci pojawią się przebarwienia – wrócicie między ludzi. Wrócicie do swoich mieszkań, rodzin, sąsiadów...
— Nareszcie! — z ulgą wykrzyknął Jacek.
— I będziecie opowiadać o tym, jak na wasze życie wpłynęło przyjęcie preparatu — kontynuował Lewandowski. — Myślę, że wszystko ułoży się pomyślnie. To tyle. — Szpakowaty, postawny mężczyzna podniósł się i skierował do drzwi odprowadzany wzrokiem wszystkich obecnych. — A teraz świętujcie w zdrowiu. Paweł, — zwrócił się jeszcze do zarośniętego, postawnego blondyna — u was w sionce zostawiłem paczkę z przysmakami dla dzieci. Aha, i pogadajcie w nocy ze wszystkimi żyjątkami w puszczy. Macie ostatnią okazje. Za rok już was tu nie będzie.

Nikt nie ruszył się z miejsca, by odprowadzić gościa. W pokoju panowało milczenie, mające w tym momencie tyle znaczeń, ile w dziesięciu głowach mogło zaistnieć.


Po wyjściu całego towarzystwa, Beata mieszając w garnku wigilijny barszcz, zastanawiała się, czy Zielicki postąpił słusznie. Z punktu widzenia mieszkańców wioski była to decyzja długo przez nich oczekiwana, ale...
— Zanosi się na burzę — usłyszała za sobą głos Marcina. — Trzeba będzie po Nowym Roku zacząć kupować więcej prasy.
— Wiesz co? Miotają teraz mną mieszane uczucia. Z jednej strony obawa o losy naszych uczonych przyjaciół, z drugiej radość z powrotu z tej... Islandii — zaśmiała się, odwracając głowę do męża.
— Faktycznie. Już zapomniałem, że tutaj jest Islandia.
Marcin podszedł do żony i objął ją ramieniem.
— Dziwnie jakoś opaliliśmy się na tej wyspie, prawda?
Mieszkańcy leśnej osady, której nigdy nie nadali nazwy, mówiąc o niej zawsze „nasz dom”, dla wszystkich bliskich – rodzin, przyjaciół, znajomych, - wyjechali przed dziesięciu laty na Islandię. Tam bowiem, w kraju dość bliskim, ale jednocześnie odpowiednio dalekim, mieszkał przyjaciel profesora – Olaf, który służył im od lat w charakterze skrzynki pocztowej. Na jego adres przychodziły listy dla członków grupy, które przesyłał raz w miesiącu do Zielickiego. Korespondencja zwrotna szła tą samą drogą – via Reykiawik. Mogli, co prawda korzystać z internetu, ale kontaktowanie się tą drogą nie byłoby zbyt bezpieczne. Jedynie Janusz miał dostęp do sieci i wykorzystywał go tylko do koniecznych kontaktów ze światem. W pierwszym okresie ze zniecierpliwieniem oczekiwali Marka lub kogoś z instytutu, odgrywającego rolę listonosza. Z czasem przywykli do tego, że listy, zanim dotarły do nich, musiały najpierw zwiedzić pół Europy. Kilkakrotnie zdarzyło się, że długi okres wędrówki korespondencji przyczynił się do uniknięcia niepożądanych spotkań z ludźmi. Tak było, na przykład, z wiadomością o śmierci ojca Janusza, a potem o ciężkiej chorobie matki Kamy. Informacje doszły na tyle późno, że oczyszczały sumienie z wyrzutów, wywołanych nieobecnością wśród bliskich w tak trudnych dla nich chwilach.
— Pamiętasz, jak robiliśmy pierwszą sesję zdjęciową? — zapytała Beata, siadając przy kuchennym stole. — Dzieciaki miały największą frajdę.

Początkowo fotografie przesyłane rodzinom wykonywane były późną jesienią, gdyż wtedy najłatwiej było pokryć pudrem nietypowy odcień skóry, w tym okresie mniej intensywny. Ucharakteryzowane dzieci po sto razy spoglądały w lusterka i porównywały swój wygląd ze zdjęciami innych osób w albumach rodziców. Mały Jaś Wiktorów stwierdził wtedy, że woli swoją karnację, bo tamci wyglądają tak, jakby ich dopiero co wyjęto z... rosołu.
— A kto pierwszy wpadł na to, że do fotografii czarno-białych nie trzeba się malować? — usiłował sobie przypomnieć Marcin. — Chyba Wiktor. A to było przecież tak banalne rozwiązanie. Ciekawe jak nas teraz ludzie przyjmą? Żebyśmy tylko nie zostali zmuszeni do zamknięcia się we własnym getcie... Wtedy tu wrócimy i...
— Pożyjemy, zobaczymy. — Beata ostro przerwała malkontenckie wynurzenia męża. — Chodź trzeba przygotować stół.

Wyłączyła gaz pod garnkiem i oboje przeszli do „salonu” – największego pomieszczenia w całej wiosce, służącego za salę zebrań, przedszkole, klasę szkolną, a od wielkiego święta – za wspólną jadalnię.

cdn.


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
PostWysłany: 19 Sty 2010 14:01
doktorowa
ADMIN

 
Dołączył: 24 Sty 2009
Posty: 460
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 4 razy
Ostrzeżeń: 0/2
Skąd: podobno z Krakowa





7

Już zieleniła się pierwsza wiosenna trawa. Na drzewach i krzewach pojawiły się nabrzmiałe pąki, gotowe w każdej chwili wybuchnąć eksplozją listowia. Nieśmiałe promienie porannego słońca muskały przyrodę, delikatnie budząc ją do życia. W powietrzu unosił się zapach świeżo przeoranej ziemi, przygotowanej pod pierwsze tegoroczne zasiewy.
Krycha wracała do domu, dźwigając dwie ciężkie siatki z zakupami. Na przednówku często tak bywało, że spiżarnie i piwnice pustoszały; kończyły się robione latem zapasy i trzeba było częściej zachodzić do sklepu. Gdyby nie ciężar zwisający jej u ramion, zakupy byłyby ulubionym zajęciem dziewczyny. Zawsze to w sklepie bab trochę się zeszło, plotkując sobie o tym i owym, co we wsi słychać.
Zatrzymała się przy starym jesionie, postawiła torby i poprawiła chustkę na głowie. Gdzieś wysoko odezwał się skowronek; może i pierwszy tego roku. Spojrzała w górę, uśmiechnęła się do ruchomego punktu na niebie, podniosła siatki i poszła dalej.
Furtkę otworzyła, jak zawsze, kopnięciem, weszła na ganek i łokciem nacisnęła klamkę.
— Krycha? Wróciłaś? — doszedł ją z głębi domu głos męża.
— No. A stało się co? — zapytała, zrzucając buty z nóg.
— Coś z tym naszym małym jest nie tak — odpowiedział Rysiek, przysadzisty brunet, stając w drzwiach pokoju. — Widziałaś te zielone plamki na rączkach?
— Widziałam. I co z tego? — powiedziała obojętnie, przechodząc obok męża do kuchni. — Mała Ziółkowej, wiesz, tej co ze mną rodziła, ma ich jeszcze więcej. W poradni widziałam.
Postawiła torby na podłodze i ciężko usiadła na taborecie. Teraz dopiero zdjęła chustkę i kurtkę.
— Weź to i powieś.
Podała ubranie mężowi. Mężczyzna zwinął w rękach kurtkę i przytykając ją do brzucha zajął miejsce naprzeciw żony.
— Ty, a może to jaki wirus, albo inna choroba? Poszłabyś z nim do doktórki.
— Coś ty! Chłopak je, przybywa na wadze, nie ryczy. Zdrowy jest. Plamki mu widać nie przeszkadzają.
— A jak on co z tego szpitala przyniósł? — Na pokrytej dwudniowym zarostem twarzy Ryśka, malował się niepokój. Podniósł się, wzruszył ramionami i wychodząc z kuchni dodał: — Mnie się to w każdym razie nie podoba.
Dziewczyna popatrzyła za nim, pokręciła głową i zaczęła krzątać się, rozpakowując zakupy. Nie przejmowała się głupimi ciapkami. Zresztą, kochany tatuś przez ponad miesiąc ich nie zauważył, a teraz robi aferę.

Plamki na ciele Adasia pojawiły się tuż po chrzcinach. Najpierw były żółte, a potem zrobiły się zielonkawe. Krycha słyszała kiedyś o instynkcie macierzyńskim; pomyślała więc, że gdyby z małym działo się coś złego, to ten jakiś instynkt odezwałby się niechybnie. Nie wiedziała co, ale na pewno coś by poczuła. A że się nie odzywał, znaczyło, że wszystko jest w porządku. Zresztą, przecież Ziółkowej mała też ma takie zielonkawe plamy. Nie słyszała wszak, żeby jej daleka sąsiadka latała po lekarzach z tego powodu. Oznaczało to, ni mniej, ni więcej, że też nie ma żadnych problemów z dzieckiem.

Krycha, w przeciwieństwie do Ziółkowej, która miała już jednego, dorosłego prawie syna, była bardzo młodą matką. Zaraz po skończeniu szkoły, gdzie pobierała nauki w zawodzie przydatnym każdej kobiecie – kucharki, została wydana za mąż za młodego rolnika – Ryśka. Kawaler został jej przypisany już w kołysce i wiedząc o tym, zabiegał ofiarnie o względy swej wybranki, zaczynając zaloty już w czasach, kiedy mała Krysia koszulę w zębach nosiła. Zwyczajem we wsi było, że szanująca się panna wiąże swe losy z pierwszym panem swego serca. A że Krycha innych panów serca nie miała, toteż stało się zgodnie z wolą obu rodzin i właśnie mijał rok od hucznego wesela, jakie młodym wyprawiono. Oboje dysponowali głównie mądrością życiową, czerpaną z przeżyć własnych i cudzych oraz z obserwacji mieszkańców niewielkiego skrawka świata, jakim była ich wieś. Ważną rolę w edukacji, szczególnie Ryśka, ogrywała niewątpliwie telewizja, którą traktował czasami niczym wyrocznię. Jego młoda żona nie miała czasu na to, by gapić się w szklany ekran, toteż wiedzę uzupełniała czerpiąc ją z rozmów z sąsiadkami oraz kobietami o dłuższym od niej stażu małżeńskim i macierzyńskim.
Krycha zerknęła do pokoju, widząc jednak Ryśka pochylonego nad łóżeczkiem synka, postanowiła nie przeszkadzać mu w ojcowskich zalotach i wróciła do kuchni szykować obiad.


8

W mieście wiosny było jakby mniej. Na ulicach, przy krawężnikach leżały grudy zaschniętego, pośniegowego błota. Z centrum miasta wróciły już gołębie, a wróble przekrzykiwały się, uwijając się w rachitycznych krzewach, porastających małymi grupkami niewielki skwerek w pobliżu pawilonu. Na gołych jeszcze trawnikach pomiędzy blokami poniewierały się papierowe „kwiatki” i tylko gdzieniegdzie pojawiły się kępki świeżej wiosennej zieleni. Tak właśnie wyglądało na osiedlu Ruczaj.
Przy wejściu do dziesięciopiętrowego wieżowca starsza kobieta, korzystając ze słonecznej pogody, przekopywała wąski pas ziemi, tuż pod balkonem. Obok nieśmiało zaczynały się żółcić dwa niewielkie krzewy forsycji. Słońce, jak na tę porę roku, stało już wysoko i po ruchliwym, codziennym poranku, na osiedlu panowała cisza. W mieszkaniu na pierwszym piętrze pozornie też nic się nie działo.

Telefon zadzwonił w momencie, kiedy Kinga wyszła z wanny, w której brała poranny prysznic. Szybko narzuciła płaszcz kąpielowy i wybiegła do przedpokoju.
— Cóż ty się tak grzebiesz? — usłyszała w słuchawce głos Baśki. — Dzwonię, bo Aśka mówiła mi, że Agnieszka załatwiła ci jakieś lekarstwo dla małego i chciałabym...
— Jakie lekarstwo? — przerwała jej Kinga.
— Mówiła, że jakaś najnowsza rewelacja. Nie bardzo potrafiła mi wyjaśnić, o co chodzi, ale sobie pomyślałam, że zadzwonię do ciebie.
— To nie lekarstwo.
— Nie? A Aśka mówiła, że to ponoć coś na to, żeby dziecko było mądre. Powiedziała też, że człowiek może się zrobić po tym czymś... zielony. Wiesz o tym?
— Wiem.
Kinga znała Baśkę od lat i wiedziała, że potrafi ona zrobić sensację z byle czego, a co dopiero z takiej wiadomości. Mało tego, była święcie przekonana, że Aśka doskonale wyjaśniła jej istotę sprawy, a że przy tym użyła kilku fachowych określeń...
— I dałaś to twojemu małemu? — w głosie dziewczyny usłyszała wyraźny niepokój.
— Podałam — odpowiedziała spokojnie. Przeczuwając jednak, czego się może za chwilę nasłuchać, dodała: — Ale nie zauważyłam u Kamilka żadnych plam, ani przejawów geniuszu, chociaż minęło już pół roku. Nawet zaczynam się zastanawiać...
— Z tego, co wiem od Aśki, to on może kiedyś dziwnie wyglądać. Widzisz to? Zielony z krótkimi, ciemnymi kędziorkami...
— Od czasu, kiedy go ostatnio widziałaś, przybyło mu tych, jak to mówisz – ciemnych kędziorków. Zresztą uważam, że przebarwienia, jeśli w ogóle wystąpią, najpóźniej pojawią się na głowie. Wiesz, włosy ograniczają dostęp światła.
— A co do tego ma światło? Aśka nie...
— Przepraszam cię, ale muszę kończyć, bo mały płacze. Cześć. — powiedziała Kinga odkładając słuchawkę.
Mały wcale nie płakał, tylko miała dość gadaniny Baśki, która zwęszywszy kolejną sensację, musiała obadać sprawę u źródła. A poza tym było jej zimno. Rozmawiając stała boso, a z jej długich włosów kapały obficie krople wody. Wróciła więc do łazienki, by spokojnie kontynuować poranną toaletę.
Po chwili okazało się, że poranna toaleta jest w przypadku młodej matki zachcianką nie zawsze realną do wykonania. Kończąc rozmowę telefoniczną, wywołała wilka z lasu i poprzez szum płynącej z kranu wody, usłyszała wrzask synka. Po raz drugi wyszła z łazienki trąc ciało ręcznikiem i wbiegła do pokoju dziecka. Kamil darł się w niebogłosy. Czynił tak zazwyczaj wtedy, kiedy upominał się o posiłek. Wyjęła dziecko z łóżeczka, usiadła na krześle podkładając pod siedzenie mokry ręcznik i przystawiła małego do pokrytej gęsią skórką, nagiej piersi.
Z czułością patrzyła jak mały, przymknąwszy oczy, łapczywie ssie pokarm. Trzęsąc się z zimna, gładziła go wskazującym palcem po policzku. Kamil odruchowo chwycił ją za rękę i wtedy zauważyła powyżej jego drobnego nadgarstka niewielką żółtawą plamkę.
— No, maluchu, nie ma sprawy – będziesz chyba zielony — powiedziała pieszczotliwie, zadowolona z poczynionego odkrycia.
Kinga wiedziała od profesora, że na skórze jej synka pojawiać się będą przebarwienia. Czekała na to i denerwował ją fakt, że ciało Kamila posiadało nadal naturalną, różową, niemowlęcą barwę. Nareszcie będzie mogła zadzwonić do asystentki Zielickiego i przekazać jej pierwszą nowinę dotyczącą syna.

cdn.


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
PostWysłany: 20 Sty 2010 17:50
doktorowa
ADMIN

 
Dołączył: 24 Sty 2009
Posty: 460
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 4 razy
Ostrzeżeń: 0/2
Skąd: podobno z Krakowa





9

W szpitalu miejskim na oddziale pediatrycznym panował spokój. Było już po śniadaniu i mali pacjenci oczekiwali na poranne zabiegi. Jedni leżeli w łóżeczkach, inni zabawiali się bieganiem po korytarzu. Karcące spojrzenie dyżurującej pielęgniarki zaganiało ich bez słowa do sal, skąd co chwila wychylały się główki najbardziej ruchliwych dzieciaków.
W pokoju lekarskim młody, przystojny lekarz siedział przy biurku notując uwagi z porannej wizyty. Za jego plecami, na sofie odpoczywała, czytając magazyn medyczny, jego koleżanka po fachu – Wanda.
— Czytałeś ten ostatni artykuł Zielickiego? — odezwała się, nie przerywając lektury.
— Jeszcze nie zdążyłem — odpowiedział od niechcenia, zajęty swoją pracą.
— Ale wiesz o co chodzi. — Lekarka wstała, sięgnęła po filiżankę z kawą, upiła łyk i nie zrażona obojętnością współpracownika kontynuowała: — Wyobraź sobie, słyszałam od koleżanki z instytutu, że tak się rozochocił udanymi próbami na dorosłych, że podobno podał preparat dość sporej grupie noworodków. Co o tym sądzisz?
Krzysztof odwrócił się na krześle i spojrzał na zgrabną, długowłosą blondynkę o dziecinnym, piegowatym obliczu. Może jej wygląd, a może potrzeba podkreślenia własnych racji wpłynęły na dydaktyczny ton jego odpowiedzi.
— O ile mi wiadomo, dotychczasowe badania nie wykazały działań ubocznych. W tym nie ma chyba niczego złego — rzekł, patrząc jej w oczy.
— Nie ma? — uniosła brwi, jakby zdziwiona jego wypowiedzią. — Przecież tych dzieci nikt o zgodę nie pytał. A swoją drogą, ciekawa jestem, czy choć rodziców o to zapytano.
— Przypuszczam, że tak — rzekł obojętnie, wracając do swych notatek.
Wanda spojrzała na jego głowę porośniętą gęstą, czarną czupryną i pełnym oburzenia głosem krzyknęła:
— Czy ciebie to nie rusza?!
— A niby co? — zapytał spokojnie, ale czując wiszącą w powietrzu burzę wstał i z uśmiechem na ustach wyjaśnił jej sprawę, według niego oczywistą: — Medycyna stanęłaby w miejscu, gdyby leków nie testowano na ludziach.
— Tylko, że preparat Zielickiego to nie lek!
Nie patrząc na rozmówcę odłożyła filiżankę, by móc spokojnie, bez ryzyka obryzgania wszystkiego kawą, pomachać rękami. Gestykulacja zawsze bardzo jej pomagała w pełnym przekazie werbalnym, szczególnie w chwilach wzburzenia. Toteż to unosząc, to opuszczając ramiona stosownie do wypowiadanego tekstu, ironicznie zapytała:
— Wyobrażasz sobie te maleństwa? Zielone jak ufoludki? Jak one będą cierpieć z powodu swojego wyglądu? — boleśnie zajęczała.
Krzysztof odskoczył pod ścianę w obawie przed urazem. Słysząc przerażenie w głosie dziewczyny, odniósł wrażenie, że za moment popadnie ona na dno rozpaczy, której pośrednią przyczyną będzie on sam. Chwycił jej tnące powietrze nadgarstki i spokojnie, ale stanowczo przemówił:
— Przesadzasz. Murzyni są czarni, Azjaci żółci i jakoś nie cierpią.
— Ale oni są...
— Pani doktor... — dobiegł ich od drzwi głos pielęgniarki, która od kilku sekund stała w pokoju, przyglądając się ze zgorszeniem dziwnemu zachowaniu pary lekarzy.
Wejście siostry Tereski umknęło ich uwadze, więc Wanda szybkim ruchem wyrwała ręce z uścisku i siląc się na uśmiech, pytająco spojrzała na nią.
— Pani doktor, Ewunia z szóstki jest bardzo niespokojna.
— Już idę.
Wyszła bez słowa, zostawiając Krzysztofa na środku pokoju. Kiedy drzwi zamknęły, uśmiechnął się pod nosem.
— Pewnie Tereska odniosła wrażenie, że zaraz zgwałcę jej ukochaną panią doktor — pomyślał. — A kto wie, czy nie byłoby to złe?

Pracowali razem od blisko roku i często dochodziło między nimi do sprzeczek natury ogólnej, w sprawach nie związanych z problemami ich małych pacjentów. Wanda była osobą świadomą swojej wiedzy i starała się udowodnić Krzysztofowi swą wyższość. Z rozmów z pozostałymi lekarzami zatrudnionymi na oddziale wiedział, że nie bywa tak pewna siebie wobec innych. Zastanawiał się nie raz, ile prawdy jest w powiedzeniu „Kto się lubi, ten się czubi”, bo jej zaczepki, podobne dzisiejszej, wyglądały na próbę zwrócenia na siebie uwagi. Ponieważ chwilowo byli skazani na przebywanie ze sobą na dyżurach, często miał zamiar utrzeć jej nosa, co nie było wcale rzeczą łatwą. Lubił Wandę podobnie jak każdą inną koleżankę i starał się nie wchodzić jej w drogę, ale skoro sama go prowokowała, tak jak dzisiaj z tym preparatem Zielickiego... Trudno, chłop też człowiek.
Zanim ponownie usiadł przy biurku postawił w czajniku wodę na herbatę.



10

Tymczasem na biurku profesora Bogdana Zielickiego herbata zdążyła już wystygnąć, bowiem potencjalny jej konsument stał przy oknie i patrzył na poruszane podmuchami wiatru młode liście klonu. Pod jego korzeniami ukrył w wodoszczelnym pojemniczku corpus delicti przestępstwa, jakiego się dopuścił – mikrofilm i dyskietki, zawierające wszystkie dane, dotyczące otrzymywania i stosowania wynalezionego przezeń preparatu. Zaśmiał się w duchu na wspomnienie swej konspiracyjnej działalności. Oto on – szanowany dzisiaj profesor cytologii i biochemii, sadził kiedyś pod osłoną ciemnej, jesiennej nocy drzewko. Miał cichą nadzieję, że ta lichota wyrośnie po latach w potężny klon, jeśli oczywiście po drodze nie stanie się z nią nic złego. Na szczęście, instytutowa służba ogrodowa nie zauważyła na swym terenie nowego nabytku, a może uszanowała nowe drzewko. W każdym razie klon rósł i z każdym rokiem był bardziej okazały. Nie groziło mu już żadne niebezpieczeństwo.

Do patrzącego w okno szczupłego mężczyzny niebezpieczeństwo zbliżało się już wielkimi krokami. Wybuch fotozinowej bomby mógł nastąpić w każdej chwili, bowiem zgodnie z przewidywaniami, na ciele tysiąca półrocznych niemowląt powinny zacząć pojawiać się przebarwienia wywołane działaniem preparatu. Rzecz nieznana fizjologom, biochemikom, pediatrom i wszelakiej maści medykom... Tak, należało dobrze przygotować się do odparcia pierwszych ataków.
Kilkuosobowa grupa zaufanych współpracowników śledziła losy niemowląt, ale jedynie tych, których rodzice zgłosili się dobrowolnie do profesora i wyrazili zgodę na podanie ich dziecku preparatu. Była to jednak znikoma mniejszość. Problemem mogła okazać się cała reszta przypadków, którym podano fotozin.

Zielicki już jako magister zaczął prowadzić badania nad wytworzeniem przez komórki zwierzęce struktury podobnej do chloroplastu – ciałka zieleni, odpowiedzialnego za reakcję fotosyntezy u roślin. Badania uwieńczone zostały sukcesem i po otrzymaniu preparatu, wywołującego niespotykane dotąd u zwierząt procesy wewnątrzkomórkowe, który nazwał fotozinem, postanowił przeprowadzić pierwsze próby na ludziach. Starał się, oprócz dyrektora instytutu, zainteresować swoim preparatem inne wpływowe osoby. Niestety, wszędzie patrzono na niego jak na niespełna rozumu, zwariowanego, młodego naukowca. Nie otrzymał, mimo wielu zabiegów, zgody władz nadrzędnych na rozpowszechnienie informacji o swoim odkryciu, nie mówiąc o wprowadzeniu fotozinu do powszechnego stosowania. W tej sytuacji, kiedy tylko otrzymał gotowy preparat, pozyskał do współpracy pięciu zaufanych współpracowników, których zafascynowało jego odkrycie. Razem opracowali program badawczy i przystąpili do jego realizacji. W ciągu pięciu lat, imając się różnych legalnych sposobów, pozyskali fundusze niezbędne do rozpoczęcia badań.

Ochotników do testowania preparatu poszukiwali „drogą pantoflową” wśród rodziny i znajomych. Nie było to łatwe, zważywszy, że warunki udziału w badaniach znacznie ograniczały krąg kandydatów. Po trzech miesiącach poszukiwań, zbierania informacji i rozmów z zainteresowanymi małżeństwami, wybrano 10 par. Na wspólnym spotkaniu Zielicki przedstawił, oprócz warunków podanych wcześniej, czyli konieczności urodzenia jednego, a najlepiej dwójki dzieci, zamieszkania z pozostałymi uczestnikami badań w miejscu odizolowanym oraz kontynuacji wykonywania wolnego zawodu, najważniejszą sprawę – przypuszczalne zmiany koloru skóry. Po dwóch tygodniach, które pozostawił kandydatom na zastanowienie, zgłosiło się pięć par.
Podano im specyfik oraz sukcesywnie każdemu nowonarodzonemu dziecku i przez dziesięć lat prowadzono obserwacje. Wyniki przeszły najśmielsze oczekiwania.

Profesor prowokował czasem w gremiach naukowych dyskusje na temat specyfiku o działaniu takim jak fotozin, traktując go jako mrzonkę lub czasami wręcz żartobliwie. Chciał usłyszeć opinie innych. Argumentacja antagonistów była najróżniejsza. Najczęściej dotyczyła, nie samego preparatu, a społecznych skutków jego stosowania. Tymczasem sam Zielicki odbył wiele rozmów z „obiektami” swych badań, dociekając psychicznych skutków, jakie nieść mógł nietypowy zupełnie dla człowieka kolor skóry. Dwadzieścia jeden osób, pięć rodzin odizolowanych na wszelki wypadek, umieścił w zbudowanej dla nich wiosce na terenie Parku Narodowego. O jego działaniach wiedzieli jedynie sponsorzy przedsięwzięcia oraz nieliczna grupa współpracowników – lekarzy i biologów.
Kiedy tajemny zespół wraz z grupą ochotników budował w puszczy wioskę, a potem prowadził obserwacje, doktor, a po latach profesor, Bogdan Zielicki prowadził w instytucie planowane wcześniej lub kontynuowane prace naukowe i nikt nie miał pojęcia o jego nielegalnej działalności.

Dwukrotnie jeszcze próbował opatentować i legalnie wprowadzić badania nad fotozinem. Jednak wobec tępego uporu zwierzchnictwa, uciekł się do podstępu i w konspiracji, wykorzystując najróżniejsze wybiegi i swoich zaufanych asystentów, podał preparat blisko tysiącu noworodkom w ciągu niespełna dwóch miesięcy.

Od czasu jego „przestępczej” akcji mijało właśnie pół roku.

cdn.

[/b]


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
PostWysłany: 21 Sty 2010 14:49
doktorowa
ADMIN

 
Dołączył: 24 Sty 2009
Posty: 460
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 4 razy
Ostrzeżeń: 0/2
Skąd: podobno z Krakowa





11

Krycha, zajęta płukaniem swetrów, usłyszała dobrze jej znane głośne dzwonienie, jakie wydaje łyżka uderzająca o pusty talerz. Oznaczać to mogło tylko jedno – Rysiek kończył jeść zupę i należało wrócić do kuchni, by podać mężowi drugie danie. Na ogół nie rozmawiali przy obiedzie, ale dziś musiała się z nim podzielić nowinką. Wytarła ręce i wyszła z łazienki.
— Wiesz, spotkałam Ziółkową — powiedziała, zabierając ze stołu talerz. — Ta jej mała jest dwa razy większa od Adasia.
— Nic w tym dziwnego — rzekł, biorąc do ręki sztućce, chociaż Krycha dopiero wyjęła z kredensu talerze. — Ziółkowa sama jak szafa gdańska. A Marian, wiesz, ten z końca, — wykonał widelcem gest mający wskazać nieokreślone bliżej miejsce zamieszkania rzeczonego Mariana, — opowiadał mi jak kiedyś Ziółka traktorem z rowu wyciągali.
— Nie mów. Traktorem? — rzekła, jakby od niechcenia, nakładając na talerz ziemniaki.
— Spił się na umór i stoczył do rowu. A wiesz, koło Ciprowskiej przykopy głębokie porobili. Marian nocą wracał z szychty, słyszy – a tam coś w rowie jęczy. Patrzy, a to Ziółek leży głową w dół.
— Nie utopił się? — zapytała, jakby zapomniała, że Ziółek dziś z żoną przez wieś wózek z dzieckiem prowadził.
— Widać wody nie sięgał.
Rysiek przerwał, bo postawiła mu przed nosem pieczeń i polane pachnącym sosem ziemniaki. Lubił dobrze zjeść i lubił dużo sosu. Jedząc, odczekał chwilę, aż Krycha usiądzie i przełknąwszy głośno kolejny kęs, kontynuował:
— No, to Marian zlazł i chce go podnieść, ale co chce mu nogi w dół obrócić, to Ziółek zjeżdża niżej. Sam nie poradził i poszedł po szwagra. We dwóch też nie dali rady.
— To co? Opity Ziółek tonę ważył? — zdziwiła się.
— A trzeźwy to niby mniej?
— I co dalej? — zapytała, bo o całej sprawie wcześniej nie słyszała, a obecnie wszystko, co było związane z rodziną Ziółków, budziło jej ciekawość.
— Nic — Rysiek wzruszył ramionami.
Krychę rozczarowała prozaiczność odpowiedzi. Wstała już od stołu i nie widziała, że jej mąż czy to na skutek głodu, czy też z łakomstwa, a może z chęci wyrwania się z kuchni, nie jadł, a żarł. Napchane jedzeniem usta uniemożliwiały prawidłową artykulację, więc zrobił dłuższą przerwę w opowiadaniu. Dopiero, kiedy przeżuty obiad osiadł w żołądku, mówił dalej.
— Poszedł Marian po traktor, liną mu nogi obwiązali i z rowu wyciągli.
W międzyczasie Krycha wróciła myślami do dzisiejszego spotkania, bo przecież miała się podzielić z mężem najważniejszą wiadomością. Usiadła obok niego.
— A wiesz, że ta mała Ziółkowej, Estera czy Edyta – nie pamiętam, to te zielone plamy ma też na buzi?
— I co, Ziółkowa nic z tym nie robi? — w głosie Ryśka pobrzmiewał ton zdumienia.
— Głupio mi było pytać — tłumaczyła się. — Gdybym miała Adasia ze sobą, to bym z nią może i pogadała. A tak? Pomyślałaby, że się dziwuję, bo dzieciaka zielonego zobaczyłam.
— Jasne! Wszyscy przecież wiedzą, że zielona gęba to coś zupełnie normalnego — zadrwił Rysiek.
Wstał od stołu i włożył talerz do zlewu. Wiedział wszak o tym, że i jego syn ma owe dziwne zielonkawe plamy, które nie wiadomo co znaczą i nie wiadomo, czy nie pojawią się na całym ciele. Tylko, co ma do tego mała Ziółkowej?
— Jak myślisz? Adasiowi też buzia zzielenieje? — zapytał zaniepokojony.
— A bo ja wiem?
Zamyślona Krycha patrzyła przed siebie niewidzącym wzrokiem. Sama nie była pewna, co dalej będzie.

Krycha pozornie tylko lekceważyła zmiany na skórze synka. Od jakiegoś czasu Adaś stał się bardzo niespokojny. Często płakał i marudził. We dnie nie chciał jeść, za to w nocy wypijał dwie pełne butle kaszki. Świadomość, że dziecko Ziółkowej też zielenieje, nie dodawała jej otuchy, bowiem inne dzieciaki we wsi wyglądały zupełnie normalnie. Toteż, kiedy wędrując z wózkiem drogą pod lasem, z dala dostrzegła Ziółkową, przyspieszyła kroku. Jej daleka sąsiadka również wyszła z dzieckiem na spacer w okolice, gdzie mało kto ze wsi zagląda.
— Dzień dobry, pani Ziółkowa! — zawołała Krycha, doganiając ją.
— A dzień dobry — obojętnym tonem odpowiedziała postawna kobieta, pchająca przed sobą wózek z podniesioną budką.
— Pani Ziółkowa, jak tam wasza mała? — zagadnęła Krycha.
— A dobrze, dobrze.
W tonie głosu Ziółkowej brzmiała jawna niechęć. Najwyraźniej nie miała ochoty na rozmowę. Na potwierdzenie tego, z rozmachem obróciła wózek i przeszła na drugą stronę drogi.
— Pani Ziółkowa, czekaj pani! — zawołała Krycha, wykonując podobny manewr wózkiem Adasia.
Ścigana kobieta przyspieszyła kroku i niemal biegiem podążała w kierunku kilku chałup stojących przy polnym trakcie. Krycha widząc, że jedyna okazja do rozmowy na temat podobnej „nienormalności” ich dzieci, umyka jej sprzed nosa, pognała za Ziółkową. Adaś nie spał i co chwila wybuchał głośnym śmiechem, rozbawiony huśtawką, jaką na polnych wybojach zafundowała mu mamusia. A mamusia już ledwo dyszała.
Mimo młodego wieku, nie była na tyle wielka i silna, by nie męczyło ją pokonywanie w biegu, pchając wózek, dziurawej nawierzchni. Maszerująca szybko, długimi krokami Ziółkowa zbliżała się już do odcinka drogi, na którym po obu stronach ciągnęły się łany wschodzących zbóż. Krycha, kiedy znalazła się tylko w przerwie między zabudowaniami, widząc, że pościg nie da pozytywnego rezultatu, zawołała przytłumionym głosem:
— Mój też jest zielony!
Ziółkowa zatrzymała się. Krycha podeszła bliżej, zwolniwszy tempo pogoni, ale postawna kobieta nie odwróciła się w jej stronę. Milcząc, stała jak wryta. Dziewczyna widziała teraz kilka kroków przed sobą szerokie, nieruchome plecy, w których utkwiła wyczekujące spojrzenie. Doczekała się krótkiego pytania, rzuconego w przestrzeń ponad pole:
— I co z tego?
— Może pogadamy? — postanowiła nie rezygnować, ale reakcja Ziółkowej ostudziła jej nadzieję na wymianę zdań.
— Nie ma o czym — krótko rzuciła przez ramię, po czym odziane w beżową jesionkę plecy zaczęły szybko się oddalać.
Krychę zamurowało. Chwilę patrzyła w ślad za odchodzącą z wózkiem kobietą. Nic z tego nie rozumiała. Przecież na ogół młode matki wymieniają spostrzeżenia i uwagi dotyczące ich pociech. Sama w poradni widziała tę małą i pod kościołem po mszy też.
Pochyliła się nad wózkiem i uśmiechnęła się do małego, pyzatego blondynka, szczerzącego do niej cztery śliczne ząbki.
— Nie, to nie — powiedziała do niego, zawracając wózek. Pchnęła go energiczniej i przyspieszyła kroku.. — Idziemy do domu.

Wracając ze spaceru zaczęła intensywnie myśleć, starając się przypomnieć sobie inne kobiety, z którymi leżała na porodówce, ale poza mglistym zarysem ich twarzy, nie kojarzyła żadnych danych – imion, nazwisk, adresów.
— Może inne dzieci, urodzone wtedy w szpitalu, też są zielone...? Może Rysiek miał rację, że to jakiś wirus...? No, ale doktórka nic mi nie powiedziała, a ona musi przecież dobrze znać się na wirusach — gadała do siebie. — A może Ziółkowa, będąc już nie młodą matką, zwyczajnie nie przejmuje się tymi plamami, a może po prostu wie, dlaczego jej mała ma taką dziwną skórę... Szkoda, że to głupie babsko — obejrzała się za siebie, ale nie dostrzegła już Ziółkowej — nie chce mi nic powiedzieć. A przecież jej dziecko jest bardziej zielone od Adasia. To może jest z nią gorzej... Straszne mi głupoty przychodzą do głowy. Jakie – gorzej? — skarciła się w duchu.


12

Kinga wykręciła numer Aśki i usiadła na podłodze w ich maleńkim przedpokoju. Oparła się o ścianę i odpoczywała. Kamilek przed chwilą nareszcie zasnął i mogła spokojnie poświęcić parę minut i podzielić się z przyjaciółką dobrą nowiną. Chociaż, mimo podekscytowania, gdzieś w głębi duszy odczuwała coś w rodzaju wyrzutów sumienia. Nie tyle z powodu wyrażenia zgody na podanie dziecku preparatu, co z racji rodzinnego przestępstwa, jakiego się dopuściła – Andrzej nadal nic o fotozinie nie wiedział. Mało tego! Podrobiła jego podpis na stosownej deklaracji złożonej w gabinecie profesora.
— Hej, cześć! Muszę ci coś powiedzieć — radośnie krzyknęła do telefonu, kiedy tylko usłyszała głos przyjaciółki, usuwając w kąt ponure myśli, jakie ją przed ułamkiem sekundy trapiły.
— Nie musisz tak wrzeszczeć. Słuchawkę trzymam przy uchu — skarciła ją Aśka.
— Kamilowi pokazały się dwie plamki na lewej rączce!
— Nie drzyj się, proszę. Serio? I co, faktycznie są zielone?
— Nie, nie zielone. Takie żółtawe. Mam jednak nadzieję, że to początek i że preparat się przyjął. Nie mogę się dodzwonić do Agnieszki, żeby się upewnić czy to to — zajęczała zniecierpliwiona.
— Czytałam ostatnio artykuł, w którym któryś ze współpracowników Zielickiego coś o tym całym fotozinie opowiadał, ale...
— Tak? Nie mów. Słuchaj, masz ten artykuł? — Kinga weszła jej w słowo.
— Chyba gdzieś jeszcze mam, ale...
— Dałabyś radę podrzucić? Strasznie mnie to teraz interesuje. Rozumiesz chyba, chodzi przecież i o mojego syna — podkreśliła dumnie, akcentując ostatnie słowa. — A tak w ogóle, to po co wypaplałaś Baśce sprawę preparatu? Idiotka, szuka teraz potwierdzenia niesamowitej wagi nowej sensacji
— Widziałaś się już z Elką? — zapytała Aśka, zmieniając temat.

Ich wspólna szkolna koleżanka — Elżbieta wyjechała jakiś czas temu za granicę i ostatnio wróciła. Przywiozła z wojaży mnóstwo wrażeń i nowego, trzeciego już męża, którym jest podobno zupełnie prawdziwy, czarny Murzyn. Ela dzwoniła do Aśki w jakiejś błahej sprawie, ale nie było jeszcze okazji do spotkania. Kinga tymczasem nie miała dotąd od Elżbiety żadnej wiadomości, więc żywo zareagowała na przyjacielskie plotki. Rozmowę zakończyły wspólnym postanowieniem rychłego zwołania babskiego gremium, celem wyciągnięcia z Elki maksimum informacji na temat jej nowego towarzysza życia. Sprawa plamek na rączkach Kamilka usunęła się na dalszy plan.

Zadowolona z rysującej się w niedalekiej przyszłości imprezy, ruszyła do kuchni, by zgodnie z rolą przykładnej żony przygotować posiłek dla pracującego na życie męża. Nie doszła nawet do drzwi, kiedy z pokoju dobiegł ją wrzask Kamila.
— Czy ten dzieciak musi się ciągle drzeć? — westchnęła ciężko i poszła uspokoić niemowlę.

cdn.


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
PostWysłany: 22 Sty 2010 17:27
doktorowa
ADMIN

 
Dołączył: 24 Sty 2009
Posty: 460
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 4 razy
Ostrzeżeń: 0/2
Skąd: podobno z Krakowa





13

W pokoju lekarskim Krzysztof kończył właśnie dyżur i chował do szuflady rozłożone na biurku szpargały. Nie należał do przykładnych porządnickich, więc ilekroć przychodził i otwierał swój skarbiec, musiał wyłożyć niemal wszystko, by dogrzebać się do właściwych papierów. Za każdym razem obiecywał sobie, że na kolejnym dyżurze zrobi porządek, ale kiedy zbliżała się pora opuszczenia kliniki, wykonywał czynności podobne do dzisiejszych – wszystko na kupkę i szust do szuflady. „Porządek” starał się robić pod nieobecność Wandy, bo już parę razy oberwało mu się od niej.
— Rany boskie! Ależ z ciebie bałaganiarz! — Mówiła z wyrzutem i zaraz dodawała — Już ja nauczyłabym cię porządku, skoro mamusi się nie udało.
Nie był pewien, czy nie zamierza uczyć go tego od zaraz, więc wolał, by nie widziała, w jaki sposób sprząta biurko i zazwyczaj Wanda wchodząc do pokoju zastawała na nim nienaganny ład. Wykorzystał więc moment jej odwiedzin u małych pacjentów i teraz mył ręce po „ciężkiej” pracy.

— Widziałeś tego malucha na czwórce? — usłyszał za plecami oburzony głos wchodzącej do gabinetu Wandy. — Cały nafaszerowany fotozinem. Wrażenie robi koszmarne.
Temat preparatu Zielickiego zdążył ostatnio wypaść z obiegu, wobec innych bieżących spraw, co nie znaczyło wcale, że Krzysztof zapomniał, jakie stanowisko w tej sprawie zajmowała jego szpitalna koleżanka. Spokojnie obrócił się i wycierając ręce zwrócił się do niej.
— Bez przesady. Sam go przyjmowałem. Ma jakieś niegroźne kłopoty z trawieniem.
Dziewczyna ciężko usiadła na dyżurnej wersalce.
— No tak. Podejrzewałam, że od tego się zacznie — na ładnej buzi pojawiła się marsowa mina. — To nasz pierwszy zielony. Za chwilę będą następni. Badałeś go? — Rzuciła ostro pytanie kontrolne. Wiesz już coś konkretnego? — dodała widząc, że Krzysztof potakuje głową.
— Jutro go dokładnie przebadamy. Matka twierdzi, że w dzień nie chce nic jeść, pije tylko, a w nocy drze się jak opętany — zdał krótką relację i sięgnął do wieszaka po kurtkę.
— Syndrom eugleny.
— Słucham?
— Głodny jest — sucho stwierdziła Wanda. — Zielicki zaobserwował podobne objawy u poddanej eksperymentowi próbnej grupy dorosłych, tyle, że oni mu powiedzieli o nocnym łaknieniu, czego niemowlę niestety nie potrafi. Budzili się, jedli i spali do rana. Nazwał to syndromem eugleny. Pamiętasz, co to za żyjątko?
Zaczepny ton wypowiedzi poruszył w nim męską ambicję. Chwilowo zrezygnował z opuszczenia gabinetu i usiadł obok dziewczyny.
— Masz na myśli jednokomórkowe roślino-zwierzę? — zapytał ironicznie, patrząc jej w oczy. — Faktycznie czytałem coś o tym nocnym głodzie, ale jakoś nie skojarzyłem.
— Słuchaj, a pytałeś czy ta matka wie o preparacie?
— Wypadało zapytać.
— I co?
— Wyobraź sobie, że nie wie. Miałaś rację — podkreślił dobitnie i dodał — Mało tego, pediatra powiedział jej w przychodni, że te zielone plamki to... taki typ urody. Obawiam się, że i on nie ma o niczym zielonego... Dosłownie: zielonego pojęcia.
Młoda pani doktor, doceniona najwyraźniej przez czarnowłosego młodzieńca, z którym dzieliła czasami pokój, poderwała się oburzona, co na rzeczonym młodzieńcu nie zrobiło żadnego wrażenia. Przeciwnie, rozsiadł się wygodnie i obserwował przedstawienie.
— Nie mów. Uroda? — Wanda uruchomiła kończyny górne. — No, to chyba jednak Zielicki przesadził. Takich rzeczy nie robi się bez zgody, a już absolutnie nie bez udzielenia koniecznych informacji pracownikom służby zdrowia i osobom bezpośrednio zainteresowanym — wygłosiła tonem bardzo oficjalnym, patrząc na ścianę ponad głową Krzysztofa.
Obejrzał się, jakby szukając do czego lub do kogo skierowane zostały ostatnie słowa.
— Nie uważasz, że testowana grupa powinna być objęta kontrolą kliniczną? — usłyszał tuż nad uchem. — Oj, czuję, że będzie z tego poważna afera.
Wanda założyła ręce i spojrzała proroczo w nieokreślony punkt, niczym mityczna Kasandra.
— I co zrobią? Wsadzą Zielickiego? Zakażą mu wykonywania zawodu? — rzucał pytania, śledząc reakcję dziewczyny. — Bzdura. Zobaczysz, — rzekł wstając — wypije spokojnie to piwo. A z tego, co mówisz – chłopcu nic nie grozi.
Ostatnie słowa wypowiedział wychodząc, żegnany piorunującym wzrokiem jasnowłosej koleżanki. Nim jednak zamknął drzwi, usłyszał jeszcze polecenie:
— Powiedz siostrze, żeby tego zielonego malca dobrze nakarmiła przed snem.
Uśmiechnął się pod nosem. Mijając dyżurkę, przekazał polecenie pielęgniarce. Spojrzał na zegarek – za pół godziny powinien być w kinie. Cóż, nie pierwszy i pewnie nie ostatni raz oberwie mu się od Bożeny za spóźnienie. Nie było bowiem ludzkiej siły, by z tego punktu miasta dotrzeć na umówione miejsce w tak krótkim czasie.


14

Gdzieś w połowie maja Marek przywiózł wiadomość od Zielickiego. Las tętnił życiem. Wszystko, co powinno kwitnąć kwitło, owady uwijały się na ziemi i w powietrzu. Słoneczne dni sprawiły, że cała społeczność wioski z dużym ożywieniem oddawała się pracy i nauce. Wszyscy oprócz Jacka, który, wobec przedłużającej się ciszy na temat opuszczenia przez nich leśnej osady, obmyślał plan samotnej ucieczki.
Kilka tygodni wcześniej usiłował namówić Olę, żeby wzięli swoje dwie córeczki i wyszli z puszczy. Niestety, żona miała w tej sprawie argumenty nie do zbicia: po pierwsze – co zrobią z dziećmi, które rozpoczęły naukę w tutejszej „szkole”, a w „normalnym” świecie musiałyby chodzić do szkoły ze swoimi rocznikami, realizując program, jaki już dawno miały za sobą; po drugie – musiałyby pokrywać przynajmniej twarz, szyję i ręce fluidem, co niechybnie zostałoby zauważone przez nauczycieli oraz inne dzieci, a po trzecie – ona sama – jego żona, musi skończyć tłumaczenie powieści w terminie widniejącym na umowie. Zasłanianie się dobrem potomstwa dało pozytywny skutek, ale nie na długo.
Jacek, widząc, że najbliższa rodzina nie akceptuje jego projektu, zaczął obmyślać, jakby tu samemu wyrwać się z lasu. Mimo intensywnego zabarwienia skóry, nie obawiał się uwag ze strony ludzi. Jako ceramik mógłby założyć prowizoryczny warsztat, dopóki nie będzie mógł zabrać stąd swojego, i pracować w nim w odosobnieniu. No i oczywiście przygotowałby mieszkanie na przybycie reszty rodziny.
Rozmyślał tak sobie wieczorami przed snem i mocne postanowienie rosło w nim niczym dorodny dąb, zakorzeniając się w duszy coraz bardziej. U pozostałych mieszkańców wioski, przywykłych już do jego buntu, zachowanie kolegi nie budziło niepokoju.

Przyjazd Marka spowodował, że ambitny, opracowany w szczegółach plan ucieczki zbladł i stał się zamierzeniem co najmniej bezsensownym. Okazało się bowiem, że lont fotozinowej bomby dopalał się i należało tylko liczyć dni do ogólnokrajowej eksplozji.
Zbliżała się wielka chwila. Po dziesięciu latach życia na odludziu przyjdzie im zrealizować swoją misje – przekonać społeczeństwo do odkrycia profesora Bogdana Zielickiego. Jak to mieli zrobić? Na dobrą sprawę nie wiedzieli. To ci, którzy byli odpowiedzialni za całą aferę (nikt nie miał wątpliwości, że najpierw wybuchnie afera), musieli obmyślić w jaki sposób ich niewielka grupka może wpłynąć przede wszystkim na rodziców dzieci, którym został podany fotozin, a potem na całą resztę ludzi.
Marek obiecał im, że teraz mogą liczyć na częstsze wizyty, nie tylko jego, ale i innych zainteresowanych eksperymentem.

Na naradzie, odbytej po wizycie lekarza, postanowili nie zmieniać na razie niczego w swoim życiu, a tylko oczekiwać gości. Toteż wszyscy zastosowali się do wspólnej decyzji. Wszyscy, oprócz Jacka, który każdego dnia brał kubeł na glinę, wychodził z wioski i co wieczora wracał z... pustym wiadrem. Nawet Ola, znająca doskonale narowy swego męża, wolała o nic nie pytać, nie komentować jego zachowania.
Pozornie więc życie toczyło się normalnym rytmem, ale w duszy każdy z dorosłych obywateli wioski wypatrywał z utęsknieniem owych bardzo ważnych gości.

cdn.


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
PostWysłany: 24 Sty 2010 19:08
doktorowa
ADMIN

 
Dołączył: 24 Sty 2009
Posty: 460
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 4 razy
Ostrzeżeń: 0/2
Skąd: podobno z Krakowa





15

Mimo późnego wieczoru w gabinecie profesora Zielickiego świeciło się światło. Szpakowaty mężczyzna o miłej, pociągłej twarzy z uśmiechem czytał wezwanie, nakazujące mu stawić się nazajutrz przed komisją dyscyplinarną. Wiedział, że to dopiero pierwszy akt spektaklu pt. „Jak ukarać niegrzecznego odkrywcę?”, ale spodziewał się tego i nie objawiał żadnych symptomów zdenerwowania. Największą satysfakcję sprawiał mu fakt, że gros ataków odpierać teraz musiał mocno już podstarzały, tłusty, obleśny typ, zasiadający fotel dyrektora tutejszej placówki naukowej.
Do niego to przychodzili i wydzwaniali rodzice zieleniejących dzieci, dziennikarze i uczeni różnych nacji, reprezentujący najróżniejsze dyscypliny nauk medycznych i biologicznych. A on... Cóż – on niewiele mógł im powiedzieć na temat fotozinu. Odsyłał ich wszystkich do Zielickiego, który częstował każdego petenta, krótką, przygotowaną na taką ewentualność odpowiedzią:
— Proszę się nie martwić, dzieciom nic nie grozi. Ręczę za to głową, a na szczegółowe wyjaśnienia przyjdzie właściwa pora.
Tego typu oświadczenia zazwyczaj wywołują lawinę domysłów, więc petenci, jak bumerang, wracali do dyrektora, który nigdy nie pałał sympatią do lubianego przez wszystkich Zielickiego, a obecnie udusiłby go osobiście; własnymi rękami.

Tymczasem, sprawca całej afery siedział przy biurku i odłożywszy wezwanie, wrócił do przerwanej na chwilę pracy. Spokojnie analizował informacje składane mu przez jego sześciu oddanych pracowników. Każdy z nich miał pod obserwacją ponad dwadzieścia niemowląt z grupy „poinformowanych wcześniej” oraz kilkoro z tych, których rodzice nie mieli pojęcia o tym, jaki specyfik został ich dziecku podany. Profesor otrzymał też trzy informacje ze szpitali, gdzie trafiły „jego” dzieci. We wszystkich trzech przypadkach choroby nie miały nic wspólnego z działaniem preparatu.
— Krzysztof Stachno... — przeczytał nazwisko na pieczątce pod jednym z nadesłanych opisów. — Czy to nie były student Marka? — zastanowił się. — Chyba tak... Jeśli to ten, którego pamiętam... Muszę pogadać z Lewandowskim.
Wynotował z kartki interesujące go dane i odłożył ją na rosnący plik papierów.

Wiadomość od profesora Marek odczytał w poczcie głosowej tuż po zakończeniu przyjmowania pacjentów. Zaraz też postanowił pojechać do miasta i odszukać Krzysztofa. Nie było na co czekać. W zaistniałej sytuacji liczył się każdy przychylny im człowiek. Z Krzyśkiem zawsze miał dobry kontakt, choć nigdy nie stali się sobie bliscy. Jeżeli chłopak nie zmienił się i nadal pozostał człowiekiem otwartym, może uda się pozyskać go dla „sprawy fotozinu”.
Jadąc szeroką szosą, prowadzącą przez gęsty las, mieniący się wszystkimi możliwymi odcieniami zieleni, lekarz wiejskiego ośrodka zdrowia obmyślał plan rozmowy ze swym dawnym studentem.


16

Krzysztof analizował spokojnie treść porannej, krótkiej rozmowy, jaką odbył z Markiem. Lewandowski zasygnalizował mu jedynie sprawę, ale nie wnikał w szczegóły, twierdząc, że to nie temat na telefon i najlepiej byłoby, gdyby mogli spotkać się w najbliższym czasie. Młody lekarz zastanawiał się, czy powiedzieć Wandzie o propozycji starszego kolegi. Jeżeli wejdzie w skład ekipy Zielickiego, będzie dysponował wiedzą czerpaną u źródła, a nie z różnych artykułów, bądź doniesień prasowych. Zyska w ten sposób argumenty cenne do wykorzystania w rozmowach ze swoją szpitalną koleżanką.
— Cholera, dlaczego mi tak zależy na wygraniu z nią? — spytał sam siebie. — Ambicja zawodowa — odpowiedział, również sam sobie, ale zaraz zawahał się — Czyżby?
Rozpatrywanie własnego stosunku do tej dziewczyny, nie po raz pierwszy zaprzątało mu głowę. Było w ich wzajemnej relacji coś, czego, mimo sporego doświadczenia w kontaktach z dziewczynami, dotychczas nie doznał. Na jej widok nie czuł, znanego mu już z wcześniejszych przeżyć, podekscytowania, delikatnego nawet podniecenia. Nie czuł pożądania, ni tęsknoty do częstego przebywania w jej towarzystwie. Dlaczego więc ciągle wracał do niej myślami?
— Bożenka...
W myślach zaczął porównywać obie dziewczyny. Tę, z którą aktualnie chodził i tę, z którą aktualnie pracował. Wysnuł z tych analiz krótki wniosek:
— Bożena jest zmysłowa, a Wanda umysłowa. Jedna działa na zmysły, a druga na umysł. To która jest lepsza? Diabli wiedzą. Obie są i niech tak zostanie.
Od razu jednak przestał wierzyć w takie status quo. Niemniej, nadal nie wiedział, czy powiedzieć Wandzie o Lewandowskim.
Z Markiem umówił się wstępnie po pracy. Spojrzał na zegarek. Do pójścia do szpitala miał jeszcze trochę czasu. Za oknem było dość sympatycznie, toteż dalsze rozmyślania postanowił prowadzić pedałując. Włożył dres, z szafy wyjął kask, rękawiczki i zszedł do piwnicy po rower.

Dyżur upłynął im spokojnie. Bez żadnych sensacji. Późnym wieczorem, kiedy na oddziale panowała już cisza i tylko czasami, jak to bywało każdej nocy, któreś tęskniące za mamusią dziecko popłakiwało cicho, Krzysztof z Wandą pili przy stoliku herbatę.
— Co byś powiedziała na wspólną kolację? — zaproponował czarnowłosy lekarz, nie podejrzewając, że tym krótkim pytaniem wywoła wilka z lasu.
— Niestety, zostaję na noc. Zamieniłam się z Ireną — usłyszał w odpowiedzi.
— Szkoda.
Wanda podniosła się i wzięła filiżankę. Stojąc nad zlewem, jakby nie usłyszawszy odpowiedzi, kontynuowała:
— A wiesz co ona mi wczoraj powiedziała? — odwróciła się i spojrzała na niego. — Powiedziała, że Zielicki ma zamiar ogłosić swój patent całemu światu, zanim go w kraju zlinczują.
— A kto, według ciebie, ma go zlinczować? — zapytał, patrząc na nią zdziwionym wzrokiem.
Odstawiła filiżankę na suszarkę, wytarła ręce i wróciła do stolika.
— Kpisz, czy o drogę pytasz? Jak to kto? — Na jej obliczu pojawił się ironiczny uśmiech zdumienia. — Rodzice tych nieszczęsnych dzieci.
— Coś ty się tak zaparła? — W ciemnych oczach Krzysztofa pojawił się błysk zniecierpliwienia. — Głupie gadanie. Zobaczysz, przyjdzie i na ciebie kolej, a wtedy bez zmrużenia oka podasz swemu dziecku fotozin.
— Nigdy! To już wolę nie mieć dzieci!
— Pewna jesteś? Uważam preparat Zielickiego za fenomenalne odkrycie. Odkrycie, które uchroni ludzkość od zagłady.
— A cóż to za nagła zagłada nas czeka?
— Wcale nie nagła. — Krzysztof z namaszczenie upił łyk herbaty. — Wprost przeciwnie – powolna, lecz znacznie gorsza od szybkiej i niespodziewanej. Co tak głupio patrzysz? — zapytał twardo, widząc ironiczny wyraz twarzy Wandy. — To głód, moja droga, głód.
Dziewczyna zauważyła, że ich rozmowa zaczyna przybierać nieprzyjemną formę, ale nie odstąpiła od swego stanowiska. Wstała tylko i zwyczajowo wymachując rękami, kontynuowała dyskusję.
— Tak uważasz? Mój drogi, ani mnie, ani tobie, ani tym dzieciom to nie grozi.
— Owszem. Ale ich dzieciom, wnukom... — Teraz i Krzysztof podniósł się i stając w bezpiecznej odległości od koleżanki, tłumaczył — Ziemia staje się dla nas coraz mniejsza. Zielicki patrzy w przyszłość. Nie tak znów odległą.
— A ja patrzę dziś i teraz — Wanda uderzyła w rozpaczliwą nutę, sprawiając wrażenie, że zaraz się rozpłacze. — Na rodziców, którzy widząc swoje dziwaczne, zielone dzieci, nie rozumieją dlaczego akurat ich to spotkało... Jak patrzę...
Tego już było za wiele. Krzysztof, nie zwracając uwagi na teatralne gesty dziewczyny, z rozmachem, bardziej zdarł, niż zdjął z siebie kitel i powiesił na wieszaku. Wanda zaniemówiła na chwilę, obserwując jego poczynania, które były dla niej czymś zupełnie, w wykonaniu spokojnego na ogół człowieka, nieznanym. Szczególnie, kiedy targnął drzwiami od szafki i wrzucił doń z impetem służbowe klapki.
— To patrz i cierp, kiedy tak chcesz! — powiedział sucho, zakładając buty.
Wanda chwilę patrzyła na pochylone plecy kolegi, ale chcąc uniknąć jego spojrzenia, podeszła do lustra. Poprawiając sobie fryzurę, usłyszała za plecami:
— Jutro w telewizji, w jedynce, ma być program z udziałem profesora. Obejrzyj sobie, a potem... zobaczymy, pogadamy. Idę, cześć.
Będąc już za drzwiami, pomyślał z sarkazmem:
— Histeryczka! Dobrze, że nie wspomniałem o Marku. Zaraz nasłuchałbym się, jakie sankcje grożą za współudział w przestępstwie. A niech ją...

cdn.


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
PostWysłany: 25 Sty 2010 17:07
doktorowa
ADMIN

 
Dołączył: 24 Sty 2009
Posty: 460
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 4 razy
Ostrzeżeń: 0/2
Skąd: podobno z Krakowa





17

W mieszkaniu na osiedlu Ruczaj Kinga krzątała się w kuchni, przygotowując kolację dla Andrzeja. Przez drzwi do pokoju widziała jak siedząc w fotelu czyta gazetę. Kamil po całodziennych szaleństwach szczęśliwie zasnął i na dobrą sprawę nic nie mąciłoby błogiej ciszy, gdyby nie dźwięki płynące z telewizora. Andrzej starym zwyczajem, kiedy tylko wrócił z pracy, nacisnął przycisk pilota i włączył odbiornik. Zupełnie nie wiadomo po co, bo i tak go nie oglądał. Kinga jednak mimo woli słuchała tego, co mówiono w telewizji.
— ... trzeci przypadek w naszym województwie — usłyszała w pewnej chwili. — Lekarze nie wiedzą jak pomóc matkom tych dzieci. Zielony odcień skóry ma, ich zdaniem, ścisły związek z zachowaniem...
Z wyraźnym zainteresowaniem przeszła do przedpokoju i, smarując masłem kromkę chleba, zagadnęła:
— Andrzej, o czym on mówi?
— Nie wiem. Nie słucham — odpowiedział głębokim basem i odwracając się w stronę drzwi, zapytał: — A co? Usłyszałaś coś tak ważnego, że aż tu przylazłaś? Zwyczajne wiadomości — dodał obojętnym tonem i wrócił do lektury.
Nie zauważył, że jego piękna żona, zapatrzona w ekran, na którym zapowiadano właśnie rozmowę z profesorem Bogdanem Zielickim, wcale nie słuchała jego słów.
— O zielonych dzieciach mówią. Chyba dzieje się z nimi coś niedobrego. Nie wiesz w jakim wieku są te dzieci?
— Nie wiem — odpowiedział nieco zniecierpliwiony. — Mówiłem przecież, że nie słucham. A zresztą, co mnie to obchodzi. Zielone dzieci! Też coś.
Chwycił pilota i przełączył na program sportowy. W Kindze zawrzało, ale z trudem opanowała się. Wiedziała, że nie obejrzy już tego, co ją najbardziej interesowało. Nie zakopała jednak topora wojennego.
— To może dotyczyć też twojego syna — Andrzej usłyszał za sobą spokojny głos żony.
— Kamila? A niby dlaczego?
— Bo on też robi się zielony — rzekła obojętnym tonem, wychodząc z pokoju.
Andrzej zerwał się z fotela jak oparzony, rzucił gazetę na ławę i wybiegł za żoną do kuchni.
— Jak to... zielony? Blady?
— Nie. Zielony. Zielony jak trawa.
— Co ty wygadujesz?! — Andrzej był wyraźnie oburzony i swoim zwyczajem usiłował sprowokować Kingę. — Znowu masz jakieś halucynacje! Nic takiego nie zauważyłem.
Kinga usilnie starała się zachować spokój.
— Bo on ma na razie pojedyncze plamki na rączkach i nóżkach, ale jest ich coraz więcej — mówiła spokojnie, przygotowując kanapki. — Profesor mówił, że wkrótce cały będzie zielony.
— Jaki profesor?! — Andrzej podszedł i chwycił ją mocno za ramiona. — O czym ty mówisz?
— Uspokój się, to boli — powiedziała, wyrywając się. — Kamilowi podano fotozin. Profesor Zielicki twierdzi, że zielonym będzie w życiu lżej, że to przyszłość świata. Czekałam aż sam zauważysz. Bo wiesz...
— Co ty wygadujesz? Co ci się znowu w tej głowie porobiło?
Pedantycznie elegancko przyczesany mąż, nie chcąc słuchać dalszego ciągu opowieści, wyszedł z kuchni.
— Niech nie wierzy. Wkrótce sam się przekona. Idiota. — podsumowała jego zachowanie.

Pomyślała o tym, że pan i władca będzie do końca życia wypominał jej krótki pobyt w szpitalu. Pobyt miał miejsce sześć lat przed ich ślubem, kiedy była jeszcze uczennicą pewnego renomowanego liceum i na skutek pewnych perturbacji szkolnych popadła w totalną depresję, wymagającą leczenia klinicznego. Andrzej dowiedział się o tym od swej uroczej teściowej, notabene – macochy Kingi, która, pełna uwielbienia dla zięcia, postanowiła wtajemniczyć go we wszystkie sprawy dotyczące życia pasierbicy. Trzeba przyznać, że sprawy te wybierała starannie, dopisując do nich odpowiednio sensacyjne legendy, mające najczęściej niewiele wspólnego z prawdą.
Kinga nigdy nie polubiła drugiej żony ojca, a od czasu swego wesela wręcz znienawidziła. Była święcie przekonana, iż nie robiąc krzywdy Kamilkowi, spowoduje, że ta wredna baba odwróci się od niej zupełnie. Kiedyś przemknęło jej przez myśl, że nieźle byłoby, gdyby jeszcze Andrzej powędrował za nią...


18

Na nabożeństwa majowe chodziło co roku pół wsi. No, może nie pół, ale na pewno większość kobiet. Przed szóstą po południu zaludniały się polne drogi i ze wszystkich stron można było ujrzeć wolno, jakby z namaszczeniem podążających do kościoła wiernych. Każdy z domu wychodził sam lub w towarzystwie współmałżonka, a po drodze dołączali sąsiedzi. W grupach toczyły się rozmowy i dyskusje na różne tematy. To była świetna okazja do wymiany zdań, przekazania najnowszych nowin i plotek.

Tego dnia Krycha chciała się sama pomodlić w drewnianym kościółku. W spokoju porozmawiać z Panem Bogiem, wyznać mu wszystko, co leżało jej na duszy i ponownie prosić o zdrowie dla Adasia, który robił się coraz bardziej zielony i wstyd było z nim wychodzić z domu.
W kruchcie umaczała palce w święconej wodzie i przeżegnała się. Weszła do środka i od razu zobaczyła klęczącą w drugiej ławce Ziółkową. Bez wahania podeszła, usiadła obok niej i zagadała szeptem:
— Pani Ziółkowa, oglądała pani wczoraj ten program w telewizji?
Ziółkowa ani drgnęła, udając, że nie słyszy. Z zamkniętymi oczami modliła się w milczeniu.
— Ten taki był, profesor. Chyba ten, co to przez niego nasze dzieci zielone są. Oj, jak on mądrze mówił! — Krycha nie rezygnowała.
— A co mówił? — usłyszała znudzony szept.
— No, że nasze dzieci będą najszczęśliwsze na świecie, i że my, no... rodzice tych dzieci, powinniśmy Bogu dziękować, że nam się to szczęście trafiło.
— No, to dziękujmy.
Ziółkowa wydała polecenie bezbarwnym, pozbawionym jakiejkolwiek emocji głosem i modliła się dalej. Krycha, widząc, że i tym razem nic nie wskóra, wstała i podeszła do ołtarza.
— Panie Boże, – szepnęła, kiedy skończyła pacierz. — Dlaczego zostawiasz mnie samą? Dlaczego ta kobieta nie chce ze mną rozmawiać? Boże, powiedz mi, czy naprawdę Adaś będzie tak szczęśliwy, jak to mówił ten profesor? Spraw, Boże, aby tak się stało.
Do kościoła wchodzili już pierwsi wierni. Krycha przeżegnała się pospiesznie i przeszła do ławki z tyłu. Rozejrzała się, ale nie zauważyła Ziółkowej ani w drugiej, ani w żadnej innej ławce.

Krycha zupełnie niechcący przełączyła wczoraj telewizor na program, w którym wystąpił Zielicki. Jak zawsze oglądała swój ulubiony serial i jak zawsze w czasie reklam, których bardzo nie lubiła, przerzucała obraz po kanałach. I pewnie, jak zawsze, widząc gadającego faceta, nacisnęłaby kolejny przycisk pilota, gdyby nie Rysiek, który nagle krzyknął:
— Nie przełączaj!
W ułamku sekundy usłyszał, że starszy mężczyzna mówi o zielonym zabarwieniu skóry. Nie przełączyła. Siedzieli obok siebie na wersalce i w skupieniu słuchali rozmowy.
— ...i to nawet dość sporo! Bardzo bym chciał, żeby dzieci o zielonkawym zabarwieniu skóry były traktowane tak, jak wszystkie pozostałe. Proszę mi wierzyć, — starszy, szczupły mężczyzna zwrócił twarz do kamery — za kilka lat wszyscy będą chcieli być zieloni. Ten preparat da ludziom szczęśliwsze życie. Nasz eksperyment wykazał, że zwiększone dotlenienie powoduje szybszy i bardziej efektywny rozwój fizyczny oraz intelektualny u dzieci. Dorośli również czują się znacznie lepiej.
— Skąd możemy mieć pewność, że jest tak, jak pan mówi?
— Jeżeli zostanę zaproszony ponownie do studia, przyprowadzę osoby, które przyjęły fotozin 10 lat temu i opowiedzą o swoich doświadczeniach.
— Trzymam pana za słowo i dziękuję za dzisiejszą rozmowę. Moim i państwa gościem był profesor Bogdan Zielicki.

Krycha i Rysiek patrzyli bez słowa na przesuwające się po ekranie napisy końcowe. Dopiero sygnał oznajmiający reklamy przywrócił ich rzeczywistości.
— Ja cie... O czym on gadał?
— O zielonych dzieciakach... No, ale mówił, że ktoś tam 10 lat temu...
— Noo, a nasz Adaś ma dopiero pół roku...
— To czemu jest zielony...? — to powiedziawszy Rysiek wstał i podszedł do regału, otworzył barek i wyjął napoczętą butelkę wódki. — Muszę się napić. Chcesz?
Krycha bez słowa przytaknęła głową i dalej gapiła się w ekran. Rysiek nalał do dwóch kieliszków i postawił je na ławie.
— Szkoda, że nie oglądaliśmy od początku – westchnęła kobieta.
— A skąd mieliśmy wiedzieć? Jutro kupię jaką gazetę. Może coś o tym napiszą. Ale idź z nim do przychodni, tam już pewnie wiedzą.
— Chyba masz rację. Pójdę.
— Pij. Na razie nic więcej nie zrobimy.

Nazajutrz dzień jakoś zszedł na robocie w ogródku i Krycha do przychodni nie dotarła. Myślała, że czegoś więcej dowie się od Ziółkowej.

cdn.


Post został pochwalony 0 razy
Zobacz profil autora
PostWysłany: 11 Lut 2010 11:29
doktorowa
ADMIN

 
Dołączył: 24 Sty 2009
Posty: 460
Przeczytał: 0 tematów

Pomógł: 4 razy
Ostrzeżeń: 0/2
Skąd: podobno z Krakowa





19

Po zakończeniu porannego obchodu Wanda wróciła do gabinetu. Krzysztof poszedł jeszcze raz obejrzeć półrocznego Kubę, u którego wystąpiły objawy odwodnienia. Chłopiec był w tej chwili jedynym zielonkawym pacjentem na oddziale i wszystko wskazywało na to, że padł ofiarą niedoinformowania rodziców. To był, zdaniem Krzysztofa, poważny błąd Zielickiego i jego ekipy. Mimo dziesięcioletniej obserwacji grupy ochotników, nie przewidzieli, że dywersja, jakiej się dopuścili, może mieć również skutki zagrażające życiu niemowląt. Rozmawiał o tym z Markiem, którego obiecał informować o każdym przypadku „zielonych” pacjentów. Na szczęście, kilkoro fotozinowych dzieci, jakie do tej pory przewinęły się przez wszystkie oddziały, bardzo szybko dochodziły do siebie i najczęściej po dwóch, trzech dniach opuszczały szpital.

Kiedy wszedł do pokoju lekarskiego, Wanda stała przy umywalce i myła ręce.
— Obejrzałaś telewizyjny występ Zielickiego? — zapytał, siadając przy swoim biurku.
— Mówiłeś coś? — szum wody zagłuszał jego słowa.
— Pytałem o program z Zielickim, miałaś wtedy dyżur.
— Tak. Irena mi nagrała. — Wanda zakręciła kran i wycierając ręce, dodała z satysfakcją: — Trzeba przyznać, że ta dziennikarka zdrowo go do muru przypierała.
— Ale niestety, pani doktor, nie zmiażdżyła na placek. Uważam, że świetnie odpierał zarzuty.
— Odpierał? Zagrał na uczuciach tych od ochrony środowiska. — Zmieniając głos cytowała słowa profesora: — „Zmniejszy się ilość odpadów, znikną nieprzebrane ilości jednorazowych opakowań produktów spożywczych, czyste będą wody, powietrze.” I tak dalej, i tak dalej. — Ostatnie słowa wypowiedziała już normalnym tonem.
— A ty nie uważasz tego za dodatkowy plus?
— Plus? Nie potrafił powiedzieć, co zrobią z producentami żywności, opakowań, nawozów. Z czego będą żyć, na przykład – rolnicy? Dowcipnie zwalił te problemy na czynniki kompetentne, jak się wyraził.
— Czy wyobrażasz sobie, że nawet powszechne stosowanie fotozinu zmieni świat ot tak? — tu Krzysztof wymownie strzelił palcami. — To potrwa lata, wiele lat. Zmniejszenie zapotrzebowania na żywność pociągnie za sobą również spadek zużycia energii, paliw i w ogóle kosztów utrzymania.
— Wywołując po drodze setki tragedii ludzkich. To zbyt wysokie koszty.
— Moja droga, każda dobra inwestycja wymaga kosztów i poświęceń.
— Nie takich. Nie rozumiemy się. Zielicki, patrząc w odległą przyszłość, przeskakuje cały długi okres, jaki nas od niej dzieli. Po prostu ten czas dla niego nie istnieje. Zresztą, co go to może obchodzić. Skończył już chyba sześćdziesiątkę.
— Słuchaj, uważałem cię zawsze za osobę bystrą i mądrą. Teraz zaczynam wątpić. Czy taki Ciołkowski pracując nad konstrukcją rakiety, myślał, że sam nią poleci? Albo na przykład Edison? Czy przypuszczał, uruchamiając pierwszą elektrownię, do jakiego stopnia jego pomysły zrewolucjonizują świat? Nauka, droga Wandziu, zawsze pracowała, pracuje i pracować będzie dla przyszłości.
— W tej sprawie i tak mnie nie przekonasz.
To powiedziawszy Wanda rzuciła na swoje krzesło ręcznik, który w czasie rozmowy miętosiła w rękach i z dumnie uniesioną głową wyszła. Krzysztof z dezaprobatą patrzył na jej teatralne gesty.
— Co za uparte cielę! — burknął pod nosem i zaczął przeglądać karty pacjentów.


20

W puszczy huczało. Nie tylko wśród kwiatów, gdzie pszczoły i trzmiele zbierały nektar. Czerwcowy, najlepszy. Huczało w osadzie. Wszyscy jej mieszkańcy, podekscytowani rychłą przeprowadzką i powrotem do normalnego świata, uwijali się jak w ukropie. W każdym domu trwało układanie, przekładanie i pakowanie rzeczy do zabrania. Zewsząd słychać było gorączkowe dyskusje, a chwilami ostre kłótnie. Podejmowano najtrudniejsze decyzje – co zabrać, a co zostawić. W tym całym rozgardiaszu na pewno nie pomagały im ciągłe wizyty. O ile ekipa Zielickiego zawsze była mile widziana, o tyle przewalające się od kilku dni przez wioskę tabuny dziennikarzy utrudniały życie. Radość z nich miały tylko dzieci, dla których ekipy telewizyjne były nie lada atrakcją, nie mówiąc o wywiadach, jakie i z nimi przeprowadzano.

Dla uporządkowania rozwijającego się w szybkim tempie bałaganu podjęto pewne kroki. Do współpracy z mediami, w charakterze rzecznika i koordynatora, Marek namówił Krzysztofa. Młody lekarz wziął w szpitalu dwa tygodnie urlopu, z domu rower i zamieszkał w służbowym mieszkaniu Marka w gminnej przychodni. Tam też urządzono punkt informacyjny. Z nadleśnictwem uzgodniono, że na teren rezerwatu nie wolno wjeżdżać samochodami, a pojedyncze grupy piesze mogły wędrować do osady tylko wyznaczonym szlakiem. Członkowie ekip telewizyjnych klęli siarczyście, bowiem cały, niezbędny do nagrań sprzęt musieli dźwigać na własnych barkach. Nie można było dopuścić, żeby z powodu szumu, jaki zrobił się po ogłoszeniu odkrycia fotozinu, puszcza została zadeptana i zniszczona.

— Tak, panowie, tak wyglądało nasze życie — Jacek opowiadał o trudach i niedogodnościach życia w lesie. Był zachwycony wszystkim, co się dookoła niego działo.
Reszta towarzystwa tym razem zadowolona była z jego postawy, bowiem stał się dyżurnym gawędziarzem i wyręczał innych w rozmowach z dziennikarzami. Spokojnie robiło się późnym wieczorem, kiedy w oddali cichły głosy ostatnich gości. Chwilę jeszcze trwało, nim dzieci pokładły się spać, a potem wszyscy zbierali się u Beaty i Marcina, żeby podsumować dzień.
Od kilku dni na wstępie padało to samo pytanie:
— Skąd ich się tyle wzięło?
A potem następne:
— Czy oni nie widzą, że mamy tu co robić? Czy my jesteśmy małpami w klatce? Kiedy to się skończy? Nie uważacie, że trzeba coś z tym zrobić?
Uważali. Wszyscy uważali, tylko nie wiedzieli, co mogą zrobić.
— Słuchajcie — w tym dniu Wiktor postanowił przewodniczyć spotkaniu, — mamy tu mnóstwo roboty. Nie wyprowadzimy się stąd jutro, ani pojutrze. Dobrze będzie, jeśli ostatni z nas opuszczą wioskę za miesiąc, dwa...
— No tak. My, na przykład — odezwał się Marcin, — nie mamy jeszcze dokąd wracać. Musimy najpierw znaleźć jakieś mieszkanie.
— Ale w takich warunkach, to nigdy nie uda nam się spakować, a co dopiero rozebrać domy i uporządkować teren. A gdybyśmy tak zaproponowali, że dajmy na to, w każdą niedzielę jesteśmy do dyspozycji zainteresowanych naszym eksperymentem? Tylko w niedzielę! Pozostałe dni pracujemy i nie mamy czasu na gadanie.
— Przecież głównie ja z nimi rozmawiam — rzekł Jacek, jakby faktycznie tylko z nim rozmawiali dziennikarze.
— Gdyby tak było... Ba! Ale oni łażą po całej osadzie, zaglądają nam do domów, zaczepiają dzieci i każdego o coś pytają.
— Trzeba powiedzieć Krzyśkowi, żeby to jakoś ukrócił. Do tej pory zebrali już dość materiałów. Przestała mnie już bawić rola gwiazdy telewizyjnej — Justyna spojrzała po pozostałych. — A was?
— Nas też – odpowiedzieli niemalże chórem.
— Paweł, pojedziesz jutro do wsi i pogadasz z Markiem i z Krzysztofem, a Janusz niech napisze maila do Zielickiego — Wiktor wydał stosowne dyspozycje.
— Macie rację. Poczułem się nagle zmęczony — jęknął Jacek.
— Ty? Główny bohater i męczennik?
— Już nie chcesz opowiadać, jaki to biedny tu byłeś?
— I że jedyny plus eksperymentu znajdujesz w obcowaniu z przyrodą?
— Że tak bardzo źle ci było z nami?
— Z wami? Nie... Tylko... A zresztą... — Jacek machnął ręką z rezygnacją, wstał i wyszedł, żegnany salwą śmiechu.

cdn.


Post został pochwalony 0 razy

Ostatnio zmieniony przez doktorowa dnia 11 Lut 2010 11:30, w całości zmieniany 1 raz
Zobacz profil autora
FOTOSYNTEZA
Forum Strona Główna -> FOTOSYNTEZA
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Wszystkie czasy w strefie CET (Europa)  
Strona 1 z 1  

  
  
 Napisz nowy temat  Odpowiedz do tematu  


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001-2003 phpBB Group
Theme created by Vjacheslav Trushkin
Regulamin